środa, 3 czerwca 2026

Budowa Domu Ludowego w Choczni

 Pierwsza wzmianka o potrzebie wybudowania osobnego domu dla działalności społecznej pojawiła się już w 1891 roku. Antoni Styła młodszy, członek miejscowego kółka rolniczego, postawił przed zarządem wniosek o wystawienie obszernego budynku, w którym mieściłby się sklep z towarami oraz przestronna sala pełniąca funkcję czytelni. Pomieszczenie to miało służyć również posiedzeniom rady gminnej oraz, w razie potrzeby, zabawom weselnym dla członków. Choć propozycja spotkała się z zainteresowaniem, obecni postanowili odłożyć sprawę do czasu, gdy wszyscy członkowie będą mogli wziąć udział w obradach.

 Minęło siedemnaście lat, zanim idea powróciła z nową siłą. Potrzeba wybudowania Domu Ludowego stawała się coraz bardziej paląca. Brak miejsca do zebrań dawał się bardzo odczuwać w gminie, która rozwijała liczne inicjatywy społeczne i gospodarcze. W planowanym budynku miały znaleźć pomieszczenie czytelnia, teatr, kasa Raiffeisena, sklepik kółkowy, a być może także wiejski Sokół.

W 1908 roku zarząd Kółka Rolniczego w Choczni rozpoczął oficjalne starania o budowę domu. Co ciekawe, pierwsze wsparcie finansowe przyszło od wychodźców zarobkowych przebywających w Ameryce. Mimo trudnych warunków, w jakich się znaleźli wskutek zastoju w fabrykach i braku zarobku, za pośrednictwem Franciszka Wcisły przesłali kwotę 46 koron. Wśród ofiarodawców znaleźli się Jakób i Wojciech Budzowie, Jan Marek z Gronia, Walenty Mąka z Leśnicy, Jan Maciaszek z Jordanowa, Józef Pawelak z Nowej Wsi, Stanisław Bandoła oraz sam Franciszek Wcisło z Choczni.

Lokalny komitet organizacyjny nie poprzestał na zbiórkach pieniężnych. Odbyły się dwa festyny, które przyniosły razem przeszło 400 koron dochodu. Drugi z nich, zorganizowany 6 września, miał program bardzo urozmaicony i odbył się na polu, które darmo oddał na ten cel Teodor Zając. Zabawa miała służyć nie tylko zebraniu funduszy na budowę domu dla zawiązać się mającego Sokoła, czytelni i kółka rolniczego, ale też odegrać ważną rolę kulturową. Oprócz zwykłych rozrywek, takich jak muzyka, kosze szczęścia czy ognie sztuczne, komitet przygotował prawdziwą atrakcję – odtworzenie staropolskich tańców wspominanych przez Jana Kochanowskiego i Wincentego Pola, takich jak cenar, drabant i stryjanka. Organizatorzy postanowili ze ścisłością historyczną odtworzyć te zapomniane formy taneczne, licząc na ich ponowne wprowadzenie do ludowych zabaw.

Istotnym momentem w historii budowy był 24 maja 1910 roku, kiedy podczas "Grunwaldzkiego wiecu oświatowego" ideę domów ludowych omawiał Stanisław Stączek z Krakowa. Jego wystąpienie spotkało się z dużym zainteresowaniem, gdyż Chocznianie mieli już zgromadzone pewne środki na budowę. We wrześniu tego roku zarząd Kółka Rolniczego zorganizował kolejny festyn na pomnożenie funduszu, który zakończyły śpiewy dziewcząt i tańce przy obecności licznych gości z pobliskich Wadowic.

Rok 1911 przyniósł znaczące przyspieszenie działań. Gmina Chocznia wyróżniała się jako jedna z najbardziej postępowych w powiecie wadowickim. Składały się na to oświata chłopów, energia miejscowej inteligencji, dostatek, a przede wszystkim rozgałęzione na wielką skalę czytelnictwo pism i książek. W takich warunkach każda dobra myśl padała na podatny grunt. Powstało wiele instytucji oświatowych i gospodarczych: czytelnia ludowa, teatr i chór włościański, kółko rolnicze, kasa Raiffeisena, spółka drenarska, straż ogniowa oraz koło Ligi pomocy przemysłowej. Specjalny komitet pod przewodnictwem Adama Rulińskiego krzątał się około zbierania funduszów, które do tego czasu przekroczyły już cyfrę 3500 koron.

