piątek, 23 października 2026

Choczeńscy przedsiębiorcy w Ameryce

 W powszechnej opinii emigranci z Choczni i okolicznych wsi, którzy na przełomie XIX i XX wieku wyjechali do Stanów Zjednoczonych, rzadko przekraczali poziom drobnego rzemiosła lub pracy najemnej. Zazwyczaj posiadali jedynie podstawowe wykształcenie i zaczynali od najcięższych robót. Jednak kilku z nich udowodniło, że Ameryka rzeczywiście była krajem możliwości – pod warunkiem ciężkiej pracy, oszczędności i przedsiębiorczego ducha.

Przykładem może być tu Ignacy Ścigalski (1881-1963), który przybył do Chicago w 1905 roku. Pracował początkowo jako „policyant” (ochroniarz) w Peoples Stock Yards State Bank. Z czasem jednak wszedł w struktury polskiej bankowości spółdzielczej. W latach 1946–1962 był prezesem i dyrektorem Supreme Savings and Loan Association – jednej z najważniejszych polskich kas oszczędnościowo-pożyczkowych w Chicago.

Ignacy Scigalski

Jednym z nielicznych choczeńskich emigrantów, który przed wyjazdem uczył się w wadowickim gimnazjum był Stanisław Sikora (1889-1958). Do USA wyjechał w 1909 roku. W Chicago założył rozlewnię wody sodowej Hawthorne Legionnaire Beverages. Biznes okazał się na tyle dochodowy, że w 1929 roku Sikora mógł pozwolić sobie na podróż do Polski, podczas której wraz z rodziną zwiedzał ojczyste strony własnym samochodem – co w tamtych czasach było symbolem ogromnego luksusu i sukcesu. Był również aktywnym działaczem polonijnym i od 1933 roku wiceprezydentem Polish American Businessmen’s Association. Podobnie jak Ścigalski, angażował się w życie dawnej ojczyzny, inicjując zbiórkę na choczeńskie dzwony.

Franciszek Jan Ramza (1893-1967) udowodnił, że stabilny, lokalny biznes może być odskocznią do kariery politycznej i społecznej. Po przybyciu do USA w 1911 roku zaczynał jako zwykły robotnik w American Bottle Co. Jednak to handel stał się jego powołaniem – przez 44 lata był właścicielem sklepu spożywczego w Streator (stan Illinois). Zyski i pozycja, jakie dał mu własny biznes, pozwoliły mu na szeroką działalność publiczną. Był niezwykle aktywnym działaczem Związku Narodowego Polskiego (PNA), a także ważną postacią w lokalnych strukturach Partii Demokratycznej, z ramienia której kandydował na komisarza miasta.

Franciszek Ramza

Wśród emigrantów z Choczni i okolic, którzy odnieśli sukces za oceanem, znalazł się również Feliks Bator (ur. 1896 r. w Kaszowie), który wyemigrował z Choczni w 1913 roku. Zaczynał jako ślusarz, jednak swoje powołanie odnalazł w branży mięsnej w stanie Connecticut. Przez lata zdobywał doświadczenie jako rzeźnik w kilku dużych firmach wędliniarskich. Jego wiedza i fach w ręku zaowocowały w 1948 roku, kiedy to został współzałożycielem przedsiębiorstwa United Sausage Company w New Britain. Dzięki ciężkiej pracy zyskał renomę znanego wytwórcy kiełbas (king of sausages) i stał się szanowanym członkiem stowarzyszenia polskich biznesmenów (Polish Businessmen’s Association).

Feliks Bator

Do grona przedsiębiorczych Polaków z tej samej fali emigracyjnej należy zaliczyć również Piotra Ciejka (ur. 1883 r. w Morawicy), który do USA dotarł w 1907 roku. Osiadł w Easthampton w stanie Massachusetts, gdzie wykazał się niezwykłym zmysłem do interesów. Ciejek nie tylko założył dobrze prosperujący sklep spożywczo-mięsny, ale zyski z niego zainwestował w nieruchomości. Wybudował własną kamienicę przy ulicy Parsons, do której przeniósł swój biznes. Był szanowanym kupcem i obywatelem, aktywnie działającym w Towarzystwie św. Michała. Gdy zmarł przedwcześnie w wieku zaledwie 47 lat, lokalna społeczność i liczni przyjaciele, jak napisano w nekrologu, szczerze opłakiwali stratę tego przedsiębiorczego Polaka.

