wtorek, 1 września 2026
Fotografie choczeńskich emigrantów
czwartek, 30 lipca 2026
List żołnierza i emigranta Adama Wcisły do rodziny w 1918 roku
3 grudnia 1918 roku Adam Wcisło z Choczni, który od 7 lat przebywał w Chicago, wysłał list do swoich rodziców i rodzeństwa, w którym dzielił się z nimi swoimi wrażeniami i przeżyciami ze służby wojskowej w armii amerykańskiej na froncie francuskim w czasie I wojny światowej.
List ten pisany jest zaledwie 22 dni po zawieszeniu broni. Wcisło, żołnierz Kompanii C 108. Kolumny Amunicyjnej Amerykańskich Sił Ekspedycyjnych we Francji, jest już bezpieczny, ale wciąż przebywa w zniszczonej strefie frontowej w Brabant – okolice Verdun/Meuse.
W początkowych fragmentach listu opisuje swój pobyt na urlopie:
Ostatniego listopada wieczorem powróciłem do mej kompanii z urlopu szczęśliwie, zdrowo i cało. La Bourbolle, w departamencie Puy-de-Dome, to nazwa miejsca, gdzie spędziłem kilka wesołych i przyjemnych chwil. Rząd Stan. Zjed. wynajął kilka takich letnisk francuskich dla żołnierzy amerykańskich, którzy życzą sobie uprzyjemnić trochę życie żołnierskie we Francyi. Ośm dni spędziłem w tem nad wyraz pięknem i zdrowem miejscu. Odbyłem trzy pierwsze wycieczki w góry, a jedną na wodzie. Wycieczki tę były bardzo interesujące, gdyż cała niemal Francya jest pełna przeróżnych pięknych i starych pamiątek, o których nawet sami Francuzi nie wiele posiadają wiadomości. Byłem na jednej z wyżyn, na której według historycznych podań Cezar miał obozować ze swym wojskiem. Widziałem dom francuski który miał być budowany przed stu laty, zupełnie w dobrym stanie zachowany i zamieszkiwany do tego czasu. Dom ten ma tylko jedną izbę, która jest wszystkiem dla lokatora, a co dziwniejsze, że sypialnie są wewnątrz ścian izby oddzielone jedynie kotarami od reszty izby. Piłem tutaj świeże, ciepłe mleko słodkie, a także młóciłem żyto z chłopami francuskimi. Miałem nawet sposobność pić miód pszczelny prosto z ulów, kosztowałem koniaku, szampana i inne wina, ot tylko z ciekawości, jak one smakują. Innym razem pozwoliłem sobie na sporządzenie obiadu u pewnych ludzi francuskich i kazałem sobie zestawić go prosto z kuchni, aby sobie choć częściowo uprzytomnić nasz ukochany dom i drogą mamę krzątającą się koło stołu. Po takim sutym i przyjemnym obiedzie zwiedziłem wzgórze, gdzie znajduje się kaplica Najświętszej Maryi Panny pod nazwą „Notre Dame de Natzy”. Schodząc na dół drugą stroną wzgórza, drogą krętą, zauważyć można 14 krzyżów przedstawiających drogę krzyżową. 15-go sierpnia odbywa się tutaj odpust, na który wielkie rzesze pobożnego ludu francuskiego schodzą się, aby uczcić Najświętszą Maryę Pannę. Na tem więc miejscu westchnąłem do Matki Bożej, dziękując za wszelkie otrzymane łaski podczas życia żołnierskiego, a także nie zapomniałem o Was. Dalej w dolinie odwiedziłem bardzo stary kościółek z roku 1142-go w dobrym stanie jeszcze zachowany i oddający wierną usługę mieszkańcom okolicy.Dzień imienin Najdroższej Mamy spędziłem na miejscu. Rano udałem się do kościoła na Mszę św., podczas której przystąpiłem do Stołu Pańskiego na intencyę mojej ukochanej solenizantki. Mszę św. odprawił niewidomy ksiądz, prowadzony do ołtarza przez chłopczyka i tak samo z powrotem od ołtarza, a potem do domu. Jeżeli są wierni przystępujący do Stołu Pańskiego w czasie tejże Mszy św., inny ksiądz podaje Komunię św. Spowiedź św. odprawiłem u księdza francuskiego przy pomocy języka francuskiego, a więcej jeszcze przy pomocy samouczka francusko-angielskiego.
Widać tu naturalną i nienachalną religijność autora - Adam jest głęboko pobożnym człowiekiem, co w jego przypadku nie jest pozą, czy ozdobnikiem. Urlop stanowi dla niego ulgę psychiczną po miesiącach spędzonych na froncie, do których powraca w dalszej części listu:
Na miejscu będzie wspomnieć, jak obchodziłem Imieniny
drogiego Ojca. Był to pierwszy piątek miesiąca. Zacięty najazd na linie
niemieckie, rozpoczęty 26-go września, trwał w dalszym ciągu bez przerwy. Rano
tegoż dnia pomodliłem się na intencyę Ojca, wsiadłem na „truck”, który co
dopiero powrócił z frontu i pojechałem po amunicyę. Po naładowaniu tych
śmiertelnych pigułek, dalej, co tchu w drogę na pozycye naszej artyleryi. Około
trzeciej godziny po południu dotarliśmy do miejsce, gdzie walka trwała zażarta
od dwóch dni. Na obydwóch wzgórzach i w dolinie były rozmieszczone armaty. W
doline i na wzgórzu nasi milczą, gdyż nie mogą dosięgnąć celu i na razie
postąpić, dalej, ponieważ lekka artylerya na przeciwległem wzgórzu praży
nieprzyjaciela, a miejsca i cele artyleryi ciężkiej wyszukują lotnicy.
Oczywiście, nieprzyjaciel nie próżnuje, a nawet — można powiedzieć, jest dosyć
czynny w tem miejscu. Droga w pobliżu jest zatamowana ambulansami, odwożącymi
ciężko rannych do polnych szpitali. Lżej ranni idą sami do szpitali, lub
korzystając z ciężarowych samochodów amunicyjnych z uśmiechem na twarzy
powracają z pola walki. Lekarze i członkowie „Czerwonego Krzyża” śpiesznie
opatrują nadciągających rannych. Nie brak tu i kapelanów, którzy udzielają
umierającym Sakramentu Ostatniego Namaszczenia. Poległych na razie nikt nie
rusza; można ich w znacznej ilości widzieć. W międzyczasie praca i walka trwa
bez przerwy. Do uszu dochodzi jeden daleki, głuchy huk, następnie przeraźliwy
świst, a wreszcie eksplozya w samym środku drogi, którą posuwają się ambulanse
i automobile z amunicyą. Zatrzymano cały konwój, a inżynierya zabrała się
natychmiast do pracy. Skończono naprawę drogi; niemiecka artylerya umilkła na
chwilę, lecz nasi gromią bez przerwy. Wyruszyliśmy dalej z amunicyą do miejsca
przeznaczenia, a kiedy mijaliśmy zakręt, który żołnierze nazywają „doliną
samobójstwa”, gdyż dość wielka liczba żołnierzy poległa tutaj, dojrzałem po raz
pierwszy dwóch żołnierzy amerykańskich, leżących bez ruchu, z poszarpanemi
członkami od niemieckiego szrapnela. Przykro mi było patrzeć na nich, lecz nie
czas na rozmyślania i żale, gdyż nie ostatni to jeszcze widok. Szczęście nam
służyło i bezpiecznie dotarliśmy do przeznaczonego miejsca. Wyładowaliśmy
amunicyę i dalej w drogę na następną pozycyę Prusaka. W ten sam wieczór byłem
zwolniony przez następną partyę. W ten sposób mniej więcej przeżyłem dzień
imienin Ojca.
