wtorek, 10 marca 2026

Inwalidzi wojskowi z Choczni w XIX wieku

Służba wojskowa mieszkańców Choczni w armii habsburskiej niosła ze sobą poważne ryzyko. Kontuzje i rany odniesione na polu walki lub podczas ćwiczeń wojskowych nie należały do rzadkości, a ich skutkiem bywało trwałe inwalidztwo. Już w 1805 roku odnotowano w Choczni zgon 50-letniego Łukasza Leśniaka, miejscowego żołnierza-inwalidy – jednego z pierwszych udokumentowanych przypadków tego rodzaju.

Monarchia habsburska starała się zapewnić pewną formę wsparcia niepełnosprawnym i wysłużonym żołnierzom, choć zakres tej pomocy pozostawiał wiele do życzenia. W 1817 roku wprowadzono systematyczny podział inwalidów wojskowych na trzy kategorie.

Pierwszą stanowili inwalidzi domowi – żołnierze, którzy z powodu starości, obrażeń lub urazów nie byli w stanie samodzielnie się utrzymać, a jednocześnie nie mogli liczyć na wsparcie ze strony krewnych. Osoby te umieszczano w specjalnych domach inwalidów (Invalidenhaus), które zapewniały im pełne utrzymanie.

Drugą kategorię tworzyli inwalidzi patentowi, którym na podstawie patentu (przywileju) cesarskiego przyznawano niewielką rentę inwalidzką w wysokości od 3 do 24 krajcarów dziennie. Warunkiem otrzymywania renty było zamieszkanie w miejscu przynależności gminnej. Oczekiwano przy tym, że inwalidzi patentowi będą uzupełniać skromne świadczenie własną pracą zarobkową oraz wsparciem ze strony rodziny.

Trzecią grupę stanowili inwalidzi warunkowi – osoby, które mimo niepełnosprawności były w stanie utrzymać się samodzielnie lub polegać na pomocy krewnych. W razie pogorszenia stanu zdrowia lub sytuacji materialnej mogli oni ubiegać się o zmianę statusu na inwalidę patentowego bądź o przyjęcie do domu inwalidów.

System ten ewoluował w kolejnych dekadach. Dnia 6 września 1864 roku Wysoka Komisja Namiestnictwa w Krakowie wydała szczegółową instrukcję dotyczącą należności inwalidów patentowych. Ostatecznie kwestia stałych emerytur dla niepełnosprawnych żołnierzy została kompleksowo uregulowana dopiero w 1875 roku.

Niepełnosprawni żołnierze z Choczni znaleźli się we wszystkich trzech kategoriach inwalidzkich. Analiza zachowanych akt ewidencyjnych 171 choczeńskich żołnierzy 56. Pułku Piechoty z lat 1820–1868 wykazała, że do domów dla inwalidów skierowano łącznie dziesięciu z nich. Siedmiu miało trafić do domu inwalidów w Tyrnau (obecna Trnava na Słowacji): Jan Cap, Jan Dąbrowski, Piotr Hanusiak, Antoni Leśniak, Jan Łopata, Mikołaj Wątroba i Józef Wider. Józef Dąbrowski otrzymał skierowanie do domu inwalidów w Peszcie (obecnie Budapeszt), natomiast Antoni Glondys i Jakub Turała zostali przydzieleni do bliżej nieokreślonych placówek.

W praktyce jednak tylko część skierowanych faktycznie zamieszkała w domach inwalidów. Kilku z nich zrezygnowało z przysługującego im miejsca i pozostało w Choczni na statusie inwalidów patentowych. Tak uczynili Jan Cap, kapral Józef Dąbrowski, Piotr Hanusiak, Jakub Turała oraz Jan Łopata. Zdarzał się też ruch w przeciwnym kierunku – zamieszkały w Choczni inwalida patentowy Maciej Stawowy otrzymał z czasem skierowanie do domu inwalidów, a Jan Ryczko starał się o przyjęcie do takiej placówki.

