piątek, 9 października 2026

Wnętrza dawnych choczeńskich domów

 

Wyposażenie chat w Choczni w okresie galicyjskim odzwierciedlało zarówno skromne warunki życia większości mieszkańców, jak i stopniowe zmiany zachodzące wraz z poprawą sytuacji materialnej zamożniejszych gospodarzy.

W chacie kurnej centrum życia stanowiła piekarnia. Tutaj stał masywny chlebowy piec z nalepą – platformą ulepioną z kamieni i gliny, na której palono ogień i gotowano posiłki. Piece chlebowe osiągały imponujące rozmiary, tak duże, że mógł się do nich zmieścić człowiek. Pod piecem znajdowała się piwniczka. Gotowanie odbywało się w glinianych i żeliwnych garnkach, które stawiano na żelaznym trójnogu umieszczanym bezpośrednio na ogniu zwanym dynarkiem lub z niemieckiego drajfusem. Pod powałą piekarni biegły przy dwóch przeciwległych ścianach żerdzie zwane poleniami, po dwie przy każdej ścianie. Na tych poleniach suszono drewno opałowe, wełnę czy serki. Podłogi drewnianej w chatach kurnych nie było – mieszkańcy stąpali po ubitej ziemi. Przed I wojną światową zaczęli je kłaść w domach bogatszych gospodarzy, najpierw w izbach, a później w piekarniach.

Piekarnia była też miejscem snu dla większości rodziny. Spano tam na łóżkach wyrabianych przez miejscowych stolarzy lub kupowanych w Wadowicach, a także na ławach – zarówno tych prostych, jak i wyposażonych w oparcia. Ławy z oparciem stawiano wzdłuż boków łóżka, by dzieci nie walały się po nich podczas snu. Do spania służyły też chowanki lub wsuwanki, czyli ławy z rozsuwanym bokiem, które w dzień mogły pełnić funkcję siedzisk. Małe dzieci umieszczano w dużej chuście zawieszanej u powały lub w drewnianych nieckach, które na co dzień służyły do wypieku chleba.

Jedzenie odbywało się na ogół przy prostym, pozbawionym ozdób stole, choć dzieci posilały się też niekiedy z jednej miski ustawionej na ziemi, a w cieplejsze dni osoby starsze dostawały czasem jedzenie na progu chałupy. Jadano przeważnie z glinianych i drewnianych naczyń, wystruganymi z drewna łyżkami, choć już w 1829 roku zamożny Jan Ścigalski jadał na cynowych talerzach, używając cynowych łyżek.

Najstarszym sposobem oświetlenia były szczypki smolne – kawałki drewna iglastego bogatego w żywicę, które kładzione były na brzegu nalepy i w miarę wypalania przesuwane dalej. Ten archaiczny sposób oświetlania przetrwał do pierwszej wojny światowej, kiedy został na dobre zastąpiony stopniowo upowszechniającymi się lampami naftowymi ze szklanym kloszem.

Izba w chacie kurnej pełniła zupełnie inną funkcję niż pomieszczenia gospodarcze. Służyła do spania oraz przyjmowania gości, była utrzymywana w szczególnej czystości i nikt nie mógł w niej przebywać w ciągu dnia. To traktowanej izby niemal jako pomieszczenia reprezentacyjnego, była charakterystyczne dla kultury chłopskiej i przetrwało długo po zniknięciu chat kurnych. Często stało tu łóżko, jedno lub dwa, zaścielone pierzynami bardzo wysoko – wysokość piętrzenia pierzyn była znakiem zamożności i staranności gospodyni. W izbie oprócz łóżek znajdowały się przede wszystkim skrzynie do przechowywania ubrań świątecznych i innych cennych przedmiotów. Skrzynie te, przeważnie zielone i malowane w kwiaty, wykonywali począwszy od II połowy XIX wieku stolarze w pobliskiej Kalwarii, a charakteryzowały się tym, że były na kółkach, co ułatwiało ich przemieszczanie. Codzienne ubrania wieszano na żerdce umocowanej w dwóch deseczkach przybitych do belek powały. W izbie stał także piec ogrzewczy, połączony z piecem w piekarniku, co pozwalało na ekonomiczne wykorzystanie ciepła. Z czasem, jeszcze przed I wojną światową, tradycyjne skrzynie zaczęły być powoli wypierane przez zamawiane u rzemieślników komody z trzema szufladami. Ściany izby gęsto zdobiły święte obrazy – wizerunki Trójcy Świętej, Jezusa, Marii, a przed nimi bogatsi gospodarze wieszali kolorowe lampki. Obok motywów religijnych pod koniec XIX wieku pojawiała się tematyka patriotyczna, z reprodukcjami „Bitwy racławickiej” Jana Matejki na czele. Dopełniały umeblowania izby: komoda, szafa, a pod koniec XIX wieku nawet lustro i zegar pod koniec XIX wieku u bogatszych chłopów.

