Wiosną 1917 roku, w czwartym roku wyniszczającej I wojny światowej, w galicyjskiej Choczni brakowało wszystkiego – chleba, mąki i ziemniaków, ale przede wszystkim nadziei. Zrozpaczeni mieszkańcy grozili rozruchami, uczciwi ludzie zapowiadali kradzieże, a lokalne władze, w obawie o własne życie, stawiały biurokracji dramatyczne ultimatum.
O tym wszystkim dowiedzieć się można z pisma, które naczelnik Gminy Chocznia Maksymilian Malata 27 kwietnia 1917 wysłał do Starostwa Powiatowego w Wadowicach. Dokument ten jest świadectwem nędzy i upadku, w jaki wojna wpędziła galicyjskich chłopów. Odsłania nie tylko braki żywności, ale i niesprawiedliwość społeczną oraz biurokratyczny paraliż państwa austriackiego.
Jak wynika z wymienionego wyżej pisma, w kwietniu 1917 roku sytuacja w Choczni wymknęła się spod kontroli. Do urzędu każdego dnia pukały liczne deputacje zdesperowanych mieszkańców, żądających jedzenia i wstrzymania bezlitosnych rekwizycji wojennych. Owe wizyty szybko przeradzały się w groźne demonstracje. Zdesperowane kobiety wprost zapowiedziały urzędnikom, że jeśli gmina nie dostarczy jedzenia, wezmą sprawy w swoje ręce – dokonają włamania do magazynów okręgowego stowarzyszenia rolniczego i rozgrabią zarekwirowane tam zboże. Wójt Malata w swoim raporcie podkreślał, że gróźb tych absolutnie nie można lekceważyć. Głód zniszczył podstawowe zasady moralne: ludzie uchodzący dotąd za uczciwych bez skrępowania przyznawali, że nocami będą kraść, by nie umrzeć z głodu. Prawo przestało odstraszać. Jak zauważył naczelnik: „areszt dla głodujących jawi się wręcz jako wybawienie i dobrodziejstwo”, bo gwarantuje jakikolwiek posiłek.
Chocznia znalazła się wówczas na skraju przepaści, ponieważ na 550 gospodarstw w gminie, aż trzy czwarte stanowiły majątki karłowate, o powierzchni zaledwie od ćwierci do trzech morgów. Nawet w czasach pokoju miejscowi chłopi nie byli w stanie wyżywić z nich swoich rodzin. Brakowało im własnej mąki – przed wojną każdego dnia z sąsiedniego miasta przyjeżdżały do Choczni trzy wozy z chlebem kupowanym przez mieszkańców z zarobków najemnych.
W 1917 roku chleb przestał docierać, a to, co udało się wyhodować, zostało brutalnie zarekwirowane przez żandarmerię i urzędników na polecenie Starostwa Powiatowego. Zabierano ostatnie zapasy. Jak pisał z niedowierzaniem naczelnik Malata: „obecnie są już gospodarstwa, w których nie ma ani kęsa chleba (...). Trzeba się więc dziwić, jak te warstwy ludności w ogóle mogą jeszcze żyć”.
Dokument pokazuje fasadowość i niesprawiedliwość państwowego systemu aprowizacji. Gminie przydzielono miesięczny kontyngent 63 cetnarów mąki, jednak były to tylko liczby na papierze. W marcu dostarczono zaledwie 15 cetnarów, a w kwietniu – ani jednego kilograma. Podobnie wyglądała sprawa z ziemniakami. Gmina wyliczyła niezbędne minimum na 10 wagonów. Sprawa była tak paląca, że na zebraniu Kasy Raiffeisena zdesperowani chłopi wysłali telegraficzny memoriał wprost do Ministerstwa Rolnictwa. Jaka była reakcja władz? Depesza informująca, że sprawę przekazano do Urzędu Żywnościowego w Wiedniu, gdzie dokument przeleżał miesiąc bez żadnej decyzji, podczas gdy w Choczni ponad 1000 osób nie miało w ustach ani jednego ziemniaka.
Wójt Malata ostro punktował również skład powiatowych komitetów aprowizacyjnych. Zamiast reprezentantów głodujących chłopów, zasiadali w nich wielcy posiadacze ziemscy, adwokaci, rzeźnicy i hurtownicy – ludzie, których naczelnik wprost określił mianem tych, którzy „zamiast zasiadać w tych komitetach, powinni tam siedzieć jako oskarżeni o lichwę”. Interesy wsi reprezentowali ewentualnie proboszczowie i organiści, którzy nie potrafili przeciwstawić się staroście.
Widząc bierność wyższych instancji i czując na plecach oddech zdesperowanego tłumu, zarząd gminy z wójtem Malatą na czele postawił wadowickiemu starostwu ostre ultimatum: jeśli władze nie dostarczą żywności, zarząd solidarnie złoży urząd. Urzędnicy otwarcie przyznali, że nie zamierzają ryzykować zdrowia, życia i własnych majątków w starciu z nadciągającymi rozruchami głodowymi.
Aby zapobiec tragedii, gmina sformułowała pięć żądań „ostatniej szansy”:
- natychmiastowe dostarczenie 10 wagonów ziemniaków,
- bezwzględne wstrzymanie rekwizycji żywności,
- pozwolenie na rozdanie najbiedniejszym resztek zarekwirowanego już zboża (żyta, owsa i jęczmienia),
- uregulowanie zaległego kontyngentu mąki (110 cetnarów),
- powołanie do powiatowej komisji aprowizacyjnej prawdziwego reprezentanta małorolnych chłopów, wskazanego przez gminę.