czwartek, 30 lipca 2026

List żołnierza i emigranta Adama Wcisły do rodziny w 1918 roku

 3 grudnia 1918 roku Adam Wcisło z Choczni, który od 7 lat przebywał w Chicago, wysłał list do swoich rodziców i rodzeństwa, w którym dzielił się z nimi swoimi wrażeniami i przeżyciami ze służby wojskowej w armii amerykańskiej na froncie francuskim w czasie I wojny światowej.

List ten pisany jest zaledwie 22 dni po zawieszeniu broni. Wcisło, żołnierz Kompanii C 108. Kolumny Amunicyjnej Amerykańskich Sił Ekspedycyjnych we Francji, jest już bezpieczny, ale wciąż przebywa w zniszczonej strefie frontowej w Brabant – okolice Verdun/Meuse.

W początkowych fragmentach listu opisuje swój pobyt na urlopie:

Ostatniego listopada wieczorem powróciłem do mej kompanii z urlopu szczęśliwie, zdrowo i cało. La Bourbolle, w departamencie Puy-de-Dome, to nazwa miejsca, gdzie spędziłem kilka wesołych i przyjemnych chwil. Rząd Stan. Zjed. wynajął kilka takich letnisk francuskich dla żołnierzy amerykańskich, którzy życzą sobie uprzyjemnić trochę życie żołnierskie we Francyi. Ośm dni spędziłem w tem nad wyraz pięknem i zdrowem miejscu. Odbyłem trzy pierwsze wycieczki w góry, a jedną na wodzie. Wycieczki tę były bardzo interesujące, gdyż cała niemal Francya jest pełna przeróżnych pięknych i starych pamiątek, o których nawet sami Francuzi nie wiele posiadają wiadomości. Byłem na jednej z wyżyn, na której według historycznych podań Cezar miał obozować ze swym wojskiem. Widziałem dom francuski który miał być budowany przed stu laty, zupełnie w dobrym stanie zachowany i zamieszkiwany do tego czasu. Dom ten ma tylko jedną izbę, która jest wszystkiem dla lokatora, a co dziwniejsze, że sypialnie są wewnątrz ścian izby oddzielone jedynie kotarami od reszty izby. Piłem tutaj świeże, ciepłe mleko słodkie, a także młóciłem żyto z chłopami francuskimi. Miałem nawet sposobność pić miód pszczelny prosto z ulów, kosztowałem koniaku, szampana i inne wina, ot tylko z ciekawości, jak one smakują. Innym razem pozwoliłem sobie na sporządzenie obiadu u pewnych ludzi francuskich i kazałem sobie zestawić go prosto z kuchni, aby sobie choć częściowo uprzytomnić nasz ukochany dom i drogą mamę krzątającą się koło stołu. Po takim sutym i przyjemnym obiedzie zwiedziłem wzgórze, gdzie znajduje się kaplica Najświętszej Maryi Panny pod nazwą „Notre Dame de Natzy”. Schodząc na dół drugą stroną wzgórza, drogą krętą, zauważyć można 14 krzyżów przedstawiających drogę krzyżową. 15-go sierpnia odbywa się tutaj odpust, na który wielkie rzesze pobożnego ludu francuskiego schodzą się, aby uczcić Najświętszą Maryę Pannę. Na tem więc miejscu westchnąłem do Matki Bożej, dziękując za wszelkie otrzymane łaski podczas życia żołnierskiego, a także nie zapomniałem o Was. Dalej w dolinie odwiedziłem bardzo stary kościółek z roku 1142-go w dobrym stanie jeszcze zachowany i oddający wierną usługę mieszkańcom okolicy.Dzień imienin Najdroższej Mamy spędziłem na miejscu. Rano udałem się do kościoła na Mszę św., podczas której przystąpiłem do Stołu Pańskiego na intencyę mojej ukochanej solenizantki. Mszę św. odprawił niewidomy ksiądz, prowadzony do ołtarza przez chłopczyka i tak samo z powrotem od ołtarza, a potem do domu. Jeżeli są wierni przystępujący do Stołu Pańskiego w czasie tejże Mszy św., inny ksiądz podaje Komunię św. Spowiedź św. odprawiłem u księdza francuskiego przy pomocy języka francuskiego, a więcej jeszcze przy pomocy samouczka francusko-angielskiego.