Podopiecznymi domów dla inwalidów bywali również choczeńscy żołnierze służący w innych formacjach. W 1853 roku zmarł w Trnavie Franciszek Wcisło, urodzony w 1831 roku były ułan 1. Pułku Ułanów.

Najliczniejszą i najlepiej udokumentowaną grupę stanowili inwalidzi patentowi zamieszkali w Choczni. Wzmianki na ich temat zachowały się głównie dzięki staranności choczeńskiego proboszcza ks. Józefa Komorka, który odnotowywał w księgach parafialnych przypadki, gdy inwalidzi lub ich rodziny zwracali się o wydanie różnego rodzaju zaświadczeń.

Życie inwalidów patentowych bywało krótkie i trudne. Już w 1835 roku zmarł 47-letni inwalida patentowy Walenty Balon. W 1842 roku odszedł kolejny – Ignacy Skoczylas, urodzony w 1806 roku. Rok 1850 przyniósł śmierć Jana Ryczki, który padł ofiarą epidemii cholery. W 1856 roku w Choczni zmarł inwalida patentowy Wojciech Semik, pochodzący z Zatora, a sześć lat później – Piotr Glondys recte Dąbrowski. Szczególnie tragiczny był przypadek Franciszka Hanusiaka, inwalidy patentowego, który zmarł w 1885 roku, mając zaledwie 25 lat. Dłużej przeżyli kapral Józef Dąbrowski, urodzony w 1807 roku, choczeński kowal i inwalida patentowy, który zmarł w 1874 roku, oraz Jakub Turała, który odszedł rok później, w 1875 roku.

Zachowane dokumenty ukazują też codzienne troski inwalidów patentowych. W 1842 roku Piotr Dąbrowski recte Balon prosił proboszcza o świadectwo chrztu, gdyż zamierzał się ożenić. Podobne prośby wystosowali w 1851 roku Józef Strzeżoń, a w 1852 roku Wojciech Romańczyk, urodzony w 1814 roku. W 1863 roku o świadectwo chrztu w związku z planowanym ożenkiem zwrócił się Piotr Hanusiak. Z kolei 5 marca 1852 roku Jan Cap poprosił proboszcza o wydanie mu świadectwa ubóstwa – dokument ten zapewne miał służyć jako dowód trudnej sytuacji materialnej przy ubieganiu się o dodatkowe wsparcie.

Ślady po inwalidach patentowych odnajdujemy również w korespondencji urzędowej. W 1860 roku Urząd Powiatowy zwrócił się do proboszcza z zapytaniem o akty zgonu trzech inwalidów: Jana Capa, Józefa Szczura i Melchiora Zarawnego. Na początku 1868 roku w Choczni mieszkał jeszcze inwalida patentowy Józef Dąbrowski (ur. 1807) oraz wdowa po inwalidzie patentowym Janie Łopacie – ta ostatnia wzmianka przypomina, że skutki wojennego inwalidztwa dotykały nie tylko samych żołnierzy, ale i ich rodziny.

Najmniej wiadomo o inwalidach warunkowych z Choczni, co paradoksalnie wynikało z ich lepszej sytuacji życiowej – będąc w stanie samodzielnie się utrzymać, rzadziej potrzebowali zaświadczeń i rzadziej pojawiają się w dokumentach parafialnych czy urzędowych. Wśród zidentyfikowanych przypadków na uwagę zasługuje Melchior Zarawny, urlopowany żołnierz 2. Kompanii Obrony Krajowej 56. Pułku Piechoty, który w 1850 roku starał się o zmianę statusu na inwalidę patentowego – zapewne z powodu pogorszenia stanu zdrowia lub sytuacji materialnej. Dwaj pozostali znani z imienia inwalidzi warunkowi radzili sobie na tyle dobrze, że opuścili rodzinną wieś w poszukiwaniu pracy: Michał Kumorek, urodzony w 1802 roku, mieszkał i pracował w Krakowie, natomiast Stanisław Mortek, urodzony w 1807 roku, pełnił funkcję woźnego sądowego w odległym Cieszynie.

