wtorek, 1 września 2026
Fotografie choczeńskich emigrantów
wtorek, 25 sierpnia 2026
O Choczni w książce "Barwałd. Trzy wsie - jedna historia"
W wydanej w tym roku książce "Barwałd. Trzy wsie - jedna historia" Chocznia pojawia się na 15 stronach, Chocznia Dolna i Górna na 7, a Chocznia Stara na jednej stronie.
Dorota Żurek w części "Barwałd i tenuta barwałdzka w okresie średniowiecza" wielokrotnie wymienia Chocznię, jako część składową starostwa niegrodowego barwałdzkiego, czyli tenuty barwałdzkiej (w 1442, 1445, 1446, 1462, w latach 1470-80 i w 1488 roku). Przywołuje również dokument z 1442 roku, w którym Mikołaj Serafin pożyczył pieniądze pod zastaw klucza barwałdzkiego z Chocznią w składzie. Autorka podkreśla, że kwestia włączenia Choczni do tenuty barwałdzkiej jest problematyczna, jako że w 1448 roku trwał spór sądowy między Tomaszem z Choczni (właścicielem wsi?), a Włodkiem ze Skrzynna i jego żoną Katarzyną. Na stronie 36. zamieszcza fotokopię dokumentu z 1445 roku, w którym Mszczuj ze Skrzynna dokonał zastawu zamku Barwałd wraz z m.in. Chocznią Włodkowi ze Skrzynna i jego żonie Katarzynie (słynnej Włodkowej) za 3.000 florenów. Już w 1446 roku, po śmierci Mszczuja, Włodek oddał Katarzynie Barwałd z Chocznią i resztą wsi w zastaw za 3.000 florenów węgierskich. Wreszcie w 1488 roku Jan z Komorowa (Komorowski) podawany jest jako dzierżawca dóbr królewskich należących do zamku Barwałd, w tym i Choczni.
O Choczni wspomina także Tomasz Graff w części "Dzieje parafii barwałdzkiej do schyłku XVI wieku". Na stronie 49. podaje on za Tadeuszem Ładogórskim, że szacunkowa liczba ludności Choczni, wyliczona na podstawie płaconego świętopietrza, wynosiła w XIV wieku 105 osób. Z kolei uposażenie proboszcza parafii Chocznia w 1529 roku wynosiło 4 grzywny i 32 grosze i zaliczało się do jednego z najniższych w dekanacie zatorskim (niższe było tylko w parafii Andrychów i Inwałd). Ciekawa jest też informacja, że w ramach wizytacji wewnętrznej parafii w Choczni przez kardynała Jerzego Radziwiłła ustalono fakt posiadania konkubiny przez miejscowego plebana.
Następna wzmianka o Choczni zawarta jest w części "Wsie Barwałd w okresie wczesnonowożytnym (od XVI w. do 1772 r.), napisanej przez Mirosława Płonkę. To rejestr podatku podymnego z II połowy XVII wieku, który wskazuje, że w Choczni stało wtedy co najmniej 75 domów. Na stronach 96-97 autor wymienia kilku administratorów starostwa barwałdzkiego z XVIII wieku, z których Krzysztof Gaworek pojawia się też w choczeńskiej Księdze Sądowej. Wiele dokumentów z ksiąg grodzkich oświęcimskich jest obecnie niedostępnych i znanych jedynie z nagłówków wpisów, jak choćby dokument wystawiony przez hetmana Jabłonowskiego w 1686 roku, by biskup krakowski i jednocześnie namiestnik chorągwi husarskiej "niczego nie żądał" z dóbr w Barwałdzie, Mikołaju i Choczni, co otwiera potencjalne pole do dalszych badań i ustaleń.
W części "Barwałd Dolny, Średni oraz Górny - wieś galicyjska oraz jej mieszkańcy wobec przemian cywilizacyjnych (1772-1918) Konrad Meus wspomina, że akces do Kasy Stefczyka w Barwałdzie w okresie po II wojnie światowej zgłaszał m. in. Związek Samopomocy Chłopskiej z Choczni (s. 169). W okresie galicyjskim klucz barwałdzki z Chocznią przejął Jan Biberstein Starowieyski (s. 170), z którym mieszkańcy Barwałdu, Choczni i Jaroszowic toczyli spór sądowy, opisany dość ogólnie (s. 171). Ze szczegółami tego sporu można zapoznać się we wpisie na blogu z 22 czerwca tego roku (link). Na str. 191 autor wymienia ks. Józefa Komorka, ówczesnego proboszcza z Choczni i dziekana dekanatu wadowickiego.
Następna wzmianka o Choczni ze str. 201 pochodzi z części "Dzieje Barwałdu i jego mieszkańców w latach 1918-1947" autorstwa Marcina Witkowskiego. To informacja o utworzeniu gminy zbiorowej w Wadowicach w 1934 roku, do której włączono też Chocznię, wcześniej samodzielną gminę. Ostatni raz Chocznia wymieniana jest na str. 230-231 w związku z "Głosowaniem/Referendum Ludowym" w 1946 roku oraz na str. 232 w biogramie ks. Józefa Żeliwskiego, powojennego proboszcza barwałdzkiego, który był wcześniej wikariuszem w Choczni.
Wszystkim autorom należą się wyrazy uznania za włożoną pracę i jej efekty. Ze względu na ograniczoną liczbę stron trudno uznać tę książkę za pełną monografię (poza pierwszymi dwoma częściami), a raczej, jak pisze Mirosław Płonka, za studium lub za monografię skondensowaną, w której pewne wątki omówiono skrótowo lub wcale o nich nie wspomniano (np. o zjawisku emigracji z Barwałdów, czy o części wywodzących się z tych wsi interesujących osób). W toku dalszych badań z pewnością uda się też uzupełnić Aneks nr 2 dotyczący represjonowanych podczas II wojny światowej (choćby o Marię Bryndza z domu Filek).
środa, 19 sierpnia 2026
Ule figuralne z Choczni
W zbiorach Muzeum Etnograficznego w Krakowie znajdują się dwa drewniane ule z Choczni w kształcie górala i góralki, które pochodzą z połowy XIX wieku. Pierwotnie stanowiły podarunek weselny, a do krakowskiego muzeum trafiły w latach 30. XX wieku za sprawą ówczesnego choczeńskiego proboszcza ks. Józefa Dunajeckiego.
Rzeźbione ule z Choczni mają swoje najbliższe odpowiedniki na Słowacji. Pokrewieństwo między okazami słowackimi a polskimi jest wyraźne, niemniej i różnice są duże. Choczeńskie rzeźby odtwarzają wiernie strój ludowy z okolic Wadowic i kobieta odziana jest w koszulę z wykładanym kołnierzykiem, haftowanym czerwoną nicią, w gorset czerwony zapinany na duże guziki, ale jeszcze bez ozdób naszywanych i haftowanych, oraz w spódnicę granatową, mężczyzna zaś w kapelusz niski z krepą wyciętą w ząbki, koszulę nie zdobioną, krótką gunię/górnicę brązową, zarzuconą na ramiona, szeroki pas, zapinany na cztery sprzączki, oraz białe spodnie wałaskie z dwoma przyporami obszytymi czerwonym sznurkiem w półkach, wypuszczone na kierpce.
Oczywiście ule nie stanowią jedynie wiedzy o stroju ludowym, ale stanowią określoną wartość jako dzieła sztuki ludowej. Ich formę artystyczną stworzyli ludzie obdarzeni zdolnością nadawania konkretnego kształtu plastycznego swoim pomysłom. Wyrastała ona co prawda z charakteru tworzywa oraz wyznaczonej jej funkcji użytkowej, ale przede wszystkim z lokalnej tradycji plastycznej i predyspozycji twórczej artysty ludowego (cytat z Polskiej Sztuki Ludowej nr 2 z 1955 roku).
sobota, 8 sierpnia 2026
Służące
Ślady pracy
zarobkowej kobiet związanych z Chocznią przed 1919 rokiem odnajdujemy w
księgach parafialnych, aktach sądowych, spisach ludności, doniesieniach
prasowych i archiwach administracyjnych. Wyłania się z nich obraz kobiet
aktywnych, mobilnych i zaradnych, które podejmowały zatrudnienie zarówno w
rodzinnej wsi, jak i w odległych miastach Galicji, na Morawach, w Austrii, Prusach,
w zaborze rosyjskim i w USA.