Widać tu naturalną i nienachalną religijność autora - Adam jest głęboko pobożnym człowiekiem, co w jego przypadku nie jest pozą, czy ozdobnikiem. Urlop stanowi dla niego ulgę psychiczną po miesiącach spędzonych na froncie, do których powraca w dalszej części listu:

Na miejscu będzie wspomnieć, jak obchodziłem Imieniny drogiego Ojca. Był to pierwszy piątek miesiąca. Zacięty najazd na linie niemieckie, rozpoczęty 26-go września, trwał w dalszym ciągu bez przerwy. Rano tegoż dnia pomodliłem się na intencyę Ojca, wsiadłem na „truck”, który co dopiero powrócił z frontu i pojechałem po amunicyę. Po naładowaniu tych śmiertelnych pigułek, dalej, co tchu w drogę na pozycye naszej artyleryi. Około trzeciej godziny po południu dotarliśmy do miejsce, gdzie walka trwała zażarta od dwóch dni. Na obydwóch wzgórzach i w dolinie były rozmieszczone armaty. W doline i na wzgórzu nasi milczą, gdyż nie mogą dosięgnąć celu i na razie postąpić, dalej, ponieważ lekka artylerya na przeciwległem wzgórzu praży nieprzyjaciela, a miejsca i cele artyleryi ciężkiej wyszukują lotnicy. Oczywiście, nieprzyjaciel nie próżnuje, a nawet — można powiedzieć, jest dosyć czynny w tem miejscu. Droga w pobliżu jest zatamowana ambulansami, odwożącymi ciężko rannych do polnych szpitali. Lżej ranni idą sami do szpitali, lub korzystając z ciężarowych samochodów amunicyjnych z uśmiechem na twarzy powracają z pola walki. Lekarze i członkowie „Czerwonego Krzyża” śpiesznie opatrują nadciągających rannych. Nie brak tu i kapelanów, którzy udzielają umierającym Sakramentu Ostatniego Namaszczenia. Poległych na razie nikt nie rusza; można ich w znacznej ilości widzieć. W międzyczasie praca i walka trwa bez przerwy. Do uszu dochodzi jeden daleki, głuchy huk, następnie przeraźliwy świst, a wreszcie eksplozya w samym środku drogi, którą posuwają się ambulanse i automobile z amunicyą. Zatrzymano cały konwój, a inżynierya zabrała się natychmiast do pracy. Skończono naprawę drogi; niemiecka artylerya umilkła na chwilę, lecz nasi gromią bez przerwy. Wyruszyliśmy dalej z amunicyą do miejsca przeznaczenia, a kiedy mijaliśmy zakręt, który żołnierze nazywają „doliną samobójstwa”, gdyż dość wielka liczba żołnierzy poległa tutaj, dojrzałem po raz pierwszy dwóch żołnierzy amerykańskich, leżących bez ruchu, z poszarpanemi członkami od niemieckiego szrapnela. Przykro mi było patrzeć na nich, lecz nie czas na rozmyślania i żale, gdyż nie ostatni to jeszcze widok. Szczęście nam służyło i bezpiecznie dotarliśmy do przeznaczonego miejsca. Wyładowaliśmy amunicyę i dalej w drogę na następną pozycyę Prusaka. W ten sam wieczór byłem zwolniony przez następną partyę. W ten sposób mniej więcej przeżyłem dzień imienin Ojca.