Adam opisuje jeden dzień z ofensywy pod Meuse-Argonne. Robi to w sposób rzeczowy, prawie reporterski, bez nadmiernego patosu. Tłumi emocje, gdy patrzy na poległych żołnierzy i mimo doznanego wstrząsu skupia się na dalszym działaniu. W ostatniej części listu relacjonuje aktualną sytuację po przerwaniu walk, monotonny okres w oczekiwaniu na powrót do domu:
W chwili obecnej wszystko to należy do przeszłości. Wojna jest już skończona. Nie mamy więc nic innego do czynienia, jak tylko cierpliwie czekać na powrót do Stanów Zjednoczonych. Kiedy to nastąpi nie można się w żaden sposób wywiedzieć; przypuszczam, że nastąpi to jednakże wkrótce. Rząd robi gorączkowe przygotowywania, aby swych ludzi wysłać tam gdzie należą. Miejscowych wiadomości niema wiele. Miasteczko jest zrujnowane a reszta budynków, które mniej ucierpiały od bombardowania są zamieszkiwane przez żołnierzy. Kościół jedynie w całości ocalał, reszta to masa gruzów. Życie żołnierskie jest tutaj bardzo monotonne, i poniekąd nudne. Trudno, koniecznością jest wytrwać do ostatka! Nie zimno tutaj, lecz dżdżysto i mglisto codziennie, co w pewnym stopniu przyczynia się wielce do tęsknoty i nudów. A jednak dzięki Bogu, bo jestem zdrowy i zadowolony ze wszystkiego. Kończę gdyż nie mam więcej materyału do pisania. Serdecznie pozdrawiam, całuję i życzę błogosławieństwa Bożego ukochanym Rodzicom, Rodzeństwu i Przyjaciołom.
Na podstawie tego listu Adam Wcisło wydaje się być człowiekiem dojrzałym emocjonalnie (miał wtedy 25 lat), bardzo świadomym – zauważa detale historyczne, kulturowe, religijne, wrażliwym, ale zdyscyplinowanym – umie odsunąć emocje, gdy trzeba wykonać zadanie oraz mocno zakorzenionym w tradycji (rodzina, wiara, Polska – choć pisze do Ameryki). Jego polski jest staranny, choć momentami widać wpływy angielskiego i wojskowego żargonu, a także edukacji w wadowickim gimnazjum.
List ma dużą wartość:
- historyczną — jako świadectwo udziału Polonii w I wojnie światowej,
- religijną — pokazując duchowość żołnierza na froncie,
- kulturową — łącząc polskość, amerykańskość i doświadczenie francuskie,
- literacką — jest żywy, obrazowy, dobrze skonstruowany.
środa, 26 listopada 2025
Fotografie choczeńskich emigrantów
![]() |
| Siostry Guzdek fot. z archiwum Doroty Magiera |
Siostry Balbina (ur. 1869), Helena (ur. 1874) i Maria (ur. 1882) Guzdek były córkami Franciszka i Antoniny z domu Widlarz. Dwie z nich wyszły za mąż w Choczni - najstarsza Balbina poślubiła pochodzącego z Bachowic wdowca Jana Knapika, a Helena została żoną Jana Wójcika z Choczni. Natomiast Maria zawarła związek małżeński z chocznianinem Franciszkiem Widrem na emigracji w USA - 17 lutego 1907 w Holyoke w stanie Massachusetts.
Po śmierci męża jako pierwsza z sióstr na emigrację udała się Balbina. 9 czerwca 1904 roku przypłynęła z Bremy do Nowego Jorku i zamieszkała w Holyoke w stanie Massachusetts, gdzie znalazła zatrudnienie w miejscowej papierni. Według danych z 1910 roku mieszkała w Holyoke z trójką nieletnich dzieci. W 1917 roku podawana jest jako prowadząca restaurację w Holyoke. Zmarła w wieku 84 lat w pobliskim Springfield.
Jej siostra Helena Wójcik wyemigrowała rok później (1905), dołączając do męża w Holyoke. W 1912 roku na krótko powróciła do Choczni, by w 1913 roku udać się ponownie za ocean. Zajmowała się domem, a jej mąż pracował w papierni. Nie doczekali się dzieci. Zmarła przed Balbiną, gdyż w jej nekrologu nie jest wymieniana wśród żyjącego wtedy rodzeństwa.
Mieszkanką Holyoke była też najmłodsza z sióstr Maria, emigrantka z 1905 roku. Urodziła tam pięcioro dzieci, ale dorosłości dożyło tylko dwoje z nich. Przez ostatnie 9 lat życia była wdową, zmarła w 1960 roku.
Maria Mastek przyszła na świat w podkrakowskim Kaszowie w 1891 roku, jako córka Wita Mastka i Marii z domu Miś. Po przeprowadzce rodziny Mastków do Choczni mieszkała w domu nr 349. W 1912 roku wyszła w Choczni za mąż za Józefa Rozmarynowskiego z Czukwi pod Samborem (dzisiejsza Ukraina) i wyjechała z nim do Stanów Zjednoczonych Ameryki. Resztę życia spędziła w Chester (hrabstwo Delaware w stanie Pensylwania). Miała trzy córki i trzech synów. Zmarła w 1981 roku. Spoczywa na cm. Niepokalanego Serca Maryi w Linwood.
Starsza pani na zamieszczonym wyżej zdjęciu to Anna Mastek, młodsza siostra opisanej Marii. Urodziła się w Kaszowie w 1893 roku, a do USA przybyła w 1913 roku. Jej mężem był John Boncella, mieszkała z nim w Camden w stanie New Jersey. Zmarła w 1982 roku.
wtorek, 28 października 2025
Chocznianie we francuskim spisie powszechnym z 1931 roku
We francuskim spisie powszechnym z 1931 roku ujęto 28 osób urodzonych w Choczni. Z pewnością nie jest to kompletna lista chocznian przebywających wówczas we Francji, o czym wiadomo z innych źródeł.
Posługując się danymi z poniższej tabeli można określić średni wiek choczeńskiego emigranta na 26 lat. Przeważali mężczyźni (prawie 2/3), zatrudnieni najczęściej w górnictwie.
75% choczeńskich emigrantów było skupionych w dwóch przemysłowych departamentach (Pas-de-Calais i Meurthe-et-Moselle) w północno-wschodniej Francji, blisko granicy z Belgią.
13 z 28 spisanych osób posiadało żony lub mężów, wśród nich było pięć małżeństw zawartych w Choczni, w tym cztery związki między chocznianami z urodzenia (Bandoła-Skirło, Pietruszka-Bryndza, Burzej-Pietruszka i Kręcioch-Kręcioch).
