poniedziałek, 13 lipca 2026

Własność pańska w Choczni i sąsiednich miejscowościach w 1858 roku

 W 1858 roku, a więc 10 lat po uwłaszczeniu chłopów, w Choczni większość gruntów ornych, łąk i pastwisk nie należała już do dworu (spadkobierców Bobrowskich, ostatnich właścicieli Choczni). Natomiast choczeńskie lasy pozostawały w niewielkiej większości (57% : 43%) przy dworze.

Biorąc pod uwagę ogół gruntów dwór posiadał nadal prawie 10% powierzchni Choczni, a pozostałe nieco ponad 90% należało do chłopów, plebana i Piotra Dunina (majątek sołtysi).

Struktura własnościowa w Choczni w 1858 roku była zupełnie inna, niż w 3 sąsiadujących z nią większych wsiach: Inwałdzie, Frydrychowicach i Ponikwi (liczonej łącznie z Kaczyną i Kozińcem), co pokazuje poniższy wykres:


W Choczni udział gruntów dworskich był najmniejszy, w Ponikwi i Inwałdzie także mniejszościowy, ale odpowiednio o 8 i 15% wyższy niż w Choczni. Zupełnie inaczej wyglądało to we Frydrychowicach, gdzie dominowały grunty należące do tamtejszych dworów.

Jeżeli chodzi o grunty orne, to w stosunku do powierzchni wsi najwięcej było ich w Choczni (78%), a niewiele mniej we Frydrychowicach (74%) i w Inwałdzie (73%). Zdecydowanie najmniej było ich w Ponikwi - zaledwie 33%, ale za to w 100% należały one do chłopów. W Choczni udział gruntów ornych dworskich też był niewielki (4,5%), w Inwałdzie wynosił 18,5%, a we Frydrychowicach większość gruntów ornych należała do dworów.


Podobnie struktura własnościowa istniała w przypadku łąk - w Choczni było ich najmniej, ponieważ zajmowały tylko 2,4% powierzchni wsi.


Pastwiska stanowiły aż 32% powierzchni Ponikwi, w Inwałdzie i w Choczni było ich znacznie mniej - odpowiednio 11% i 9,5%, a najmniej we Frydrychowicach (6,4%). Połowa pastwisk frydrychowskich należała do dworów, a w pozostałych wsiach było ich mniej niż 10%.


W Choczni lasy zajmowały najmniejszą część powierzchni (niecałe 10%), podczas gdy w Ponikwi prawie 30%. We wszystkich czterech analizowanych miejscowościach większość lasów posiadały dwory, najmniej w Ponikwi i w Choczni.



środa, 8 lipca 2026

Choczeńscy tkacze w okresie galicyjskim

 Choczeńskie tkactwo posiadało tradycje sięgające końca XVI wieku, jednak z czasem zupełnie podupadło, o czym świadczy opinia wyrażona w książce Bolesława Marczewskiego Powiat wadowicki pod względem geogr., statystycznym i historycznym z 1897 roku:

Dawnymi czasy trudniono się tkactwem, dzisiaj nie ma już tu ani jednego nawet tkacza. 

W drugiej połowie XVIII wieku, aż do lat 30. XIX wieku przeżywało jednak okres koniunktury, o czym świadczy duża liczba tkaczy odnotowywanych w miejscowych księgach metrykalnych. Było to typowe zajęcie chałupnicze, nierozerwalnie związane z rytmem życia na wsi i cyklem pór roku. W warunkach galicyjskich opierało się ono niemal wyłącznie na lokalnych surowcach – lnie i konopiach, które chłopi sami uprawiali na swoich polach. Proces obróbki był niezwykle żmudny i w całości ręczny: po zbiorach rośliny poddawano roszeniu, międleniu i czesaniu, by uzyskać włókno. Następnie kobiety na kołowrotkach przędły z niego nici, z których z kolei mężczyźni – zazwyczaj w okresie jesienno-zimowym, gdy ustawały prace polowe – tkali na drewnianych krosnach zgrzebne płótna. Ostatnim etapem było bielenie utkanych płócien. W Choczni znane bielidło - miejsce gdzie wystawiano płótna na słońce w celu ich wybielenia - znajdowało się na brzegach stawu przy młynie Szczurów w dolnej części wsi (dziś teren lądowiska helikopterów).