Adam opisuje jeden dzień z ofensywy pod Meuse-Argonne. Robi to w sposób rzeczowy, prawie reporterski, bez nadmiernego patosu. Tłumi emocje, gdy patrzy na poległych żołnierzy i mimo doznanego wstrząsu skupia się na dalszym działaniu. W ostatniej części listu relacjonuje aktualną sytuację po przerwaniu walk, monotonny okres w oczekiwaniu na powrót do domu:

W chwili obecnej wszystko to należy do przeszłości. Wojna jest już skończona. Nie mamy więc nic innego do czynienia, jak tylko cierpliwie czekać na powrót do Stanów Zjednoczonych. Kiedy to nastąpi nie można się w żaden sposób wywiedzieć; przypuszczam, że nastąpi to jednakże wkrótce. Rząd robi gorączkowe przygotowywania, aby swych ludzi wysłać tam gdzie należą. Miejscowych wiadomości niema wiele. Miasteczko jest zrujnowane a reszta budynków, które mniej ucierpiały od bombardowania są zamieszkiwane przez żołnierzy. Kościół jedynie w całości ocalał, reszta to masa gruzów. Życie żołnierskie jest tutaj bardzo monotonne, i poniekąd nudne. Trudno, koniecznością jest wytrwać do ostatka! Nie zimno tutaj, lecz dżdżysto i mglisto codziennie, co w pewnym stopniu przyczynia się wielce do tęsknoty i nudów. A jednak dzięki Bogu, bo jestem zdrowy i zadowolony ze wszystkiego. Kończę gdyż nie mam więcej materyału do pisania. Serdecznie pozdrawiam, całuję i życzę błogosławieństwa Bożego ukochanym Rodzicom, Rodzeństwu i Przyjaciołom.

Na podstawie tego listu Adam Wcisło wydaje się być człowiekiem dojrzałym emocjonalnie (miał wtedy 25 lat), bardzo świadomym – zauważa detale historyczne, kulturowe, religijne, wrażliwym, ale zdyscyplinowanym – umie odsunąć emocje, gdy trzeba wykonać zadanie oraz mocno zakorzenionym w tradycji (rodzina, wiara, Polska – choć pisze do Ameryki). Jego polski jest staranny, choć momentami widać wpływy angielskiego i wojskowego żargonu, a także edukacji w wadowickim gimnazjum.

List ma dużą wartość:

  • historyczną — jako świadectwo udziału Polonii w I wojnie światowej,
  • religijną — pokazując duchowość żołnierza na froncie,
  • kulturową — łącząc polskość, amerykańskość i doświadczenie francuskie,
  • literacką — jest żywy, obrazowy, dobrze skonstruowany.

poniedziałek, 27 lipca 2026

Chocznia 1903 - karczmy, młyny rzemiosło, handel

 Według austriackiego Zentralkataster z 1903 roku właścicielami młynów w Choczni byli: Bronisława Drożdż, Jakub Sikora, Agnieszka Styła, Antoni Styła, a dzierżawcą Franciszek Wenda. Z wcześniejszych źródeł wiadomo, że własność trzech choczeńskich młynów w górnej części wsi przechodziła z pokolenia na pokolenie w obrębie tych samych rodzin: Styłów zwanych Kotusiami, Burzejów i Romańczyków, w środkowej części istniał działał młyn Warmuzów, a swój młyn posiadali też właściciela Sołtystwa przy dzisiejszej Drapówce. Przedstawione wyżej zestawienie młynarzy w części potwierdza ten stan własności, ale zawiera też zaskakujące nazwiska. Z jednej strony są w nim Antoni Styła Kotuś, Bronisława Drożdż z domu Romańczyk, co pokazuje znany z późniejszych relacji fakt przejęcia młyna Romańczyków przez Drożdżów oraz Agnieszka Styła z domu Kręcioch, która po śmierci swojego pierwszego męża Antoniego Warmuza wyszła za Piotra Styłę, z drugiej pojawia się Jakub Sikora i Franciszek Wenda, którzy jako młynarze wymieniani są tylko w tym jednym zestawieniu. Z przedstawionych wyżej danych o młynach w Choczni łatwo wywnioskować, że Jakub Sikora, z zawodu kowal i Franciszek Wenda z Wieprza musieli być powiązani z młynami Burzejów i sołtysim, ale który z którym nie można w tej chwili stwierdzić.