Część ze spisanych osób pozostała do końca życia we Francji, inne powróciły później do Polski - na przykład: Józef Bandoła z dziećmi do Choczni: Ireną (później Jończyk) i urodzonym we Francji Józefem, czy Piotr Guzdek (do Wadowic). Natomiast Bronisława Kręcioch po II wojnie światowej przeprowadziła się do męża i zamieszkała w Stanach Zjednoczonych Ameryki.
| Nazwisko-imię | Data urodzenia | Mąż lub żona | Miejsce | Zawód |
|---|---|---|---|---|
| Bandoła Irena | 1922 | Billy-Montigny, Pas-de-Calais | ||
| Bandoła Józef | 1893 | Tekla Skirło | Billy-Montigny, Pas-de-Calais | górnik |
| Bryndza Jan | 1902 | Marles-les-Mines, Pas-de-Calais | górnik | |
| Bryndza Mikołaj | 1899 | Anna Krzaczek | Calonne-Ricouart, Pas-de-Calais | górnik |
| Bryndza Stefania | 1908 | Jan Pietruszka | Couvrot, Marne | |
| Burzej Józef | 1902 | Franciszka Pietruszka | Joudreville, Meurthe-et-Moselle | monter |
| Dąbrowski Franciszek | 1897 | Ydes, Cantal | górnik | |
| Dąbrowski Michał | 1891 | Vitre, Ille-et-Villaine | szofer | |
| Guzdek Józef | 1905 | Vendin-le-Vieil, Pas-de-Calais | ||
| Guzdek Piotr | 1903 | Zofia Nowak | Vendin-le-Vieil, Pas-de-Calais | górnik |
| Jamróz Balbina | 1913 | Noyelles-sous-Lens, Pas-de-Calais | ||
| Jamróz Maria | 1918 | Noyelles-sous-Lens, Pas-de-Calais | ||
| Jura Maria | 1903 | Aulnay-sous-Bois, Seine-Saint-Denis | sortowaczka | |
| Koman Agnieszka | 1897 | Argenteuil, Val-d'Oise | ||
| Kręcioch Bronisława | 1924 | Homécourt, Meurthe-et-Moselle | ||
| Kręcioch Jan | 1893 | Maria Kręcioch | Homécourt, Meurthe-et-Moselle | górnik |
| Kręcioch Ludwik | 1922 | Homécourt, Meurthe-et-Moselle | ||
| Kręcioch Maria | 1897 | Jan Kręcioch | Homécourt, Meurthe-et-Moselle | |
| Kręcioch Mieczysław | 1926 | Homécourt, Meurthe-et-Moselle | górnik | |
| Kręcioch Władysław | 1920 | Homécourt, Meurthe-et-Moselle | ||
| Paterak Michał | 1901 | Béthune, Pas-de-Calais | górnik | |
| Pietruszka Franciszka | 1905 | Józef Burzej | Joudreville, Meurthe-et-Moselle | |
| Pietruszka Jan | 1907 | Stefania Bryndza | Couvrot, Marne | |
| Skirło Tekla | 1899 | Józef Bandoła | Billy-Montigny, Pas-de-Calais | |
| Wojtala Józef | 1901 | Anna Bartmińska | Carvin, Pas-de-Calais | |
| Woźniak Janina | 1891 | Adam Jamróz | Noyelles-sous-Lens, Pas-de-Calais | |
| Świętek Maria | 1907 | Tomasz Zając | Bouligny, Meuse | |
| Żak Stanisław | 1906 | Béthune, Pas-de-Calais | górnik |
czwartek, 25 września 2025
Fotografie choczeńskich emigrantów
piątek, 13 czerwca 2025
Izaak Schmeidler - nowojorski dentysta choczeńskiego pochodzenia i jego rodzina
Pod koniec 1904 roku wojskowe władze
austriackie poszukiwały poborowego Izaaka Schmeidlera, urodzonego 13 listopada
1886 roku. W zachowanym piśmie choczeńskiego wójta Antoniego Sikory do starostwa
w Wadowicach znajduje się informacja, że Izaak Schmeidler urodził się w Choczni
i był synem Bernarda Schmeidlera, kelnera w karczmie Maurycego Münza,
który przybył do Choczni z Brzeszcz oraz Goldy Schmelz. Niestety zwierzchność
choczeńska nie posiadała dokładnej wiedzy, gdzie ów Schmeidler znajdował się w
tym czasie – według zeznań świadków (Rosenberga i Münza) Schmeidlerowie przed
blisko 15 laty przeprowadzili się do Wadowic, a następnie wyjechali do Ameryki.
Rzeczywiście sprawdzając
publiczne źródła amerykańskie udało się to potwierdzić i ustalić dalsze szczegóły
życia Izaaka i jego rodziny.
Okazuje się, że zamieszkali oni w Nowym Jorku, gdzie senior rodu pracował jako prasowacz ubrań a Izaak, zwany w USA Isidorem, wykształcił się na dentystę. Potwierdza ten fakt jego karta rejestracyjna do poboru wojskowego z 1917 roku. Podano w niej także między innymi, że był postawnym mężczyzną mierzącym 180 cm, miał niebieskie oczy i brązowe włosy.
Oprócz Izaaka/Isidora oraz jego rodziców Bernarda i Goldy (określanej w USA jako Gusti) w amerykańskim mieszkaniu Schmeidlerów zameldowane było także jego rodzeństwo: Arnold (ur. 1888), Hermann (ur. 1890), David (ur. 1891) i Sally (ur. 1898). Biorąc pod uwagę daty ich urodzenia oraz informacje wójta Sikory, prawdopodobnie nie tylko Izaak, ale także Arnold przyszedł na świat w Choczni, Hermann i David w Wadowicach, a Sally już na ziemi amerykańskiej.
26 listopada 1921 w mieszkaniu na Manhattanie zmarł senior rodu Bernard Schmeidler, który miał wtedy 65 lat. Spoczął na cmentarzu Mt. Hebron w nowojorskiej dzielnicy Queens. Z jego aktu zgonu wynika, że przebywał on na amerykańskiej ziemi od 29 lat, czyli musiał tam przybyć około 1892 roku.
![]() |
| Nagrobek Bernarda Schmeidlera |
Dwa lata po śmierci ojca 37-letni Isidor Schmeidler poślubił o rok starszą Virginię Davis. Ich małżeństwo było bezdzietne, co potwierdzają kolejne spisy ludności z 1930, 1940 i 1950 roku.
W 1942 roku Isidor Schmeidler ponownie stawał do amerykańskiego poboru i w jego karcie rejestracyjnej podano jako miejsce urodzenia Wadowice.
W 1945 roku w wieku 82 lat zmarła Gusti Schmeidler, matka Isidora, mieszkająca z jego bratem Arnoldem (handlowcem z branży elektrycznej) i siostrą Sally. Pozostali bracia Isidora założyli własne rodziny, ale w równie późnym wieku, jak on sam. Hermann Schmeidler, urzędnik skarbowy, w 1925 roku ożenił się z Rosą Scher, a David w 1938 roku został mężem Blanche Goode.
