sobota, 8 sierpnia 2026

Służące

 

Ślady pracy zarobkowej kobiet związanych z Chocznią przed 1919 rokiem odnajdujemy w księgach parafialnych, aktach sądowych, spisach ludności, doniesieniach prasowych i archiwach administracyjnych. Wyłania się z nich obraz kobiet aktywnych, mobilnych i zaradnych, które podejmowały zatrudnienie zarówno w rodzinnej wsi, jak i w odległych miastach Galicji, na Morawach, w Austrii, Prusach, w zaborze rosyjskim i w USA.

Najliczniejszą grupę stanowiły służące. Już w 1794 roku w kontrakcie przedślubnym Zofii Gąsiorówny z Frydrychowic odnotowano, że przyszła panna młoda przez pięć lat pracowała jako służąca w Choczni. Wspomniany kontrakt dostarcza intersujących danych o jej stanie majątkowym – Gąsiorówna posiadała mienie o wartości około 37 złotych reńskich, na które składały się: młoda krowa, 8 ociepek lnu niewyrobionego, pierzyna, 2 prześcieradła i poduszka oraz ubrania: przechodzone buty, nowa górnica, dwa fartuchy, sześć zapasek, trzy koszulki spodnie i pięć wierzchnich batystowych, dwa gorsety nowe i trzy spódnice.

W 1844 roku do Księgi Towarzystw Trzeźwości i Wstrzemięźliwości wpisano jedenaście służących w Choczni: Mariannę Wątroba, Reginę Bryndza, Zofię Romańczyk, Annę Zytkównę, Małgorzatę Drożdż, Annę Budzionkę, Teresę Płonka, Mariannę Legień, Annę Legień, Zofię Dydak i Reginę Sikora. W kolejnych latach zapisały się ponadto Katarzyna Bury i Regina Rzycka (1845), Wiktoria Zając i Rozalia Harnik (1862) oraz Marianna Stankowicz i Marianna Bylica (1863). Wymienione wyżej wywodziły się zarówno z rodzin od pokoleń osiadłych w Choczni, jak i spoza wsi. Do tej drugiej grupy zaliczały się też: Teresa Strobel, która w 1843 roku zmarła na zapalenie płuc w wieku 54 lat, Wiktoria Babiarczyk z Zawoi, służąca w domu nr 22, która w 1849 roku zmarła na cholerę, Teresa Habrzyk (1851), czy Anna Drobek, rodem z Lasu, która poślubiła również służącego Jana Ryłkę ze Stanisławia.

Znacznie później, bo pod koniec XIX wieku służyły w Choczni także Teresa Dziewiątka (1890), Anna Wierońska i Magdalena Spytkowska (1900), odnotowane w księgach chrztów jako matki nieślubnych dzieci, co w ówczesnych warunkach oznaczało społeczne napiętnowanie i dodatkowe trudności materialne.

Charakter i zakres pracy świadczony przez służące na wsi różnił się od obowiązków kobiet posługujących w domach miejskich. Dla służących w Choczni, a także np. Wiktorii Szczur w Witanowicach (1862), Marianny Balon w Inwałdzie (1875), Anny Szczur w Wieprzu (1883), Anny Kłaput we Frydrychowicach (1880), czy Agnieszki Kręcioch w Jawiszowicach (1874) dzień pracy był ściśle związany z rytmem przyrody i gospodarstwa. Do ich obowiązków należało dojenie krów, oporządzanie trzody chlewnej, praca w polu (podczas żniw czy wykopków), noszenie wody ze studni, a także pomoc w obejściu (przygotowywanie paszy i posiłków). Dla dziewczyny służącej na wsi, praca ta była najczęściej przedłużeniem jej dotychczasowej wegetacji. Nie dawała szans na awans społeczny – celem było uzbieranie skromnego wiana i wyjście za mąż za miejscowego parobka lub małorolnego chłopa.

Natomiast wyjazd na służbę do miasta, mimo ryzyka nadużyć, samotności i ciężkiej pracy, był dla wielu dziewcząt jedyną szansą na wyrwanie się z wiejskiej biedy. Dawał bezpośredni kontakt z nowoczesnością i szansę na ułożenie sobie życia w mieście. Praca służących w miastach koncentrowała się w zamkniętych przestrzeniach kamienic i willi. Musiały opanować miejskie standardy higieny i etykiety, a do ich zadań należało codzienne mycie lub froterowanie podłóg, palenie w piecach kaflowych, co wiązało się z dźwiganiem węgla na wysokie piętra, pranie delikatnych tkanin, prasowanie, zakupy na targach oraz gotowanie według wymagań chlebodawców.