Nagrobek Piotra Ciejka
na cm. św. Stanisława

Z Chocznią związany był także Marcin Zawistowski (1880-1967) nowojorski przedsiębiorca z branży mechanicznej, prezes Simplex Cloth Cutting Machine Co. i właściciel kilku zarejestrowanych patentów. W 1911 roku poślubił na Manhattanie w Nowym Jorku przybyłą z Choczni Annę Widlarz (ur. 1884). Po I wojnie światowej mieszkańcem Choczni był też jego ojciec Julian Zawistowski, były zarządca majątków ziemskich na kresach wschodnich, który po śmierci w 1920 roku spoczął na choczeńskim cmentarzu parafialnym.

Marcin i Anna Zawistowscy

Historie Ścigalskiego, Sikory, Ramzy, Batora, Ciejka i Zawistowskiego to dowód na to, że bariery takie jak brak wyższego wykształcenia, czy znajomości języka na starcie, można było na gruncie amerykańskim pokonać ciężką pracą i determinacją, osiągając sukces i budując własne firmy.

czwartek, 15 października 2026

Sprawa kryminalna z 1757 roku

 W 1757 roku do Sądu Grodzkiego w Oświęcimiu zgłosił się Józef Sikorski, administrator dóbr w Gorzeniu, stanowiących własność Damiana Biberstein Starowieyskiego, burgrabiego krakowskiego i przedstawił oficjalną protestację (skargę sądową) w imieniu swojego pryncypała (Starowieyskiego) oraz mieszkanki Gorzenia Doroty Konas, jej dzieci Jana i Zofii  i jej szwagra Jana Konasa przeciwko grupie mieszkańców Choczni i Jaroszowic, którzy pobili śmiertelnie Wojciecha Konasa, męża wyżej wymienionej Doroty.

Sprawcami tego pobicia byli: Jakub Jachymski, Szczepan Piątek, Józef Adamczyk, Łukasz, Walenty i Jan Szczurowie, Leon Chałupszczak i Andrzej Chrząszcz. Poza Jachymskim, którego rodzina używała też nazwiska Leń, wszyscy pozostali byli Chocznianami. Józef Adamczyk zwany był również Woźniakiem, Leon Chałupszczak był synem Urbana Ramendy Chałupskiego, a Andrzej Chrząszcz, mąż Reginy, nazywany był też Lachem. 

Do tragicznego w skutkach zdarzenia doszło w niedzielę 13 lutego. Konas, określany przez Sikorskiego jako człowiek spokojny, skromny i trzeźwy, uczestniczył we mszy w wadowickim kościele, po czym wracał do swojego domu w Gorzeniu. W pewnym momencie zaczepiła go grupa ww. mężczyzn, bez żadnego powodu obrzucili go obelżywymi słowami, a następnie zaczęli go bić. W wyniku zadanych obrażeń Wojciech Konas zmarł niecałe dwie godziny później. 

Sikorski zażądał, by sprawców zabójstwa aresztować i osądzić. Na dowód swoich słów okazał zwłoki zabitego Konasa z widoczną spuchnietą raną na skroni nad prawym uchem, takim samym obrażeniem na lewej skroni, zakrwawionym uchem i złamaną prawą ręką. 

Po tych oględzinach sąd nakazał aresztować zabójców. 

Przeprowadził je woźny sądowy Szymon Nowakowski, w asyście szlachciców Piotra Humnickiego i Marcina Rottermunda. Najpierw udali się do wójta Choczni (niewymienionego z nazwiska), który wydał im: Jachymskiego, Adamczyka, Szczurów, Chałupszczaka i Chrząszcza, a następnie do plebana choczeńskiego ks. Byliny, u którego przebywał jego poddany Szymon Piątek. Wójt i pleban zaakceptowali postanowienie o areszcie, a zatrzymani nie stawiali oporu.

17 marca doszło do niespodziewanego zwrotu w sprawie. Franciszek Jezierski, ekonom starostwa barwałdzkiego, przedstawił przed Sądem Grodzkim pismo od Damiana Starowieyskiego,  w którym tenże szlachcic oznajmił, że rezygnuje z wszelkich roszczeń w stosunku do zabójców swojego poddanego i nie zamierza się procesować o zabójstwo, co potwierdza własnoręcznym podpisem i przystawieniem pieczęci. 

Do polubownego załatwienia sprawy bez rozprawy sądowej doszło prawdopodobnie po otrzymaniu przez Starowieyskiego odpowiedniego zadośćuczynienia w formie pieniężnej.



piątek, 9 października 2026

Wnętrza dawnych choczeńskich domów

 

Wyposażenie chat w Choczni w okresie galicyjskim odzwierciedlało zarówno skromne warunki życia większości mieszkańców, jak i stopniowe zmiany zachodzące wraz z poprawą sytuacji materialnej zamożniejszych gospodarzy.