W niedzielę 30 lipca 1911 roku komitet zwołał wiec oświatowy, którego celem było lepsze poinformowanie ogółu o wartości i znaczeniu Domu Ludowego oraz ufundowanie włościańskiego Sokoła. Zebrał się spory tłum. Zebranie zagaił Ruliński, po czym wybrano prezydium, do którego weszli poseł Styła, kierownik szkoły Ryłko i Putek. Referat wypowiedział profesor Białkowski, podnosząc przede wszystkim konieczność stworzenia ogniska dla lepszego rozwoju istniejących w gminie stowarzyszeń. O Sokole mówił Ruliński, poseł Styła poparł wywody referentów, zwracając uwagę na znaczenie oświaty jako czynnika podtrzymującego egzystencję narodową i ekonomiczną. Malata zachęcił do ofiarności, a Putek podkreślił znaczenie domu w walce z karczmą i ciemnotą. Natychmiast wpisało się do Sokoła około 40 osób, wielu dopisało się na członków komitetu budowy, kilku zadeklarowało znaczniejsze kwoty, a za przykładem Rokowskiego i Turały kilku zaoferowało bezpłatną robociznę.

Zaledwie tydzień później, 6 sierpnia 1911 roku, Komitet Budowy urządził kolejny festyn, podczas którego miejscowy teatr ludowy wystawił sztukę "Chłopi Arystokraci". Komitet zwracał się do mieszkańców Choczni, by przy każdej okoliczności pamiętali o składkach, a rodaków w Ameryce prosił o dalszą pamięć o wiosce rodzinnej, zachęcając do przesyłania datków pod adresem Adama Rulińskiego.

Luty 1912 roku przyniósł przełomową wiadomość – oprócz zebranych środków komitet posiadał już parcelę pod budowę, którą podarował Franciszek Malata. Nie wszyscy jednak patrzyli przychylnie na tę inicjatywę. Budowę Domu Ludowego z powodów politycznych zwalczał ksiądz wikariusz Franciszek Miśkowiec. Pomimo tego wsparcie napływało nadal, także zza oceanu. W 1912 roku w Ameryce złożyli datki: Józef Pawelak, Bronisława Ruła, Helena Ramenda, Klemens Sablik, Jan Fluder i Jan Matyjasik po jednym dolarze, Jan Łapka, Michał Graca, Józef Smukiewicz i Jan Naglik po dwa dolary, Franciszek Wcisło siedem dolarów, a Stanisław Moll pięćdziesiąt centów – razem 21 dolarów i 50 centów, czyli 106 koron austriackich. Skarbnik komitetu Maksymilian Malata i prezes Sokoła Adam Ruliński podziękowali za nie na łamach "Przyjaciela Ludu". Łapka, Graca, Fluder, Matyjasik, Naglik i Wcisło zostali przyjęci jako zagraniczni członkowie choczeńskiego Sokoła.

W styczniu 1913 roku Wydział Sokoła i Komitet Budowy złożyły specjalne podziękowania druhnowi Franciszkowi Wciśle, który aktywnie organizował zbiórki w Ameryce. Na gwiazdkę przesłał 16 koron: 6 od Karola Książka i po 5 od siebie oraz Jana Naglika jako członków zagranicznych Sokoła. W tym czasie trzy sale domu były już wybudowane.

Wybuch pierwszej wojny światowej spowolnił prace budowlane, ale nie zatrzymał ich całkowicie. W 1915 roku Kasa Raiffeisena podjęła uchwałę, że część czystego zysku zgodnie ze statutem przeznaczono na fundusz rezerwowy, resztę zaś, czyli dywidendę, w trzech czwartych przeznaczono na wykończenie Domu Ludowego w Choczni, a w jednej czwartej na poratowanie nieszczęśliwych ofiar wojny.