Najliczniejszą
grupę stanowiły służące. Już w 1794 roku w kontrakcie przedślubnym Zofii
Gąsiorówny z Frydrychowic odnotowano, że przyszła panna młoda przez pięć lat
pracowała jako służąca w Choczni. Wspomniany kontrakt dostarcza intersujących
danych o jej stanie majątkowym – Gąsiorówna posiadała mienie o wartości około
37 złotych reńskich, na które składały się: młoda krowa, 8 ociepek lnu
niewyrobionego, pierzyna, 2 prześcieradła i poduszka oraz ubrania: przechodzone
buty, nowa górnica, dwa fartuchy, sześć zapasek, trzy koszulki spodnie i pięć
wierzchnich batystowych, dwa gorsety nowe i trzy spódnice.
W 1844 roku do Księgi
Towarzystw Trzeźwości i Wstrzemięźliwości wpisano jedenaście służących w Choczni:
Mariannę Wątroba, Reginę Bryndza, Zofię Romańczyk, Annę Zytkównę, Małgorzatę
Drożdż, Annę Budzionkę, Teresę Płonka, Mariannę Legień, Annę Legień, Zofię
Dydak i Reginę Sikora. W kolejnych latach zapisały się ponadto Katarzyna Bury i
Regina Rzycka (1845), Wiktoria Zając i Rozalia Harnik (1862) oraz Marianna Stankowicz i Marianna Bylica (1863). Wymienione wyżej wywodziły się zarówno z rodzin od pokoleń osiadłych w Choczni,
jak i spoza wsi. Do tej drugiej grupy zaliczały się też: Teresa Strobel, która
w 1843 roku zmarła na zapalenie płuc w wieku 54 lat, Wiktoria Babiarczyk z Zawoi, służąca w domu nr 22, która w 1849 roku zmarła na
cholerę, Teresa
Habrzyk (1851), czy Anna
Drobek, rodem z Lasu, która poślubiła również służącego Jana Ryłkę ze
Stanisławia.
Znacznie
później, bo pod koniec XIX wieku służyły w Choczni także Teresa Dziewiątka
(1890), Anna Wierońska i Magdalena Spytkowska (1900), odnotowane w księgach chrztów jako matki nieślubnych dzieci, co w ówczesnych
warunkach oznaczało społeczne napiętnowanie i dodatkowe trudności materialne.
Charakter i
zakres pracy świadczony przez służące na wsi różnił się od obowiązków kobiet
posługujących w domach miejskich. Dla służących w Choczni, a także np. Wiktorii
Szczur w Witanowicach (1862), Marianny
Balon w Inwałdzie (1875), Anny
Szczur w Wieprzu (1883), Anny
Kłaput we Frydrychowicach (1880),
czy Agnieszki Kręcioch w Jawiszowicach (1874) dzień pracy był ściśle związany z rytmem przyrody i gospodarstwa. Do ich
obowiązków należało dojenie krów, oporządzanie trzody chlewnej, praca w polu
(podczas żniw czy wykopków), noszenie wody ze studni, a także pomoc w obejściu
(przygotowywanie paszy i posiłków). Dla dziewczyny służącej na wsi, praca ta
była najczęściej przedłużeniem jej dotychczasowej wegetacji. Nie dawała szans
na awans społeczny – celem było uzbieranie skromnego wiana i wyjście za mąż za
miejscowego parobka lub małorolnego chłopa.
Natomiast wyjazd
na służbę do miasta, mimo ryzyka nadużyć, samotności i ciężkiej pracy, był dla
wielu dziewcząt jedyną szansą na wyrwanie się z wiejskiej biedy. Dawał
bezpośredni kontakt z nowoczesnością i szansę na ułożenie sobie życia w mieście.
Praca służących w miastach koncentrowała się w zamkniętych przestrzeniach
kamienic i willi. Musiały opanować miejskie standardy higieny i etykiety, a do
ich zadań należało codzienne mycie lub froterowanie podłóg, palenie w piecach
kaflowych, co wiązało się z dźwiganiem węgla na wysokie piętra, pranie
delikatnych tkanin, prasowanie, zakupy na targach oraz gotowanie według wymagań
chlebodawców.
Geografia
zarobkowej migracji służących z Choczni obejmowała przede wszystkim pobliskie
miasta i miasteczka. Wadowice, odległe zaledwie o kilka kilometrów, stanowiły
naturalny cel poszukiwania pracy. W 1850 roku służącą była tam Marianna Zawiła,
w 1853 Zofia Rokowska, w 1862 Marianna Wawer, w 1867 Marianna Rudzicka, a w
1868 Katarzyna Szczur. W kolejnych latach służbę w Wadowicach podejmowały między innymi: Anna Wawer
(od 1871), Agata
Góral i Teresa Łazowska (notowane w 1873), Marianna Płonka (1878), Magdalena Żak (1880), Anna Balon (1883), Franciszka Wojtala (1885) i Anna Putek z domu Garżel (1888), która później pracowała głównie jako praczka
oraz prasowaczka, w tym także bielizny kościelnej i liturgicznej.
Jeżeli chodzi o
sprzątanie choczeńskiego kościoła, to zajmowała się tym Marianna Koman, która
za swoje usługi otrzymywała w 1894 roku 7 zł reńskich.
Służba w
Wadowicach tragicznie skończyła się dla 18-letniej Teresy Klaczak, która
zginęła w 1880 roku w gwałtownym, nocnym pożarze, który zniszczył dom jej
pracodawcy. Dowodem
problemów społecznych epoki był też przypadek służącej w Wadowicach Marianny
Wawer, córki wyrobników, leczonej w 1862 roku na zgniłą chorobę, jak
wówczas nazywano syfilis, przypadłość stygmatyzującą i trudną w leczeniu.
W 1887 roku z
przyczyn naturalnych w wieku zaledwie 17 lat zmarła Rosa Silbiger, pochodząca
ze Strumienia na Śląsku austriackim, która służyła u choczeńskiego szynkarza.
Świadectwem
desperacji, do jakiej mogła doprowadzić bieda, była historia Marianny Koman. W
1875 roku ta dziewiętnastoletnia służąca stanęła przed ck Trybunałem Sądu
Przysięgłych w Krakowie oskarżona o zbrodnię rabunku. Marianna pochodziła z
Choczni, ale zamieszkiwała w Zawadce. Do czternastego roku życia wychowywała
się przy rodzicach, później pracowała jako służąca. Nie umiała pisać i nie była
dotąd karana. Jej stan majątkowy był skromny - posiadała wspólnie z rodzeństwem
dziewięć mórg pola, którym po śmierci ojca administrował opiekun prawny. 21
marca 1875 roku Marianna wywabiła inną służącą, Salomeę Góra, pod stodołę
Antoniego Zębatego w Wadowicach, położoną w pustym polu. Górówna dała się
namówić, uwierzywszy w zmyślony sen o zmarłej matce Marianny, która prosiła o
pieniądze na wybawienie od mięk piekielnych, a w zamian miała wskazać miejsce,
w którym zakopana jest skrzynka z brzęczącymi monetami. Gdy ofiara przyniosła 5
florenów, zamiast żądanych 10, Marianna zaatakowała ją kamieniem, krzycząc:
Godoj psio
krew kaj mos piniondze, bo cie zabije!, po czym uderzyła ją kilkakrotnie w
głowę, biła pięścią między oczy, przydusiła kolanem do ziemi i kopała.
Zakrwawione ubrania schowała w skrzyni u dziadków, ale została schwytana i
skazana na pięć lat ciężkiego więzienia obostrzonego postem co czternaście dni,
zwrot kosztów sądowych i zadośćuczynienie dla Górówny. Jako okoliczności
łagodzące sąd przyjął jej młody wiek, dotychczasową niekaralność, przyznanie
się do winy ze skruchą i stosunkowo niewielką szkodę. Bez tych okoliczności
groziło jej od dziesięciu do dwudziestu lat więzienia.
Inne miasta
galicyjskie również przyciągały kobiety z Choczni. W Krakowie w 1870 roku
służyła Katarzyna Kumorek, a w późniejszych latach m.in.: Katarzyna Graca (1878), Katarzyna Szymonek
(1884) i Marianna Wójcik (1887). Według spisu mieszkańców Krakowa z 1910 roku w stolicy Galicji przebywały także
służące: Maria Twaróg (ur. 1892), Maria Graboń (ur. 1872), Helena Guzdek (ur.
1876), Albina Szczur (ur. 1865), Maria Wawro (ur. 1880) i posługaczka Marianna
Kowalska z domu Gazda (ur. 1831).