Zgromadzone informacje ukazują, jak widocznym i długotrwałym zjawiskiem było inwalidztwo wojskowe wśród chocznian służących w armii habsburskiej. Przewijają się tu zarówno losy ludzi próbujących funkcjonować w ramach skromnej renty patentowej, jak i historie tych, którym formalnie przysługiwało miejsce w domu inwalidów, lecz ostatecznie pozostawali w lokalnej społeczności. Parafialne zapiski i urzędowe korespondencje pokazują przy tym codzienny wymiar systemu: metryki, świadectwa ubóstwa, potwierdzenia chrztu potrzebne do ślubu – drobne dokumenty, które dziś składają się na czytelny obraz społecznych konsekwencji wojny i służby wojskowej w XIX wieku.



wtorek, 3 marca 2026

Choczeński emigrant projektantem ciężkiego czołgu

 Franciszek Aleksander Kręcioch, syn Wojciecha i Marianny, był w I połowie XX wieku jednym z najbardziej kreatywnych ludzi wywodzących się z Choczni. Swoje pomyły, projekty techniczne i wizje realizował jednak nie w kraju, lecz na emigracji w Stanach Zjednoczonych Ameryki, gdzie zamieszkał z rodzicami jako 4-letnie dziecko.

We wcześniejszych notatkach podawałem informacje o jego patencie na nowy typ bezpiecznika do rewolwerów i eksperymentach z elektrycznością pod kątem jej wpływu na ludzkie zdrowie.

Okazuje się, że Franciszek A. Kręcioch był także autorem projektu ciężkiego, wielofunkcyjnego czołgu i to w czasach, gdy taka broń nie była jeszcze używana przez armię amerykańską, a pierwsze ciężkie brytyjskie czołgi Mark dopiero przechodziły testy bojowe na frontach I wojny światowej.

W 1915 roku Krecioch, wówczas mieszkaniec Fall River w stanie Massachusetts, wstąpił do armii i został przydzielony do kompanii artyleryjskiej w Teksasie. Jako mechanik studiował działanie dużych dział i dostrzegł potrzebę szybszej metody transportu ciężkiej broni wojskowej.

Natychmiast przystąpił do pracy nad swoim planem i nakreślił w formie projektu ogromny, opływowy czołg, który według niego byłby wielkim dobrodziejstwem dla armii.

Czołg, którego plany przedstawiono rządowi w 1917 roku, miał poruszać się z prędkością 60 mil na godzinę (ok. 96 km/h), pokonywać okopy, unosić się na wodzie, a nawet wspinać się na góry. Jednostki miały być napędzane specjalnymi silnikami, których projekt był trzymany w tajemnicy przez pomysłodawcę.

Każdy czołg miał być wyposażony w działa trzy- i sześciocalowe. Odrzut tych wyjątkowo dużych broni, jak na mobilną jednostkę ofensywną, miał zostać wyeliminowany dzięki specjalnemu procesowi, będącemu również tajemnicą Kręciocha.

Czołg Kręciocha miał być skonstruowany z ciężkiej stali i całkowicie zaokrąglony, aby pociski artyleryjskie i kule karabinowe ześlizgiwały się po pancerzu. Zamiast gąsienic, ta mobilna forteca miała poruszać się na kołach. Ostry, tnący dziób miał usuwać przeszkody z drutu kolczastego, a cięższe zapory przeciwpancerne mogłyby być wysadzane za pomocą działa. 

Rząd USA uznał jednak ten pomysł za niepraktyczny i nie wdrożył go do dalszych badań. Do projektu Kręciocha wrócili dziennikarze w czasie II wojny światowej, ale ponownie nie zyskał on uznania u decydentów.

