wtorek, 26 maja 2026

Groźba rozruchów głodowych w Choczni w 1917 roku

 Wiosną 1917 roku, w czwartym roku wyniszczającej I wojny światowej, w galicyjskiej Choczni brakowało wszystkiego – chleba, mąki i ziemniaków, ale przede wszystkim nadziei. Zrozpaczeni mieszkańcy grozili rozruchami, uczciwi ludzie zapowiadali kradzieże, a lokalne władze, w obawie o własne życie, stawiały biurokracji dramatyczne ultimatum.

O tym wszystkim dowiedzieć się można z pisma, które naczelnik Gminy Chocznia Maksymilian Malata 27 kwietnia 1917 wysłał do Starostwa Powiatowego w Wadowicach. Dokument ten jest świadectwem nędzy i upadku, w jaki wojna wpędziła galicyjskich chłopów. Odsłania nie tylko braki żywności, ale i niesprawiedliwość społeczną oraz biurokratyczny paraliż państwa austriackiego.

Jak wynika z wymienionego wyżej pisma, w kwietniu 1917 roku sytuacja w Choczni wymknęła się spod kontroli. Do urzędu każdego dnia pukały liczne deputacje zdesperowanych mieszkańców, żądających jedzenia i wstrzymania bezlitosnych rekwizycji wojennych. Owe wizyty szybko przeradzały się w groźne demonstracje. Zdesperowane kobiety wprost zapowiedziały urzędnikom, że jeśli gmina nie dostarczy jedzenia, wezmą sprawy w swoje ręce – dokonają włamania do magazynów okręgowego stowarzyszenia rolniczego i rozgrabią zarekwirowane tam zboże. Wójt Malata w swoim raporcie podkreślał, że gróźb tych absolutnie nie można lekceważyć. Głód zniszczył podstawowe zasady moralne: ludzie uchodzący dotąd za uczciwych bez skrępowania przyznawali, że nocami będą kraść, by nie umrzeć z głodu. Prawo przestało odstraszać. Jak zauważył naczelnik: „areszt dla głodujących jawi się wręcz jako wybawienie i dobrodziejstwo”, bo gwarantuje jakikolwiek posiłek.

Chocznia znalazła się wówczas na skraju przepaści, ponieważ na 550 gospodarstw w gminie, aż trzy czwarte stanowiły majątki karłowate, o powierzchni zaledwie od ćwierci do trzech morgów. Nawet w czasach pokoju miejscowi chłopi nie byli w stanie wyżywić z nich swoich rodzin. Brakowało im własnej mąki – przed wojną każdego dnia z sąsiedniego miasta przyjeżdżały do Choczni trzy wozy z chlebem kupowanym przez mieszkańców z zarobków najemnych.

W 1917 roku chleb przestał docierać, a to, co udało się wyhodować, zostało brutalnie zarekwirowane przez żandarmerię i urzędników na polecenie Starostwa Powiatowego. Zabierano ostatnie zapasy. Jak pisał z niedowierzaniem naczelnik Malata: „obecnie są już gospodarstwa, w których nie ma ani kęsa chleba (...). Trzeba się więc dziwić, jak te warstwy ludności w ogóle mogą jeszcze żyć”.

Dokument pokazuje fasadowość i niesprawiedliwość państwowego systemu aprowizacji. Gminie przydzielono miesięczny kontyngent 63 cetnarów mąki, jednak były to tylko liczby na papierze. W marcu dostarczono zaledwie 15 cetnarów, a w kwietniu – ani jednego kilograma. Podobnie wyglądała sprawa z ziemniakami. Gmina wyliczyła niezbędne minimum na 10 wagonów. Sprawa była tak paląca, że na zebraniu Kasy Raiffeisena zdesperowani chłopi wysłali telegraficzny memoriał wprost do Ministerstwa Rolnictwa. Jaka była reakcja władz? Depesza informująca, że sprawę przekazano do Urzędu Żywnościowego w Wiedniu, gdzie dokument przeleżał miesiąc bez żadnej decyzji, podczas gdy w Choczni ponad 1000 osób nie miało w ustach ani jednego ziemniaka.