Natomiast w
Białej zatrudnienie znalazły Elżbieta Zając (1871) i Katarzyna Zając (1875),
które wyszły tam za mąż. W Bielsku służyła Franciszka Bylica (1883), we Lwowie Marianna Wójcik (1884), w
Tarnopolu Marianna Guzdek (1873), w Gorlicach Tekla Łopata (1873), a w Andrychowie w różnych okresach Anna Stanaszek (1855) i Teresa Szczur (1884), która znalazła zatrudnienie u hrabiostwa Bobrowskich w
Andrychowie, co
świadczyło o jej szczególnych kwalifikacjach lub rekomendacjach.
Migracje
zarobkowe kobiet z Choczni wykraczały daleko poza granice Galicji. Na Morawach,
w monarchii habsburskiej, służba domowa stanowiła atrakcyjną formę
zatrudnienia. We Frydku pracowała Honorata Guzdek, a w 1876 roku w Morawskiej Ostrawie zatrudniona była Marianna Koman. Szczególnie interesujący jest przypadek Marii Hanusiak, która od 1900 roku
pracowała jako służąca w Hranicach. Jej życie odsłania trudności samotnej
migrantki - gdy urodziła nieślubne dziecko, jego utrzymanie stało się
przedmiotem wieloletniej korespondencji i sporów między gminami Hranice i
Chocznia, które usiłowały przerzucić na siebie wzajemnie ciężar finansowy
opieki nad dzieckiem.
W granicach
Rosji, w Romanowie w Królestwie Polskim służyła Regina Baczak (właściwie
Lachendro), która w 1875 roku zamierzała wyjść tam za mąż. Niektóre kobiety znajdowały zatrudnienie nawet w Austrii - wieloletnią służącą
była tam Wiktoria Spytkowska (ur. 1865), według niepotwierdzonych wspomnień
pracująca także w domu rodziców Adolfa Hitlera, choć ten szczegół wymaga ostrożnego traktowania ze względu na brak wiarygodnych
źródeł.
czwartek, 30 lipca 2026
List żołnierza i emigranta Adama Wcisły do rodziny w 1918 roku
3 grudnia 1918 roku Adam Wcisło z Choczni, który od 7 lat przebywał w Chicago, wysłał list do swoich rodziców i rodzeństwa, w którym dzielił się z nimi swoimi wrażeniami i przeżyciami ze służby wojskowej w armii amerykańskiej na froncie francuskim w czasie I wojny światowej.
List ten pisany jest zaledwie 22 dni po zawieszeniu broni. Wcisło, żołnierz Kompanii C 108. Kolumny Amunicyjnej Amerykańskich Sił Ekspedycyjnych we Francji, jest już bezpieczny, ale wciąż przebywa w zniszczonej strefie frontowej w Brabant – okolice Verdun/Meuse.
W początkowych fragmentach listu opisuje swój pobyt na urlopie:
Ostatniego listopada wieczorem powróciłem do mej kompanii z urlopu szczęśliwie, zdrowo i cało. La Bourbolle, w departamencie Puy-de-Dome, to nazwa miejsca, gdzie spędziłem kilka wesołych i przyjemnych chwil. Rząd Stan. Zjed. wynajął kilka takich letnisk francuskich dla żołnierzy amerykańskich, którzy życzą sobie uprzyjemnić trochę życie żołnierskie we Francyi. Ośm dni spędziłem w tem nad wyraz pięknem i zdrowem miejscu. Odbyłem trzy pierwsze wycieczki w góry, a jedną na wodzie. Wycieczki tę były bardzo interesujące, gdyż cała niemal Francya jest pełna przeróżnych pięknych i starych pamiątek, o których nawet sami Francuzi nie wiele posiadają wiadomości. Byłem na jednej z wyżyn, na której według historycznych podań Cezar miał obozować ze swym wojskiem. Widziałem dom francuski który miał być budowany przed stu laty, zupełnie w dobrym stanie zachowany i zamieszkiwany do tego czasu. Dom ten ma tylko jedną izbę, która jest wszystkiem dla lokatora, a co dziwniejsze, że sypialnie są wewnątrz ścian izby oddzielone jedynie kotarami od reszty izby. Piłem tutaj świeże, ciepłe mleko słodkie, a także młóciłem żyto z chłopami francuskimi. Miałem nawet sposobność pić miód pszczelny prosto z ulów, kosztowałem koniaku, szampana i inne wina, ot tylko z ciekawości, jak one smakują. Innym razem pozwoliłem sobie na sporządzenie obiadu u pewnych ludzi francuskich i kazałem sobie zestawić go prosto z kuchni, aby sobie choć częściowo uprzytomnić nasz ukochany dom i drogą mamę krzątającą się koło stołu. Po takim sutym i przyjemnym obiedzie zwiedziłem wzgórze, gdzie znajduje się kaplica Najświętszej Maryi Panny pod nazwą „Notre Dame de Natzy”. Schodząc na dół drugą stroną wzgórza, drogą krętą, zauważyć można 14 krzyżów przedstawiających drogę krzyżową. 15-go sierpnia odbywa się tutaj odpust, na który wielkie rzesze pobożnego ludu francuskiego schodzą się, aby uczcić Najświętszą Maryę Pannę. Na tem więc miejscu westchnąłem do Matki Bożej, dziękując za wszelkie otrzymane łaski podczas życia żołnierskiego, a także nie zapomniałem o Was. Dalej w dolinie odwiedziłem bardzo stary kościółek z roku 1142-go w dobrym stanie jeszcze zachowany i oddający wierną usługę mieszkańcom okolicy.Dzień imienin Najdroższej Mamy spędziłem na miejscu. Rano udałem się do kościoła na Mszę św., podczas której przystąpiłem do Stołu Pańskiego na intencyę mojej ukochanej solenizantki. Mszę św. odprawił niewidomy ksiądz, prowadzony do ołtarza przez chłopczyka i tak samo z powrotem od ołtarza, a potem do domu. Jeżeli są wierni przystępujący do Stołu Pańskiego w czasie tejże Mszy św., inny ksiądz podaje Komunię św. Spowiedź św. odprawiłem u księdza francuskiego przy pomocy języka francuskiego, a więcej jeszcze przy pomocy samouczka francusko-angielskiego.
Widać tu naturalną i nienachalną religijność autora - Adam jest głęboko pobożnym człowiekiem, co w jego przypadku nie jest pozą, czy ozdobnikiem. Urlop stanowi dla niego ulgę psychiczną po miesiącach spędzonych na froncie, do których powraca w dalszej części listu:
Na miejscu będzie wspomnieć, jak obchodziłem Imieniny
drogiego Ojca. Był to pierwszy piątek miesiąca. Zacięty najazd na linie
niemieckie, rozpoczęty 26-go września, trwał w dalszym ciągu bez przerwy. Rano
tegoż dnia pomodliłem się na intencyę Ojca, wsiadłem na „truck”, który co
dopiero powrócił z frontu i pojechałem po amunicyę. Po naładowaniu tych
śmiertelnych pigułek, dalej, co tchu w drogę na pozycye naszej artyleryi. Około
trzeciej godziny po południu dotarliśmy do miejsce, gdzie walka trwała zażarta
od dwóch dni. Na obydwóch wzgórzach i w dolinie były rozmieszczone armaty. W
doline i na wzgórzu nasi milczą, gdyż nie mogą dosięgnąć celu i na razie
postąpić, dalej, ponieważ lekka artylerya na przeciwległem wzgórzu praży
nieprzyjaciela, a miejsca i cele artyleryi ciężkiej wyszukują lotnicy.
Oczywiście, nieprzyjaciel nie próżnuje, a nawet — można powiedzieć, jest dosyć
czynny w tem miejscu. Droga w pobliżu jest zatamowana ambulansami, odwożącymi
ciężko rannych do polnych szpitali. Lżej ranni idą sami do szpitali, lub
korzystając z ciężarowych samochodów amunicyjnych z uśmiechem na twarzy
powracają z pola walki. Lekarze i członkowie „Czerwonego Krzyża” śpiesznie
opatrują nadciągających rannych. Nie brak tu i kapelanów, którzy udzielają
umierającym Sakramentu Ostatniego Namaszczenia. Poległych na razie nikt nie
rusza; można ich w znacznej ilości widzieć. W międzyczasie praca i walka trwa
bez przerwy. Do uszu dochodzi jeden daleki, głuchy huk, następnie przeraźliwy
świst, a wreszcie eksplozya w samym środku drogi, którą posuwają się ambulanse
i automobile z amunicyą. Zatrzymano cały konwój, a inżynierya zabrała się
natychmiast do pracy. Skończono naprawę drogi; niemiecka artylerya umilkła na
chwilę, lecz nasi gromią bez przerwy. Wyruszyliśmy dalej z amunicyą do miejsca
przeznaczenia, a kiedy mijaliśmy zakręt, który żołnierze nazywają „doliną
samobójstwa”, gdyż dość wielka liczba żołnierzy poległa tutaj, dojrzałem po raz
pierwszy dwóch żołnierzy amerykańskich, leżących bez ruchu, z poszarpanemi
członkami od niemieckiego szrapnela. Przykro mi było patrzeć na nich, lecz nie
czas na rozmyślania i żale, gdyż nie ostatni to jeszcze widok. Szczęście nam
służyło i bezpiecznie dotarliśmy do przeznaczonego miejsca. Wyładowaliśmy
amunicyę i dalej w drogę na następną pozycyę Prusaka. W ten sam wieczór byłem
zwolniony przez następną partyę. W ten sposób mniej więcej przeżyłem dzień
imienin Ojca.