Projekt Kreciocha był jak na lata 1915–1917 bardzo śmiały i wyprzedzający wyobraźnię, ale w wielu punktach technicznie nierealny przy ówczesnym stanie technologii.

Trafne były przewidywania autora projektu, że wojny przyszłości będą wymagały opancerzonych pojazdów szturmowych - w 1917 roku nieznanych, a w czasie kolejnego konfliktu ogólnoświatowego będących podstawą działań ofensywnych.

Największym plusem była koncepcja zaokrąglonego kształtu pancerza, zdolnego do odbijania pocisków. Ówczesne czołgi były pudełkowate w kształcie i łatwe do trafienia, a ich pancerz nie miał zdolności rykoszetowania pocisków. Wieże czołgów o obłych kształtach stały się rzeczywiście standardem w czasie II wojny światowej. 

Postulat wyposażenia czołgów w cięższe, trzycalowe działa, także zrealizowano w pojazdach używanych w czasie II wojny.  Natomiast działa dwukrotnie większego kalibru trafiły wprawdzie na podwozia czołgowe, ale były to pojazdy wolne, ciężkie i z potężnym odrzutem. Twierdzenie Kręciocha o wyeliminowaniu odrzutu tajnym sposobem było czystą fantazją – tego nie dało się osiągnąć bez nieznanych wtedy zaawansowanych rozwiązań hydraulicznych.

Najsłabszym punktem projektu Kręciocha i decydującym o jego niepraktyczności było zastosowanie kół zamiast gąsienic. Czołg na kołach zapewne ugrzązłby w błocie i niebyły w stanie pokonywać okopów. Prędkość zakładaną przez Kręciocha są w stanie osiągnąć z trudem dopiero współczesne czołgi ciężkie, ale kosztem ogromnego zużycia paliwa i awaryjności. Dlatego współczesne kołowe wozy wsparcia są szybkie, ale słabiej opancerzone i uzbrojone niż to, co postulował Kręcioch.

Ponadto tak ciężki czołg, jak w projekcie Chocznianina, nie byłby w stanie unosić się na wodzie.

Superczołg Kręciocha, łączący cechy czołgu ciężkiego, pojazdu niemal wyścigowego i amfibii byłby niewykonalny także i dziś. Gdyby jednak autor ograniczył ambicje (gąsienice, mniejsza prędkość, lżejsze uzbrojenie), jego projekt mógłby być bliższy realnym konstrukcjom, które rzeczywiście zmieniły oblicze wojny.

sobota, 28 lutego 2026

Chocznianie w szpitalach

 Udokumentowana historia leczenia się Chocznian w szpitalach sięga pierwszej połowy XIX wieku.

W pierwszej połowie XIX wieku szpitale w Galicji były w fatalnym stanie – często łączyły funkcje szpitala, przytułku dla ubogich, domu starców i lazaretu. Brakowało lekarzy, elementarnej higieny i wentylacji, obsługa chorych była zła i zdemoralizowana. Sytuacja uległa pewnej poprawie, gdy Sejm Galicyjski w 1870 roku upoważnił Wydział Krajowy do wprowadzenia Sióstr Miłosierdzia do szpitali, którym powierzono opiekę nad chorymi, przygotowywanie prostszych leków, kuchnię i pralnię. Miały one stanowić brakujące dotąd ogniwo między lekarzami a posługaczami szpitalnym i dopilnowywać, by polecenia tych pierwszych były ściśle wypełniane.

Chocznianie rzadko decydowali się wtedy na leczenie szpitalne nie tylko z wyżej wymienionych powodów, ale także z niewystarczającej ilości miejsc, a przede wszystkim braku pieniędzy na leczenie. Starając się uczynić lecznictwo szpitalne bardziej przystępnym na mocy Ustawy Krajowej z 6 stycznia 1875 roku wprowadzono zasadę, że koszty leczenia osób ubogich w galicyjskich szpitalach publicznych ponosił fundusz krajowy.

