3 grudnia 1918 roku Adam Wcisło z Choczni, który od 7 lat przebywał w Chicago, wysłał list do swoich rodziców i rodzeństwa, w którym dzielił się z nimi swoimi wrażeniami i przeżyciami ze służby wojskowej w armii amerykańskiej na froncie francuskim w czasie I wojny światowej.
List ten pisany jest zaledwie 22 dni po zawieszeniu broni. Wcisło, żołnierz Kompanii C 108. Kolumny Amunicyjnej Amerykańskich Sił Ekspedycyjnych we Francji, jest już bezpieczny, ale wciąż przebywa w zniszczonej strefie frontowej w Brabant – okolice Verdun/Meuse.
W początkowych fragmentach listu opisuje swój pobyt na urlopie:
Ostatniego listopada wieczorem powróciłem do mej kompanii z urlopu szczęśliwie, zdrowo i cało. La Bourbolle, w departamencie Puy-de-Dome, to nazwa miejsca, gdzie spędziłem kilka wesołych i przyjemnych chwil. Rząd Stan. Zjed. wynajął kilka takich letnisk francuskich dla żołnierzy amerykańskich, którzy życzą sobie uprzyjemnić trochę życie żołnierskie we Francyi. Ośm dni spędziłem w tem nad wyraz pięknem i zdrowem miejscu. Odbyłem trzy pierwsze wycieczki w góry, a jedną na wodzie. Wycieczki tę były bardzo interesujące, gdyż cała niemal Francya jest pełna przeróżnych pięknych i starych pamiątek, o których nawet sami Francuzi nie wiele posiadają wiadomości. Byłem na jednej z wyżyn, na której według historycznych podań Cezar miał obozować ze swym wojskiem. Widziałem dom francuski który miał być budowany przed stu laty, zupełnie w dobrym stanie zachowany i zamieszkiwany do tego czasu. Dom ten ma tylko jedną izbę, która jest wszystkiem dla lokatora, a co dziwniejsze, że sypialnie są wewnątrz ścian izby oddzielone jedynie kotarami od reszty izby. Piłem tutaj świeże, ciepłe mleko słodkie, a także młóciłem żyto z chłopami francuskimi. Miałem nawet sposobność pić miód pszczelny prosto z ulów, kosztowałem koniaku, szampana i inne wina, ot tylko z ciekawości, jak one smakują. Innym razem pozwoliłem sobie na sporządzenie obiadu u pewnych ludzi francuskich i kazałem sobie zestawić go prosto z kuchni, aby sobie choć częściowo uprzytomnić nasz ukochany dom i drogą mamę krzątającą się koło stołu. Po takim sutym i przyjemnym obiedzie zwiedziłem wzgórze, gdzie znajduje się kaplica Najświętszej Maryi Panny pod nazwą „Notre Dame de Natzy”. Schodząc na dół drugą stroną wzgórza, drogą krętą, zauważyć można 14 krzyżów przedstawiających drogę krzyżową. 15-go sierpnia odbywa się tutaj odpust, na który wielkie rzesze pobożnego ludu francuskiego schodzą się, aby uczcić Najświętszą Maryę Pannę. Na tem więc miejscu westchnąłem do Matki Bożej, dziękując za wszelkie otrzymane łaski podczas życia żołnierskiego, a także nie zapomniałem o Was. Dalej w dolinie odwiedziłem bardzo stary kościółek z roku 1142-go w dobrym stanie jeszcze zachowany i oddający wierną usługę mieszkańcom okolicy.Dzień imienin Najdroższej Mamy spędziłem na miejscu. Rano udałem się do kościoła na Mszę św., podczas której przystąpiłem do Stołu Pańskiego na intencyę mojej ukochanej solenizantki. Mszę św. odprawił niewidomy ksiądz, prowadzony do ołtarza przez chłopczyka i tak samo z powrotem od ołtarza, a potem do domu. Jeżeli są wierni przystępujący do Stołu Pańskiego w czasie tejże Mszy św., inny ksiądz podaje Komunię św. Spowiedź św. odprawiłem u księdza francuskiego przy pomocy języka francuskiego, a więcej jeszcze przy pomocy samouczka francusko-angielskiego.
Widać tu naturalną i nienachalną religijność autora - Adam jest głęboko pobożnym człowiekiem, co w jego przypadku nie jest pozą, czy ozdobnikiem. Urlop stanowi dla niego ulgę psychiczną po miesiącach spędzonych na froncie, do których powraca w dalszej części listu:
Na miejscu będzie wspomnieć, jak obchodziłem Imieniny
drogiego Ojca. Był to pierwszy piątek miesiąca. Zacięty najazd na linie
niemieckie, rozpoczęty 26-go września, trwał w dalszym ciągu bez przerwy. Rano
tegoż dnia pomodliłem się na intencyę Ojca, wsiadłem na „truck”, który co
dopiero powrócił z frontu i pojechałem po amunicyę. Po naładowaniu tych
śmiertelnych pigułek, dalej, co tchu w drogę na pozycye naszej artyleryi. Około
trzeciej godziny po południu dotarliśmy do miejsce, gdzie walka trwała zażarta
od dwóch dni. Na obydwóch wzgórzach i w dolinie były rozmieszczone armaty. W
doline i na wzgórzu nasi milczą, gdyż nie mogą dosięgnąć celu i na razie
postąpić, dalej, ponieważ lekka artylerya na przeciwległem wzgórzu praży
nieprzyjaciela, a miejsca i cele artyleryi ciężkiej wyszukują lotnicy.