W Zentralkataster podano również ówczesnych choczeńskich karczmarzy. Dzierżawcami prawa propinacji, czyli osobami które mogły zarówno wytwarzać alkohole, jak i jej sprzedawać byli Żydzi Maurycy Muenz (jednocześnie szynkarz wina) i Ludwik Goldberg. Pierwszy z nich zajmował się tym w lokalu położonym przy obecnej ul. Kościuszki, bezpośrednio przy granicy z Wadowicami (dzisiejsza ul. Graniczna), drugi raczej nie prowadził swojej działalności osobiście, gdyż jako karczmarz nie pojawia się w żadnym źródle dotyczącym Choczni, ale zapewne podnajmował to prawo jednemu z prowadzących wtedy karczmę w Choczni. W grę wchodzą tu wymieniony w Zentralkataster jako szynkarz wina Wolf Goldberger, mieszkający w pobliżu dzisiejszej remizy OSP i pozostali szynkarze, a a właściwie szynkarki: Franciszka Dunaj, Sali Goldberger (żona Wolfa) i Leni Rosenberg, prowadząca działalność w środkowej części wsi, naprzeciw dzisiejszego sklepu "Pokusa".

Jeżeli chodzi o choczeńskich handlarzy, to w ww. zestawieniu wymienieni są:

  • Ludwik Jura, handlujący dewocjonaliami i drewnianymi zabawkami,
  • Roesel Brenner, handlarka jajkami,
  • Lipmann Wachsmann, handlarz tekstylno-bławatny,
  • prowadzący trafiki tytoniowe: Wolf Goldberger, Maurycy Muenz, Lotti Muenz (matka Maurycego) i kowal Antoni Sikora, ówczesny wójt,
  • prowadzący sklepy z towarami mieszanymi: Roesel Brenner, Kacper Drapa, Wojciech Malata (podano błędnie Malota) i Leni Rosenberg,
  • kramarze Wolf Goldberger i Anna Świętek, prowadząca sklepik Kółka Rolniczego (matka znanego z okresu II wojny sołtysa Władysława Świętka).
Zentralkataster wylicza też nielicznych choczeńskich rzemieślników:
  • rzeźnika Mojżesza Haasa, mieszkającego przy moście na Choczence,
  • krawca Jana Kumalę, którego dom znajdował się w pobliżu Wadowic, 
  • lakiernika i malarza pokojowego Franciszka Majkuta,
  • kowali Antoniego Sikorę i jego starszego brata Jakuba Sikorę,
  • cholewkarza Israela Bleiberga.


wtorek, 21 lipca 2026

Choczeńscy służący w okresie przed odzyskaniem niepodległości

 

W galicyjskiej Choczni służba stanowiła jedną z najliczniejszych warstw społecznych. Setki jej mieszkańców tej zarabiało na życie jako parobkowie, służący, woźnice czy pasterze, zatrudniani zarówno w lokalnych gospodarstwach, jak i w odległym Krakowie, a nawet poza granicami Galicji.

Już w pierwszej połowie XIX wieku źródła parafialne i gminne odnotowują obecność licznej grupy służących wśród mieszkańców Choczni. W 1806 roku podczas epidemii tyfusu zmarł 12-letni Jan, służący u Klemensa Wójcika,[1] a w 1820 roku wśród osób wnoszących zwyczajowy dar za przywilej przebywania na chórze podczas mszy świętej znalazł się Maciej Janczakowski, sługa bogatego gospodarza Jana Ścigalskiego.[2] Samo pojawienie się nazwiska służącego w tym kontekście pokazuje, że przynajmniej część tej grupy społecznej mogła aspirować do pewnego miejsca w lokalnej hierarchii.