W tym systemie rolę swoistego arbitra odgrywał miejscowy proboszcz, który jako urzędnik państwowy i osoba najlepiej znająca stosunki majątkowe i rodzinne swoich parafian, mógł poświadczyć, czy dany człowiek jest prawdziwie ubogi i czy nie posiada krewnych zdolnych do pokrycia kosztów kuracji, by fundusz krajowy nie ponosił niepotrzebnych i nadmiernych wydatków.

Losy Teresy Adamskiej, osieroconej córki komorników, która w 1845 roku prosiła o takie świadectwo, by leczyć zranioną stopę, czy Macieja Gracy (1847), ubogiego i chorego, pokazują, że szpital był ostatecznością dla najbiedniejszych. System był szczelny – urzędnicy bezwzględnie weryfikowali stan posiadania. Gdy w 1865 roku szpital w Wadowicach upomniał się o zapłatę za leczenie Katarzyny Szczur, proboszcz z Choczni odmówił wydania świadectwa ubóstwa, stwierdzając wprost: „rodzice Katarzyny koszta kuracyi swej córki zaspokoić mogą”.

Machina biurokratyczna bywała jednak powolna. W przypadku służącej Zofii Rokowskiej, leczonej w 1853 roku, urząd powiatowy dopiero po trzech latach upomniał się o zaświadczenie majątkowe, by odzyskać pieniądze za jej pobyt w szpitalu.

Głównym ośrodkiem, do którego trafiali chorzy z Choczni, był Szpital Cywilny w Wadowicach. To tam leczono większość przypadków: od urazów, przez choroby zakaźne, po dolegliwości przewlekłe. Trafiali tam oprócz wymienionych wyżej m.in. Marianna Szczur (1849), Regina Płonka (1855), Franciszka Pietruszka (1859) czy Mikołaj Dąbrowski (1861).

Chocznianie szukali jednak ratunku także w innych placówkach:

  • Szpitalu Bonifratrów w Zebrzydowicach, gdzie w 1844 r. leczono Antoniego Ścigalskiego, w 1852 r. Franciszka Wawro, a dekadę później o przyjęcie starał się kulawy chałupnik Antoni Malata,
  • Szpitalach: św. Łazarza w Krakowie (Józef Ramza, 1861, Marianna Szczur, Jan Ruła, 1862, Marianna Rudzicka, 1864) i św. Ducha oraz klinice uniwersyteckiej,
  • szpitalach na szlaku migracji – Chocznianie, szukając chleba lub służąc w armii, chorowali z dala od domu. Znajdujemy ich w szpitalach w Rzeszowie (Jan Żak, 1860, Sanoku (tenże Jan Żak, 1863, Jaśle (Agnieszka Zawiło, 1872, Bochni (Franciszek Dąbrowski, 1865), Opavie (Jan Cibor, 1854), a nawet w Peszcie (dzisiejszy Budapeszt), gdzie w 1858 roku leczył się inwalida wojskowy Antoni Leśniak. W każdym z tych przypadków odległe szpitale słały pisma do Choczni, by ustalić, kto zapłaci za leczenie.

Dokumenty ujawniają nie tylko nazwiska, ale i wstydliwe lub tragiczne dolegliwości mieszkańców wsi.

Dowodem na problemy społeczne epoki jest przypadek służącej Marianny Wawer, córki wyrobników, leczonej w 1862 roku w Wadowicach na „zgniłą chorobę”, jak wówczas nazywano syfilis, przypadłość stygmatyzującą i trudną w leczeniu.

Z kolei zapis z 1858 roku o Marii Gazdzionce, która trafiła do „zakładu dla obłąkanych”, pokazuje, że również choroby psychiczne wymagały interwencji instytucjonalnej, choć były to przypadki rzadziej odnotowywane.