Isidor do końca życia mieszkał w Nowym Jorku, zmarł w lipcu 1962 roku. Najdłużej z rodzeństwa żyli Hermann i Sally, zmarli w 1977 roku.
Gdyby nie przypadkowo zachowane
pismo wójta Sikory, nigdy nie udałoby się ustalić ich choczeńskich powiązań.
wtorek, 20 maja 2025
Spadek po emigrancie Szczepanie Skoczylasie
23 czerwca 1927 zmarł w Nowym Jorku samotny Stefan Skoczylas, z zawodu stolarz i tokarz, który przyszedł na świat 7 stycznia 1873 w Choczni, jako syn Jana i Wiktorii z domu Pietruszka.
O jego śmierci poinformował Konsulat Generalny RP w Nowym Jorku w piśmie do Sądu Powiatowego w Wadowicach, prosząc o sporządzenie aktu zgonu Skoczylasa i przeprowadzenie postępowania spadkowego. Takie postępowanie nie zostało przeprowadzone w Nowym Jorku, ponieważ administrator publiczny Nowego Jorku przekazał walizkę z przedmiotami po zmarłym, które stanowiły jego majątek do polskiego konsulatu. W skład masy spadkowej po Stefanie Skoczylasie wchodziły książeczki oszczędnościowe w bankach i kasach oszczędności z Warszawy i Wadowic, obligacje austriackie oraz gotówka: 20.000 marek polskich, 100.000 koron austriackich, 1.530.000 marek niemieckich, 2.000.000 rubli sowieckich, a ponadto kwota w wysokości 3 dolarów i 25 centów ze sprzedaży walizki zmarłego. Wbrew nominałom nie były to duże kwoty, a część banknotów była wycofana z obiegu i miała wyłącznie wartość kolekcjonerską.
Powiatowa Kasa Oszczędności zrewaloryzowała 5 książeczek oszczędnościowych Skoczylasa i okazało się, że znajduje się na nich 76,35 zł. Bank Polski ustalił, że wkład zmarłego wynosi aktualnie 24 zł i 64 grosze, natomiast w Bank Handlowy odnalazł jedną jego lokację o wartości 5 zł i 33 groszy. Największą wartość przedstawiały jego wkład i obligacja w Pocztowej Kasie Oszczędności - odpowiednio 144,99 zł i 2.200 zł. Doliczając oszczędności w bankach zagranicznych do podziału była kwota 5.553,58 zł.
Pierwsza rozprawa spadkowa odbyła się 28 marca 1928 przed Sądem Powiatowym w Wadowicach. Ponieważ zmarły nie zawarł małżeństwa i nie posiadał dzieci, to Sąd Powiatowy ustalił, że spadek w drodze ustawowej powinien przejść na jego żyjące siostry: Helenę Pietruszka, mieszkankę Łazówki w Wadowicach i Magdalenę Skoczylas, zamieszkałą w Winnipeg w Kanadzie oraz na dzieci po jego nieżyjących braciach: Józefie, Teodorze i Franciszku, które przed sądem reprezentowały ich matki: Wiktoria Skoczylas, Waleria Skoczylas i Agnieszka Kwarciak (primo voto Skoczylas). Dodatkowo Helenę Pietruszka ustanowiono kuratorką dla Anny Skoczylas, siostry zmarłego, która po wyjeździe do Ameryki zerwała kontakt z rodziną i jej losy nie były znane. Wszyscy ww. zgodzili się przyjąć spadek. Odrębny głos złożyła pisemnie Magdalena Skoczylas z Kanady, która oświadczyła, że brat przyrzekł uczynić ją jedyną spadkobierczynią, ponieważ po wspólnym wyjeździe do Kanady chorował, nie mógł znaleźć pracy i pozostawał na jej utrzymaniu. Gdy w 1907 roku przedostał się z Kanady do USA znalazł tam pracę, ale pieniędzy jej nie oddał, gdyż przesyłał zarobione środki do Polski. Ujawniła list od brata, w którym ten pisał między innymi:
Jezdem bardzo chory i idem do spitala. Moja własność (...) to robi koło tysionca dolaruf. Wszystek ten majondek idzie na ciebie, teraz staraj się jak najprędzej tutaj przyjechać. To jak bem nie powrócił ze spitala tobendzie muji destamynd.
Magdalena Skoczylas uważała również, że spadek po bracie nie należy się jej siostrze Helenie Pietruszka, która w przeciwieństwie do niej odziedziczyła majątek po rodzicach. Zagroziła także, że zwróci się w tej sprawie z interwencją do Ministerstwa Spraw Zagranicznych Kanady.
Ostateczny wyrok zapadł na rozprawie w dniu 2 czerwca 1930. Spadek po Szczepanie Skoczylasie podzielono w sposób następujący:
- Stanisław, Elżbieta, Franciszek i Michał Skoczylas, dzieci jego brata Józefa, otrzymały po 6/144 części spadku,
- Maria Szafran z domu Skoczylas, Elżbieta oraz Helena Skoczylas, córki jego brata Teodora po 8/144 części spadku,
- Klemens i Józefa Skoczylas, dzieci jego brata Franciszka, po 12/144 części spadku,
- Helena Pietruszka, Magdalena Skoczylas i Anna Skoczylas, jego siostry, po 24/144 części spadku (nie uznano listu - "destamyndu", ponieważ nie był datowany i podpisany).
Pełnoletni spadkobiercy otrzymali swoje części gotówką, a niepełnoletni w formie wkładu na książeczki oszczędnościowe.
----
Sprawa spadkowa Szczepana Skoczylasa stanowi właściwie jedyny dowód, że wyemigrował on do USA. O jego pobycie za oceanem pozornie brak informacji w tamtejszych publicznie dostępnych zasobach. Dopiero pod wpływem danych z sądu udało się ustalić, że w 1907 roku osoba tak samo się nazywająca faktycznie przyjechała z Winnipeg w Kanadzie do Nowego Jorku. W 1918 roku do amerykańskiego poboru stawał on jako Stefan Skoscylas, urodzony nie w styczniu, lecz w grudniu 1873 roku, a w amerykańskim spisie powszechnym z 1920 roku prawdopodobnie figuruje on z innym rokiem urodzenia i jako osoba żonata.
wtorek, 15 kwietnia 2025
Elektryczny Kręcioch
Urodzony w 1893 roku Franciszek Aleksander Kręcioch, syn Wojciecha i Marianny z domu Drabek, wyjechał wraz z rodziną z Choczni do USA jako czteroletnie dziecko. Tam wyuczył się ślusarstwa i frezerstwa. Jeszcze przed I wojną światową opatentował nowy typ bezpiecznika do rewolwerów, z powodu którego po raz pierwszy trafił na łamy amerykańskiej prasy.
Jego patent okazał się zawodny i podczas jednej z demonstracji prototypu ołowiany pocisk trafił widza Steven’a Kasubę w brzuch, powodując jego zgon jeszcze przed przybyciem wezwanego medyka. Kręcioch nie został jednak zatrzymany przez policję, ponieważ uznano, że wystrzał z jego broni padł przez całkowity przypadek, z powodu niemożliwej do przewidzenia awarii jego wynalazku.