Szczególnie cenne są zapisy z Księgi Towarzystw Trzeźwości i Wstrzemięźliwości, które pozwalają poznać imiona i nazwiska konkretnych służących. W 1844 roku do tych Towarzystwa przystąpili służący: Mateusz Graca, Jędrzej Sabuda, Bartłomień Cibor, Antoni Sabuda i Franciszek Hanusiak. Rok później dołączył do nich Franciszek Wyka. W latach sześćdziesiątych XIX wieku szeregi członków Towarzystwa zasilili kolejni służący: w 1862 roku Tomasz Wójcik, rok później Michał Kręcioch, a w 1864 Wojciech Bielański.[3]

Życie służących bywało krótkie i pełne niedostatku. W 1847 roku zmarł w Choczni służący Franciszek Pawlica z Inwałdu oraz Franciszek Wyka z Gorzenia – ten sam, który zaledwie dwa lata wcześniej przystąpił do Towarzystwa Trzeźwości.[4]

Władze galicyjskie i lokalny samorząd dostrzegały potrzebę regulacji prawnej statusu służących oraz ich ochrony przed najgorszymi formami wyzysku. W 1867 roku władze zwierzchnie zalecały utworzenie w Choczni kasy oszczędności dla służących, która mogłaby stanowić dla nich wsparcie w chorobie czy zubożeniu.[5] Tego samego roku, na siódmym posiedzeniu Rady Gminnej w dniu 30 czerwca, ustanowiono Regulamin Gminny zawierający przepisy policyjne obowiązujące na terenie gminy. Szczególną uwagę poświęcono w nim kwestii służby najemnej. Obowiązkiem mieszkańców było zgłaszanie w ciągu trzech dni do zwierzchności gminnej pobytu obcych służących nieposiadających książeczek służbowych. Książeczka służbowa stanowiła w ówczesnym systemie prawnym podstawowy dokument tożsamości osób zatrudnionych jako służba domowa – jej brak wzbudzał uzasadnione podejrzenia co do uczciwości danej osoby.

Z kolei Punkt 39. Regulaminu dotyczył stosunków między pracodawcami a służbą najemną i zawierał dwa istotne zakazy: namawiania służących do podjęcia pracy przed 15 listopada oraz wydalania ich z pracy, gdy ustaną pod jesień paść bydło.[6] Przepisy te odzwierciedlały specyfikę wiejskiego rynku pracy, opartego na rocznym cyklu zatrudnienia, rozpoczynającym się tradycyjnie w dniu świętego Marcina, czyli 11 listopada, lub w jego okolicach. Namawianie służących do wcześniejszej zmiany pracodawcy zakłócało ten ustalony porządek i mogło prowadzić do zrywania umów w trakcie ich obowiązywania. Zakaz wydalania służących po zakończeniu sezonu pastwiskowego chronił pracowników przed pozbawieniem ich zatrudnienia i dachu nad głową w przededniu zimy.

Mimo tych regulacji ochronnych, problemy na rynku pracy służących wcale nie ustały. Wręcz przeciwnie – pod koniec wieku nasiliły się do tego stopnia, że wymusiły interwencję Rady Gminnej. W 1891 roku podjęto uchwałę dotyczącą bardzo konkretnego problemu: samowolnego porzucania pracy przez służących oraz odpowiedzialności gospodarzy, którzy takich zbiegów przyjmują. Relacje między służbą a gospodarzami regulowała wówczas tzw. Ustawa Służebna, a lokalne rady gminne doprecyzowywały ją, by ukrócić chaos na rynku pracy, szczególnie przed końcem roku.