Geografia zarobkowej migracji służących z Choczni obejmowała przede wszystkim pobliskie miasta i miasteczka. Wadowice, odległe zaledwie o kilka kilometrów, stanowiły naturalny cel poszukiwania pracy. W 1850 roku służącą była tam Marianna Zawiła, w 1853 Zofia Rokowska, w 1862 Marianna Wawer, w 1867 Marianna Rudzicka, a w 1868 Katarzyna Szczur. W kolejnych latach służbę w Wadowicach podejmowały między innymi: Anna Wawer (od 1871), Agata Góral i Teresa Łazowska (notowane w 1873), Marianna Płonka (1878), Magdalena Żak (1880), Anna Balon (1883), Franciszka Wojtala (1885) i Anna Putek z domu Garżel (1888), która później pracowała głównie jako praczka oraz prasowaczka, w tym także bielizny kościelnej i liturgicznej.

Jeżeli chodzi o sprzątanie choczeńskiego kościoła, to zajmowała się tym Marianna Koman, która za swoje usługi otrzymywała w 1894 roku 7 zł reńskich.

Służba w Wadowicach tragicznie skończyła się dla 18-letniej Teresy Klaczak, która zginęła w 1880 roku w gwałtownym, nocnym pożarze, który zniszczył dom jej pracodawcy. Dowodem problemów społecznych epoki był też przypadek służącej w Wadowicach Marianny Wawer, córki wyrobników, leczonej w 1862 roku na zgniłą chorobę, jak wówczas nazywano syfilis, przypadłość stygmatyzującą i trudną w leczeniu.

W 1887 roku z przyczyn naturalnych w wieku zaledwie 17 lat zmarła Rosa Silbiger, pochodząca ze Strumienia na Śląsku austriackim, która służyła u choczeńskiego szynkarza.

Świadectwem desperacji, do jakiej mogła doprowadzić bieda, była historia Marianny Koman. W 1875 roku ta dziewiętnastoletnia służąca stanęła przed ck Trybunałem Sądu Przysięgłych w Krakowie oskarżona o zbrodnię rabunku. Marianna pochodziła z Choczni, ale zamieszkiwała w Zawadce. Do czternastego roku życia wychowywała się przy rodzicach, później pracowała jako służąca. Nie umiała pisać i nie była dotąd karana. Jej stan majątkowy był skromny - posiadała wspólnie z rodzeństwem dziewięć mórg pola, którym po śmierci ojca administrował opiekun prawny. 21 marca 1875 roku Marianna wywabiła inną służącą, Salomeę Góra, pod stodołę Antoniego Zębatego w Wadowicach, położoną w pustym polu. Górówna dała się namówić, uwierzywszy w zmyślony sen o zmarłej matce Marianny, która prosiła o pieniądze na wybawienie od mięk piekielnych, a w zamian miała wskazać miejsce, w którym zakopana jest skrzynka z brzęczącymi monetami. Gdy ofiara przyniosła 5 florenów, zamiast żądanych 10, Marianna zaatakowała ją kamieniem, krzycząc:

Godoj psio krew kaj mos piniondze, bo cie zabije!, po czym uderzyła ją kilkakrotnie w głowę, biła pięścią między oczy, przydusiła kolanem do ziemi i kopała. Zakrwawione ubrania schowała w skrzyni u dziadków, ale została schwytana i skazana na pięć lat ciężkiego więzienia obostrzonego postem co czternaście dni, zwrot kosztów sądowych i zadośćuczynienie dla Górówny. Jako okoliczności łagodzące sąd przyjął jej młody wiek, dotychczasową niekaralność, przyznanie się do winy ze skruchą i stosunkowo niewielką szkodę. Bez tych okoliczności groziło jej od dziesięciu do dwudziestu lat więzienia.