Rok 1917 przyniósł doniosłe wydarzenia. Zarząd miejscowego Kółka Rolniczego zwołał zebranie członków w celu uczczenia rocznicy zgonu Tadeusza Kościuszki. Obszerna sala Domu Ludowego zapełniła się ludem. Obrady zagaił Józef Putek okolicznościowym przemówieniem o znaczeniu Tadeusza Kościuszki, po czym zarząd Kółka złożył sprawozdanie z działalności Towarzystwa, które w tym roku kończyło 25-letni okres swojej pracy. Nad sprawozdaniem wywiązała się długa dyskusja, której głównym tematem była sprawa upamiętnienia rocznicy zgonu Tadeusza Kościuszki. Zabierali głos poseł Styła, wójt Malata, Ścigalski, Sordyl, Rokowski, Wójcik, Siwiec, Jurecki, Widlarz, Ruła i Mirowicz. Jednomyślnie uchwalono przystąpić do wykończenia przerwanej wojną budowy, a po jej zakończeniu nazwać dom "Domem Ludowym imienia Tadeusza Kościuszki". Wszyscy członkowie Kółka Rolniczego pobierający zasiłki za powołanych do służby wojskowej zobowiązali się składać co miesiąc pewien procent z kwoty zasiłkowej na fundusz budowy. Dom stał już wtedy pod dachem, składał się z ośmiu pomieszczeń, w tym jednej obszernej sali na zebrania ludowe. Planowano, że po wykończeniu budowy i zasadzeniu obok niej ogrodu, gmina, która posiadała wspaniały kościół i dwa okazałe budynki szkolne, zyska jeszcze czwarty stylowy budynek – żywy pomnik poświęcony Tadeuszowi Kościuszce, a zarazem pierwszy w okolicy Wadowic okazały Dom Ludowy.

wtorek, 26 maja 2026

Groźba rozruchów głodowych w Choczni w 1917 roku

 Wiosną 1917 roku, w czwartym roku wyniszczającej I wojny światowej, w galicyjskiej Choczni brakowało wszystkiego – chleba, mąki i ziemniaków, ale przede wszystkim nadziei. Zrozpaczeni mieszkańcy grozili rozruchami, uczciwi ludzie zapowiadali kradzieże, a lokalne władze, w obawie o własne życie, stawiały biurokracji dramatyczne ultimatum.

O tym wszystkim dowiedzieć się można z pisma, które naczelnik Gminy Chocznia Maksymilian Malata 27 kwietnia 1917 wysłał do Starostwa Powiatowego w Wadowicach. Dokument ten jest świadectwem nędzy i upadku, w jaki wojna wpędziła galicyjskich chłopów. Odsłania nie tylko braki żywności, ale i niesprawiedliwość społeczną oraz biurokratyczny paraliż państwa austriackiego.

Jak wynika z wymienionego wyżej pisma, w kwietniu 1917 roku sytuacja w Choczni wymknęła się spod kontroli. Do urzędu każdego dnia pukały liczne deputacje zdesperowanych mieszkańców, żądających jedzenia i wstrzymania bezlitosnych rekwizycji wojennych. Owe wizyty szybko przeradzały się w groźne demonstracje. Zdesperowane kobiety wprost zapowiedziały urzędnikom, że jeśli gmina nie dostarczy jedzenia, wezmą sprawy w swoje ręce – dokonają włamania do magazynów okręgowego stowarzyszenia rolniczego i rozgrabią zarekwirowane tam zboże. Wójt Malata w swoim raporcie podkreślał, że gróźb tych absolutnie nie można lekceważyć. Głód zniszczył podstawowe zasady moralne: ludzie uchodzący dotąd za uczciwych bez skrępowania przyznawali, że nocami będą kraść, by nie umrzeć z głodu. Prawo przestało odstraszać. Jak zauważył naczelnik: „areszt dla głodujących jawi się wręcz jako wybawienie i dobrodziejstwo”, bo gwarantuje jakikolwiek posiłek.