Adam opisuje jeden dzień z ofensywy pod Meuse-Argonne. Robi to w sposób rzeczowy, prawie reporterski, bez nadmiernego patosu. Tłumi emocje, gdy patrzy na poległych żołnierzy i mimo doznanego wstrząsu skupia się na dalszym działaniu. W ostatniej części listu relacjonuje aktualną sytuację po przerwaniu walk, monotonny okres w oczekiwaniu na powrót do domu:
W chwili obecnej wszystko to należy do przeszłości. Wojna jest już skończona. Nie mamy więc nic innego do czynienia, jak tylko cierpliwie czekać na powrót do Stanów Zjednoczonych. Kiedy to nastąpi nie można się w żaden sposób wywiedzieć; przypuszczam, że nastąpi to jednakże wkrótce. Rząd robi gorączkowe przygotowywania, aby swych ludzi wysłać tam gdzie należą. Miejscowych wiadomości niema wiele. Miasteczko jest zrujnowane a reszta budynków, które mniej ucierpiały od bombardowania są zamieszkiwane przez żołnierzy. Kościół jedynie w całości ocalał, reszta to masa gruzów. Życie żołnierskie jest tutaj bardzo monotonne, i poniekąd nudne. Trudno, koniecznością jest wytrwać do ostatka! Nie zimno tutaj, lecz dżdżysto i mglisto codziennie, co w pewnym stopniu przyczynia się wielce do tęsknoty i nudów. A jednak dzięki Bogu, bo jestem zdrowy i zadowolony ze wszystkiego. Kończę gdyż nie mam więcej materyału do pisania. Serdecznie pozdrawiam, całuję i życzę błogosławieństwa Bożego ukochanym Rodzicom, Rodzeństwu i Przyjaciołom.
Na podstawie tego listu Adam Wcisło wydaje się być człowiekiem dojrzałym emocjonalnie (miał wtedy 25 lat), bardzo świadomym – zauważa detale historyczne, kulturowe, religijne, wrażliwym, ale zdyscyplinowanym – umie odsunąć emocje, gdy trzeba wykonać zadanie oraz mocno zakorzenionym w tradycji (rodzina, wiara, Polska – choć pisze do Ameryki). Jego polski jest staranny, choć momentami widać wpływy angielskiego i wojskowego żargonu, a także edukacji w wadowickim gimnazjum.
List ma dużą wartość:
- historyczną — jako świadectwo udziału Polonii w I wojnie światowej,
- religijną — pokazując duchowość żołnierza na froncie,
- kulturową — łącząc polskość, amerykańskość i doświadczenie francuskie,
- literacką — jest żywy, obrazowy, dobrze skonstruowany.
poniedziałek, 27 lipca 2026
Chocznia 1903 - karczmy, młyny rzemiosło, handel
Według austriackiego Zentralkataster z 1903 roku właścicielami młynów w Choczni byli: Bronisława Drożdż, Jakub Sikora, Agnieszka Styła, Antoni Styła, a dzierżawcą Franciszek Wenda. Z wcześniejszych źródeł wiadomo, że własność trzech choczeńskich młynów w górnej części wsi przechodziła z pokolenia na pokolenie w obrębie tych samych rodzin: Styłów zwanych Kotusiami, Burzejów i Romańczyków, w środkowej części istniał działał młyn Warmuzów, a swój młyn posiadali też właściciela Sołtystwa przy dzisiejszej Drapówce. Przedstawione wyżej zestawienie młynarzy w części potwierdza ten stan własności, ale zawiera też zaskakujące nazwiska. Z jednej strony są w nim Antoni Styła Kotuś, Bronisława Drożdż z domu Romańczyk, co pokazuje znany z późniejszych relacji fakt przejęcia młyna Romańczyków przez Drożdżów oraz Agnieszka Styła z domu Kręcioch, która po śmierci swojego pierwszego męża Antoniego Warmuza wyszła za Piotra Styłę, z drugiej pojawia się Jakub Sikora i Franciszek Wenda, którzy jako młynarze wymieniani są tylko w tym jednym zestawieniu. Z przedstawionych wyżej danych o młynach w Choczni łatwo wywnioskować, że Jakub Sikora, z zawodu kowal i Franciszek Wenda z Wieprza musieli być powiązani z młynami Burzejów i sołtysim, ale który z którym nie można w tej chwili stwierdzić.
W Zentralkataster podano również ówczesnych choczeńskich karczmarzy. Dzierżawcami prawa propinacji, czyli osobami które mogły zarówno wytwarzać alkohole, jak i jej sprzedawać byli Żydzi Maurycy Muenz (jednocześnie szynkarz wina) i Ludwik Goldberg. Pierwszy z nich zajmował się tym w lokalu położonym przy obecnej ul. Kościuszki, bezpośrednio przy granicy z Wadowicami (dzisiejsza ul. Graniczna), drugi raczej nie prowadził swojej działalności osobiście, gdyż jako karczmarz nie pojawia się w żadnym źródle dotyczącym Choczni, ale zapewne podnajmował to prawo jednemu z prowadzących wtedy karczmę w Choczni. W grę wchodzą tu wymieniony w Zentralkataster jako szynkarz wina Wolf Goldberger, mieszkający w pobliżu dzisiejszej remizy OSP i pozostali szynkarze, a a właściwie szynkarki: Franciszka Dunaj, Sali Goldberger (żona Wolfa) i Leni Rosenberg, prowadząca działalność w środkowej części wsi, naprzeciw dzisiejszego sklepu "Pokusa".
Jeżeli chodzi o choczeńskich handlarzy, to w ww. zestawieniu wymienieni są:
- Ludwik Jura, handlujący dewocjonaliami i drewnianymi zabawkami,
- Roesel Brenner, handlarka jajkami,
- Lipmann Wachsmann, handlarz tekstylno-bławatny,
- prowadzący trafiki tytoniowe: Wolf Goldberger, Maurycy Muenz, Lotti Muenz (matka Maurycego) i kowal Antoni Sikora, ówczesny wójt,
- prowadzący sklepy z towarami mieszanymi: Roesel Brenner, Kacper Drapa, Wojciech Malata (podano błędnie Malota) i Leni Rosenberg,
- kramarze Wolf Goldberger i Anna Świętek, prowadząca sklepik Kółka Rolniczego (matka znanego z okresu II wojny sołtysa Władysława Świętka).
- rzeźnika Mojżesza Haasa, mieszkającego przy moście na Choczence,
- krawca Jana Kumalę, którego dom znajdował się w pobliżu Wadowic,
- lakiernika i malarza pokojowego Franciszka Majkuta,
- kowali Antoniego Sikorę i jego starszego brata Jakuba Sikorę,
- cholewkarza Israela Bleiberga.
wtorek, 21 lipca 2026
Choczeńscy służący w okresie przed odzyskaniem niepodległości
W galicyjskiej Choczni
służba stanowiła jedną z najliczniejszych warstw społecznych. Setki jej mieszkańców
tej zarabiało na życie jako parobkowie, służący, woźnice czy pasterze,
zatrudniani zarówno w lokalnych gospodarstwach, jak i w odległym Krakowie, a
nawet poza granicami Galicji.
Już w pierwszej
połowie XIX wieku źródła parafialne i gminne odnotowują obecność licznej grupy
służących wśród mieszkańców Choczni. W 1806 roku podczas epidemii tyfusu zmarł
12-letni Jan, służący u Klemensa Wójcika,[1]
a w 1820 roku wśród osób wnoszących zwyczajowy dar za przywilej przebywania na
chórze podczas mszy świętej znalazł się Maciej Janczakowski, sługa bogatego
gospodarza Jana Ścigalskiego.[2]
Samo pojawienie się nazwiska służącego w tym kontekście pokazuje, że
przynajmniej część tej grupy społecznej mogła aspirować do pewnego miejsca w
lokalnej hierarchii.