Wójt Malata ostro punktował również skład powiatowych komitetów aprowizacyjnych. Zamiast reprezentantów głodujących chłopów, zasiadali w nich wielcy posiadacze ziemscy, adwokaci, rzeźnicy i hurtownicy – ludzie, których naczelnik wprost określił mianem tych, którzy „zamiast zasiadać w tych komitetach, powinni tam siedzieć jako oskarżeni o lichwę”. Interesy wsi reprezentowali ewentualnie proboszczowie i organiści, którzy nie potrafili przeciwstawić się staroście.

Widząc bierność wyższych instancji i czując na plecach oddech zdesperowanego tłumu, zarząd gminy z wójtem Malatą na czele postawił wadowickiemu starostwu ostre ultimatum: jeśli władze nie dostarczą żywności, zarząd solidarnie złoży urząd. Urzędnicy otwarcie przyznali, że nie zamierzają ryzykować zdrowia, życia i własnych majątków w starciu z nadciągającymi rozruchami głodowymi.

Aby zapobiec tragedii, gmina sformułowała pięć żądań „ostatniej szansy”:

  • natychmiastowe dostarczenie 10 wagonów ziemniaków,
  • bezwzględne wstrzymanie rekwizycji żywności,
  • pozwolenie na rozdanie najbiedniejszym resztek zarekwirowanego już zboża (żyta, owsa i jęczmienia),
  • uregulowanie zaległego kontyngentu mąki (110 cetnarów),
  • powołanie do powiatowej komisji aprowizacyjnej prawdziwego reprezentanta małorolnych chłopów, wskazanego przez gminę.

Co ciekawe, treść pisma wójta Malaty dotarła nie tylko do adresata, czyli starostwa, ale także do ogółu ówczesnych posłów, ponieważ zostało ono zacytowane w interpelacji sejmowej z 25 września 1917, będącej przedmiotem obrad na 34. posiedzeniu Izby Poselskiej w Wiedniu. 

piątek, 22 maja 2026

Nieplanowane wydatki w budżetach gminnych 1867-1906

 

W latach 1867-1906 budżet Gminy Chocznia był narzędziem jednocześnie sztywnym i elastycznym. Choć musiał być formalnie uchwalany i ściśle przestrzegany, to w praktyce jednak wiele rzeczywistych potrzeb społecznych, religijnych i inwestycyjnych realizowano poza ramami przyjętego budżetu, pokrywając ich koszty z rezerwy budżetowej, funduszy celowych, specjalnych składek i ze zwiększonych realnych dochodów.

Najłatwiej było znaleźć pieniądze na sprawy związane z Kościołem. W 1867 roku Rada przeznaczyła 30 złotych reńskich na nowe organy. W 1872 upoważniła przełożonego gminy do zakupu oliwy, aby przed Najświętszym Sakramentem przez cały rok paliło się światło. W 1896 roku na instalację nowego proboszcza i połączony z nią odpust uchwalono 20 złr – głównie na proch do salwy honorowej i bramę triumfalną.

W tym samym roku zakupiono w Wadowicach zegar na wieżę kościelną (82,8 złr + 50 złr za naprawę i zawieszenie). W 1897 roku gmina zapłaciła 2,5 złr za krzyż misyjny, na który drewno dębowe podarował Jakub Sikora z żoną.

Zdarzało się też wykorzystanie funduszu budowy kościoła do finansowania inwestycji o charakterze pośrednio kościelnym. Ten największy wydatek pozabudżetowy (700 złr) dotyczył budowy murowanego mostu koło kościoła, który był niezbędny do dowozu materiałów na budowę świątyni.

Drugim największym wydatkiem, nie ujętym w budżecie, był zakup w 1885 roku pola od Szymona Guzdka w celu powiększenia miejscowego cmentarza. Środki znów wzięto z funduszu budowy kościoła, a później zwrócono je przez powszechną zbiórkę po 10 krajcarów od mieszkańca parafii.

Dużym polem wydatków pozabudżetowych były próby ujarzmienia Choczenki. Rzeka regularnie niszczyła pola i drogi, przynosząc jednocześnie żwir przydatny do ich naprawy.

