czwartek, 15 października 2026

Sprawa kryminalna z 1757 roku

 W 1757 roku do Sądu Grodzkiego w Oświęcimiu zgłosił się Józef Sikorski, administrator dóbr w Gorzeniu, stanowiących własność Damiana Biberstein Starowieyskiego, burgrabiego krakowskiego i przedstawił oficjalną protestację (skargę sądową) w imieniu swojego pryncypała (Starowieyskiego) oraz mieszkanki Gorzenia Doroty Konas, jej dzieci Jana i Zofii  i jej szwagra Jana Konasa przeciwko grupie mieszkańców Choczni i Jaroszowic, którzy pobili śmiertelnie Wojciecha Konasa, męża wyżej wymienionej Doroty.

Sprawcami tego pobicia byli: Jakub Jachymski, Szczepan Piątek, Józef Adamczyk, Łukasz, Walenty i Jan Szczurowie, Leon Chałupszczak i Andrzej Chrząszcz. Poza Jachymskim, którego rodzina używała też nazwiska Leń, wszyscy pozostali byli Chocznianami. Józef Adamczyk zwany był również Woźniakiem, Leon Chałupszczak był synem Urbana Ramendy Chałupskiego, a Andrzej Chrząszcz, mąż Reginy, nazywany był też Lachem. 

Do tragicznego w skutkach zdarzenia doszło w niedzielę 13 lutego. Konas, określany przez Sikorskiego jako człowiek spokojny, skromny i trzeźwy, uczestniczył we mszy w wadowickim kościele, po czym wracał do swojego domu w Gorzeniu. W pewnym momencie zaczepiła go grupa ww. mężczyzn, bez żadnego powodu obrzucili go obelżywymi słowami, a następnie zaczęli go bić. W wyniku zadanych obrażeń Wojciech Konas zmarł niecałe dwie godziny później. 

Sikorski zażądał, by sprawców zabójstwa aresztować i osądzić. Na dowód swoich słów okazał zwłoki zabitego Konasa z widoczną spuchnietą raną na skroni nad prawym uchem, takim samym obrażeniem na lewej skroni, zakrwawionym uchem i złamaną prawą ręką. 

Po tych oględzinach sąd nakazał aresztować zabójców. 

Przeprowadził je woźny sądowy Szymon Nowakowski, w asyście szlachciców Piotra Humnickiego i Marcina Rottermunda. Najpierw udali się do wójta Choczni (niewymienionego z nazwiska), który wydał im: Jachymskiego, Adamczyka, Szczurów, Chałupszczaka i Chrząszcza, a następnie do plebana choczeńskiego ks. Byliny, u którego przebywał jego poddany Szymon Piątek. Wójt i pleban zaakceptowali postanowienie o areszcie, a zatrzymani nie stawiali oporu.

17 marca doszło do niespodziewanego zwrotu w sprawie. Franciszek Jezierski, ekonom starostwa barwałdzkiego, przedstawił przed Sądem Grodzkim pismo od Damiana Starowieyskiego,  w którym tenże szlachcic oznajmił, że rezygnuje z wszelkich roszczeń w stosunku do zabójców swojego poddanego i nie zamierza się procesować o zabójstwo, co potwierdza własnoręcznym podpisem i przystawieniem pieczęci. 

Do polubownego załatwienia sprawy bez rozprawy sądowej doszło prawdopodobnie po otrzymaniu przez Starowieyskiego odpowiedniego zadośćuczynienia w formie pieniężnej.



piątek, 9 października 2026

Wnętrza dawnych choczeńskich domów

 

Wyposażenie chat w Choczni w okresie galicyjskim odzwierciedlało zarówno skromne warunki życia większości mieszkańców, jak i stopniowe zmiany zachodzące wraz z poprawą sytuacji materialnej zamożniejszych gospodarzy.

W chacie kurnej centrum życia stanowiła piekarnia. Tutaj stał masywny chlebowy piec z nalepą – platformą ulepioną z kamieni i gliny, na której palono ogień i gotowano posiłki. Piece chlebowe osiągały imponujące rozmiary, tak duże, że mógł się do nich zmieścić człowiek. Pod piecem znajdowała się piwniczka. Gotowanie odbywało się w glinianych i żeliwnych garnkach, które stawiano na żelaznym trójnogu umieszczanym bezpośrednio na ogniu zwanym dynarkiem lub z niemieckiego drajfusem. Pod powałą piekarni biegły przy dwóch przeciwległych ścianach żerdzie zwane poleniami, po dwie przy każdej ścianie. Na tych poleniach suszono drewno opałowe, wełnę czy serki. Podłogi drewnianej w chatach kurnych nie było – mieszkańcy stąpali po ubitej ziemi. Przed I wojną światową zaczęli je kłaść w domach bogatszych gospodarzy, najpierw w izbach, a później w piekarniach.

Piekarnia była też miejscem snu dla większości rodziny. Spano tam na łóżkach wyrabianych przez miejscowych stolarzy lub kupowanych w Wadowicach, a także na ławach – zarówno tych prostych, jak i wyposażonych w oparcia. Ławy z oparciem stawiano wzdłuż boków łóżka, by dzieci nie walały się po nich podczas snu. Do spania służyły też chowanki lub wsuwanki, czyli ławy z rozsuwanym bokiem, które w dzień mogły pełnić funkcję siedzisk. Małe dzieci umieszczano w dużej chuście zawieszanej u powały lub w drewnianych nieckach, które na co dzień służyły do wypieku chleba.

Jedzenie odbywało się na ogół przy prostym, pozbawionym ozdób stole, choć dzieci posilały się też niekiedy z jednej miski ustawionej na ziemi, a w cieplejsze dni osoby starsze dostawały czasem jedzenie na progu chałupy. Jadano przeważnie z glinianych i drewnianych naczyń, wystruganymi z drewna łyżkami, choć już w 1829 roku zamożny Jan Ścigalski jadał na cynowych talerzach, używając cynowych łyżek.