Szczególnie
cenne są zapisy z Księgi Towarzystw Trzeźwości i Wstrzemięźliwości, które
pozwalają poznać imiona i nazwiska konkretnych służących. W 1844 roku do tych Towarzystwa
przystąpili służący: Mateusz Graca, Jędrzej Sabuda, Bartłomień Cibor, Antoni
Sabuda i Franciszek Hanusiak. Rok później dołączył do nich Franciszek Wyka. W
latach sześćdziesiątych XIX wieku szeregi członków Towarzystwa zasilili kolejni
służący: w 1862 roku Tomasz Wójcik, rok później Michał Kręcioch, a w 1864
Wojciech Bielański.[3]
Życie służących
bywało krótkie i pełne niedostatku. W 1847 roku zmarł w Choczni służący
Franciszek Pawlica z Inwałdu oraz Franciszek Wyka z Gorzenia – ten sam, który
zaledwie dwa lata wcześniej przystąpił do Towarzystwa Trzeźwości.[4]
Władze
galicyjskie i lokalny samorząd dostrzegały potrzebę regulacji prawnej statusu
służących oraz ich ochrony przed najgorszymi formami wyzysku. W 1867 roku
władze zwierzchnie zalecały utworzenie w Choczni kasy oszczędności dla
służących, która mogłaby stanowić dla nich wsparcie w chorobie czy zubożeniu.[5]
Tego samego roku, na siódmym posiedzeniu Rady Gminnej w dniu 30 czerwca,
ustanowiono Regulamin Gminny zawierający przepisy policyjne obowiązujące na
terenie gminy. Szczególną uwagę poświęcono w nim kwestii służby najemnej.
Obowiązkiem mieszkańców było zgłaszanie w ciągu trzech dni do zwierzchności
gminnej pobytu obcych służących nieposiadających książeczek służbowych.
Książeczka służbowa stanowiła w ówczesnym systemie prawnym podstawowy dokument
tożsamości osób zatrudnionych jako służba domowa – jej brak wzbudzał
uzasadnione podejrzenia co do uczciwości danej osoby.
Z kolei Punkt
39. Regulaminu dotyczył stosunków między pracodawcami a służbą najemną i
zawierał dwa istotne zakazy: namawiania służących do podjęcia pracy przed 15
listopada oraz wydalania ich z pracy, gdy ustaną pod jesień paść bydło.[6]
Przepisy te odzwierciedlały specyfikę wiejskiego rynku pracy, opartego na
rocznym cyklu zatrudnienia, rozpoczynającym się tradycyjnie w dniu świętego
Marcina, czyli 11 listopada, lub w jego okolicach. Namawianie służących do
wcześniejszej zmiany pracodawcy zakłócało ten ustalony porządek i mogło
prowadzić do zrywania umów w trakcie ich obowiązywania. Zakaz wydalania
służących po zakończeniu sezonu pastwiskowego chronił pracowników przed
pozbawieniem ich zatrudnienia i dachu nad głową w przededniu zimy.
Mimo tych
regulacji ochronnych, problemy na rynku pracy służących wcale nie ustały. Wręcz
przeciwnie – pod koniec wieku nasiliły się do tego stopnia, że wymusiły
interwencję Rady Gminnej. W 1891 roku podjęto uchwałę dotyczącą bardzo
konkretnego problemu: samowolnego porzucania pracy przez służących oraz
odpowiedzialności gospodarzy, którzy takich zbiegów przyjmują. Relacje
między służbą a gospodarzami regulowała wówczas tzw. Ustawa Służebna, a lokalne
rady gminne doprecyzowywały ją, by ukrócić chaos na rynku pracy, szczególnie
przed końcem roku.
Uchwała
przewidywała kary za porzucenie służby przed terminem, czyli przed upływem
sześciu tygodni przed końcem roku służby. Służący, którzy brali zadatek –
zaliczkę na poczet przyszłej pracy – a potem porzucali służbę bez słusznej
przyczyny, podlegali karze. Co jednak szczególnie istotne, Rada Gminna chciała
ukarać także gospodarzy, którzy przyjmowali do służby osoby zbiegłe od
innego gospodarza przed rozwiązaniem ich poprzedniego stosunku pracy. Zarówno
służący, jak i nowi gospodarze mieli być karani grzywną w wysokości od 1 do 5
złotych reńskich. Pieniądze z tych grzywien przeznaczano na ubogich –
była to powszechna praktyka w Galicji, gdzie kary administracyjne zasilały
fundusz ubogich danej gminy. W sporach o zadatek rolę arbitra pełnił wójt,
który rozstrzygał, czy doszło do złamania prawa gminnego.[7]
Ten zapis
świadczy o tym, że w Choczni pod koniec XIX wieku istniał duży problem z tzw.
podkupywaniem służby lub jej ucieczkami. Gospodarze byli zdesperowani, by
utrzymać ręce do pracy, a służący często szukali lepszych warunków, nie
zważając na zawarte umowy. Rada Gminna, wprowadzając kary finansowe, próbowała
wymusić lojalność i porządek prawny w relacjach pan-sługa. Regulacja ta ujawnia
istotny aspekt społeczny galicyjskiej wsi – obecność warstwy ludzi najemnych,
których sytuacja ekonomiczna była na tyle niepewna, że wymagała ochrony prawnej
przed wyzyskiem ze strony zamożniejszych gospodarzy.
Konkretne losy poszczególnych służących z Choczni pokazują różnorodność ich karier życiowych. Ludwik Ramza w 1889 roku pozostawał w służbie u starosty Dunajewskiego w Żywcu[8] – była to zapewne prestiżowa posada u wysokiego urzędnika administracji austro-węgierskiej. Antoni Romańczyk (ur. 1839), rozpoczął karierę jako służący, ale udało mu się awansować społecznie – został kupcem solnym w Krakowie i zamieszkał przy ulicy Garncarskiej. Ten przykład pokazuje, że dla niektórych służba była jedynie etapem na drodze do lepszego życia. Inny przedstawiciel tego rodu - Piotr Romańczyk (ur. 1879 w Inwałdzie), przez wiele lat pracował jako woźnica hrabiego Adama Romera. Zamieszkiwał w domu Romera w Nowym Jiczynie oraz w dworze w Inwałdzie, gdzie spędził znaczną część swojego życia u boku arystokratycznej rodziny.[9] Służącym w choczeńskim dworze sołtysim w 1871 roku był pochodzący spod Bańskiej Bystrzycy na Słowacji Wojciech Woryś.[10]
Niektórzy
choczeńscy służący związali swoje życie z instytucjami kościelnymi. Józef
Kręcioch (ur. 1869), przez 30 lat pracował w gospodarstwie rolnym klasztoru
ojców karmelitów w Wadowicach. Gdy zmarł, został pochowany w kwaterze
klasztornej na cmentarzu parafialnym w Wadowicach[11]
– ten szczególny przywilej świadczy o tym, że był ceniony przez zakonników i
traktowany niemal jak członek wspólnoty. Z kolei Ignacy Nowak (ur. 1867) w 1910
roku był służącym u bonifratrów w Krakowie.[12]
W Krakowie służył w tym czasie również Ludwik Szczepaniak, a w Białej
Józef Pindel (ur. 1888).[13]
Nierzadko całe
rodziny wchodziły na drogę służby – przykładem może być zapis w aktach
spadkowych zmarłego w 1906 roku Józefa Widlarza, z którego wynika, że obaj jego dorośli bracia
byli służącymi: Piotra Widlarz u Franciszka Malaty, a Franciszek Widlarz u
Ludwika Malaty, brata ww. Franciszka.[14]
Najcenniejszym
źródłem do poznania codziennego życia służących są wspomnienia Józefa Sępka,
który w przejmujący sposób opisał swoje doświadczenia jako dziecko-służący.[15]
Józef miał zaledwie około 11 lat, gdy bieda zmusiła go do podjęcia pracy. Jego
ojciec pracował poza domem i nie wspierał rodziny finansowo. Gdy matka robiła
mu wyrzuty, że zapomina o dzieciach, które cierpią głód, odpowiadał, że dzieci
niech idą służyć, że on od sześciu lat służył. Jako pierworodny Józef Sępek
rozpoczął iście krzyżową drogę, jak sam ją nazywał. Z początku uciekał
ze służby do domu, ale to nic nie pomagało – trzeba było zostać. Gospodyni
posyłała go do szkoły tylko dwa razy w tygodniu, ot tak aby kary tylko za
mnie nie zapłacić. Trzeba było pracować, a nie uczyć się. Chociaż formalnie
miał tylko paść krowy, w rzeczywistości był do wszystkiego. Jako uposażenie
miał otrzymać 25 reńskich na rok. Miał straszny kłopot z czterema krowami,
które musiał paść na powrozie, gdyż pastwisk było niewiele – tylko wzdłuż drogi
polnej, po której obu stronach rosły ziemniaki i zboże.