Okres pierwszej wojny światowej Francis Alexander Krecioch (bo tak się teraz nazywał) spędził w szeregach amerykańskiej armii. Służył w 7. Pułku Artylerii Polowej i został ranny w czasie działań wojennych, w wyniku czego w styczniu 1918 r. przyznano mu rentę. Po wojnie powrócił do pracy w ślusarstwie.
Ponownie stał się obiektem doniesień prasowych dopiero w 1953 roku, czyli gdy miał już 60 lat. Pracował wtedy jako mechanik w United Aircraft Co. w Hartford w stanie Connecticut, a miejscowy dziennik "Hartford Courant" fascynując się jego poglądami na wpływ elektryczności na zdrowie człowieka pisał o nim tak:
Naelektryzowany mężczyzna radzi, aby energetyzować się dla zdrowia
Czy era atomowa stworzyła człowieka elektrycznego? „Tak” – stwierdził Francis A. Krecioch. „Wystarczy się rozejrzeć. Wszyscy mężczyźni są elektrycznymi mężczyznami, ale o tym nie wiedzą”.
Jednakże 60-letni Krecioch, który twierdzi, że eksperymentuje z elektrycznością od 25 lat, uważa, że jest bardziej naelektryzowany niż przeciętny mężczyzna, ale to dlatego, że „naelektryzował” swoje ciało, co może wydłużyć jego życie.
Aby udowodnić swoją tezę, Krecioch pokazał, jak prąd elektryczny może przepływać przez jego ciało. Trzymając w jednej ręce wibrator o wysokiej częstotliwości, w drugiej ręce zapalał neonową rurkę. Następnie pokazał, jak rurka nadal będzie się świecić, gdy położy się ją na stole, gdy przesunie nad nią rękę. „Nie mam wątpliwości, że nasze ciało potrzebuje więcej energii elektrycznej. Zredukowałem rachunki za żywność aż o jedną trzecią, korzystając z elektryczności. „Elektryczność stymuluje ciało, wspomaga pracę serca, koi zmęczone nerwy i aktywuje nasz umysł. To przedłuży życie” – twierdził.
Krecioch, który informuje, że nie jest dla niego rzeczą niezwykłą, aby podnieść aż 300 funtów, zademonstrował swoje dobre zdrowie, uderzając się w pachwinę i nie wykazując żadnych ujemnych efektów. Wielokrotnie uderzał się również po głowie ciężką deską, jako dalszy dowód na sprawność swojego ciała.
„Brak wiedzy na temat ludzkiego ciała i niewłaściwa dieta są przyczyną około 80 procent naszych chorób i dolegliwości. Uważam, że należy naładować nasze ciała energią i pozbyć się chorób” – radzi mieszkaniec domu przy Chapel Street 57.
(...) Aby uzyskać „zdrowy blask”. Krecioch radzi zwolennikom swojej sprawy, aby rozpoczęli leczenie elektryczne w wieku 14 lat, co pozwoli uzyskać najlepsze rezultaty.
Zabiegi ultrawysokiej częstotliwości będą równie popularne za 30 lat, jak telewizja dzisiaj, przewiduje Krecioch. Gadżety, które można podłączyć do najbliższego gniazdka elektrycznego i które można zastosować na ramieniu lub nodze, będą medycyną zapobiegawczą jutra”, powiedział.
Teorie głoszone przez choczeńskiego emigranta zweryfikowało życie. Stosowane przez niego zabiegi nie pozwoliły mu wydłużyć własnego życia, ponieważ zmarł w niezbyt imponującym wieku 73 lat (12 grudnia 1966).
Jego grób można znaleźć na Oak Grove Cemetery w Fall River w stanie Massachusetts.
wtorek, 18 marca 2025
Fotografie choczeńskich emigrantów
czwartek, 23 maja 2024
Franciszek Ramza - choczeński działacz w amerykańskim Illinois
Gdy w 1911 roku 18-letni Franciszek Ramza (ur. 25.01.1893), syn Jana i Tekli z domu Widlarz wyjeżdżał statkiem do Stanów Zjednoczonych Ameryki, nikt nie spodziewał się zapewne, że oprócz zapewnienie sobie dostatniego życia, zrobi tam karierę nie tylko w organizacjach polonijnych, ale nawet w tamtejszej Partii Demokratycznej.
Po niemal trzytygodniowej podróży z Antwerpii do USA na statku Kroonland młody Franciszek, występujący odtąd jako Frank, osiadł w mieście Streator w hrabstwie La Salle (stan Illinois). Tam 29 lipca 1916 poślubił o 4 lata młodszą od siebie pannę Annę Parzygnatównę, pochodzącą ze wsi Maniowy (obecnie zalanej przez wody Jeziora Czorsztyńskiego).
Rok później Frank Ramza stawał do amerykańskiego poboru, deklarując że jest robotnikiem zatrudnionym w firmie American Bottle Co. Stopniowo dorobił się własnego sklepu z branży spożywczej na Bronson Street, który prowadził przez 44 lata. W 1931 roku włączył się w działalność Polish National Alliance, a już dwa lata później był wiceprezesem tej organizacji w całym hrabstwie La Salle. W PNA aktywnie działał do 1966 roku, był wieloletnim sekretarzem finansowym i prezesem oddziału w Streator, pięciokrotnie wybierano go delegatem na kongres krajowy tego polonijnego zrzeszenia.
Co ciekawe, w 1934 roku Ramza dał się
poznać także jako działacz sportowy – menedżer klubu bejsbolowego Eagles ze Streator,
w którym występował również jako zawodnik.
Aktywność Franka Ramzy nie ograniczała
się do środowiska amerykańskiej Polonii. W 1941 roku był liderem miejskiego oddziału Partii
Demokratycznej w Streator, a dwa lata później startował jako kandydat niezależny
w wyborach na komisarza miasta Streator. W latach 1960-64 zasiadał w Komitecie
Wykonawczym Partii Demokratycznej w hrabstwie La Salle. O tym jak ważną pozycję
wyrobił sobie w lokalnej amerykańskiej polityce świadczy fakt, że w jego
towarzystwie chętnie fotografował się gubernator stanowy Illinois.
![]() |
| Frank Ramza (drugi z lewej) w towarzystwie szefa Partii Demokratycznej w La Salle, kandydatki w wyborach do Kongresu i kandydata w wyborach na szefa władz stanowych (1960) |
![]() |
| Frank Ramza (pierwszy z prawej) w towarzystwie gubernatora Illinois (drugi z lewej) |
W 1961 roku Frank i Anna Ramzowie obchodzili 50. rocznicę ślubu, a trzy lata później po raz pierwszy po pół wieku wybrali się na wycieczkę do Polski. Pobyt Ramzów w kraju rodzinnym trwał cały miesiąc. Swoje wrażenia z tej wyprawy Ramza relacjonował na łamach pisma „The Times”, wychodzącego w Streator.
Po przejściu na emeryturę Frank Ramza
został stanowym inspektorem żywności i funkcję tę sprawował przez 11 lat. W
1966 roku otrzymał Złoty Krzyż i został przyjęty do National Legion of Honor
PNA. W działalności bieżącej w PNA z powodu postępującej choroby serca zastąpił
go syn John Ramza.