  • W 1891 roku nowo wybrana rada postanowiła zbudować kilka jazów na rzece, by zatrzymać spływ żwiru i wykorzystać go na drogi gminne oraz budowę mostków,
  • W 1903 roku przeznaczono 199 koron na umocnienie brzegów Choczenki i jej regulację w rejonie szkoły (Zagroda Wróblówka),
  • W 1889 roku uchwalono budowę mostku i szkarpki na Dąbrowszczyźnie (15 metrów długości, 2 metry szerokości),
  • W latach 1897–1898 wielokrotnie budowano i naprawiano drewniane ławy (kładki) przez Choczenkę – m.in. przy Zadorze, przy szkole, przy Bylicy i koło Wojciecha Styły.

Konsekwentnie poza budżetem rozwijano ochronę przeciwpożarową - już w listopadzie 1876 roku Rada przeznaczyła 81,41 złr jako zaliczkę na sikawkę, którą ostatecznie zakupiono rok później. W czerwcu 1896 roku uchwalono zakup 14 nowych osęk, a 1900 roku drugą sikawkę.

Gmina wspierała również działalność oświatową i kulturalno-rolniczą. W 1892 roku Rada Gminna przeznaczyła 2 złr na bursę dla ubogich uczniów wadowickiego gimnazjum, od 1900 roku regularnie płaciła 4 korony rocznie na Towarzystwo Ogrodnicze w Wadowicach, a w 1904 roku przekazała 2 korony na Towarzystwo Oświaty Ludowej w Krakowie.

W ten sposób w Choczni realizowano prawdziwy budżet, który tylko częściowo pokrywał się z tym, co formalnie uchwalano w urzędzie. Był to typowy kompromis między biurokratycznym porządkiem a chłopskim rozsądkiem.




środa, 13 maja 2026

Kim był twórca ołtarza w Choczni?

Na stronie parafii choczeńskiej w zakładce historia można przeczytać: 

Kronika parafialna wzmiankuje, że w r.1787 na uroczystość odpustową św. Jana Chrzciciela wystawił -Jan Lewicki, stolarz polański, ołtarz nowy za cenę 500 złp.

Z innych źródeł wiadomo, że wymieniony wyżej barokowy ołtarz znajduje się obecnie w kaplicy pw. św. Małgorzaty w Kaczynie.

W świetle zapisu, na który powołuje się autor historii parafii, sprawa autorstwa ołtarza wydaje się jednoznacznie wyjaśniona. Właściwie należałoby ustalić tylko, z jaką Polanką powiązany był ów Jan Lewicki - czy chodziło o okoliczną Polankę Wielką, Polankę Haller, Polankę koło Myślenic, czy inną miejscowość noszącą tę popularną nazwę.

Tymczasem uważna lektura zapisu w Kronice Parafialnej nasuwa pewne wątpliwości. 

Zastanawia na przykład, dlaczego wzmianka z 1787 roku o wykonaniu ołtarza znalazła się między wcześniejszymi informacjami z 1805 roku i późniejszymi z 1808 roku, czyli nie została zachowana kolejność chronologiczna zapisów. W archiwalnych materiałach z Choczni takie niekonsekwencje jednak zdarzają się, na przykład w Księgach Sądowych pewnych notatek dokonywano po prostu w wolnym miejscu, nie przejmując się kolejnością.

Sprzeczność można odkryć dopiero w kompletnym zapisie o obchodach święta patrona parafii w 1787 roku, który brzmi:

Na to święto wystawił ołtarz nowy Jan Lewicki ku chwale Pana stolarz Polański, który  z pobożności zapłacił Jaśnie Wielmożny Wincenty Bobrowski, kolator łaskawy, wyliczywszy reńskich 500.

I nie chodzi tu o to, że Lewicki otrzymał 500 złotych reńskich, a nie polskich, czyli 4 razy więcej. To po prostu błąd, czy nieuważność.

Sprzeczność tkwi natomiast w zestawieniu daty 1787 i osoby kolatora Wincentego Bobrowskiego.

W 1787 roku Bobrowski nie miał nic wspólnego z Chocznią, z wyjątkiem osoby swojego wuja Jana Biberstein Starowieyskiego, ówczesnego właściciela wsi i kolatora, czyli osoby mającej wpływ na obsadę probostwa.