Dzień pracy
zaczynał się o trzeciej rano. We znaki dawało się szczególnie noszenie wody w
drewnianych konewkach, które próżne były ciężkie, a co dopiero z wodą. Mozolne
było także mielenie zboża na żarnach dla świń i na mąkę na chleb. Zimą, oprócz
tego, musiał wstawać wcześnie rano i iść młócić zboże w stodole razem z
dorosłymi parobkami wynajętymi do tego celu. Zamiast pieniędzy za jego pracę
matka pobierała zwykle na przednówku żyto lub ziemniaki, których brakowało dla
wyżywienia reszty rodzeństwa, a on sam musiał chodzić w łachmanach.
Józef Sępek ze
smutkiem konstatował: Ileż to dzieci dziś żyje w podobnych warunkach, a może
w jeszcze gorszych. Co za piękna rola humanitaryzmu byłaby do spełnienia i ile
łez przez to można by obetrzeć! Te same koleje przeszli jego dwaj młodsi
bracia. Gdy tylko trochę odrośli, musieli i oni iść na służbę, nie skończywszy
nawet szkoły. Józef uważał się za szczęściarza, ponieważ ukończył wszystkie
cztery klasy szkoły ludowej.
Wspomnienia
Sępka pokazują, że mimo regulacji prawnych i deklarowanych troski władz o los
służących, rzeczywistość była brutalna. Dzieci w wieku szkolnym musiały
pracować ponad siły, pozbawione możliwości edukacji i normalnego dzieciństwa.
System służby opierał się na wykorzystywaniu najsłabszych – ubogich rodzin,
które nie mogły wyżywić swoich dzieci, oraz samych dzieci, które za ciężką
pracę otrzymywały jedynie wyżywienie, często nawet nie w postaci pieniędzy, ale
produktów żywnościowych przekazywanych rodzicom.
[1] Liber
Mortuorum I 1806 s. 74-77
[2] Kronika
Parafialna s. 14
[3] Archiwum
Parafialne w Choczni, Księga Towarzystw Trzeźwości i Wstrzemięźliwości
[4] Liber
Mortuorum II 1847 s. 126, 114
[5] Księga
Protokołów Posiedzeń Gromadzkich s. 10
[6] Księga
Protokołów Posiedzeń Gromadzkich s. 11-12
[7] Księga
Protokołów Posiedzeń Gromadzkich s. 166
[8] Protocollum
Gestorum 1872-90, wpis z 12.05.1889
[9] P.
Malata, W Choczni i z Choczni. Kto był kim? s. 274, 276, 178
[10] Liber
Baptisorum V wpis z 21.12.1871
[11] P.
Malata, W Choczni i z Choczni. Kto był kim? s. 178
[12] AN w
Krakowie, Spis ludności miasta Krakowa z r. 1910 syg. 29/90/0
[13] P.
Malata, Dzieje dawnych choczeńskich rodów, s. 220
[14] AP w
Katowicach o. w Bielsku-Białej, C.K. Sąd Powiatowy w Wadowicach, Akta
pertraktacji spadkowej po Józefie (Józef) Widlarz z Choczni syg. 13/667/0/2.4/443
[15] J.
Turała, Kronika wsi Chocznia t II cz I r. 24
poniedziałek, 13 lipca 2026
Własność pańska w Choczni i sąsiednich miejscowościach w 1858 roku
W 1858 roku, a więc 10 lat po uwłaszczeniu chłopów, w Choczni większość gruntów ornych, łąk i pastwisk nie należała już do dworu (spadkobierców Bobrowskich, ostatnich właścicieli Choczni). Natomiast choczeńskie lasy pozostawały w niewielkiej większości (57% : 43%) przy dworze.
Biorąc pod uwagę ogół gruntów dwór posiadał nadal prawie 10% powierzchni Choczni, a pozostałe nieco ponad 90% należało do chłopów, plebana i Piotra Dunina (majątek sołtysi).
Struktura własnościowa w Choczni w 1858 roku była zupełnie inna, niż w 3 sąsiadujących z nią większych wsiach: Inwałdzie, Frydrychowicach i Ponikwi (liczonej łącznie z Kaczyną i Kozińcem), co pokazuje poniższy wykres:
W Choczni udział gruntów dworskich był najmniejszy, w Ponikwi i Inwałdzie także mniejszościowy, ale odpowiednio o 8 i 15% wyższy niż w Choczni. Zupełnie inaczej wyglądało to we Frydrychowicach, gdzie dominowały grunty należące do tamtejszych dworów.
Jeżeli chodzi o grunty orne, to w stosunku do powierzchni wsi najwięcej było ich w Choczni (78%), a niewiele mniej we Frydrychowicach (74%) i w Inwałdzie (73%). Zdecydowanie najmniej było ich w Ponikwi - zaledwie 33%, ale za to w 100% należały one do chłopów. W Choczni udział gruntów ornych dworskich też był niewielki (4,5%), w Inwałdzie wynosił 18,5%, a we Frydrychowicach większość gruntów ornych należała do dworów.
Podobnie struktura własnościowa istniała w przypadku łąk - w Choczni było ich najmniej, ponieważ zajmowały tylko 2,4% powierzchni wsi.
Pastwiska stanowiły aż 32% powierzchni Ponikwi, w Inwałdzie i w Choczni było ich znacznie mniej - odpowiednio 11% i 9,5%, a najmniej we Frydrychowicach (6,4%). Połowa pastwisk frydrychowskich należała do dworów, a w pozostałych wsiach było ich mniej niż 10%.
W Choczni lasy zajmowały najmniejszą część powierzchni (niecałe 10%), podczas gdy w Ponikwi prawie 30%. We wszystkich czterech analizowanych miejscowościach większość lasów posiadały dwory, najmniej w Ponikwi i w Choczni.
środa, 8 lipca 2026
Choczeńscy tkacze w okresie galicyjskim
Choczeńskie tkactwo posiadało tradycje sięgające końca XVI wieku, jednak z czasem zupełnie podupadło, o czym świadczy opinia wyrażona w książce Bolesława Marczewskiego Powiat wadowicki pod względem geogr., statystycznym i historycznym z 1897 roku:
Dawnymi czasy trudniono się tkactwem, dzisiaj nie ma już tu ani jednego nawet tkacza.
W drugiej połowie XVIII wieku, aż do lat 30. XIX wieku przeżywało jednak okres koniunktury, o czym świadczy duża liczba tkaczy odnotowywanych w miejscowych księgach metrykalnych. Było to typowe zajęcie chałupnicze, nierozerwalnie związane z rytmem życia na wsi i cyklem pór roku. W warunkach galicyjskich opierało się ono niemal wyłącznie na lokalnych surowcach – lnie i konopiach, które chłopi sami uprawiali na swoich polach. Proces obróbki był niezwykle żmudny i w całości ręczny: po zbiorach rośliny poddawano roszeniu, międleniu i czesaniu, by uzyskać włókno. Następnie kobiety na kołowrotkach przędły z niego nici, z których z kolei mężczyźni – zazwyczaj w okresie jesienno-zimowym, gdy ustawały prace polowe – tkali na drewnianych krosnach zgrzebne płótna. Ostatnim etapem było bielenie utkanych płócien. W Choczni znane bielidło - miejsce gdzie wystawiano płótna na słońce w celu ich wybielenia - znajdowało się na brzegach stawu przy młynie Szczurów w dolnej części wsi (dziś teren lądowiska helikopterów).
Wyroby te służyły początkowo zaspokajaniu własnych potrzeb na odzież czy worki, jednak z czasem zaczęły stanowić cenne źródło gotówki, a płótno sprzedawano na lokalnych targach i przez wędrownych handlarzy. Tkactwo rzadko było jedynym źródłem utrzymania - rzemiosło to powszechnie łączono z pracą na roli. Słowa związane z tkactwem znalazły się w choczeńskiej gwarze – np. w inwentarzu po zmarłym w 1829 roku Janie Ścigalskim wymieniono między innymi dzierglec, czyli grzebień służący do oddzielania główek z nasionami od łodyg lnu.