Uchwała przewidywała kary za porzucenie służby przed terminem, czyli przed upływem sześciu tygodni przed końcem roku służby. Służący, którzy brali zadatek – zaliczkę na poczet przyszłej pracy – a potem porzucali służbę bez słusznej przyczyny, podlegali karze. Co jednak szczególnie istotne, Rada Gminna chciała ukarać także gospodarzy, którzy przyjmowali do służby osoby zbiegłe od innego gospodarza przed rozwiązaniem ich poprzedniego stosunku pracy. Zarówno służący, jak i nowi gospodarze mieli być karani grzywną w wysokości od 1 do 5 złotych reńskich. Pieniądze z tych grzywien przeznaczano na ubogich – była to powszechna praktyka w Galicji, gdzie kary administracyjne zasilały fundusz ubogich danej gminy. W sporach o zadatek rolę arbitra pełnił wójt, który rozstrzygał, czy doszło do złamania prawa gminnego.[7]

Ten zapis świadczy o tym, że w Choczni pod koniec XIX wieku istniał duży problem z tzw. podkupywaniem służby lub jej ucieczkami. Gospodarze byli zdesperowani, by utrzymać ręce do pracy, a służący często szukali lepszych warunków, nie zważając na zawarte umowy. Rada Gminna, wprowadzając kary finansowe, próbowała wymusić lojalność i porządek prawny w relacjach pan-sługa. Regulacja ta ujawnia istotny aspekt społeczny galicyjskiej wsi – obecność warstwy ludzi najemnych, których sytuacja ekonomiczna była na tyle niepewna, że wymagała ochrony prawnej przed wyzyskiem ze strony zamożniejszych gospodarzy.

Konkretne losy poszczególnych służących z Choczni pokazują różnorodność ich karier życiowych. Ludwik Ramza w 1889 roku pozostawał w służbie u starosty Dunajewskiego w Żywcu[8] – była to zapewne prestiżowa posada u wysokiego urzędnika administracji austro-węgierskiej. Antoni Romańczyk (ur. 1839), rozpoczął karierę jako służący, ale udało mu się awansować społecznie – został kupcem solnym w Krakowie i zamieszkał przy ulicy Garncarskiej. Ten przykład pokazuje, że dla niektórych służba była jedynie etapem na drodze do lepszego życia. Inny przedstawiciel tego rodu - Piotr Romańczyk (ur. 1879 w Inwałdzie), przez wiele lat pracował jako woźnica hrabiego Adama Romera. Zamieszkiwał w domu Romera w Nowym Jiczynie oraz w dworze w Inwałdzie, gdzie spędził znaczną część swojego życia u boku arystokratycznej rodziny.[9] Służącym w choczeńskim dworze sołtysim w 1871 roku był pochodzący spod Bańskiej Bystrzycy na Słowacji Wojciech Woryś.[10]

Niektórzy choczeńscy służący związali swoje życie z instytucjami kościelnymi. Józef Kręcioch (ur. 1869), przez 30 lat pracował w gospodarstwie rolnym klasztoru ojców karmelitów w Wadowicach. Gdy zmarł, został pochowany w kwaterze klasztornej na cmentarzu parafialnym w Wadowicach[11] – ten szczególny przywilej świadczy o tym, że był ceniony przez zakonników i traktowany niemal jak członek wspólnoty. Z kolei Ignacy Nowak (ur. 1867) w 1910 roku był służącym u bonifratrów w Krakowie.[12] W Krakowie służył w tym czasie również Ludwik Szczepaniak, a w Białej Józef Pindel (ur. 1888).[13]

Nierzadko całe rodziny wchodziły na drogę służby – przykładem może być zapis w aktach spadkowych zmarłego w 1906 roku Józefa Widlarza,  z którego wynika, że obaj jego dorośli bracia byli służącymi: Piotra Widlarz u Franciszka Malaty, a Franciszek Widlarz u Ludwika Malaty, brata ww. Franciszka.[14]