Najstarszym sposobem oświetlenia były szczypki smolne – kawałki drewna iglastego bogatego w żywicę, które kładzione były na brzegu nalepy i w miarę wypalania przesuwane dalej. Ten archaiczny sposób oświetlania przetrwał do pierwszej wojny światowej, kiedy został na dobre zastąpiony stopniowo upowszechniającymi się lampami naftowymi ze szklanym kloszem.

Izba w chacie kurnej pełniła zupełnie inną funkcję niż pomieszczenia gospodarcze. Służyła do spania oraz przyjmowania gości, była utrzymywana w szczególnej czystości i nikt nie mógł w niej przebywać w ciągu dnia. To traktowanej izby niemal jako pomieszczenia reprezentacyjnego, była charakterystyczne dla kultury chłopskiej i przetrwało długo po zniknięciu chat kurnych. Często stało tu łóżko, jedno lub dwa, zaścielone pierzynami bardzo wysoko – wysokość piętrzenia pierzyn była znakiem zamożności i staranności gospodyni. W izbie oprócz łóżek znajdowały się przede wszystkim skrzynie do przechowywania ubrań świątecznych i innych cennych przedmiotów. Skrzynie te, przeważnie zielone i malowane w kwiaty, wykonywali począwszy od II połowy XIX wieku stolarze w pobliskiej Kalwarii, a charakteryzowały się tym, że były na kółkach, co ułatwiało ich przemieszczanie. Codzienne ubrania wieszano na żerdce umocowanej w dwóch deseczkach przybitych do belek powały. W izbie stał także piec ogrzewczy, połączony z piecem w piekarniku, co pozwalało na ekonomiczne wykorzystanie ciepła. Z czasem, jeszcze przed I wojną światową, tradycyjne skrzynie zaczęły być powoli wypierane przez zamawiane u rzemieślników komody z trzema szufladami. Ściany izby gęsto zdobiły święte obrazy – wizerunki Trójcy Świętej, Jezusa, Marii, a przed nimi bogatsi gospodarze wieszali kolorowe lampki. Obok motywów religijnych pod koniec XIX wieku pojawiała się tematyka patriotyczna, z reprodukcjami „Bitwy racławickiej” Jana Matejki na czele. Dopełniały umeblowania izby: komoda, szafa, a pod koniec XIX wieku nawet lustro i zegar pod koniec XIX wieku u bogatszych chłopów.

Ciekawych informacji na temat wyposażenia wnętrz dostarczają inwentarze majątkowe i testamenty mieszkańców Choczni z XIX i początku XX wieku. Pokazują one wyraźne rozwarstwienie majątkowe i rosnące aspiracje mieszkańców Choczni. 

Wspomniany wyżej Jan Ścigalski posiadał dwie szafy oraz szafarnię małą zdezelowaną, szafkę na zegar ścienny, stół jaworowy, fasieńki dwie małe (beczułki) i jedną większą do schowania mąki, dzierzkę do chleba, duży kufer sosnowy kuty, kufereczek kuty bez zamka, skrzynię, dwa koszyki i dwa szafliki, a także moździerz żelazny do rozdrabniania różnych produktów i przetak skórzany do przesiewania mąki.

Rodzina Ścigalskiego miała do spania dwie pierzyny z trzema zagłówkami i płachtą Szczególnie interesująca jest sfera sacrum w jego domu: sześć sztuk kupersztyków świętych (miedziorytów z wizerunkami świętych), obraz wielki Pana Jezusa na płótnie, obraz Trójcy Świętej, dwa małe obrazy Najświętszej Marii Panny, książka drukowana „Żywot św. Jana", zwierciadło, kropielniczka na święconą wodę i krzyż żelazny. Ten bogaty zestaw przedmiotów kultu religijnego pokazuje głęboką pobożność gospodarza i wagę, jaką przywiązywano do sfery duchowej.

Święte obrazy oprawione w drewniane ramy posiadali też np. Franciszek Kalemba, zmarły w 1913 roku, który miał także pasyjkę – figurkę z gipsu, Marianna Kręcioch z Brandysów, zmarła w 1909 roku, czy Szymon Dąbrowski, pochowany w 1919 roku.

Zmarły w 1897 Jan Zając pozostawił stolik politurowany, szafę malowaną, łóżko malowane i komodę politurowaną, Marianna Kręcioch pierzynę, dwie poduszki, łóżko drewniane, stolik, skrzynkę malowana na wiśniowo, kufer, zegar ścienny i szlabant do spania, zamożny Jakub Widlarz szafę olszową politurowaną, łóżko politurowane, zegar ścienny, lustro i stół politurowany, Franciszek Kalemba zegar ścienny, krzesło, stolik z twardego drewna, łóżko i skrzynkę zieloną, a Szymon Dąbrowski zegar ścienny i lustro, łóżko z pierzyną i zagłówkiem oraz jedną skrzynię.

Analiza wymienionych wyżej inwentarzy pokazuje pewne stałe elementy wyposażenia bogatszych chłopskich domów w Choczni pod koniec okresu galicyjskiego: wielu posiadało zegar ścienny (symbol czasu mierzonego mechanicznie, nowoczesności i zamożności), a wszyscy obrazy religijne (świadectwo pobożności), łóżka (zamiast prostych ław czy posłań na ziemi), skrzynie lub komody (do przechowywania cennych rzeczy). Pojawiają się lustra – przedmioty o charakterze nie tyle użytkowym, co prestiżowym, świadczące o dbałości o wygląd i samoświadomości właścicieli. Politurowane meble, czyli lakierowane, błyszczące, były oznaką nowoczesności i zamożności.

Nieco inaczej wyglądało zapewne wyposażenie domostw zamieszkałych przez przedstawicieli społeczności żydowskiej w Choczni. Choć nie znamy dokładnego wyglądu ich wnętrz, to można się posiłkować opisem domu Filipa Tirasa, byłego choczeńskiego karczmarza, który przeprowadzając się w 1823 roku do Rudz z pewnością wyposażył swoje nowe miejsce zamieszkania w sprzęty i meble przywiezione z Choczni.