Ogromny wpływ na okres rzemieślniczej koniunktury w Choczni miało sąsiedztwo prężnie działającego, dużego ośrodka tkackiego w Andrychowie. To właśnie stamtąd promieniowała wiedza, a także napływali nowi osadnicy, którzy w poszukiwaniu rynków zbytu i miejsca do życia osiedlali się w okolicznych wsiach. Najlepszym tego przykładem jest historia rodziny Brandysów, która była obecna w Choczni przez 152 lata. Protoplastą rodu był tkacz Maciej Brandys, który przybył z Andrychowa i w 1748 roku wziął za żonę miejscową pannę, Katarzynę Dziadek. Maciej był rzemieślnikiem, ale i rolnikiem – z subrepartycji z 1775 roku dowiadujemy się, że posiadał krowę oraz grunt. Rzemieślnicze tradycje z powodzeniem kontynuował jego syn, Gabriel Józef Brandys (ur. 1753). Ten zamożny tkacz z Niwy Zakościelnej (dzisiejsza Biała Droga) wybił się na pozycję lokalnego lidera – posiadał duży majątek, a w latach 1792–1793 pełnił zaszczytną funkcję wójta choczeńskiego.
Z kolei na początku XIX wieku do cechu tkackiego w Andrychowie wstąpił choczeński przekupień Franciszek Kręcioch (syn Kazimierza), który z żoną Franciszką z Kadłubickich doczekał się w Andrychowie co najmniej pięciu potomków, począwszy od syna Jakuba urodzonego w 1808 roku.
Księgi metrykalne z przełomu XVIII i XIX wieku dowodzą, że tkactwo było we wsi zawodem niezwykle popularnym, a społeczność rzemieślników sukcesywnie się powiększała. Dołączali do niej zarówno miejscowi, jak i kolejni przybysze, tacy jak Franciszek Wawer, tkacz z Andrychowa, który osiadł w Choczni po ślubie w 1829 roku, Jan Syrek przybyły z Myślenic w 1828 roku, czy Wojciech Biel z Tomic, który zamieszkał we wsi w 1810 roku w domu nr 58 przy obecnej Białej Drodze. Wśród choczeńskich tkaczy w omawianym okresie odnotowano przedstawicieli wielu rodzin. Znaczącą rolę odgrywali Ciborowie – m.in. zmarły w 1834 roku w wieku 86 lat Kacper Cibor, który podawany był jako tkacz już w 1783 roku, Wojciech Cibor (ur. 1776), który cieszył się na tyle dużym zaufaniem społecznym, że w latach 1819–1824 pełnił funkcję przysięgłego oraz Sebastian i Jakub Cibor. W starych aktach można odnaleźć także tkaczy: Macieja Stankowicza, Klemensa Piątka, przedstawicieli rodu Pietruszków (Szczepana, Marcina oraz Antoniego), Jana Burego, Józefa Matlaka, Andrzeja Pysza, Jana Adamskiego, Józefa Szczura, Macieja Kolbera, czy Wojciecha Bąka.
Jednakże to, co napędzało rozwój tkactwa Choczni jeszcze w pierwszych dekadach XIX wieku, z biegiem lat zaczęło tracić na znaczeniu. Rewolucja przemysłowa, powstanie w Galicji i na Śląsku wielkich, zmechanizowanych fabryk włókienniczych oraz produkcja masowa sprawiły, że żmudne, domowe tkactwo przestało być opłacalne. Ręcznie tkane płótna nie mogły konkurować z tańszymi i delikatniejszymi materiałami fabrycznymi.
Umiejętność wytwarzania przędzy i płócien na własny użytek nie zanikła jednak zupełnie, o czym świadczy fakt, że w czasie I wojny światowej, Tekla Turała (ur. 1900) zajmowała się przędzeniem lnu na kołowrotku, a z wyprodukowanej przędzy tkano w Ponikwi płótno, które po prowizorycznym uszlachetnieniu służyło do szycia różnego rodzaju wyrobów, zaspokajając w ten sposób potrzeby rodziny w trudnych warunkach braku innych materiałów.
poniedziałek, 29 czerwca 2026
Najwybitniejszy XIX-wieczny twórca z Choczni
Pewne zamieszanie w identyfikacji najwybitniejszego XIX-wiecznego twórcy z Choczni powstało za sprawą dziennikarza Gazety Narodowej, który pisząc o nim w 1879 roku ... pomylił jego imię.
Po wizycie w Choczni ów dziennikarz w swojej korespondencji donosił, że widział u choczeńskiego proboszcza ks. Komorka rzeźbę miejscowego artysty, którego uznał za rzadki talent. Tym artystą miał być 16-letni syn wieśniaka Ignacy Balon, który z powodu ubóstwa ojca nie był w stanie kształcić swoich zdolności. Drewniana rzeźba, która zaimponowała dziennikarzowi, przedstawiała Wiarę, Nadzieję i Miłość w postaci trzech aniołów, unoszących w chmurach chrzcielnicę. Anioły przedstawiające Wiarę i Nadzieję trzymały tę chrzcielnicę w dłoniach, a Anioł ilustrujący Miłość ją podpierał. Mimo pewnych zastrzeżeń, szczególnie do figury Miłości, dziennikarz dostrzegł w tej rzeźbie ciekawą kompozycję, zdradzającą talent twórcy. Tym bardziej należało go docenić, że był samoukiem, który całą swoją wiedzę o rzeźbie czerpał z grobowców cmentarnych. Korespondent z Choczni apelował, by znalazł się jakiś mecenas, który umożliwiłby Balonowi rozwój jego talentu.
Niestety na podstawie podanych przez dziennikarza personaliów, nie sposób było ustalić, o kogo właściwie chodzi, ponieważ w choczeńskich księgach metrykalnych nie odnotowano żadnego Ignacego Balona, który w 1879 roku miałby około 16 lat, a nawet żadnego Ignacego Balona młodszego lub starszego o dekadę.
W wyjaśnieniu dalszych losów utalentowanego Balona pomógł wpis w parafialnym dzienniku pism wchodzących i wychodzących (Protocollum Gestorum), dokonany w 1872 roku przez proboszcza Komorka, w którym odnotował on, że niejaki Marcin Balon prosił o świadectwo ubóstwa, by zwolnić go z opłat przy oddawaniu swego syna do terminu rzemiosła snycerskiego w Krakowie. Ten syn miał jednak na imię nie Ignacy, a Wincenty i właśnie pod tym imieniem i nazwiskiem pojawia się on w późniejszych latach jako wykształcony w Krakowie rzeźbiarz warszawski.
Szczyt jego twórczości przypada na koniec lat 80. i pierwszą połowę lat 90. XIX wieku. Wykonał wówczas:
- kamienne figury 3 świętych (Jacka, Jana Kantego i Ładysława z Gieleniowa) oraz Apostołów Piotra i Pawła dla warszawskiego kościoła Wszystkich Świętych,
- piaskowcową figurę św. Pawła dla kościoła św. Piotra i Pawła w Warszawie,
- epitafium ks. Szczygielskiego z marmurowym medalionem w kościele św. Aleksandra.
Jako autor rzeźb w kościele Wszystkich Świętych podawał się sam na łamach Kurjera Warszawskiego z 21 sierpnia 1890, podkreślając, że projekty/modele tych rzeźb stworzył rzeźbiarz Kryński, a on zajmował się tylko ich technicznym wykonaniem. Wincenty Balon informował również czytelników Kurjera, że nie jest tylko odtwórcą, ale i artystą, czego przykładem jest wspomniana wyżej figura św. Pawła, stworzona przez niego od podstaw i wiele innych dzieł, których wyliczenie uważał za zbyteczne.
Wincenty Balon dekorował także kamienice przy zbiegu ul. Próżnej i Marszałkowskiej (grupa na attyce z 1894 roku) oraz przy ul. Złotej 23 (figury sfinksów z 1895 roku). W 1895 roku wystawiał w warszawskiej Zachęcie terakotową statuetkę „Gołębie”.
Najbardziej znane rzeźby Balona były umieszczone w fasadach kościołów oraz elewacjach kamienic i dlatego nie dotrwały do współczesnych czasów - zostały zniszczone w czasie Powstania Warszawskiego.