W chacie kurnej centrum życia stanowiła piekarnia. Tutaj stał masywny chlebowy piec z nalepą – platformą ulepioną z kamieni i gliny, na której palono ogień i gotowano posiłki. Piece chlebowe osiągały imponujące rozmiary, tak duże, że mógł się do nich zmieścić człowiek. Pod piecem znajdowała się piwniczka. Gotowanie odbywało się w glinianych i żeliwnych garnkach, które stawiano na żelaznym trójnogu umieszczanym bezpośrednio na ogniu zwanym dynarkiem lub z niemieckiego drajfusem. Pod powałą piekarni biegły przy dwóch przeciwległych ścianach żerdzie zwane poleniami, po dwie przy każdej ścianie. Na tych poleniach suszono drewno opałowe, wełnę czy serki. Podłogi drewnianej w chatach kurnych nie było – mieszkańcy stąpali po ubitej ziemi. Przed I wojną światową zaczęli je kłaść w domach bogatszych gospodarzy, najpierw w izbach, a później w piekarniach.

Piekarnia była też miejscem snu dla większości rodziny. Spano tam na łóżkach wyrabianych przez miejscowych stolarzy lub kupowanych w Wadowicach, a także na ławach – zarówno tych prostych, jak i wyposażonych w oparcia. Ławy z oparciem stawiano wzdłuż boków łóżka, by dzieci nie walały się po nich podczas snu. Do spania służyły też chowanki lub wsuwanki, czyli ławy z rozsuwanym bokiem, które w dzień mogły pełnić funkcję siedzisk. Małe dzieci umieszczano w dużej chuście zawieszanej u powały lub w drewnianych nieckach, które na co dzień służyły do wypieku chleba.

Jedzenie odbywało się na ogół przy prostym, pozbawionym ozdób stole, choć dzieci posilały się też niekiedy z jednej miski ustawionej na ziemi, a w cieplejsze dni osoby starsze dostawały czasem jedzenie na progu chałupy. Jadano przeważnie z glinianych i drewnianych naczyń, wystruganymi z drewna łyżkami, choć już w 1829 roku zamożny Jan Ścigalski jadał na cynowych talerzach, używając cynowych łyżek.

Najstarszym sposobem oświetlenia były szczypki smolne – kawałki drewna iglastego bogatego w żywicę, które kładzione były na brzegu nalepy i w miarę wypalania przesuwane dalej. Ten archaiczny sposób oświetlania przetrwał do pierwszej wojny światowej, kiedy został na dobre zastąpiony stopniowo upowszechniającymi się lampami naftowymi ze szklanym kloszem.

Izba w chacie kurnej pełniła zupełnie inną funkcję niż pomieszczenia gospodarcze. Służyła do spania oraz przyjmowania gości, była utrzymywana w szczególnej czystości i nikt nie mógł w niej przebywać w ciągu dnia. To traktowanej izby niemal jako pomieszczenia reprezentacyjnego, była charakterystyczne dla kultury chłopskiej i przetrwało długo po zniknięciu chat kurnych. Często stało tu łóżko, jedno lub dwa, zaścielone pierzynami bardzo wysoko – wysokość piętrzenia pierzyn była znakiem zamożności i staranności gospodyni. W izbie oprócz łóżek znajdowały się przede wszystkim skrzynie do przechowywania ubrań świątecznych i innych cennych przedmiotów. Skrzynie te, przeważnie zielone i malowane w kwiaty, wykonywali począwszy od II połowy XIX wieku stolarze w pobliskiej Kalwarii, a charakteryzowały się tym, że były na kółkach, co ułatwiało ich przemieszczanie. Codzienne ubrania wieszano na żerdce umocowanej w dwóch deseczkach przybitych do belek powały. W izbie stał także piec ogrzewczy, połączony z piecem w piekarniku, co pozwalało na ekonomiczne wykorzystanie ciepła. Z czasem, jeszcze przed I wojną światową, tradycyjne skrzynie zaczęły być powoli wypierane przez zamawiane u rzemieślników komody z trzema szufladami. Ściany izby gęsto zdobiły święte obrazy – wizerunki Trójcy Świętej, Jezusa, Marii, a przed nimi bogatsi gospodarze wieszali kolorowe lampki. Obok motywów religijnych pod koniec XIX wieku pojawiała się tematyka patriotyczna, z reprodukcjami „Bitwy racławickiej” Jana Matejki na czele. Dopełniały umeblowania izby: komoda, szafa, a pod koniec XIX wieku nawet lustro i zegar pod koniec XIX wieku u bogatszych chłopów.