Posiadał on dwie duże skrzynie na zboże (nazwane sąsiekami) i dwie małe, dwie skrzynie zamykane na zamek, szafę na ubrania, szafę-kredens z przeszkloną górną częścią (co było nowością technologiczną), kredensik i trzy łóżka malowane na zielono. Kolor zielony wydaje się być ulubionym kolorem mebli – również największy stół z drewna jaworowego, który posiadał szufladę z zamkiem, był pomalowany na zielono. Trzy stoły różnej wielkości, sześć stołków drewnianych i jeden obity skórą, zegar stołowy, zwierciadło, magiel z szufladami, jedenaście szaflików, cztery konewki, dwie faski (beczułki) na mąkę, dwie beczki na wodę i kolejne dwie na kapustę, stolnica i mała skrzynka różnego przeznaczenia – wszystko to składało się na gospodarstwo dobrze zorganizowane i zasobne. W sieni stała dodatkowa szafa, latarnia, dzieża do robienia chleba i wanna do kąpania – ten ostatni element był już prawdziwym luksusem.

piątek, 2 października 2026

"Sabotażyści" z Choczni w 1953 roku

 W 1953 roku w numerze 121 pisma "Gromada - Rolnik Polski" ukazał się artykuł pod tytułem "Nieudany sabotaż", dotyczący między innymi choczeńskich rolników.

Autor - Antoni Kowalczyk z Mucharza - zwrócił w nim uwagę na problem jakości zboża przywożonego do skupu w ramach obowiązkowych dostaw, czyli systemu przymusowej sprzedaży państwu określonej ilości ziarna po cenach znacznie niższych od rynkowych – w 1953 roku ceny dostaw obowiązkowych były około trzykrotnie niższe niż ceny skupu ponadobowiązkowego. Wysokość kontyngentu ustalano na podstawie hektarów przeliczeniowych gruntów ornych danego gospodarstwa, mnożąc je przez normę kilogramową. Normy były progresywne: im większe gospodarstwo, tym wyższe obciążenie w przeliczeniu na hektar. Plan państwowy dzielono na wojewódzkie, powiatowe i gminne, a jego wykonanie nadzorował Centralny Urząd Skupu i Kontraktacji. System ten miał dwa zasadnicze cele. Po pierwsze – zapewnić tanie zboże dla miast, przemysłu i zaopatrzenia armii w okresie intensywnej industrializacji. Po drugie – wywierać presję ekonomiczną na indywidualnych rolników, zwłaszcza tzw. kułaków, aby skłonić ich do wstępowania do spółdzielni produkcyjnych.

Jak pisze Kowalczyk, część rolników przywoziła do skupu zboże zawołczone, stare, cuchnące, a nawet specjalnie namoczone, by sztucznie zwiększyć jego wagę. użyte tu pojęcie zboża zawołczonego oznaczało ziarno porażone przez wołka zbożowego, niewielkiego chrząszcza, którego samica składa jaja wewnątrz ziarna; larwy wyżerają jego wnętrze, pozostawiając pustą łupinę. Żerowanie powoduje ubytek masy, wzrost wilgotności i temperatury, rozwój pleśni oraz charakterystyczny stęchły zapach. Zboże zawołczone traci wartość spożywczą i paszową – staje się bezużyteczne dla młynów i piekarni państwowych.

W artykule wymieniono czterech rolników z Choczni: Zofię Dąbrowską, Piotra Rzyckiego, Konstantego Mizerę i Jana Widlarza, w przypadku których czujni magazynierzy w punktach skupu wykryli nikczemne zamiary i zlikwidowali je. Z przesadą i zadęciem propagandowym, typowym dla pierwszej połowy lat 50. XX wieku, określono ich mianem sabotażystów, których dotknęły sprawiedliwe i zasłużone kary.

Nie wykonanie planu obowiązkowych dostaw groziło grzywną do 3000 zł orzekaną przez kolegia karno-administracyjne, a w przypadku złośliwego uchylania się – nawet karą aresztu lub więzienia do trzech lat. W 1953 roku w całym kraju ukarano grzywnami ponad 250 tysięcy rolników, a wielu, którzy nie mogli zapłacić, trafiło do aresztu.

piątek, 25 września 2026

Tragiczny rok, gdy średnia wieku zmarłego w Choczni wynosiła niespełna 13 lat

 W historii Choczni szczególnie zapisały się lata 90. XIX wieku, kiedy to średnia wieku zmarłego spadała poniżej 20 lat. Takich roczników w tej dekadzie było aż pięć, czyli niezwykle niski średni wiek zmarłych występował w połowie przypadków. Na tym tle negatywnie wyróżniały się dwa roczniki - 1895 i 1899, gdy średni wiek zmarłego mieszkańca Choczni spadał poniżej 15 lat. W 1895 roku wynosił zaledwie 14,8, a w 1899 roku był jeszcze niższy - 12,6.

Współcześnie niski średni wiek zmarłych kojarzyłby się z wojną lub jakimś kataklizmem, jednak w ówczesnych realiach wiejskich decydował o nim przede wszystkim masowy zgon najmłodszych mieszkańców, czyli w Choczni w latach 90. XIX wieku panowała skrajnie wysoka śmiertelność dzieci i niemowląt. W 1899 roku na 118 zmarłych ogółem było aż 97 osób poniżej 18 roku życia, czyli ponad 82%. 

Dokładny obraz zgonów dzieci w 1899 przedstawiał się w sposób nastepujący:

- zmarło 31 dzieci, które nie osiągnęły 1 roku życia,

- 12 dzieci w wieku od 1 do 2 lat,

- 11 dwulatków,

- 7 trzylatków i czterolatków,

- po 4 dzieci pięcio- i sześcioletnie,

- 5 siedmiolatków,

- 7 ośmiolatków,

- 3 dziewięciolatków,

- po 2 dziesięciolatków i jedenastolatków,

- po 1 dwunastolatku i trzynastolatku.

Z przedstawionych danych wynika, że w tym tragicznym roku co czwarty zgon dotyczył niemowląt (dokładnie 26%), a zgony dzieci w wieku od 0 do 4 lat stanowiły ponad połowę wszystkich zgonów w całej Choczni w 1899 roku. Widać także, że zgony notowano w każdym kolejnym roczniku aż do wieku młodzieńczego (13 lat).