Inne miasta galicyjskie również przyciągały kobiety z Choczni. W Krakowie w 1870 roku służyła Katarzyna Kumorek, a w późniejszych latach m.in.: Katarzyna Graca (1878), Katarzyna Szymonek (1884) i Marianna Wójcik (1887). Według spisu mieszkańców Krakowa z 1910 roku w stolicy Galicji przebywały także służące: Maria Twaróg (ur. 1892), Maria Graboń (ur. 1872), Helena Guzdek (ur. 1876), Albina Szczur (ur. 1865), Maria Wawro (ur. 1880) i posługaczka Marianna Kowalska z domu Gazda (ur. 1831).

Natomiast w Białej zatrudnienie znalazły Elżbieta Zając (1871) i Katarzyna Zając (1875), które wyszły tam za mąż. W Bielsku służyła Franciszka Bylica (1883), we Lwowie Marianna Wójcik (1884), w Tarnopolu Marianna Guzdek (1873), w Gorlicach Tekla Łopata (1873), a w Andrychowie w różnych okresach Anna Stanaszek (1855) i Teresa Szczur (1884), która znalazła zatrudnienie u hrabiostwa Bobrowskich w Andrychowie, co świadczyło o jej szczególnych kwalifikacjach lub rekomendacjach.

Migracje zarobkowe kobiet z Choczni wykraczały daleko poza granice Galicji. Na Morawach, w monarchii habsburskiej, służba domowa stanowiła atrakcyjną formę zatrudnienia. We Frydku pracowała Honorata Guzdek, a w 1876 roku w Morawskiej Ostrawie zatrudniona była Marianna Koman. Szczególnie interesujący jest przypadek Marii Hanusiak, która od 1900 roku pracowała jako służąca w Hranicach. Jej życie odsłania trudności samotnej migrantki - gdy urodziła nieślubne dziecko, jego utrzymanie stało się przedmiotem wieloletniej korespondencji i sporów między gminami Hranice i Chocznia, które usiłowały przerzucić na siebie wzajemnie ciężar finansowy opieki nad dzieckiem.

W granicach Rosji, w Romanowie w Królestwie Polskim służyła Regina Baczak (właściwie Lachendro), która w 1875 roku zamierzała wyjść tam za mąż. Niektóre kobiety znajdowały zatrudnienie nawet w Austrii - wieloletnią służącą była tam Wiktoria Spytkowska (ur. 1865), według niepotwierdzonych wspomnień pracująca także w domu rodziców Adolfa Hitlera, choć ten szczegół wymaga ostrożnego traktowania ze względu na brak wiarygodnych źródeł.




czwartek, 30 lipca 2026

List żołnierza i emigranta Adama Wcisły do rodziny w 1918 roku

 3 grudnia 1918 roku Adam Wcisło z Choczni, który od 7 lat przebywał w Chicago, wysłał list do swoich rodziców i rodzeństwa, w którym dzielił się z nimi swoimi wrażeniami i przeżyciami ze służby wojskowej w armii amerykańskiej na froncie francuskim w czasie I wojny światowej.

List ten pisany jest zaledwie 22 dni po zawieszeniu broni. Wcisło, żołnierz Kompanii C 108. Kolumny Amunicyjnej Amerykańskich Sił Ekspedycyjnych we Francji, jest już bezpieczny, ale wciąż przebywa w zniszczonej strefie frontowej w Brabant – okolice Verdun/Meuse.

W początkowych fragmentach listu opisuje swój pobyt na urlopie:

Ostatniego listopada wieczorem powróciłem do mej kompanii z urlopu szczęśliwie, zdrowo i cało. La Bourbolle, w departamencie Puy-de-Dome, to nazwa miejsca, gdzie spędziłem kilka wesołych i przyjemnych chwil. Rząd Stan. Zjed. wynajął kilka takich letnisk francuskich dla żołnierzy amerykańskich, którzy życzą sobie uprzyjemnić trochę życie żołnierskie we Francyi. Ośm dni spędziłem w tem nad wyraz pięknem i zdrowem miejscu. Odbyłem trzy pierwsze wycieczki w góry, a jedną na wodzie. Wycieczki tę były bardzo interesujące, gdyż cała niemal Francya jest pełna przeróżnych pięknych i starych pamiątek, o których nawet sami Francuzi nie wiele posiadają wiadomości. Byłem na jednej z wyżyn, na której według historycznych podań Cezar miał obozować ze swym wojskiem. Widziałem dom francuski który miał być budowany przed stu laty, zupełnie w dobrym stanie zachowany i zamieszkiwany do tego czasu. Dom ten ma tylko jedną izbę, która jest wszystkiem dla lokatora, a co dziwniejsze, że sypialnie są wewnątrz ścian izby oddzielone jedynie kotarami od reszty izby. Piłem tutaj świeże, ciepłe mleko słodkie, a także młóciłem żyto z chłopami francuskimi. Miałem nawet sposobność pić miód pszczelny prosto z ulów, kosztowałem koniaku, szampana i inne wina, ot tylko z ciekawości, jak one smakują. Innym razem pozwoliłem sobie na sporządzenie obiadu u pewnych ludzi francuskich i kazałem sobie zestawić go prosto z kuchni, aby sobie choć częściowo uprzytomnić nasz ukochany dom i drogą mamę krzątającą się koło stołu. Po takim sutym i przyjemnym obiedzie zwiedziłem wzgórze, gdzie znajduje się kaplica Najświętszej Maryi Panny pod nazwą „Notre Dame de Natzy”. Schodząc na dół drugą stroną wzgórza, drogą krętą, zauważyć można 14 krzyżów przedstawiających drogę krzyżową. 15-go sierpnia odbywa się tutaj odpust, na który wielkie rzesze pobożnego ludu francuskiego schodzą się, aby uczcić Najświętszą Maryę Pannę. Na tem więc miejscu westchnąłem do Matki Bożej, dziękując za wszelkie otrzymane łaski podczas życia żołnierskiego, a także nie zapomniałem o Was. Dalej w dolinie odwiedziłem bardzo stary kościółek z roku 1142-go w dobrym stanie jeszcze zachowany i oddający wierną usługę mieszkańcom okolicy.Dzień imienin Najdroższej Mamy spędziłem na miejscu. Rano udałem się do kościoła na Mszę św., podczas której przystąpiłem do Stołu Pańskiego na intencyę mojej ukochanej solenizantki. Mszę św. odprawił niewidomy ksiądz, prowadzony do ołtarza przez chłopczyka i tak samo z powrotem od ołtarza, a potem do domu. Jeżeli są wierni przystępujący do Stołu Pańskiego w czasie tejże Mszy św., inny ksiądz podaje Komunię św. Spowiedź św. odprawiłem u księdza francuskiego przy pomocy języka francuskiego, a więcej jeszcze przy pomocy samouczka francusko-angielskiego.

Widać tu naturalną i nienachalną religijność autora - Adam jest głęboko pobożnym człowiekiem, co w jego przypadku nie jest pozą, czy ozdobnikiem. Urlop stanowi dla niego ulgę psychiczną po miesiącach spędzonych na froncie, do których powraca w dalszej części listu:

Na miejscu będzie wspomnieć, jak obchodziłem Imieniny drogiego Ojca. Był to pierwszy piątek miesiąca. Zacięty najazd na linie niemieckie, rozpoczęty 26-go września, trwał w dalszym ciągu bez przerwy. Rano tegoż dnia pomodliłem się na intencyę Ojca, wsiadłem na „truck”, który co dopiero powrócił z frontu i pojechałem po amunicyę. Po naładowaniu tych śmiertelnych pigułek, dalej, co tchu w drogę na pozycye naszej artyleryi. Około trzeciej godziny po południu dotarliśmy do miejsce, gdzie walka trwała zażarta od dwóch dni. Na obydwóch wzgórzach i w dolinie były rozmieszczone armaty. W doline i na wzgórzu nasi milczą, gdyż nie mogą dosięgnąć celu i na razie postąpić, dalej, ponieważ lekka artylerya na przeciwległem wzgórzu praży nieprzyjaciela, a miejsca i cele artyleryi ciężkiej wyszukują lotnicy. Oczywiście, nieprzyjaciel nie próżnuje, a nawet — można powiedzieć, jest dosyć czynny w tem miejscu. Droga w pobliżu jest zatamowana ambulansami, odwożącymi ciężko rannych do polnych szpitali. Lżej ranni idą sami do szpitali, lub korzystając z ciężarowych samochodów amunicyjnych z uśmiechem na twarzy powracają z pola walki. Lekarze i członkowie „Czerwonego Krzyża” śpiesznie opatrują nadciągających rannych. Nie brak tu i kapelanów, którzy udzielają umierającym Sakramentu Ostatniego Namaszczenia. Poległych na razie nikt nie rusza; można ich w znacznej ilości widzieć. W międzyczasie praca i walka trwa bez przerwy. Do uszu dochodzi jeden daleki, głuchy huk, następnie przeraźliwy świst, a wreszcie eksplozya w samym środku drogi, którą posuwają się ambulanse i automobile z amunicyą. Zatrzymano cały konwój, a inżynierya zabrała się natychmiast do pracy. Skończono naprawę drogi; niemiecka artylerya umilkła na chwilę, lecz nasi gromią bez przerwy. Wyruszyliśmy dalej z amunicyą do miejsca przeznaczenia, a kiedy mijaliśmy zakręt, który żołnierze nazywają „doliną samobójstwa”, gdyż dość wielka liczba żołnierzy poległa tutaj, dojrzałem po raz pierwszy dwóch żołnierzy amerykańskich, leżących bez ruchu, z poszarpanemi członkami od niemieckiego szrapnela. Przykro mi było patrzeć na nich, lecz nie czas na rozmyślania i żale, gdyż nie ostatni to jeszcze widok. Szczęście nam służyło i bezpiecznie dotarliśmy do przeznaczonego miejsca. Wyładowaliśmy amunicyę i dalej w drogę na następną pozycyę Prusaka. W ten sam wieczór byłem zwolniony przez następną partyę. W ten sposób mniej więcej przeżyłem dzień imienin Ojca.

Adam opisuje jeden dzień z ofensywy pod Meuse-Argonne. Robi to w sposób rzeczowy, prawie reporterski, bez nadmiernego patosu. Tłumi emocje, gdy patrzy na poległych żołnierzy i mimo doznanego wstrząsu skupia się na dalszym działaniu. W ostatniej części listu relacjonuje aktualną sytuację po przerwaniu walk, monotonny okres w oczekiwaniu na powrót do domu:

W chwili obecnej wszystko to należy do przeszłości. Wojna jest już skończona. Nie mamy więc nic innego do czynienia, jak tylko cierpliwie czekać na powrót do Stanów Zjednoczonych. Kiedy to nastąpi nie można się w żaden sposób wywiedzieć; przypuszczam, że nastąpi to jednakże wkrótce. Rząd robi gorączkowe przygotowywania, aby swych ludzi wysłać tam gdzie należą. Miejscowych wiadomości niema wiele. Miasteczko jest zrujnowane a reszta budynków, które mniej ucierpiały od bombardowania są zamieszkiwane przez żołnierzy. Kościół jedynie w całości ocalał, reszta to masa gruzów. Życie żołnierskie jest tutaj bardzo monotonne, i poniekąd nudne. Trudno, koniecznością jest wytrwać do ostatka! Nie zimno tutaj, lecz dżdżysto i mglisto codziennie, co w pewnym stopniu przyczynia się wielce do tęsknoty i nudów. A jednak dzięki Bogu, bo jestem zdrowy i zadowolony ze wszystkiego. Kończę gdyż nie mam więcej materyału do pisania. Serdecznie pozdrawiam, całuję i życzę błogosławieństwa Bożego ukochanym Rodzicom, Rodzeństwu i Przyjaciołom.

Na podstawie tego listu Adam Wcisło wydaje się być człowiekiem dojrzałym emocjonalnie (miał wtedy 25 lat), bardzo świadomym – zauważa detale historyczne, kulturowe, religijne, wrażliwym, ale zdyscyplinowanym – umie odsunąć emocje, gdy trzeba wykonać zadanie oraz mocno zakorzenionym w tradycji (rodzina, wiara, Polska – choć pisze do Ameryki). Jego polski jest staranny, choć momentami widać wpływy angielskiego i wojskowego żargonu, a także edukacji w wadowickim gimnazjum.