![]() |
| 1966 |
poniedziałek, 25 marca 2024
Jak urodzony w Choczni prawnuk wójta Czapika został amerykańskim Lundquistem
Józef Czapik (1828-1907), człowiek–instytucja w choczeńskich realiach II połowy XIX wieku, miał tylko jednego syna Wojciecha, który dożył pełnoletności i założył własną rodzinę. Wojciech Czapik, wykształcony przez ojca w cieszyńskim gimnazjum, wprawiał się pod jego okiem w działalność choczeńskiego samorządu, jako pisarz gminny i radny. Zmarł jednak stosunkowo młodo, bo w wieku 47 lat, pozostawiając po sobie owdowiałą żonę Mariannę z Gancarzów oraz sześcioro osieroconych dzieci: 3 synów (Mieczysława, Józefa i Wojciecha Franciszka) oraz trzy córki (Honoratę, Marię Kamilę i Mariannę Anielę). Niespełna rok po śmierci Wojciecha 42-letnia wówczas Marianna po raz kolejny wyszła za mąż, poślubiając w Choczni o 15 lat młodszego Jana Panka z Wieprza, po czym wyjechała z nim do amerykańskiego Holyoke w stanie Massachusetts. W Stanach Zjednoczonych Ameryki stopniowo zamieszkało także aż czworo jej dzieci. Najstarsza córka Honorata już w 1900 roku poślubiła w Massachusetts Andrew Kozioła, a po jego śmierci zawarła kolejne małżeństwo ze Stanisławem Trzaską. Zmarła w wieku zaledwie 31 lat, dwa miesiące po urodzeniu czwartego dziecka, które otrzymało imię Józef (Joseph). Dwa lata później zmarła również w Holyoke jej matka Maria Panek primo voto Czapik.
![]() |
| Akt zgonu synowej Józefa Czapika |
Z przeprowadzonej wówczas sprawy spadkowej można się dowiedzieć, o losach jej pozostałych żyjących dzieci, czyli wnuków Józefa Czapika:
- Mieczysław Czapik (ur. 1871) prowadził rodzinne kilkunastomorgowe gospodarstwo w Choczni;
- Józef Antoni Czapik (ur. 1873) także mieszkał w Choczni, ale pracował jako urzędnik Powiatowej Kasy Oszczędności w Wadowicach;
- Wojciech Franciszek Czapik (ur. 1875) przebywał w USA, chociaż dokładne miejsce jego pobytu nie było znane nikomu z rodzeństwa;
- Maria Kamila Czapik (ur. 1881), używająca swojego drugiego imienia, w 1898 roku została żoną Jana Cierpiałka z Tomic, który przeprowadził się do Choczni i został pisarzem opłacanym przez Zwierzchność Gminną. Po przedwczesnej śmierci męża w 1909 roku Kamila wyjechała z dwójką dzieci: Czesławem i Bronisławą Cierpiałkami do Nowego Jorku (1910), gdzie mieszkała nadal w 1912 roku;
- Marianna Aniela Czapik (ur. 1887) w 1910 roku poślubiła w nowojorskim Manhattanie Juliusa Janisza, któremu jeszcze w tym samym roku urodziła córkę Stanisławę (Stellę). Natomiast w trakcie sprawy spadkowej po matce (w 1913 roku) Marii i Juliusowi Janiszom urodził się syn Teodor.
Dość trudna sytuacja materialna wymienionej wyżej samotnej wdowy Kamili Cierpiałek unormowała się w 1918 roku, gdy wyszła ona za mąż za urodzonego w stolicy Danii Axela Carla Lundquista, z zawodu elektryka, który był o 10 lat od niej młodszy. W New York City Marriage Records zapisano ją jako Camellę Chapick Curfiolek (!), córkę Alberta i Mary Gancarz. Jej nowy mąż dał swoje nazwisko Lundquist zarówno dzieciom urodzonym w związku z Kamilą (córce Elsie i synowi Warrenowi), jak i biologicznym dzieciom Jana Cierpiałka. Tak więc Czesław Cierpiałek figurował później w amerykańskich źródłach jako Charles Lundquist, a jego siostra Bronisława jako Bertha Lundquist. Bez znajomości tych faktów nie sposób ustalić ich dalszych losów.
Dawny Czesław Cierpiałek w 1924 roku ożenił się w Nowym Jorku z Catherine Stanton i miał z nią troje dzieci: Cathleen Lundquist, Paula Lundquist i Jane Lundquist. Według danych spisu powszechnego z 1950 roku pracował jako kierowca. Zmarł w 1952 roku w wieku 51 lat i został pochowany na cmentarzu St. Charles w East Farmingdale w stanie Nowy Jork.
![]() |
| Czesław Cierpiałek jako Charles Lundquist w aktach rejestracji poborowych w 1942 roku Błędnie podane miejsce urodzenia (Holyoke zamiast Chocznia) |
Natomiast jego młodsza siostra Bronisława w 1923 roku została żoną Edwarda Kovatsa, emigranta z węgierskich wówczas Koszyc i jako Bertha Kovats urodziła mu w Nowym Jorku syna Edwarda juniora i córkę Glorię. Po śmierci w wieku zaledwie 30 lat (w 1934 roku) spoczęła na cmentarzu St. Raymond w nowojorskiej dzielnicy Bronx.
Dzisiejsi Lundquistowie wywodzący się od wójta Czapika zamieszkują w położonym na wschodnim wybrzeżu stanie Connecticut.
wtorek, 26 grudnia 2023
Tułacze i pracowite życie Marii Gawenda z domu Stuglik
Z obfitującego w różne wydarzenia życiorysu Marii (Marianny) Stuglik pierwsze dwa znane fakty związane są z Chocznią. To data jej urodzenia i rok emigracji do Stanów Zjednoczonych Ameryki.
Maria przyszła na świat 10 czerwca 1888 roku, jako trzecia z kolei córka Jana Stuglika i pochodzącej z Zagórnika Anny z domu Bury. Poprzez ojca wywodziła się z takich znanych choczeńskich rodów jak: Bryndzowie, Kręciochowie, Bylicowie, czy Drapowie. Po urodzeniu się Marii Jan i Anna Stuglikowie doczekali się jeszcze trojga dzieci. Niespełna sześć lat po urodzeniu najmłodszej córki Walerii Anna Stuglik zmarła. W tym czasie żyła już tylko połowa z jej sześciorga dzieci – oprócz Marii jej starsza siostra Balbina i młodszy brat Jan.
W 1910 roku Maria Stuglik podjęła decyzję o wyjeździe do Stanów Zjednoczonych Ameryki, by dołączyć do przebywającego tam już rodzeństwa. Ostatecznie dotarła do Nowego Jorku statkiem z Antwerpii dokładnie 11 stycznia 1911 roku. Zamieszkała u brata Jana w South Bend w stanie Indiana i rok po przybyciu do USA wyszła za mąż za starszego o 6 lat Karola Gawendę, który do Ameryki wyemigrował w 1906 roku z nieodległego od Choczni Wieprza. Według wspomnień rodzinnych Karol zbierał pieniądze na podróż za wielką wodę pracując jako woźnica w szlacheckim dworze.