Zapisy z metryk zgonów nie wskazują jednej przyczyny tak wysokiej śmiertelności dzieci. Głównymi "winowajcami" tego zjawiska były epidemie szkarlatyny i błonicy, ale także defekty przy urodzeniu, zapalenie płuc, czy gruźlica. Przy części zgonów podano ponadto nie konkretne przyczyny, lecz objawy (kaszel, wymioty), choć silny kaszel mógł wskazywać na krztusiec, który z kolei często prowadził do zapalenia płuc.

Błonica (dyfteryt) zbierała ofiary szczególnie w styczniu, w lutym i w marcu. Ta choroba wywołana przez bakterie atakowała gardło i krtań, powodując zatykanie dróg oddechowych i śmierć w wyniku uduszenia. Pod koniec marca po raz pierwszy jako przyczynę zgonu dziecka podano tussis (krztusiec?), a w kwietniu szkarlatynę.

Oczywiście głębszą przyczyną tak wysokiej śmiertelności był brak szczepień, niedożywienie powodujące brak odporności i niski poziom higieny.

Ogromna liczba zgonów dzieci nie spowodowała jednak spadku liczby ludności Choczni, ponieważ w całej dekadzie lat 90. XIX wieku liczba urodzeń przewyższała liczbę zgonów.







środa, 16 września 2026

Nietypowe losy byłego choczeńskiego wikariusza ks. Franciszka Jabłońskiego

 

Ks. Jabłoński u schyłku życia

Ksiądz Franciszek Józef Jabłoński, zapamiętany m.in. jako wikariusz w Choczni, był postacią o niezwykle barwnym i skomplikowanym życiorysie, w którym gorliwa praca duszpasterska i społeczna przeplatała się z dramatycznymi, życiowymi zawirowaniami. Urodził się 14 września 1864 roku w Sieniawie, w zaborze austriackim (dzisiejsze województwo podkarpackie), jako syn majstra murarskiego Ludwika Jabłońskiego i jego żony Marii. Swoją drogę ku kapłaństwu rozpoczął od studiów filozoficznych na Uniwersytecie Lwowskim, które kontynuował do 1890 roku, by następnie przenieść się na wydział teologiczny Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Święcenia kapłańskie przyjął w 1894 roku, rozpoczynając wieloletnią służbę w galicyjskich parafiach.

Jako młody, pełen energii kapłan pracował kolejno jako wikariusz we Frydrychowicach (1894-95), Chrzanowie (1895-98), Czańcu (1898-1902, gdzie pełnił również obowiązki katechety), Andrychowie (1902-1903) i Skawinie (1905-1906). We wrześniu 1906 roku przybył do Choczni, gdzie sprawował funkcję wikariusza przez niespełna rok, do końca sierpnia 1907 roku. Następnie został przeniesiony do Cięciny. Ksiądz Jabłoński dał się poznać w tamtym okresie nie tylko jako oddany duszpasterz, ale przede wszystkim jako rzutki społecznik. Z pasją zakładał kółka rolnicze i czytelnie ludowe, podnosząc poziom oświaty i kultury wśród wiejskiej ludności, a także gorąco wspierał działalność patriotycznego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”.

Doskonałym świadectwem jego poglądów i głębokiego zaangażowania w sprawy narodowe była przemowa, którą wygłosił 5 maja 1907 roku w Wadowicach podczas uroczystych obchodów rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja. W szczelnie wypełnionej sali wadowickiego „Sokoła”, w obecności przedstawicieli wszystkich stanów, ks. Jabłoński skierował do zgromadzonej młodzieży słowa pełne troski o przyszłość ojczyzny. Apelował, by ich największym czynem patriotycznym była nauka, gdyż „Polska potrzebuje uczonych”. Z dużą odwagą i przenikliwością poruszał najtrudniejsze kwestie ówczesnej rzeczywistości. Wzywał do rozwiązania problemów socjalnych poprzez wzajemną miłość wszystkich klas społecznych. Odnosząc się do napiętych relacji z Rusinami (Ukraińcami), z jednej strony twardo bronił polskości Uniwersytetu Lwowskiego, a z drugiej przypominał, że należy dążyć do zgody, widząc w nich braci. W sposób nieszablonowy jak na tamte czasy poruszył również kwestię żydowską, sugerując, że brak wzajemnego zrozumienia i izolacja tej społeczności mogą wynikać z faktu, iż Polacy okazali Żydom „za mało serca”. Zachęcał do badania i lepszego poznania tego narodu w imię przyszłej harmonii.

Niestety, mimo wielkich zasług społecznych i patriotycznego oddania, kariera duszpasterska ks. Jabłońskiego w ojczyźnie zakończyła się nagłym i bolesnym kryzysem. Kiedy otrzymał nominację do Lanckorony, odmówił jej przyjęcia, mimo groźby suspensy ze strony władz kościelnych. Powody tej odmowy pozostają tajemnicą, choć sam zainteresowany tłumaczył swoją decyzję o wyjeździe z kraju tym, że był „udręczony fałszywymi oskarżeniami".

W 1909 roku ksiądz Jabłoński podjął samowolną decyzję o emigracji do Kanady. Był to krok desperacki dla czterdziestopięcioletniego kapłana, który musiał zostawić za sobą piętnaście lat pracy duszpasterskiej i społecznej. Pierwsze miesiące za oceanem były okresem ciężkiej próby – wykształcony duchowny pracował fizycznie przy budowie kolei i prał bieliznę w szpitalu w Vancouver. Te poniżające doświadczenia nie złamały go jednak, a wręcz przeciwnie – zahartowały i przygotowały do kolejnego etapu posługi.