Jeżeli więc Lewicki otrzymał 500 złotych reńskich od Bobrowskiego, to nie mogło stać się to w 1787 roku.

Powiększenie zeskanowanej strony z Kroniki Parafialnej pozwala zauważyć, że na pierwszych dwóch cyfrach z daty rocznej 1787 znajduje się jakby plama lub kleks z atramentu, trzecia cyfra (8) sprawia wrażenie przerabianej/poprawianej, a pewna jest tylko ostatnia cyfra (7). Wygląda to tak, jakby autor zapisu próbował przekreślić pierwsze dwie cyfry i zmienić trzecią z 8 na 0. To sugeruje, że prawdopodobnie chodzi tu o datę 1807, a nie 1787, która jest zgodna chronologicznie z wcześniejszymi i późniejszymi wzmiankami oraz nie budzi wątpliwości co do osoby kolatora - hrabia Wincenty Bobrowski w 1807 roku był następcą wuja jako właściciel wsi i kolator.

Oczywiście bardziej logiczne jest, że nowy ołtarz zamówiono po wybudowaniu nowego kościoła, czyli w 1807 roku, a nie w 1787 roku, gdy poprzedni kościół chwile świetności miał za sobą i należało myśleć o budowie nowej świątyni, a nie inwestycjach w ołtarz.

Dokładnego przyjrzenia się wymaga także nazwisko twórcy ołtarza. Dokonujący zapisów ks. proboszcz Majeranowski zapisywał tak samo L i Ł, więc mogło równie dobrze chodzić o Łewickiego. Kolejne litery po L lub Ł zapisane są niewyraźnie, ale moim zdaniem drugą literą z pewnością nie jest e. Gdyby przeanalizować charakter pisma ks. Majeranowskiego, to zamiast "e" zapisał on "a".

Mamy więc Jana Ławickiego, a nie Lewickiego, co wiele zmienia.

O ile w żadnym znanym mi zapisie metrykalnym nie występuje Jan Lewicki powiązany z jakąkolwiek Polanką, to przy Janie Ławickim mamy "trafienie".

Otóż w 1801 roku 41-letni stolarz i kawaler Jan Ławicki poślubił w Polance Wielkiej Agnieszkę z Dobrowolskich, a w 1803 roku ochrzcił tamże syna Walentego.

Istniał w takim razie Jan Ławicki, stolarz polański (mieszkaniec Polanki Wielkiej w 1803 roku), który w 1807 roku mógł zainkasować 500 złr. za wykonanie ołtarza dla nowego kościoła w Choczni.

Co ciekawe, istnieje także kolejny dowód na powiązanie z Chocznią Jana Ławickiego, a nie Jana Lewickiego. W pierwszej Księdze Zmarłych z lat 1784-1839 odnotowano, że 22 lipca 1830 zmarł w Choczni 75-letni arcularius (cieśla/stolarz) Jan Ławicki, mieszkaniec środkowej części wsi (przy obecnej ul. Głównej) i wdowiec.

To nie może być przypadek, autor ołtarza dla kościoła w Choczni najprawdopodobniej mieszkał pod koniec życia właśnie w tej miejscowości.

Oczywiście pozostają małe wątpliwości - nie zgadza się się data urodzenia obliczona według metryk z Polanki (1760) i z Choczni (1755), ale to w tamtych czasach niemal norma - w metrykach zgonów podawano wtedy bardzo przybliżony wiek, dlatego bardziej prawdopodobna wydaje się roczna data urodzenia około 1760 roku.

Niestety w metrykach z Polanki Wielkiej nie znalazłem żadnego Jana Ławickiego, ani osoby nazywającej się podobnie, która urodziłaby się około 1760 roku, ani w całym XVIII wieku.

Miejsce urodzenia polańskiego twórcy ołtarza w Choczni (obecnie w Kaczynie) pozostaje nieznane.

Ponieważ ołtarz Ławickiego wykazuje duże walory artystyczne, to biorąc pod uwagę jego późne miejsce zamieszkania, można go zaliczyć do grona twórców powiązanych z Chocznią.