Chocznia znalazła się wówczas na skraju przepaści, ponieważ na 550 gospodarstw w gminie, aż trzy czwarte stanowiły majątki karłowate, o powierzchni zaledwie od ćwierci do trzech morgów. Nawet w czasach pokoju miejscowi chłopi nie byli w stanie wyżywić z nich swoich rodzin. Brakowało im własnej mąki – przed wojną każdego dnia z sąsiedniego miasta przyjeżdżały do Choczni trzy wozy z chlebem kupowanym przez mieszkańców z zarobków najemnych.

W 1917 roku chleb przestał docierać, a to, co udało się wyhodować, zostało brutalnie zarekwirowane przez żandarmerię i urzędników na polecenie Starostwa Powiatowego. Zabierano ostatnie zapasy. Jak pisał z niedowierzaniem naczelnik Malata: „obecnie są już gospodarstwa, w których nie ma ani kęsa chleba (...). Trzeba się więc dziwić, jak te warstwy ludności w ogóle mogą jeszcze żyć”.

Dokument pokazuje fasadowość i niesprawiedliwość państwowego systemu aprowizacji. Gminie przydzielono miesięczny kontyngent 63 cetnarów mąki, jednak były to tylko liczby na papierze. W marcu dostarczono zaledwie 15 cetnarów, a w kwietniu – ani jednego kilograma. Podobnie wyglądała sprawa z ziemniakami. Gmina wyliczyła niezbędne minimum na 10 wagonów. Sprawa była tak paląca, że na zebraniu Kasy Raiffeisena zdesperowani chłopi wysłali telegraficzny memoriał wprost do Ministerstwa Rolnictwa. Jaka była reakcja władz? Depesza informująca, że sprawę przekazano do Urzędu Żywnościowego w Wiedniu, gdzie dokument przeleżał miesiąc bez żadnej decyzji, podczas gdy w Choczni ponad 1000 osób nie miało w ustach ani jednego ziemniaka.

Wójt Malata ostro punktował również skład powiatowych komitetów aprowizacyjnych. Zamiast reprezentantów głodujących chłopów, zasiadali w nich wielcy posiadacze ziemscy, adwokaci, rzeźnicy i hurtownicy – ludzie, których naczelnik wprost określił mianem tych, którzy „zamiast zasiadać w tych komitetach, powinni tam siedzieć jako oskarżeni o lichwę”. Interesy wsi reprezentowali ewentualnie proboszczowie i organiści, którzy nie potrafili przeciwstawić się staroście.

Widząc bierność wyższych instancji i czując na plecach oddech zdesperowanego tłumu, zarząd gminy z wójtem Malatą na czele postawił wadowickiemu starostwu ostre ultimatum: jeśli władze nie dostarczą żywności, zarząd solidarnie złoży urząd. Urzędnicy otwarcie przyznali, że nie zamierzają ryzykować zdrowia, życia i własnych majątków w starciu z nadciągającymi rozruchami głodowymi.

Aby zapobiec tragedii, gmina sformułowała pięć żądań „ostatniej szansy”:

  • natychmiastowe dostarczenie 10 wagonów ziemniaków,
  • bezwzględne wstrzymanie rekwizycji żywności,
  • pozwolenie na rozdanie najbiedniejszym resztek zarekwirowanego już zboża (żyta, owsa i jęczmienia),
  • uregulowanie zaległego kontyngentu mąki (110 cetnarów),
  • powołanie do powiatowej komisji aprowizacyjnej prawdziwego reprezentanta małorolnych chłopów, wskazanego przez gminę.