Jego los odmienił się w 1910 roku, kiedy to 20 stycznia przybył pociągiem z Kanady do Stanów Zjednoczonych, przekraczając granicę w Blaine w stanie Waszyngton. Wkrótce powrócił do swojego powołania, stając się duszpasterzem dla Polaków i Litwinów w domu św. Józefa w Chicago, a następnie w Nowym Jorku. Zachowana Deklaracja Zamiaru z 1912 roku, dokumentująca jego proces naturalizacyjny w Bostonie, pozwala nam dokładnie wyobrazić sobie, jak wówczas wyglądał. W wieku 48 lat Francis Joseph Jablonski – bo pod takim imieniem funkcjonował w USA – był drobnym mężczyzną o wzroście około 165 centymetrów (5 stóp i 5 cali) i wadze niespełna 62 kilogramów (136 funtów). Posiadał ciemną cerę, czarne włosy i brązowe oczy, a w rubryce „zawód” ponownie z dumą wpisał: duchowny.

Po uzyskaniu amerykańskiego obywatelstwa w 1912 roku, ks. Jabłoński osiadł na stałe w stanie Massachusetts, gdzie odnalazł życiową stabilizację i pole do dawnej, społecznej aktywności. To właśnie tam rozpoczął swoją 14-letnią posługę w miejscowości Maynard, zapisując się w lokalnej historii jako założyciel polskiej parafii św. Kazimierza. Swoje ostatnie lata spędził jako wikariusz w polskim kościele St. Mary w Bostonie (mieszkając przy 655 Dorchester Ave. w South Boston). 

Zmarł 16 czerwca 1929 roku. Spoczął z dala od rodzinnej Sieniawy i galicyjskiej ziemi, na New Calvary Cemetery w Mattapan, pozostawiając po sobie pamięć niestrudzonego społecznika, wybitnego mówcy i duszpasterza, który mimo życiowych burz do końca służył swoim rodakom.


Nagrobek w Mattapan


wtorek, 8 września 2026

Analiza danych o 18. i 19. wiecznych potomkach Antoniego Widlarza

 Ponieważ nazwisko Widlarz należy do najczęściej noszonych w Choczni i jej okolicy, analiza danych o potomkach Antoniego Widlarza, urodzonego w 1716 roku (zwanego także Wawrzyńczak) może dostarczyć ciekawych informacji nie tylko o tej linii, zdecydowanie dominującej wśród współczesnych Widlarzów, ale także o ogólnej demografii Chocznian.

W analizie ograniczono się do 4 pokoleń potomków Antoniego, urodzonych między 1747 a końcem drugiej połowy XIX wieku, którzy w metrykach chrztów podawani są z nazwiskiem Widlarz.

Antoni Widlarz miał w sumie 15 dzieci: 5 synów i 10 córek, z których swoje dzieci miało dziewięcioro (3 synów i 6 córek), czyli 60% doczekało się swojego potomstwa, a 40% nie, głównie dlatego, że zmarli jako dzieci. W sumie liczba wnuków Antoniego wynosiła aż 70, ale wśród jego potomków nie była to wartość rekordowa.

W sumie własnego potomstwa doczekało się 98 (46%) osób spośród 211 dzieci, wnuków, prawnuków i praprawnuków Antoniego według podanych wyżej założeń.

W gronie uwzględnionych potomków Antoniego płeć męska przeważała nad żeńską (52% : 48%), czyli proporcje płci były odwrotne niż w ówczesnej choczeńskiej populacji.

Na osobę z potomstwem średnio przypadało prawie 8 dzieci (7,8), a na każdego potomka Antoniego średnio 3,6.

Liczba dzieci wynosiła od 1 do 19, najczęściej 10 (15 przypadków).

Najwięcej dzieci posiadali męscy potomkowie Antoniego:

RodzicDzieci (s/c)
Piotr Widlarz ur. 185019 (7s/12c)
Helena Kumorek z domu Widlarz ur. 178315 (5s/10c)
Józef Widlarz ur. 186915 (10s/5c)
Tomasz Widlarz ur. 180814 (6s/8c)

Z kolei rekordzistą pod względem liczby wnuków był Mikołaj Widlarz, wnuk Antoniego, który miał ich aż 110.

Największe gałęzie rodowe (liczba wnuków danego przodka)

  1. Mikołaj ur. 1786 → 110 wnuków (największa, najbardziej rozbudowana)
  2. Antoni ur. 1825 → 93 wnuki
  3. Marek ur. 1758 → 54 wnuki
  4. Wojciech ur. 1821 → 53 wnuki
  5. Tomasz ur. 1826 → 46 wnuków
  6. Łukasz ur. 1750 → 37 wnuków
  7. Bartłomiej ur. 1800 → 36 wnuków
  8. Tomasz ur. 1808 → 35 wnuków
  9. Wojciech ur. 1819 → 34 wnuki
  10. Szymon ur. 1783 → 33 wnuki
  11. Jan ur. 1832 → 23 wnuków

Synowie Widlarzów miewali własne dzieci nieco częściej niż córki Widlarzów (o 8%) i posiadali ich średnio nieco więcej (8,1 vs. 7,5).

W przypadku Tomasza Widlarza, urodzonego w 1808 roku, aż 10 z wszystkich 14 jego dzieci nie zostawiło potomstwa. Słabo rozmnażały się też dzieci Wawrzyńca Widlarza (ur. 1821) - tylko troje z jedenaściorga miało własne dzieci i Bartłomieja Widlarza (ur. 1800) - czworo z jedenaściorga.

Z kolei w przypadku Józefa Widlarza (ur. 1836) własne dzieci miało 80% jego dzieci (4 z 5 synów).

Najbardziej nietypowy rozkład płci wystąpił wśród dzieci Mikołaja Widlarza (ur. 1846), któremu urodziło się aż 8 synów i 2 córki.





wtorek, 1 września 2026

Fotografie choczeńskich emigrantów


Edward Bąk był synem Wojciecha i Barbary z domu Kowalczyk. Urodził się 11 września 1907 w Chicopee w amerykańskim stanie Massachusetts, ale jako 6-letni chłopak przyjechał z rodzicami do Choczni, gdzie mieszkał przez kilkanaście lat. Ponieważ jego ojciec w 1923 roku ponownie wyjechał do USA, tym razem do Chicago, to Edward postanowił do niego dołączyć.
Ostatecznie dotarł do Stanów Zjednoczonych przez Kanadę 11 stycznia 1925. Gdy w 1940 roku stawał do amerykańskiego poboru był już żonaty (z Anną), mieszkał w Streator w stanie Illinois i pracował w sklepie mięsnym. Takie same informacje zawiera arkusz spisu powszechnego z 1940 roku.
W kolejnym spisie z 1950 roku obok żony Anny występuje też jego 5-letni syn Edward junior. Senior nadal zajmował się wtedy rzeźnictwem.
Edwar Bąk zmarł 22 marca 1966, spoczywa na Cmentarzu św. Kazimierza w Streator.