Figury apostołów św. Piotra i Pawła
na skrajach tympanonu fasady
kościoła Wszystkich Świętych
po lewej i prawej stronie figury Matki Boskiej
Nieznane mi są niestety losy Wincentego Balona po 1897 roku, gdy odnotowano go w spisie mieszkańców Warszawy, jako artystę rzeźbiarza, prowadzącego własną pracownię przy ul. Wspólnej 30.
poniedziałek, 22 czerwca 2026
Spór między mieszkańcami Choczni, Jaroszowic i Barwałdu Dolnego a Janem Biberstein Starowieyskim w 1792 roku
Na początku lat 90. XVIII wieku gminy Chocznia,
Jaroszowice i Barwałd Dolny złożyły skargę na ich wspólnego właściciela Jana
Biberstein Starowieyskiego. Sprawa rozgrywała się w okresie
intensywnych reform austriackiego cesarza Józefa II, którego
patenty z lat 1781–1782 dotyczące zniesienia poddaństwa osobistego (Leibeigenschaft)
i regulacji pańszczyzny stały się prawnym fundamentem dla włościańskich skarg.
Chłopi wymienionych wyżej wsi, zdesperowani nadużyciami i
nieprawnymi ich zdaniem wymaganiami swojego dziedzica, postanowili złożyć
skargę do urzędu cyrkularnego i Wysokiego Gubernium we Lwowie. W napisaniu
skargi i sformułowaniu 15 zarzutów pomógł im odpłatnie niejaki Jan Szulc. Gdy
wieść o tym dotarła do Starowieyskiego złożył on swoje odwołanie, żądając by:
- aresztować Szulca, określanego przez niego jako
"budziciel poddanych", którego uważał winnym buntowania poddanych i
wyłudzania od nich pieniędzy,
- przeprowadzić śledztwo na jego koszt przez urzędników z
Wiednia,
- sądzić sprawy według jego „kupnego prawa" (umów
prywatnych) zamiast cesarskich patentów,
- cofnąć niekorzystne dla niego rozporządzenia gubernialne.
Cesarz Józef II zlecił rozpatrzenie sprawy specjalnemu
komisarzowi królewskiemu, określonemu w dokumentach sprawy jako Baron de
Margelick, który z kolei powierzył śledztwo staroście cyrkularnemu
Jakubowskiemu.
W dokumentach przechowywanych przez kolejnych wójtów
choczeńskich zachowało się zarówno rozstrzygnięcie sporu, który stanowił dekret
cesarski z 22 lipca 1792, jak i obwieszczenie cyrkularne z 20 maja 1795,
dotyczące egzekwowania wyroku.
Najpoważniejszym zarzutem wobec Starowieyskiego
było zmuszenie chłopów barwałdzkich do kupowania gruntów, które od pokoleń
uprawiali jako dziedziczni użytkownicy. Dziedzic twierdził, że po
przejęciu majątku cała ziemia jest jego własnością, a chłopi mogą ją użytkować
tylko po wykupieniu.
W praktyce wyglądało to tak:
- 26
poddanych zmuszono do podpisania „kontraktów kupna",
- nie
określono w nich granic ani rzeczywistej wartości ziemi,
- chłopi
nie otrzymali nawet dokumentów tego „zakupu",
Wyrokiem cesarza nakazano gubernialnemu geometrze dokonać
oficjalnego pomiaru gruntów w obecności komisarza cyrkularnego, a wszystkie
bezprawnie ściągnięte opłaty nakazano zwrócić in duplo (podwójnie).
Bulwersujący przypadek dotyczył sześciu chłopów z
Choczni, którym dziedzic odebrał kawałek gruntu, płacąc śmiesznie niskie
„odszkodowanie" – 8 florenów. Na zabranej ziemi wybudował karczmę, a
resztę zamienił w ogród karczemny. Na podstawie cesarskiego dekretu nakazano
Starowieyskiemu zwrot ziemi, wydzielenie ekwiwalentu z gruntów pańskich lub
wypłatę pełnego odszkodowania według wyceny urzędowej (słusznej Taxy).
Choczni dotyczyły też inne punkty skargi:
- Wymuszanie
dalekiej pieszej pańszczyzny. Gromada z Choczni skarżyła się na
zmuszanie ich do odrabiania pieszej pańszczyzny (pracy fizycznej bez
użycia zwierząt pociągowych) w dobrach Państwa Rudze, które były oddalone
aż o "dwie mile" (ówczesna mila austriacka to ok. 7,5 km).
Ustalono, że 2 dni pańszczyzny odbytej w Rudzach będzie się liczyło za 2,5
dnia pracy.
- Pobieranie
nienależnych podatków Wymieniona jest sytuacja, kiedy to gromada
Chocznia w 1790 roku zapłaciła 20 florenów (złotych reńskich) podatku.
Wyszło na jaw, że pieniądze te były od chłopów "pod pozorem...
nienależnie brane i zatrzymane". Nakazano zwrócić te kwoty do
"podatkowej Kassy";
- Chłopi
z Choczni zmuszani byli do bezpłatnego pełnienia nocnej straży w
folwarku Zaskawie po drugiej stronie rzeki Skawy, z dala od
własnych gospodarstw. Po rozpatrzeniu zniesiono bezpłatną straż w
odległych folwarkach i wprowadzono ekwiwalent - miał być to równoważnik 1
dnia pańszczyzny pieszej;
- Dziedzic
Starowieyski zamiast przepisanej pańszczyzny pieszej (pracy
ludzkimi rękami) wymuszał pańszczyznę czworokonną (najcięższą formę
robót zaprzęgowych), za którą płacił mniej, niż powinien oraz wysyłał
furmanki z Choczni do Bielska, czy Rabki, nie płacąc wcale za te dalekie
trasy lub płacąc niewiele. Nakazano mu nadgrodzenie in
duplo wszystkich wymuszeń, a na przyszłość ścisłe stosowanie się
do Patentu z 1781 r., który precyzyjnie określał rodzaj i wymiar
pańszczyzny;
- Odbywanie
pańszczyzny za karę, za co Starowieyski miał złożyć 20 florenów do Kasy
Podatkowej,
- Zakaz
wyrąbywania drzewa w lasach pańskich (dawnych gromadzkich) na potrzeby
budowlane, który nakazano znieść.
Jeden z punktów skargi dotyczący zapłaty dla wójta
choczeńskiego Michała Kręciocha został w trakcie dochodzenia komisyjnego przez
niego wycofany, jak twierdził oficjalnie - po porozumieniu się ze
Starowieyskim.
Wszystkie trzy skarżące gminy dotknięte były przez czynsze
pobierane od gruntów oddanych przez nie w 1791 roku na drogę cesarską, których
nie odliczono od wysokości obciążeń pańszczyźnianych. Starowieyski został
zobowiązany, by odpisać te nadwyżki wraz z odsetkami od przyszłych czynszów.
Dramatyczne były losy poddanych Sebastyana
Gołąba i Feliksa Gołąba:
- zmuszono
ich do wykupienia za znaczną kawałka gruntu zwanego Nawsie,
który tradycyjnie należał do gromady,
- nałożono
na nich zawyżony czynsz: 4 floreny 30 krajcarów rocznie,
- zobowiązano
do odrabiania 6 dni pańszczyzny pieszej,
- następnie
dziedzic ponownie odebrał im część tego gruntu i przekazał
innemu poddanemu.
Po rozpatrzeniu tego punktu nakazano zwrot wszystkich
kosztów, oddanie ziemi Feliksowi Gołąbowi, a Sebastyanowi Gołąbowi nadgrodzenie
za 10 lat (po 2 dni pańszczyzny rocznie = 20 dni × 3 floreny).
Poszkodowany był też Michał Banaś z Jaroszowic, który za
odkupiony przez niego grunt zwany Bykowina miał otrzymać inną parcelę, ale
przyobiecanego gruntu nie mógł się doczekać oraz grupa 16 poddanych, którym
odebrano po kawałku gruntu, by oddać je Żydowi.
Ostatecznie dziedzic Starowieyski oprócz wymienionych
wcześniej konsekwencji został skazany na grzywnę w wysokości 200 florenów,
z której miały być pokryte koszty procesowe i wypłacone odszkodowania, a za
pozostałą kwotę postanowiono wybudować spichlerz gromadzki - magazyn zbożowy na
wypadek głodu.
"Buntujący" chłopów Szulc nie został aresztowany,
natomiast na karę 3 dni aresztu skazano wójtów, którzy bez zezwolenia ogłosili
składkę na jego opłacenie.
Urząd Cyrkularny podał dekret do wiadomości ogólnej 28
lipca, a Komisję Egzekucyjną wyznaczono na 28 sierpnia 1792. Starowieyski
uchylał się jednak od dokonania wyznaczonych płatności, o czym świadczy dekret
z 20 maja 1795, w którym określono ostateczny termin jednego
miesiąca, po upływie którego, w przypadku braku zapłaty, miała zostać
wszczęta egzekucja i sekwestr (zajęcie majątku).