Oczywiście, nieprzyjaciel nie próżnuje, a nawet — można powiedzieć, jest dosyć
czynny w tem miejscu. Droga w pobliżu jest zatamowana ambulansami, odwożącymi
ciężko rannych do polnych szpitali. Lżej ranni idą sami do szpitali, lub
korzystając z ciężarowych samochodów amunicyjnych z uśmiechem na twarzy
powracają z pola walki. Lekarze i członkowie „Czerwonego Krzyża” śpiesznie
opatrują nadciągających rannych. Nie brak tu i kapelanów, którzy udzielają
umierającym Sakramentu Ostatniego Namaszczenia. Poległych na razie nikt nie
rusza; można ich w znacznej ilości widzieć. W międzyczasie praca i walka trwa
bez przerwy. Do uszu dochodzi jeden daleki, głuchy huk, następnie przeraźliwy
świst, a wreszcie eksplozya w samym środku drogi, którą posuwają się ambulanse
i automobile z amunicyą. Zatrzymano cały konwój, a inżynierya zabrała się
natychmiast do pracy. Skończono naprawę drogi; niemiecka artylerya umilkła na
chwilę, lecz nasi gromią bez przerwy. Wyruszyliśmy dalej z amunicyą do miejsca
przeznaczenia, a kiedy mijaliśmy zakręt, który żołnierze nazywają „doliną
samobójstwa”, gdyż dość wielka liczba żołnierzy poległa tutaj, dojrzałem po raz
pierwszy dwóch żołnierzy amerykańskich, leżących bez ruchu, z poszarpanemi
członkami od niemieckiego szrapnela. Przykro mi było patrzeć na nich, lecz nie
czas na rozmyślania i żale, gdyż nie ostatni to jeszcze widok. Szczęście nam
służyło i bezpiecznie dotarliśmy do przeznaczonego miejsca. Wyładowaliśmy
amunicyę i dalej w drogę na następną pozycyę Prusaka. W ten sam wieczór byłem
zwolniony przez następną partyę. W ten sposób mniej więcej przeżyłem dzień
imienin Ojca.
Adam opisuje jeden dzień z ofensywy pod Meuse-Argonne. Robi to w sposób rzeczowy, prawie reporterski, bez nadmiernego patosu. Tłumi emocje, gdy patrzy na poległych żołnierzy i mimo doznanego wstrząsu skupia się na dalszym działaniu. W ostatniej części listu relacjonuje aktualną sytuację po przerwaniu walk, monotonny okres w oczekiwaniu na powrót do domu:
W chwili obecnej wszystko to należy do przeszłości. Wojna jest już skończona. Nie mamy więc nic innego do czynienia, jak tylko cierpliwie czekać na powrót do Stanów Zjednoczonych. Kiedy to nastąpi nie można się w żaden sposób wywiedzieć; przypuszczam, że nastąpi to jednakże wkrótce. Rząd robi gorączkowe przygotowywania, aby swych ludzi wysłać tam gdzie należą. Miejscowych wiadomości niema wiele. Miasteczko jest zrujnowane a reszta budynków, które mniej ucierpiały od bombardowania są zamieszkiwane przez żołnierzy. Kościół jedynie w całości ocalał, reszta to masa gruzów. Życie żołnierskie jest tutaj bardzo monotonne, i poniekąd nudne. Trudno, koniecznością jest wytrwać do ostatka! Nie zimno tutaj, lecz dżdżysto i mglisto codziennie, co w pewnym stopniu przyczynia się wielce do tęsknoty i nudów. A jednak dzięki Bogu, bo jestem zdrowy i zadowolony ze wszystkiego. Kończę gdyż nie mam więcej materyału do pisania. Serdecznie pozdrawiam, całuję i życzę błogosławieństwa Bożego ukochanym Rodzicom, Rodzeństwu i Przyjaciołom.
Na podstawie tego listu Adam Wcisło wydaje się być człowiekiem dojrzałym emocjonalnie (miał wtedy 25 lat), bardzo świadomym – zauważa detale historyczne, kulturowe, religijne, wrażliwym, ale zdyscyplinowanym – umie odsunąć emocje, gdy trzeba wykonać zadanie oraz mocno zakorzenionym w tradycji (rodzina, wiara, Polska – choć pisze do Ameryki). Jego polski jest staranny, choć momentami widać wpływy angielskiego i wojskowego żargonu, a także edukacji w wadowickim gimnazjum.
List ma dużą wartość:
- historyczną — jako świadectwo udziału Polonii w I wojnie światowej,
- religijną — pokazując duchowość żołnierza na froncie,
- kulturową — łącząc polskość, amerykańskość i doświadczenie francuskie,
- literacką — jest żywy, obrazowy, dobrze skonstruowany.