Aniela Guzdek przyszła na świat w Choczni 2 sierpnia 1890, jako córka Jana Guzdka i Agnieszki z domu Burzej. 24 września 1912 dotarła z Antwerpii do Nowego Jorku, a dwa lata później poślubiła w Detroit starszego o osiem lat Josepha Kardasa. Miała z nim 4 dzieci - synów Emila i Josepha oraz córki Angelinę i Elizabeth. Gdy w 1934 roku występowała o amerykańskie obywatelstwo (jako Nellie Kardas) była już wdową i nadal mieszkała z dziećmi w Detroit. Zajmowała się utrzymywaniem w czystości wagonów pociągów dalekobieżnych firmy Pullman Palace Car Company. Odpowiadała za mycie okien, czyszczenie tapicerek, ścielenie i odświeżanie łóżek w przedziałach sypialnych oraz sprzątanie przestrzeni wspólnych po zakończeniu lub przed rozpoczęciem trasy.
We wniosku naturalizacyjnym podawała, że jest o 5 lat młodsza, niż w rzeczywistości.
Zmarła 7 września 1978 w Detroit, pięć dni później została pochowana na cmentarzu Holy Sepulchre w Southfield w stanie Michigan.


Marianna Aniela Kręcioch była córką Jana Kręciocha i Marianny z domu Pindel, urodzoną 28 lipca 1882 w Choczni. Dotarła do USA już w 1899 roku statkiem z Bremy. W 1902 roku poślubiła w Holyoke w stanie Massachusetts urodzonego w Grodnie Augusta Linko, starszego od niej o 9 lat, który pracował jako stróż w fabryce papieru Gill Paper Co.
Miała z nim 4 córki: Berthę, Stellę, Annę i Mary. Od śmierci męża (1923) mieszkała z córkami.
Zmarła 12 lutego 1976 w Springfield w Massachusetts.


wtorek, 25 sierpnia 2026

O Choczni w książce "Barwałd. Trzy wsie - jedna historia"

 W wydanej w tym roku książce "Barwałd. Trzy wsie - jedna historia" Chocznia pojawia się na 15 stronach, Chocznia Dolna i Górna na 7, a Chocznia Stara na jednej stronie.



Dorota Żurek w części "Barwałd i tenuta barwałdzka w okresie średniowiecza" wielokrotnie wymienia Chocznię, jako część składową starostwa niegrodowego barwałdzkiego, czyli tenuty barwałdzkiej (w 1442, 1445, 1446, 1462, w latach 1470-80 i w 1488 roku). Przywołuje również dokument z 1442 roku, w którym Mikołaj Serafin pożyczył pieniądze pod zastaw klucza barwałdzkiego z Chocznią w składzie. Autorka podkreśla, że kwestia włączenia Choczni do tenuty barwałdzkiej jest problematyczna, jako że w 1448 roku trwał spór sądowy między Tomaszem z Choczni (właścicielem wsi?), a Włodkiem ze Skrzynna i jego żoną Katarzyną. Na stronie 36. zamieszcza fotokopię dokumentu z 1445 roku, w którym Mszczuj ze Skrzynna dokonał zastawu zamku Barwałd wraz z m.in. Chocznią Włodkowi ze Skrzynna i jego żonie Katarzynie (słynnej Włodkowej) za 3.000 florenów. Już w 1446 roku, po śmierci Mszczuja, Włodek oddał Katarzynie Barwałd z Chocznią i resztą wsi w zastaw za 3.000 florenów węgierskich. Wreszcie w 1488 roku Jan z Komorowa (Komorowski) podawany jest jako dzierżawca dóbr królewskich należących do zamku Barwałd, w tym i Choczni.

O Choczni wspomina także Tomasz Graff w części "Dzieje parafii barwałdzkiej do schyłku XVI wieku". Na stronie 49. podaje on za Tadeuszem Ładogórskim, że szacunkowa liczba ludności Choczni, wyliczona na podstawie płaconego świętopietrza, wynosiła w XIV wieku 105 osób. Z kolei uposażenie proboszcza parafii Chocznia w 1529 roku wynosiło 4 grzywny i 32 grosze i zaliczało się do jednego z najniższych w dekanacie zatorskim (niższe było tylko w parafii Andrychów i Inwałd). Ciekawa jest też informacja, że w ramach wizytacji wewnętrznej parafii w Choczni przez kardynała Jerzego Radziwiłła ustalono fakt posiadania konkubiny przez miejscowego plebana.

Następna wzmianka o Choczni zawarta jest w części "Wsie Barwałd w okresie wczesnonowożytnym (od XVI w. do 1772 r.), napisanej przez Mirosława Płonkę. To rejestr podatku podymnego z II połowy XVII wieku, który wskazuje, że w Choczni stało wtedy co najmniej 75 domów. Na stronach 96-97 autor wymienia kilku administratorów starostwa barwałdzkiego z XVIII wieku, z których Krzysztof Gaworek pojawia się też w choczeńskiej Księdze Sądowej. Wiele dokumentów z ksiąg grodzkich oświęcimskich jest obecnie niedostępnych i znanych jedynie z nagłówków wpisów, jak choćby dokument wystawiony przez hetmana Jabłonowskiego w 1686 roku, by biskup krakowski i jednocześnie namiestnik chorągwi husarskiej "niczego nie żądał" z dóbr w Barwałdzie, Mikołaju i Choczni, co otwiera potencjalne pole do dalszych badań i ustaleń.