![]() |
| Maria Stuglik i Karol Gawenda źródło - Rokietnickie Archiwum Cyfrowe |
Maria urodziła w South Bend czworo dzieci: córkę Pelagię (w 1913 roku), córkę Walerię (w 1914 roku), syna Teofila (w 1915 roku) i drugiego syna Edwarda (w 1918 roku). Gdy jej mąż Karol stawał w 1917 roku do amerykańskiego poboru wojskowego był robotnikiem w zakładach Singera produkujących znane maszyny do szycia i posiadaczem domu przy Kościuszko Street. Maria wówczas nie pracowała zawodowo, zajmowała się dziećmi i domem, którego część pomieszczeń była wynajmowana dla pracujących w South Bend Polaków.
Po 1918 roku w publicznie dostępnych archiwach amerykańskich nie ma żadnych dalszych wzmianek na temat rodziny Gawendów. Co się z nimi działo po zakończeniu I wojny światowej można się dowiedzieć z dwóch polskich źródeł: artykułu Bernadetty Ryńskiej pod tytułem „Społecznicy od pokoleń”, zamieszczonego w magazynie rolniczym „Agro Profil” oraz wspomnień Doroty Gawendy z 2013 roku, udostępnianych przez Rokietnickie Archiwum Cyfrowe.
Okazało się, że około 1920 roku Gawendowie zdecydowali się na powrót do niepodległej już Polski. Maria z dziećmi udała się do Choczni, a Karol wyruszył do Wielkopolski z zamiarem zakupu gospodarstwa rolnego. Dorota Gawenda pisze o tym tak:
Będąc jeszcze w Stanach, przeczytał w gazetach, że w Wielkopolsce są do
kupienia gospodarstwa rolne, dlatego też Karol od razu przyjechał w te właśnie
okolice. Pierwsze gospodarstwo zgodził na Jeżycach, które w tym okresie były
jeszcze wsią. Dzisiaj, to narożnik ul. Dąbrowskiego i ul. Przybyszewskiego (w
Poznaniu – uwaga moja). Stwierdził jednak, że jest za blisko miasta i obawiał
się, że okoliczni mieszkańcy będą mu podkradać płody rolne. W związku z tym
wycofał się i pojechał do Kobylnik wiedząc, że tutaj też były na sprzedaż
gospodarstwa. Tego też dowiedział się z gazet.
Do Kobylnik przyszedł pieszo, skromnie ubrany, podszedł do grupy ludzi, którzy
zbierali kamienie na polu koło stawku (wtedy działka numer 12) i chciał
rozmawiać z właścicielem. Właścicielem był wtedy Niemiec, który podszedł do
Gawendy i rozmawiali ze sobą chwilę, około 10 minut. Ten czas wystarczył i
transakcja została wstępnie zawarta.
Karol Gawenda zakupił to 25-hektarowe gospodarstwo na spółkę z krewnym. Według pani Doroty (żony wnuka Marii i Karola Gawendów) była to kuzynka Karola, która także przebywała w USA, natomiast według Przemysława Kiejnicha (prawnuka Marii i Karola) tym krewnym był kuzyn- lekarz z Krakowa. Pan Przemysław zapamiętał także, że Maria była w tym czasie nie w Choczni, ale nadal w South Bend. Obie strony są z kolei zgodne, że osoba będąca współwłaścicielem gospodarstwa w podpoznańskich Kobylnikach nie potrafiła lub nie chciała pracować na roli i w prowadzeniu gospodarstwa była raczej zawadą. Dlatego Karol postanowił wrócić do Ameryki, aby zarobić tam pieniądze na odkupienie drugiej połowy majątku w Kobylnikach. Pozostawił więc Marię (będącą wówczas w ciąży) z dziećmi, prowadzenie zakupionego gospodarstwa powierzył Józefowi Litewce i statkiem „Estonia” z Gdańska dotarł do Nowego Jorku 8 listopada 1922 roku. Prawie miesiąc później pod Poznaniem przyszła na świat jego kolejna córka Genowefa.
Karol Gawenda pracował bardzo ciężko w odlewni aluminium przez około dwa lata. Jego prawnuk opowiada o tym tak:
W okropnych warunkach, przy bardzo wysokiej temperaturze pracuje na
dwie zmiany, czyli po 16 godzin na dobę. Gorączka panująca w odlewni była
niewyobrażalna. Jak wynika z rodzinnych opowiadań, Karol w ciągu jednej tylko
zmiany wypijał aż dwa wiadra wody!
Pieniądze na wykup drugiej połowy udało się ostatecznie zgromadzić i Karol Gawenda mógł powrócić do rodziny. Musiało się to stać najpóźniej w drugiej połowie 1924 roku, skoro 8 kwietnia 1925 roku urodził się w Kobylnikach jego najmłodszy syn Tadeusz. Karol Gawenda spłacił wszelkie należności i mógł odtąd gospodarzyć samodzielnie. Niestety w 1928 roku zmarł z powodu zakażenia krwi Tadeusz, syn Marii i Karola, który wcześniej skaleczył się w nogę.
Marii i Karolowi Gawendom nie było dane cieszyć się długo swoim gospodarstwem. Gdy w 1939 roku wybuchła II wojna światowa i do Kobylnik wkroczyli Niemcy, ziemię Gawendów przejął Fritz Bleichrott. Pani Dorota Gawenda napisała o tym tak:
Fritz Bleichrott mieszkał w Kobylnikach i posiadał mniejsze
gospodarstwo, ale po wybuchu wojny jako obywatel Niemiec miał prawo zająć
najlepsze gospodarstwo w Kobylnikach, czyli to należące do Marii i Karola
Gawendów. Fritz Bleichrott po zajęciu gospodarstwa dał dawnym właścicielom dwa
pokoje na poddaszu, dobrze ich traktował, nie robił im krzywdy, a jednak
Gawendowie przeszkadzali mu przebywając w tym samym domu, więc postarał się aby
ich wywieziono. Tak też się stało. W 1940 roku Karol, Maria i ich córka Genia
zostali wywiezieni w okolice Zamościa.
Stamtąd w maju 1943 roku Marię i jej córkę Genowefę skierowano na przymusowe roboty do Niemiec, gdzie pracowały przy budowie fabryki amunicji w zakładach Deutsche Spreng Chemie w Dreetz w Brandenburgii. Schorowany Karol pozostał na miejscu na łasce obcych ludzi. 23 października 1944 roku zmarł w Wojsławicach na zapalenie płuc (według pani Doroty) lub ciężką grypę (według pana Przemysława Kiejnicha).
Maria dowiedziała się o śmierci
męża dopiero po powrocie do Kobylnik, czyli już po zakończeniu wojny.
Gospodarstwo rodzinne przejął jej syn Edward, a w sąsiedztwie mieszkała także
jej córka Waleria, która w 1932 roku poślubiła Ignacego Kiejnicha. W 1950 roku
Marię dotknęło kolejne nieszczęście – jej syn Edward trafił do więzienia z
powodów politycznych. Według inwentarza IPN już jako więzień został oskarżony dodatkowo
przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Zielonej Górze o
antypaństwowe wystąpienia na terenie więzienia w Międzyrzeczu. Podczas jego
nieobecności na gospodarstwie pomocą Marii służyła jej córka Genowefa, która
wyszła za mąż za poznanego w Niemczech Władysława Budaja.