Ciekawych informacji na temat wyposażenia wnętrz dostarczają inwentarze majątkowe i testamenty mieszkańców Choczni z XIX i początku XX wieku. Pokazują one wyraźne rozwarstwienie majątkowe i rosnące aspiracje mieszkańców Choczni. 

Wspomniany wyżej Jan Ścigalski posiadał dwie szafy oraz szafarnię małą zdezelowaną, szafkę na zegar ścienny, stół jaworowy, fasieńki dwie małe (beczułki) i jedną większą do schowania mąki, dzierzkę do chleba, duży kufer sosnowy kuty, kufereczek kuty bez zamka, skrzynię, dwa koszyki i dwa szafliki, a także moździerz żelazny do rozdrabniania różnych produktów i przetak skórzany do przesiewania mąki.

Rodzina Ścigalskiego miała do spania dwie pierzyny z trzema zagłówkami i płachtą Szczególnie interesująca jest sfera sacrum w jego domu: sześć sztuk kupersztyków świętych (miedziorytów z wizerunkami świętych), obraz wielki Pana Jezusa na płótnie, obraz Trójcy Świętej, dwa małe obrazy Najświętszej Marii Panny, książka drukowana „Żywot św. Jana", zwierciadło, kropielniczka na święconą wodę i krzyż żelazny. Ten bogaty zestaw przedmiotów kultu religijnego pokazuje głęboką pobożność gospodarza i wagę, jaką przywiązywano do sfery duchowej.

Święte obrazy oprawione w drewniane ramy posiadali też np. Franciszek Kalemba, zmarły w 1913 roku, który miał także pasyjkę – figurkę z gipsu, Marianna Kręcioch z Brandysów, zmarła w 1909 roku, czy Szymon Dąbrowski, pochowany w 1919 roku.

Zmarły w 1897 Jan Zając pozostawił stolik politurowany, szafę malowaną, łóżko malowane i komodę politurowaną, Marianna Kręcioch pierzynę, dwie poduszki, łóżko drewniane, stolik, skrzynkę malowana na wiśniowo, kufer, zegar ścienny i szlabant do spania, zamożny Jakub Widlarz szafę olszową politurowaną, łóżko politurowane, zegar ścienny, lustro i stół politurowany, Franciszek Kalemba zegar ścienny, krzesło, stolik z twardego drewna, łóżko i skrzynkę zieloną, a Szymon Dąbrowski zegar ścienny i lustro, łóżko z pierzyną i zagłówkiem oraz jedną skrzynię.

Analiza wymienionych wyżej inwentarzy pokazuje pewne stałe elementy wyposażenia bogatszych chłopskich domów w Choczni pod koniec okresu galicyjskiego: wielu posiadało zegar ścienny (symbol czasu mierzonego mechanicznie, nowoczesności i zamożności), a wszyscy obrazy religijne (świadectwo pobożności), łóżka (zamiast prostych ław czy posłań na ziemi), skrzynie lub komody (do przechowywania cennych rzeczy). Pojawiają się lustra – przedmioty o charakterze nie tyle użytkowym, co prestiżowym, świadczące o dbałości o wygląd i samoświadomości właścicieli. Politurowane meble, czyli lakierowane, błyszczące, były oznaką nowoczesności i zamożności.