W części "Barwałd Dolny, Średni oraz Górny - wieś galicyjska oraz jej mieszkańcy wobec przemian cywilizacyjnych (1772-1918) Konrad Meus wspomina, że akces do Kasy Stefczyka w Barwałdzie w okresie po II wojnie światowej zgłaszał m. in. Związek Samopomocy Chłopskiej z Choczni (s. 169). W okresie galicyjskim klucz barwałdzki z Chocznią przejął Jan Biberstein Starowieyski (s. 170), z którym mieszkańcy Barwałdu, Choczni i Jaroszowic toczyli spór sądowy, opisany dość ogólnie (s. 171). Ze szczegółami tego sporu można zapoznać się we wpisie na blogu z 22 czerwca tego roku (link). Na str. 191 autor wymienia ks. Józefa Komorka, ówczesnego proboszcza z Choczni i dziekana dekanatu wadowickiego. 

Następna wzmianka o Choczni ze str. 201 pochodzi z części "Dzieje Barwałdu i jego mieszkańców w latach 1918-1947" autorstwa Marcina Witkowskiego. To informacja o utworzeniu gminy zbiorowej w Wadowicach w 1934 roku, do której włączono też Chocznię, wcześniej samodzielną gminę. Ostatni raz Chocznia wymieniana jest na str. 230-231 w związku z "Głosowaniem/Referendum Ludowym" w 1946 roku oraz na str. 232 w biogramie ks. Józefa Żeliwskiego, powojennego proboszcza barwałdzkiego, który był wcześniej wikariuszem w Choczni.

Wszystkim autorom należą się wyrazy uznania za włożoną pracę i jej efekty. Ze względu na ograniczoną liczbę stron trudno uznać tę książkę za pełną monografię (poza pierwszymi dwoma częściami), a raczej, jak pisze Mirosław Płonka, za studium lub za monografię skondensowaną, w której pewne wątki omówiono skrótowo lub wcale o nich nie wspomniano (np. o zjawisku emigracji z Barwałdów, czy o części wywodzących się z tych wsi interesujących osób). W toku dalszych badań z pewnością uda się też uzupełnić Aneks nr 2 dotyczący represjonowanych podczas II wojny światowej (choćby o Marię Bryndza z domu Filek).




środa, 19 sierpnia 2026

Ule figuralne z Choczni

 W zbiorach Muzeum Etnograficznego w Krakowie znajdują się dwa drewniane ule z Choczni w kształcie górala i góralki, które pochodzą z połowy XIX wieku. Pierwotnie stanowiły podarunek weselny, a do krakowskiego muzeum trafiły w latach 30. XX wieku za sprawą ówczesnego choczeńskiego proboszcza ks. Józefa Dunajeckiego.


Rzeźbione ule z Choczni mają swoje najbliższe odpowiedniki na Słowacji. Pokrewieństwo między okazami słowackimi a polskimi jest wyraźne, niemniej i różnice są duże. Choczeńskie rzeźby odtwarzają wiernie strój ludowy z okolic Wadowic i kobieta odziana jest w koszulę z wykładanym kołnierzykiem, haftowanym czerwoną nicią, w gorset czerwony zapinany na duże guziki, ale jeszcze bez ozdób naszywanych i haftowanych, oraz w spódnicę granatową, mężczyzna zaś w kapelusz niski z krepą wyciętą w ząbki, koszulę nie zdobioną, krótką gunię/górnicę brązową, zarzuconą na ramiona, szeroki pas, zapinany na cztery sprzączki, oraz białe spodnie wałaskie z dwoma przyporami obszytymi czerwonym sznurkiem w półkach, wypuszczone na kierpce.

Oczywiście ule nie stanowią jedynie wiedzy o stroju ludowym, ale stanowią określoną wartość jako dzieła sztuki ludowej. Ich formę artystyczną stworzyli ludzie obdarzeni zdolnością nadawania konkretnego kształtu plastycznego swoim pomysłom. Wyrastała ona co prawda z charakteru tworzywa oraz wyznaczonej jej funkcji użytkowej, ale przede wszystkim z lokalnej tradycji plastycznej i predyspozycji twórczej artysty ludowego (cytat z Polskiej Sztuki Ludowej nr 2 z 1955 roku).

sobota, 8 sierpnia 2026

Służące

 

Ślady pracy zarobkowej kobiet związanych z Chocznią przed 1919 rokiem odnajdujemy w księgach parafialnych, aktach sądowych, spisach ludności, doniesieniach prasowych i archiwach administracyjnych. Wyłania się z nich obraz kobiet aktywnych, mobilnych i zaradnych, które podejmowały zatrudnienie zarówno w rodzinnej wsi, jak i w odległych miastach Galicji, na Morawach, w Austrii, Prusach, w zaborze rosyjskim i w USA.

Najliczniejszą grupę stanowiły służące. Już w 1794 roku w kontrakcie przedślubnym Zofii Gąsiorówny z Frydrychowic odnotowano, że przyszła panna młoda przez pięć lat pracowała jako służąca w Choczni. Wspomniany kontrakt dostarcza intersujących danych o jej stanie majątkowym – Gąsiorówna posiadała mienie o wartości około 37 złotych reńskich, na które składały się: młoda krowa, 8 ociepek lnu niewyrobionego, pierzyna, 2 prześcieradła i poduszka oraz ubrania: przechodzone buty, nowa górnica, dwa fartuchy, sześć zapasek, trzy koszulki spodnie i pięć wierzchnich batystowych, dwa gorsety nowe i trzy spódnice.

W 1844 roku do Księgi Towarzystw Trzeźwości i Wstrzemięźliwości wpisano jedenaście służących w Choczni: Mariannę Wątroba, Reginę Bryndza, Zofię Romańczyk, Annę Zytkównę, Małgorzatę Drożdż, Annę Budzionkę, Teresę Płonka, Mariannę Legień, Annę Legień, Zofię Dydak i Reginę Sikora. W kolejnych latach zapisały się ponadto Katarzyna Bury i Regina Rzycka (1845), Wiktoria Zając i Rozalia Harnik (1862) oraz Marianna Stankowicz i Marianna Bylica (1863). Wymienione wyżej wywodziły się zarówno z rodzin od pokoleń osiadłych w Choczni, jak i spoza wsi. Do tej drugiej grupy zaliczały się też: Teresa Strobel, która w 1843 roku zmarła na zapalenie płuc w wieku 54 lat, Wiktoria Babiarczyk z Zawoi, służąca w domu nr 22, która w 1849 roku zmarła na cholerę, Teresa Habrzyk (1851), czy Anna Drobek, rodem z Lasu, która poślubiła również służącego Jana Ryłkę ze Stanisławia.