Wyroby te służyły początkowo zaspokajaniu własnych potrzeb na odzież czy worki, jednak z czasem zaczęły stanowić cenne źródło gotówki, a płótno sprzedawano na lokalnych targach i przez wędrownych handlarzy. Tkactwo rzadko było jedynym źródłem utrzymania - rzemiosło to powszechnie łączono z pracą na roli.  Słowa związane z tkactwem znalazły się w choczeńskiej gwarze – np. w  inwentarzu po zmarłym w 1829 roku Janie Ścigalskim wymieniono między innymi dzierglec, czyli grzebień służący do oddzielania główek z nasionami od łodyg lnu. 

Ogromny wpływ na okres rzemieślniczej koniunktury w Choczni miało sąsiedztwo prężnie działającego, dużego ośrodka tkackiego w Andrychowie.  To właśnie stamtąd promieniowała wiedza, a także napływali nowi osadnicy, którzy w poszukiwaniu rynków zbytu i miejsca do życia osiedlali się w okolicznych wsiach. Najlepszym tego przykładem jest historia rodziny Brandysów, która była obecna w Choczni przez 152 lata. Protoplastą rodu był tkacz Maciej Brandys, który przybył z Andrychowa i w 1748 roku wziął za żonę miejscową pannę, Katarzynę Dziadek. Maciej był rzemieślnikiem, ale i rolnikiem – z subrepartycji z 1775 roku dowiadujemy się, że posiadał krowę oraz grunt. Rzemieślnicze tradycje z powodzeniem kontynuował jego syn, Gabriel Józef Brandys (ur. 1753). Ten zamożny tkacz z Niwy Zakościelnej (dzisiejsza Biała Droga) wybił się na pozycję lokalnego lidera – posiadał duży majątek, a w latach 1792–1793 pełnił zaszczytną funkcję wójta choczeńskiego. 

Z kolei na początku XIX wieku do cechu tkackiego w Andrychowie wstąpił choczeński przekupień Franciszek Kręcioch (syn Kazimierza), który z żoną Franciszką z Kadłubickich doczekał się w Andrychowie co najmniej pięciu potomków, począwszy od syna Jakuba urodzonego w 1808 roku. 

Księgi metrykalne z przełomu XVIII i XIX wieku dowodzą, że tkactwo było we wsi zawodem niezwykle popularnym, a społeczność rzemieślników sukcesywnie się powiększała. Dołączali do niej zarówno miejscowi, jak i kolejni przybysze, tacy jak Franciszek Wawer, tkacz z Andrychowa, który osiadł w Choczni po ślubie w 1829 roku, Jan Syrek przybyły z Myślenic w 1828 roku, czy Wojciech Biel z Tomic, który zamieszkał we wsi w 1810 roku w domu nr 58 przy obecnej Białej Drodze.  Wśród choczeńskich tkaczy w omawianym okresie odnotowano przedstawicieli wielu rodzin. Znaczącą rolę odgrywali Ciborowie – m.in. zmarły w 1834 roku w wieku 86 lat Kacper Cibor, który podawany był jako tkacz już w 1783 roku,  Wojciech Cibor (ur. 1776), który cieszył się na tyle dużym zaufaniem społecznym, że w latach 1819–1824 pełnił funkcję przysięgłego  oraz Sebastian i Jakub Cibor.  W starych aktach można odnaleźć także tkaczy: Macieja Stankowicza,  Klemensa Piątka, przedstawicieli  rodu Pietruszków (Szczepana, Marcina oraz Antoniego), Jana Burego, Józefa Matlaka, Andrzeja Pysza, Jana Adamskiego, Józefa Szczura, Macieja Kolbera, czy Wojciecha Bąka. 

Jednakże to, co napędzało rozwój tkactwa Choczni jeszcze w pierwszych dekadach XIX wieku, z biegiem lat zaczęło tracić na znaczeniu. Rewolucja przemysłowa, powstanie w Galicji i na Śląsku wielkich, zmechanizowanych fabryk włókienniczych oraz produkcja masowa sprawiły, że żmudne, domowe tkactwo przestało być opłacalne. Ręcznie tkane płótna nie mogły konkurować z tańszymi i delikatniejszymi materiałami fabrycznymi. 

Umiejętność wytwarzania przędzy i płócien na własny użytek nie zanikła jednak zupełnie, o czym świadczy fakt, że w czasie I wojny światowej, Tekla Turała (ur. 1900) zajmowała się przędzeniem lnu na kołowrotku, a z wyprodukowanej przędzy tkano w Ponikwi płótno, które po prowizorycznym uszlachetnieniu służyło do szycia różnego rodzaju wyrobów, zaspokajając w ten sposób potrzeby rodziny w trudnych warunkach braku innych materiałów. 


poniedziałek, 29 czerwca 2026

Najwybitniejszy XIX-wieczny twórca z Choczni

 Pewne zamieszanie w identyfikacji najwybitniejszego XIX-wiecznego twórcy z Choczni powstało za sprawą dziennikarza Gazety Narodowej, który pisząc o nim w 1879 roku ... pomylił jego imię.