Ciekawych informacji na temat wyposażenia wnętrz dostarczają inwentarze majątkowe i testamenty mieszkańców Choczni z XIX i początku XX wieku. Pokazują one wyraźne rozwarstwienie majątkowe i rosnące aspiracje mieszkańców Choczni. 

Wspomniany wyżej Jan Ścigalski posiadał dwie szafy oraz szafarnię małą zdezelowaną, szafkę na zegar ścienny, stół jaworowy, fasieńki dwie małe (beczułki) i jedną większą do schowania mąki, dzierzkę do chleba, duży kufer sosnowy kuty, kufereczek kuty bez zamka, skrzynię, dwa koszyki i dwa szafliki, a także moździerz żelazny do rozdrabniania różnych produktów i przetak skórzany do przesiewania mąki.

Rodzina Ścigalskiego miała do spania dwie pierzyny z trzema zagłówkami i płachtą Szczególnie interesująca jest sfera sacrum w jego domu: sześć sztuk kupersztyków świętych (miedziorytów z wizerunkami świętych), obraz wielki Pana Jezusa na płótnie, obraz Trójcy Świętej, dwa małe obrazy Najświętszej Marii Panny, książka drukowana „Żywot św. Jana", zwierciadło, kropielniczka na święconą wodę i krzyż żelazny. Ten bogaty zestaw przedmiotów kultu religijnego pokazuje głęboką pobożność gospodarza i wagę, jaką przywiązywano do sfery duchowej.

Święte obrazy oprawione w drewniane ramy posiadali też np. Franciszek Kalemba, zmarły w 1913 roku, który miał także pasyjkę – figurkę z gipsu, Marianna Kręcioch z Brandysów, zmarła w 1909 roku, czy Szymon Dąbrowski, pochowany w 1919 roku.

Zmarły w 1897 Jan Zając pozostawił stolik politurowany, szafę malowaną, łóżko malowane i komodę politurowaną, Marianna Kręcioch pierzynę, dwie poduszki, łóżko drewniane, stolik, skrzynkę malowana na wiśniowo, kufer, zegar ścienny i szlabant do spania, zamożny Jakub Widlarz szafę olszową politurowaną, łóżko politurowane, zegar ścienny, lustro i stół politurowany, Franciszek Kalemba zegar ścienny, krzesło, stolik z twardego drewna, łóżko i skrzynkę zieloną, a Szymon Dąbrowski zegar ścienny i lustro, łóżko z pierzyną i zagłówkiem oraz jedną skrzynię.

Analiza wymienionych wyżej inwentarzy pokazuje pewne stałe elementy wyposażenia bogatszych chłopskich domów w Choczni pod koniec okresu galicyjskiego: wielu posiadało zegar ścienny (symbol czasu mierzonego mechanicznie, nowoczesności i zamożności), a wszyscy obrazy religijne (świadectwo pobożności), łóżka (zamiast prostych ław czy posłań na ziemi), skrzynie lub komody (do przechowywania cennych rzeczy). Pojawiają się lustra – przedmioty o charakterze nie tyle użytkowym, co prestiżowym, świadczące o dbałości o wygląd i samoświadomości właścicieli. Politurowane meble, czyli lakierowane, błyszczące, były oznaką nowoczesności i zamożności.

Nieco inaczej wyglądało zapewne wyposażenie domostw zamieszkałych przez przedstawicieli społeczności żydowskiej w Choczni. Choć nie znamy dokładnego wyglądu ich wnętrz, to można się posiłkować opisem domu Filipa Tirasa, byłego choczeńskiego karczmarza, który przeprowadzając się w 1823 roku do Rudz z pewnością wyposażył swoje nowe miejsce zamieszkania w sprzęty i meble przywiezione z Choczni.

Posiadał on dwie duże skrzynie na zboże (nazwane sąsiekami) i dwie małe, dwie skrzynie zamykane na zamek, szafę na ubrania, szafę-kredens z przeszkloną górną częścią (co było nowością technologiczną), kredensik i trzy łóżka malowane na zielono. Kolor zielony wydaje się być ulubionym kolorem mebli – również największy stół z drewna jaworowego, który posiadał szufladę z zamkiem, był pomalowany na zielono. Trzy stoły różnej wielkości, sześć stołków drewnianych i jeden obity skórą, zegar stołowy, zwierciadło, magiel z szufladami, jedenaście szaflików, cztery konewki, dwie faski (beczułki) na mąkę, dwie beczki na wodę i kolejne dwie na kapustę, stolnica i mała skrzynka różnego przeznaczenia – wszystko to składało się na gospodarstwo dobrze zorganizowane i zasobne. W sieni stała dodatkowa szafa, latarnia, dzieża do robienia chleba i wanna do kąpania – ten ostatni element był już prawdziwym luksusem.