Po raz
kolejny można powołać się tu na wspomnienia rodzinne spisane przez panią
Dorotę:
Kiedy Edward wyszedł z więzienia, Genia z mężem wybudowali dom w Psarskim koło Kiekrza, a na gospodarstwie z Marią został Edward. Ten ostatni ożenił się w 1953 roku z Anielą Górską. Babcia Maria pomagała młodym w gospodarstwie, między innymi pasła krowy. Kiedyś przeziębiła się, później przyszło zapalenie płuc i niestety w 1954 roku zmarła. Miała 66 lat. Takie to mieli życie, krótkie, pracowite i tułacze. Byli jednymi z najbogatszych rolników w okolicy, ale nie mieli kiedy tym się cieszyć.
![]() |
| Gawendówka w Kobylnikach w 1950 roku źródło - Rokietnickie Archwium Cyfrowe |
Jeżeli chodzi o jej dzieci, to najstarsza córka Pelagia była najpierw żoną Kazimierza Szymańskiego, a później Antoniego Kołodzieja, z którym miała dwóch synów i córkę. Przez Niemcy wyjechała z rodziną do USA i zamieszkała w tym samym South Bend, w którym przyszła na świat. Doczekała się pięciorga wnuków i czworga prawnuków. Zmarła w 1998 roku.
Wspomniana już wyżej Waleria, żona Ignacego Kiejnicha miała czworo dzieci. Jej mąż w 1960 roku założył w Kobylnikach Kółko Rolnicze i świadczył usługi sąsiadom sprzętem rolniczym. Był radnym gminy Rokietnica i prezesem oddziału PSL. Zmarł w 1990 roku, a jego żona Waleria w następnym 1991 roku. Spoczywają na cmentarzu w Lusinie. Gospodarstwo rodzinne przejął ich syn Henryk, który podobnie jak ojciec był radnym, a ponadto sołtysem Kobylnik. Obecnie prowadzi je syn Henryka - Przemysław Kiejnich.
![]() |
| Ignacy Kiejnich ze swoimi końmi źródło - artykuł w Agro Profilu |
Teofil Gawenda, starszy syn Marii i Karola, uczestniczył w kampanii wrześniowej 1939 roku, a następnie był więziony w obozie jenieckim. Poślubił Martę Musielak, z którą miał dwoje dzieci. Prowadził w Poznaniu sklep i zmarł w 1988 roku.
Wymieniany wyżej Edward Gawenda miał aż siedmioro dzieci, a po jego śmierci w 1982 roku spadkobiercą gospodarstwa rodzinnego został jego syn Jan Gawenda.
![]() |
| Edward Gawenda i Aniela z domu Górska źródło - Rokietnickie Archwium Cyfrowe |
Najmłodsza Genowefa opiekowała się dziećmi i domem pod Kiekrzem oraz prowadziła z mężem ogrodnictwo. Zmarła w 2005 roku.
Na koniec jako ciekawostkę można podać, że ulica w Kobylnikach prowadząca do działek spadkobierców Gawendów została nazwana oficjalnie Karolewską, by w ten sposób uczcić Karola Gawendę. Zamierzano także nazwać kolejną ulicę Góralską, ponieważ jak pisze pani Dorota „Maria i Karol pochodzili z gór”. Jednak patrząc na współczesną mapę Kobylnik widać, że tego pomysłu nie udało się wdrożyć w życie.
czwartek, 23 listopada 2023
Z życia choczeńskich emigrantów w Ameryce - część II
Dom Pogrzebowy Modetz zamieścił nekrolog zmarłej 8 marca tego roku Mirosławy Ewy Zając z domu Romańczyk, która urodziła się 30 lipca 1939 roku w Janowej Dolinie na Wołyniu, ale po powrocie rodziców (Andrzeja Romańczyka i Heleny z domu Koman) do Choczni była mieszkanką tej miejscowości. 24 lipca 1960 roku poślubiła w choczeńskim kościele parafialnym Jana Władysława Zająca, z którym w latach 60. XX wieku wyemigrowała do USA.
W nekrologu czytamy, że była mieszkanką Rochester w stanie Michigan i "odeszła spokojenie w otoczeniu rodziny i wiernego psa o imieniu Angel (...) była drogą matką Richarda i Andrzeja Zająców, cenioną babcią Kaylee, Kelsee, Katelyn, Zacharego, Elli i Leah oraz siostrą Jadwigi Bator, nieżyjącej już Annety Więckiewicz i Zosi Skszyńskiej."
----
W 1927 roku pochodzący z Choczni Adam Wcisło uzyskał tytuł doktora stomatologii na katolickim Uniwersystecie Ignacego Loyoli w Chicago. Poniższe zdjęcie przedstawia jego fotografię oraz czterech innych absolwentów tego samego kierunku:
----
Kanadyjskie czasopismo "Ontario Sessional Papers" z 1946 roku przynosi opis zabójstwa, dokonanego w Windsor na przybyłym z Choczni Franciszku Ścigalskim, urodzonym w 1889 roku:
8 sierpnia na polu w Windsor na południe od Sandwich Street znaleziono ciało Franka Scigalskiego. Funkcjonariusze policji miasta Windsor odpowiedzieli na wezwanie, a dochodzenie ujawniło kilka ran kłutych na ciele zmarłego. Spodnie zostały odcięte od ciała, najwyraźniej jakimś ostrym narzędziem, a marynarka miała też rozcięcia. Przy ciele nie znaleziono żadnych pieniędzy. Identyfikacji dokonano na podstawie koperty znalezionej w kieszeni koszuli zmarłego. Wiele wskazywało na to, że zmarły został pchnięty nożem, gdy stał w pozycji pionowej, po czym najwyraźniej upadł na twarz i już się nie poruszył.
Było to jedno z trzech podobnych morderstw, do których doszło w Windsor w sierpniu 1945 roku w odstępie zalewie 10 dni. Ofiarami pozostałych dwóch byli sierżant Hugh Blackwood i stróż William Davies. Wspomniany wyżej Franciszek Ścigalski, pracujący w Kanadzie jako krawiec tapicerski, pozostawił w Choczni żonę Justynę oraz czworo dzieci: Irenę, Kazimierza, Elżbietę i Urszulę.
----
Fotografia z 1943 roku Walerii Kręcioch, urodzonej w Chicago 28 sierpnia 1918 roku, jako córka Tomasza Kręciocha, emigranta z Choczni i jego żony Apolonii z domu Sikora. Waleria wraz z koleżanką Wilmą Bowes została uchwycona podczas pracy w zakładach zbrojeniowych West Pullman Works w Chicago, gdzie do jej obowiązków należała kontrola wyprodukowanych tam drobnych metalowych części przed dostarczeniem ich dla amerykańskiej armii.
Rok później Waleria wyszła za mąż za Jacoba Gotfryda, z którym miała córkę Geraldinę. Zmarła w 2002 roku w wieku 84 lat.











.jpg)


.jpg)


.jpg)









.jpg)