Po wizycie w Choczni ów dziennikarz w swojej korespondencji donosił, że widział u choczeńskiego proboszcza ks. Komorka rzeźbę miejscowego artysty, którego uznał za rzadki talent. Tym artystą miał być 16-letni syn wieśniaka Ignacy Balon, który z powodu ubóstwa ojca nie był w stanie kształcić swoich zdolności. Drewniana rzeźba, która zaimponowała dziennikarzowi, przedstawiała Wiarę, Nadzieję i Miłość  w postaci trzech aniołów, unoszących w chmurach chrzcielnicę. Anioły przedstawiające Wiarę i Nadzieję trzymały tę chrzcielnicę w dłoniach, a Anioł ilustrujący Miłość ją podpierał. Mimo pewnych zastrzeżeń, szczególnie do figury Miłości, dziennikarz dostrzegł w tej rzeźbie ciekawą kompozycję, zdradzającą talent twórcy. Tym bardziej należało go docenić, że był samoukiem, który całą swoją wiedzę o rzeźbie czerpał z grobowców cmentarnych. Korespondent z Choczni apelował, by znalazł się jakiś mecenas, który umożliwiłby Balonowi rozwój jego talentu.

Niestety na podstawie podanych przez dziennikarza personaliów, nie sposób było ustalić, o kogo właściwie chodzi, ponieważ w choczeńskich księgach metrykalnych nie odnotowano żadnego Ignacego Balona, który w 1879 roku miałby około 16  lat, a nawet żadnego Ignacego Balona młodszego lub starszego o dekadę.

W wyjaśnieniu dalszych losów utalentowanego Balona pomógł wpis w parafialnym dzienniku pism wchodzących i wychodzących (Protocollum Gestorum), dokonany w 1872 roku przez proboszcza Komorka, w którym odnotował on, że niejaki Marcin Balon prosił o świadectwo ubóstwa, by zwolnić go z opłat przy oddawaniu swego syna do terminu rzemiosła snycerskiego w Krakowie. Ten syn miał jednak na imię nie Ignacy, a Wincenty i właśnie pod tym imieniem i nazwiskiem pojawia się on w późniejszych latach jako wykształcony w Krakowie rzeźbiarz warszawski.

Szczyt jego twórczości przypada na koniec lat 80. i pierwszą połowę lat 90. XIX wieku. Wykonał wówczas:

- kamienne figury 3 świętych (Jacka, Jana Kantego i Ładysława z Gieleniowa) oraz Apostołów Piotra i Pawła dla warszawskiego kościoła Wszystkich Świętych, 

- piaskowcową figurę św. Pawła dla kościoła św. Piotra i Pawła w Warszawie,

- epitafium ks. Szczygielskiego z marmurowym medalionem w kościele św. Aleksandra. 

Jako autor rzeźb w kościele Wszystkich Świętych podawał się sam na łamach Kurjera Warszawskiego z 21 sierpnia 1890, podkreślając, że projekty/modele tych rzeźb stworzył rzeźbiarz Kryński, a on zajmował się tylko ich technicznym wykonaniem. Wincenty Balon informował również czytelników Kurjera, że nie jest tylko odtwórcą, ale i artystą, czego przykładem jest wspomniana wyżej figura św. Pawła, stworzona przez niego od podstaw i wiele innych dzieł, których wyliczenie uważał za zbyteczne.

Wincenty Balon dekorował także kamienice przy zbiegu ul. Próżnej i Marszałkowskiej (grupa na attyce z 1894 roku) oraz przy ul. Złotej 23 (figury sfinksów z 1895 roku). W 1895 roku wystawiał w warszawskiej Zachęcie terakotową statuetkę „Gołębie”. 

Najbardziej znane rzeźby Balona były umieszczone w fasadach kościołów oraz elewacjach kamienic i dlatego nie dotrwały do współczesnych czasów -  zostały zniszczone w czasie Powstania Warszawskiego. 

Figury apostołów św. Piotra i Pawła
na skrajach tympanonu fasady
kościoła Wszystkich Świętych
po lewej i prawej stronie figury Matki Boskiej


Nieznane mi są niestety losy Wincentego Balona po 1897 roku, gdy odnotowano go w spisie mieszkańców Warszawy, jako artystę rzeźbiarza, prowadzącego własną pracownię przy ul. Wspólnej 30.