Co ciekawe, treść pisma wójta Malaty dotarła nie tylko do adresata, czyli starostwa, ale także do ogółu ówczesnych posłów, ponieważ zostało ono zacytowane w interpelacji sejmowej z 25 września 1917, będącej przedmiotem obrad na 34. posiedzeniu Izby Poselskiej w Wiedniu. 

piątek, 22 maja 2026

Nieplanowane wydatki w budżetach gminnych 1867-1906

 

W latach 1867-1906 budżet Gminy Chocznia był narzędziem jednocześnie sztywnym i elastycznym. Choć musiał być formalnie uchwalany i ściśle przestrzegany, to w praktyce jednak wiele rzeczywistych potrzeb społecznych, religijnych i inwestycyjnych realizowano poza ramami przyjętego budżetu, pokrywając ich koszty z rezerwy budżetowej, funduszy celowych, specjalnych składek i ze zwiększonych realnych dochodów.

Najłatwiej było znaleźć pieniądze na sprawy związane z Kościołem. W 1867 roku Rada przeznaczyła 30 złotych reńskich na nowe organy. W 1872 upoważniła przełożonego gminy do zakupu oliwy, aby przed Najświętszym Sakramentem przez cały rok paliło się światło. W 1896 roku na instalację nowego proboszcza i połączony z nią odpust uchwalono 20 złr – głównie na proch do salwy honorowej i bramę triumfalną.

W tym samym roku zakupiono w Wadowicach zegar na wieżę kościelną (82,8 złr + 50 złr za naprawę i zawieszenie). W 1897 roku gmina zapłaciła 2,5 złr za krzyż misyjny, na który drewno dębowe podarował Jakub Sikora z żoną.

Zdarzało się też wykorzystanie funduszu budowy kościoła do finansowania inwestycji o charakterze pośrednio kościelnym. Ten największy wydatek pozabudżetowy (700 złr) dotyczył budowy murowanego mostu koło kościoła, który był niezbędny do dowozu materiałów na budowę świątyni.

Drugim największym wydatkiem, nie ujętym w budżecie, był zakup w 1885 roku pola od Szymona Guzdka w celu powiększenia miejscowego cmentarza. Środki znów wzięto z funduszu budowy kościoła, a później zwrócono je przez powszechną zbiórkę po 10 krajcarów od mieszkańca parafii.

Dużym polem wydatków pozabudżetowych były próby ujarzmienia Choczenki. Rzeka regularnie niszczyła pola i drogi, przynosząc jednocześnie żwir przydatny do ich naprawy.

  • W 1891 roku nowo wybrana rada postanowiła zbudować kilka jazów na rzece, by zatrzymać spływ żwiru i wykorzystać go na drogi gminne oraz budowę mostków,
  • W 1903 roku przeznaczono 199 koron na umocnienie brzegów Choczenki i jej regulację w rejonie szkoły (Zagroda Wróblówka),
  • W 1889 roku uchwalono budowę mostku i szkarpki na Dąbrowszczyźnie (15 metrów długości, 2 metry szerokości),
  • W latach 1897–1898 wielokrotnie budowano i naprawiano drewniane ławy (kładki) przez Choczenkę – m.in. przy Zadorze, przy szkole, przy Bylicy i koło Wojciecha Styły.

Konsekwentnie poza budżetem rozwijano ochronę przeciwpożarową - już w listopadzie 1876 roku Rada przeznaczyła 81,41 złr jako zaliczkę na sikawkę, którą ostatecznie zakupiono rok później. W czerwcu 1896 roku uchwalono zakup 14 nowych osęk, a 1900 roku drugą sikawkę.

Gmina wspierała również działalność oświatową i kulturalno-rolniczą. W 1892 roku Rada Gminna przeznaczyła 2 złr na bursę dla ubogich uczniów wadowickiego gimnazjum, od 1900 roku regularnie płaciła 4 korony rocznie na Towarzystwo Ogrodnicze w Wadowicach, a w 1904 roku przekazała 2 korony na Towarzystwo Oświaty Ludowej w Krakowie.

W ten sposób w Choczni realizowano prawdziwy budżet, który tylko częściowo pokrywał się z tym, co formalnie uchwalano w urzędzie. Był to typowy kompromis między biurokratycznym porządkiem a chłopskim rozsądkiem.