Nieco inaczej wyglądało zapewne wyposażenie domostw zamieszkałych przez przedstawicieli społeczności żydowskiej w Choczni. Choć nie znamy dokładnego wyglądu ich wnętrz, to można się posiłkować opisem domu Filipa Tirasa, byłego choczeńskiego karczmarza, który przeprowadzając się w 1823 roku do Rudz z pewnością wyposażył swoje nowe miejsce zamieszkania w sprzęty i meble przywiezione z Choczni.

Posiadał on dwie duże skrzynie na zboże (nazwane sąsiekami) i dwie małe, dwie skrzynie zamykane na zamek, szafę na ubrania, szafę-kredens z przeszkloną górną częścią (co było nowością technologiczną), kredensik i trzy łóżka malowane na zielono. Kolor zielony wydaje się być ulubionym kolorem mebli – również największy stół z drewna jaworowego, który posiadał szufladę z zamkiem, był pomalowany na zielono. Trzy stoły różnej wielkości, sześć stołków drewnianych i jeden obity skórą, zegar stołowy, zwierciadło, magiel z szufladami, jedenaście szaflików, cztery konewki, dwie faski (beczułki) na mąkę, dwie beczki na wodę i kolejne dwie na kapustę, stolnica i mała skrzynka różnego przeznaczenia – wszystko to składało się na gospodarstwo dobrze zorganizowane i zasobne. W sieni stała dodatkowa szafa, latarnia, dzieża do robienia chleba i wanna do kąpania – ten ostatni element był już prawdziwym luksusem.

piątek, 2 października 2026

"Sabotażyści" z Choczni w 1953 roku

 W 1953 roku w numerze 121 pisma "Gromada - Rolnik Polski" ukazał się artykuł pod tytułem "Nieudany sabotaż", dotyczący między innymi choczeńskich rolników.

Autor - Antoni Kowalczyk z Mucharza - zwrócił w nim uwagę na problem jakości zboża przywożonego do skupu w ramach obowiązkowych dostaw, czyli systemu przymusowej sprzedaży państwu określonej ilości ziarna po cenach znacznie niższych od rynkowych – w 1953 roku ceny dostaw obowiązkowych były około trzykrotnie niższe niż ceny skupu ponadobowiązkowego. Wysokość kontyngentu ustalano na podstawie hektarów przeliczeniowych gruntów ornych danego gospodarstwa, mnożąc je przez normę kilogramową. Normy były progresywne: im większe gospodarstwo, tym wyższe obciążenie w przeliczeniu na hektar. Plan państwowy dzielono na wojewódzkie, powiatowe i gminne, a jego wykonanie nadzorował Centralny Urząd Skupu i Kontraktacji. System ten miał dwa zasadnicze cele. Po pierwsze – zapewnić tanie zboże dla miast, przemysłu i zaopatrzenia armii w okresie intensywnej industrializacji. Po drugie – wywierać presję ekonomiczną na indywidualnych rolników, zwłaszcza tzw. kułaków, aby skłonić ich do wstępowania do spółdzielni produkcyjnych.

Jak pisze Kowalczyk, część rolników przywoziła do skupu zboże zawołczone, stare, cuchnące, a nawet specjalnie namoczone, by sztucznie zwiększyć jego wagę. użyte tu pojęcie zboża zawołczonego oznaczało ziarno porażone przez wołka zbożowego, niewielkiego chrząszcza, którego samica składa jaja wewnątrz ziarna; larwy wyżerają jego wnętrze, pozostawiając pustą łupinę. Żerowanie powoduje ubytek masy, wzrost wilgotności i temperatury, rozwój pleśni oraz charakterystyczny stęchły zapach. Zboże zawołczone traci wartość spożywczą i paszową – staje się bezużyteczne dla młynów i piekarni państwowych.

W artykule wymieniono czterech rolników z Choczni: Zofię Dąbrowską, Piotra Rzyckiego, Konstantego Mizerę i Jana Widlarza, w przypadku których czujni magazynierzy w punktach skupu wykryli nikczemne zamiary i zlikwidowali je. Z przesadą i zadęciem propagandowym, typowym dla pierwszej połowy lat 50. XX wieku, określono ich mianem sabotażystów, których dotknęły sprawiedliwe i zasłużone kary.