Na szczególną uwagę zasługuje jednak historia Michała Woźniaka. W 1872 roku przeszedł on w Klinice Chirurgicznej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie operację usunięcia raka. Co niezwykłe, dwa lata później, w 1874 roku, dyrekcja kliniki wysłała zapytanie o stan zdrowia pacjenta – co można uznać za wczesną formę monitorowania odległych wyników leczenia (follow-up). Odpowiedź ks. Komorka była optymistyczna: Woźniak żył, a rak nie powrócił. Jest to rzadki w tamtych czasach przykład skutecznej walki z nowotworem przy użyciu ówczesnej chirurgii.

W klinice UJ w latach 1900-1902 leczona była także wyrobnica Maria Jędrzejowska z Choczni, mająca nawracające problemy z chodzeniem. Jej kuracja fosforanem sodowym, syrupem dra Eggera i wodnikiem chloralu była na tyle skuteczna, że znowu mogła chodzić o własnych siłach.

Kuracja szpitalna nie zawsze kończyła się sukcesem. Świadczą o tym zapisy zgonów mieszkańców Choczni w zebrzydowickim xenodochium (szpitalu): Magdaleny Woźniak (1862) i Franciszka Kręciocha (1871), zgony: Józefa Smolarskiego w Szpitalu św. Ducha w Krakowie (1868) i Jana Guzdka w Szpitalu św. Łazarza w Krakowie (1911), czy śmierć Marianny Wawro w szpitalu w Wadowicach (1904).



Leczeniu szpitalnemu podlegali również liczni Chocznianie służący w armii austriackiej. Niestety dowiadujemy się o tym dziś najczęściej na podstawie świadectw ich zgonów.

Już w 1813 roku w szpitalu wojskowym w Nowym Wiśniczu zmarli 25-letni Mikołaj Graca i rok młodszy Mikołaj Kuta, a w szpitalu wojskowym w Willingen na terenie Niemiec 25-letni Maciej Trzaska, uczestnik wojen napoleońskich.

Tyle samo lat, co wymienieni wyżej Graca i Trzaska, miał Wojciech Koman, zmarły na cholerę w szpitalu w Bochni w 1849 roku.

W 1852 roku w Szpitalu Wojskowym w Wadowicach zmarł 28-letni Józef Bąk, szeregowy 56. Pułku Piechoty, a w tym samym roku 24-letni Jakub Brandys szeregowy tego samego pułku, zmarł na zapalenie płuc w szpitalu wojskowym w mieście Brescia we Włoszech. W tym samym szpitalu, co Brandys, zmarł rok wcześniej na dyzenterię Michał Drapa. Na ziemi włoskiej nastąpił też kres życia Franciszka Krystyana (w szpitalu w Cortone), Jana Szczura (w szpitalu w Bergamo) i Jakuba Pindela (w szpitalu w Veronie).

22-letni ułan Franciszek Wcisło zmarł w 1853 roku na tyfus w szpitalu w Tyrnau, czyli dzisiejszej słowackiej Trnavie.

W 1864 roku w szpitalu wojskowym w Krakowie zmarł Jakub Dąbrowski, który do armii został wcielony rok wcześniej. 

W 1866 roku bezskutecznie usiłowano wyleczyć w szpitalu w Wiedniu Tomasza Styłę, rannego w czasie wojny austriacko-pruskiej.

Z kolei w 1891 roku w rosyjskim Samarskim Gubernialnym Szpitalu Ziemskim zmarł na tyfus Józef Kręcioch z Choczni, którego rodzina, nie wiedząc o jego losie, szukała jeszcze niemal 50 lat później.

Oczywiście najliczniejszymi pacjentami wojskowych szpitali byli ci Chocznianie, którzy uczestniczyli w I wojnie światowej, w szeregach armii austro-węgierskiej, Legionów Polskich i francuskiej Legii Cudzoziemskiej.