List ma dużą wartość:

  • historyczną — jako świadectwo udziału Polonii w I wojnie światowej,
  • religijną — pokazując duchowość żołnierza na froncie,
  • kulturową — łącząc polskość, amerykańskość i doświadczenie francuskie,
  • literacką — jest żywy, obrazowy, dobrze skonstruowany.

poniedziałek, 27 lipca 2026

Chocznia 1903 - karczmy, młyny rzemiosło, handel

 Według austriackiego Zentralkataster z 1903 roku właścicielami młynów w Choczni byli: Bronisława Drożdż, Jakub Sikora, Agnieszka Styła, Antoni Styła, a dzierżawcą Franciszek Wenda. Z wcześniejszych źródeł wiadomo, że własność trzech choczeńskich młynów w górnej części wsi przechodziła z pokolenia na pokolenie w obrębie tych samych rodzin: Styłów zwanych Kotusiami, Burzejów i Romańczyków, w środkowej części istniał działał młyn Warmuzów, a swój młyn posiadali też właściciela Sołtystwa przy dzisiejszej Drapówce. Przedstawione wyżej zestawienie młynarzy w części potwierdza ten stan własności, ale zawiera też zaskakujące nazwiska. Z jednej strony są w nim Antoni Styła Kotuś, Bronisława Drożdż z domu Romańczyk, co pokazuje znany z późniejszych relacji fakt przejęcia młyna Romańczyków przez Drożdżów oraz Agnieszka Styła z domu Kręcioch, która po śmierci swojego pierwszego męża Antoniego Warmuza wyszła za Piotra Styłę, z drugiej pojawia się Jakub Sikora i Franciszek Wenda, którzy jako młynarze wymieniani są tylko w tym jednym zestawieniu. Z przedstawionych wyżej danych o młynach w Choczni łatwo wywnioskować, że Jakub Sikora, z zawodu kowal i Franciszek Wenda z Wieprza musieli być powiązani z młynami Burzejów i sołtysim, ale który z którym nie można w tej chwili stwierdzić.

W Zentralkataster podano również ówczesnych choczeńskich karczmarzy. Dzierżawcami prawa propinacji, czyli osobami które mogły zarówno wytwarzać alkohole, jak i jej sprzedawać byli Żydzi Maurycy Muenz (jednocześnie szynkarz wina) i Ludwik Goldberg. Pierwszy z nich zajmował się tym w lokalu położonym przy obecnej ul. Kościuszki, bezpośrednio przy granicy z Wadowicami (dzisiejsza ul. Graniczna), drugi raczej nie prowadził swojej działalności osobiście, gdyż jako karczmarz nie pojawia się w żadnym źródle dotyczącym Choczni, ale zapewne podnajmował to prawo jednemu z prowadzących wtedy karczmę w Choczni. W grę wchodzą tu wymieniony w Zentralkataster jako szynkarz wina Wolf Goldberger, mieszkający w pobliżu dzisiejszej remizy OSP i pozostali szynkarze, a a właściwie szynkarki: Franciszka Dunaj, Sali Goldberger (żona Wolfa) i Leni Rosenberg, prowadząca działalność w środkowej części wsi, naprzeciw dzisiejszego sklepu "Pokusa".

Jeżeli chodzi o choczeńskich handlarzy, to w ww. zestawieniu wymienieni są:

  • Ludwik Jura, handlujący dewocjonaliami i drewnianymi zabawkami,
  • Roesel Brenner, handlarka jajkami,
  • Lipmann Wachsmann, handlarz tekstylno-bławatny,
  • prowadzący trafiki tytoniowe: Wolf Goldberger, Maurycy Muenz, Lotti Muenz (matka Maurycego) i kowal Antoni Sikora, ówczesny wójt,
  • prowadzący sklepy z towarami mieszanymi: Roesel Brenner, Kacper Drapa, Wojciech Malata (podano błędnie Malota) i Leni Rosenberg,
  • kramarze Wolf Goldberger i Anna Świętek, prowadząca sklepik Kółka Rolniczego (matka znanego z okresu II wojny sołtysa Władysława Świętka).
Zentralkataster wylicza też nielicznych choczeńskich rzemieślników:
  • rzeźnika Mojżesza Haasa, mieszkającego przy moście na Choczence,
  • krawca Jana Kumalę, którego dom znajdował się w pobliżu Wadowic, 
  • lakiernika i malarza pokojowego Franciszka Majkuta,
  • kowali Antoniego Sikorę i jego starszego brata Jakuba Sikorę,
  • cholewkarza Israela Bleiberga.