Najcenniejszym źródłem do poznania codziennego życia służących są wspomnienia Józefa Sępka, który w przejmujący sposób opisał swoje doświadczenia jako dziecko-służący.[15] Józef miał zaledwie około 11 lat, gdy bieda zmusiła go do podjęcia pracy. Jego ojciec pracował poza domem i nie wspierał rodziny finansowo. Gdy matka robiła mu wyrzuty, że zapomina o dzieciach, które cierpią głód, odpowiadał, że dzieci niech idą służyć, że on od sześciu lat służył. Jako pierworodny Józef Sępek rozpoczął iście krzyżową drogę, jak sam ją nazywał. Z początku uciekał ze służby do domu, ale to nic nie pomagało – trzeba było zostać. Gospodyni posyłała go do szkoły tylko dwa razy w tygodniu, ot tak aby kary tylko za mnie nie zapłacić. Trzeba było pracować, a nie uczyć się. Chociaż formalnie miał tylko paść krowy, w rzeczywistości był do wszystkiego. Jako uposażenie miał otrzymać 25 reńskich na rok. Miał straszny kłopot z czterema krowami, które musiał paść na powrozie, gdyż pastwisk było niewiele – tylko wzdłuż drogi polnej, po której obu stronach rosły ziemniaki i zboże.

Dzień pracy zaczynał się o trzeciej rano. We znaki dawało się szczególnie noszenie wody w drewnianych konewkach, które próżne były ciężkie, a co dopiero z wodą. Mozolne było także mielenie zboża na żarnach dla świń i na mąkę na chleb. Zimą, oprócz tego, musiał wstawać wcześnie rano i iść młócić zboże w stodole razem z dorosłymi parobkami wynajętymi do tego celu. Zamiast pieniędzy za jego pracę matka pobierała zwykle na przednówku żyto lub ziemniaki, których brakowało dla wyżywienia reszty rodzeństwa, a on sam musiał chodzić w łachmanach.

Józef Sępek ze smutkiem konstatował: Ileż to dzieci dziś żyje w podobnych warunkach, a może w jeszcze gorszych. Co za piękna rola humanitaryzmu byłaby do spełnienia i ile łez przez to można by obetrzeć! Te same koleje przeszli jego dwaj młodsi bracia. Gdy tylko trochę odrośli, musieli i oni iść na służbę, nie skończywszy nawet szkoły. Józef uważał się za szczęściarza, ponieważ ukończył wszystkie cztery klasy szkoły ludowej.

Wspomnienia Sępka pokazują, że mimo regulacji prawnych i deklarowanych troski władz o los służących, rzeczywistość była brutalna. Dzieci w wieku szkolnym musiały pracować ponad siły, pozbawione możliwości edukacji i normalnego dzieciństwa. System służby opierał się na wykorzystywaniu najsłabszych – ubogich rodzin, które nie mogły wyżywić swoich dzieci, oraz samych dzieci, które za ciężką pracę otrzymywały jedynie wyżywienie, często nawet nie w postaci pieniędzy, ale produktów żywnościowych przekazywanych rodzicom.



[1] Liber Mortuorum I 1806 s. 74-77

[2] Kronika Parafialna s. 14

[3] Archiwum Parafialne w Choczni, Księga Towarzystw Trzeźwości i Wstrzemięźliwości

[4] Liber Mortuorum II 1847 s. 126, 114

[5] Księga Protokołów Posiedzeń Gromadzkich s. 10

[6] Księga Protokołów Posiedzeń Gromadzkich s. 11-12

[7] Księga Protokołów Posiedzeń Gromadzkich s. 166

[8] Protocollum Gestorum 1872-90, wpis z 12.05.1889

[9] P. Malata, W Choczni i z Choczni. Kto był kim? s. 274, 276, 178

[10] Liber Baptisorum V wpis z 21.12.1871

[11] P. Malata, W Choczni i z Choczni. Kto był kim? s. 178

[12] AN w Krakowie, Spis ludności miasta Krakowa z r. 1910 syg. 29/90/0

[13] P. Malata, Dzieje dawnych choczeńskich rodów, s. 220

[14] AP w Katowicach o. w Bielsku-Białej, C.K. Sąd Powiatowy w Wadowicach, Akta pertraktacji spadkowej po Józefie (Józef) Widlarz z Choczni syg. 13/667/0/2.4/443 

[15] J. Turała, Kronika wsi Chocznia t II cz I r. 24