Nie wykonanie planu obowiązkowych dostaw groziło grzywną do 3000 zł orzekaną przez kolegia karno-administracyjne, a w przypadku złośliwego uchylania się – nawet karą aresztu lub więzienia do trzech lat. W 1953 roku w całym kraju ukarano grzywnami ponad 250 tysięcy rolników, a wielu, którzy nie mogli zapłacić, trafiło do aresztu.

piątek, 25 września 2026

Tragiczny rok, gdy średnia wieku zmarłego w Choczni wynosiła niespełna 13 lat

 W historii Choczni szczególnie zapisały się lata 90. XIX wieku, kiedy to średnia wieku zmarłego spadała poniżej 20 lat. Takich roczników w tej dekadzie było aż pięć, czyli niezwykle niski średni wiek zmarłych występował w połowie przypadków. Na tym tle negatywnie wyróżniały się dwa roczniki - 1895 i 1899, gdy średni wiek zmarłego mieszkańca Choczni spadał poniżej 15 lat. W 1895 roku wynosił zaledwie 14,8, a w 1899 roku był jeszcze niższy - 12,6.

Współcześnie niski średni wiek zmarłych kojarzyłby się z wojną lub jakimś kataklizmem, jednak w ówczesnych realiach wiejskich decydował o nim przede wszystkim masowy zgon najmłodszych mieszkańców, czyli w Choczni w latach 90. XIX wieku panowała skrajnie wysoka śmiertelność dzieci i niemowląt. W 1899 roku na 118 zmarłych ogółem było aż 97 osób poniżej 18 roku życia, czyli ponad 82%. 

Dokładny obraz zgonów dzieci w 1899 przedstawiał się w sposób nastepujący:

- zmarło 31 dzieci, które nie osiągnęły 1 roku życia,

- 12 dzieci w wieku od 1 do 2 lat,

- 11 dwulatków,

- 7 trzylatków i czterolatków,

- po 4 dzieci pięcio- i sześcioletnie,

- 5 siedmiolatków,

- 7 ośmiolatków,

- 3 dziewięciolatków,

- po 2 dziesięciolatków i jedenastolatków,

- po 1 dwunastolatku i trzynastolatku.

Z przedstawionych danych wynika, że w tym tragicznym roku co czwarty zgon dotyczył niemowląt (dokładnie 26%), a zgony dzieci w wieku od 0 do 4 lat stanowiły ponad połowę wszystkich zgonów w całej Choczni w 1899 roku. Widać także, że zgony notowano w każdym kolejnym roczniku aż do wieku młodzieńczego (13 lat).

Zapisy z metryk zgonów nie wskazują jednej przyczyny tak wysokiej śmiertelności dzieci. Głównymi "winowajcami" tego zjawiska były epidemie szkarlatyny i błonicy, ale także defekty przy urodzeniu, zapalenie płuc, czy gruźlica. Przy części zgonów podano ponadto nie konkretne przyczyny, lecz objawy (kaszel, wymioty), choć silny kaszel mógł wskazywać na krztusiec, który z kolei często prowadził do zapalenia płuc.

Błonica (dyfteryt) zbierała ofiary szczególnie w styczniu, w lutym i w marcu. Ta choroba wywołana przez bakterie atakowała gardło i krtań, powodując zatykanie dróg oddechowych i śmierć w wyniku uduszenia. Pod koniec marca po raz pierwszy jako przyczynę zgonu dziecka podano tussis (krztusiec?), a w kwietniu szkarlatynę.

Oczywiście głębszą przyczyną tak wysokiej śmiertelności był brak szczepień, niedożywienie powodujące brak odporności i niski poziom higieny.

Ogromna liczba zgonów dzieci nie spowodowała jednak spadku liczby ludności Choczni, ponieważ w całej dekadzie lat 90. XIX wieku liczba urodzeń przewyższała liczbę zgonów.