Znacznie później, bo pod koniec XIX wieku służyły w Choczni także Teresa Dziewiątka (1890), Anna Wierońska i Magdalena Spytkowska (1900), odnotowane w księgach chrztów jako matki nieślubnych dzieci, co w ówczesnych warunkach oznaczało społeczne napiętnowanie i dodatkowe trudności materialne.

Charakter i zakres pracy świadczony przez służące na wsi różnił się od obowiązków kobiet posługujących w domach miejskich. Dla służących w Choczni, a także np. Wiktorii Szczur w Witanowicach (1862), Marianny Balon w Inwałdzie (1875), Anny Szczur w Wieprzu (1883), Anny Kłaput we Frydrychowicach (1880), czy Agnieszki Kręcioch w Jawiszowicach (1874) dzień pracy był ściśle związany z rytmem przyrody i gospodarstwa. Do ich obowiązków należało dojenie krów, oporządzanie trzody chlewnej, praca w polu (podczas żniw czy wykopków), noszenie wody ze studni, a także pomoc w obejściu (przygotowywanie paszy i posiłków). Dla dziewczyny służącej na wsi, praca ta była najczęściej przedłużeniem jej dotychczasowej wegetacji. Nie dawała szans na awans społeczny – celem było uzbieranie skromnego wiana i wyjście za mąż za miejscowego parobka lub małorolnego chłopa.

Natomiast wyjazd na służbę do miasta, mimo ryzyka nadużyć, samotności i ciężkiej pracy, był dla wielu dziewcząt jedyną szansą na wyrwanie się z wiejskiej biedy. Dawał bezpośredni kontakt z nowoczesnością i szansę na ułożenie sobie życia w mieście. Praca służących w miastach koncentrowała się w zamkniętych przestrzeniach kamienic i willi. Musiały opanować miejskie standardy higieny i etykiety, a do ich zadań należało codzienne mycie lub froterowanie podłóg, palenie w piecach kaflowych, co wiązało się z dźwiganiem węgla na wysokie piętra, pranie delikatnych tkanin, prasowanie, zakupy na targach oraz gotowanie według wymagań chlebodawców.

Geografia zarobkowej migracji służących z Choczni obejmowała przede wszystkim pobliskie miasta i miasteczka. Wadowice, odległe zaledwie o kilka kilometrów, stanowiły naturalny cel poszukiwania pracy. W 1850 roku służącą była tam Marianna Zawiła, w 1853 Zofia Rokowska, w 1862 Marianna Wawer, w 1867 Marianna Rudzicka, a w 1868 Katarzyna Szczur. W kolejnych latach służbę w Wadowicach podejmowały między innymi: Anna Wawer (od 1871), Agata Góral i Teresa Łazowska (notowane w 1873), Marianna Płonka (1878), Magdalena Żak (1880), Anna Balon (1883), Franciszka Wojtala (1885) i Anna Putek z domu Garżel (1888), która później pracowała głównie jako praczka oraz prasowaczka, w tym także bielizny kościelnej i liturgicznej.

Jeżeli chodzi o sprzątanie choczeńskiego kościoła, to zajmowała się tym Marianna Koman, która za swoje usługi otrzymywała w 1894 roku 7 zł reńskich.

Służba w Wadowicach tragicznie skończyła się dla 18-letniej Teresy Klaczak, która zginęła w 1880 roku w gwałtownym, nocnym pożarze, który zniszczył dom jej pracodawcy. Dowodem problemów społecznych epoki był też przypadek służącej w Wadowicach Marianny Wawer, córki wyrobników, leczonej w 1862 roku na zgniłą chorobę, jak wówczas nazywano syfilis, przypadłość stygmatyzującą i trudną w leczeniu.

W 1887 roku z przyczyn naturalnych w wieku zaledwie 17 lat zmarła Rosa Silbiger, pochodząca ze Strumienia na Śląsku austriackim, która służyła u choczeńskiego szynkarza.

Świadectwem desperacji, do jakiej mogła doprowadzić bieda, była historia Marianny Koman. W 1875 roku ta dziewiętnastoletnia służąca stanęła przed ck Trybunałem Sądu Przysięgłych w Krakowie oskarżona o zbrodnię rabunku. Marianna pochodziła z Choczni, ale zamieszkiwała w Zawadce. Do czternastego roku życia wychowywała się przy rodzicach, później pracowała jako służąca. Nie umiała pisać i nie była dotąd karana. Jej stan majątkowy był skromny - posiadała wspólnie z rodzeństwem dziewięć mórg pola, którym po śmierci ojca administrował opiekun prawny. 21 marca 1875 roku Marianna wywabiła inną służącą, Salomeę Góra, pod stodołę Antoniego Zębatego w Wadowicach, położoną w pustym polu. Górówna dała się namówić, uwierzywszy w zmyślony sen o zmarłej matce Marianny, która prosiła o pieniądze na wybawienie od mięk piekielnych, a w zamian miała wskazać miejsce, w którym zakopana jest skrzynka z brzęczącymi monetami. Gdy ofiara przyniosła 5 florenów, zamiast żądanych 10, Marianna zaatakowała ją kamieniem, krzycząc:

Godoj psio krew kaj mos piniondze, bo cie zabije!, po czym uderzyła ją kilkakrotnie w głowę, biła pięścią między oczy, przydusiła kolanem do ziemi i kopała. Zakrwawione ubrania schowała w skrzyni u dziadków, ale została schwytana i skazana na pięć lat ciężkiego więzienia obostrzonego postem co czternaście dni, zwrot kosztów sądowych i zadośćuczynienie dla Górówny. Jako okoliczności łagodzące sąd przyjął jej młody wiek, dotychczasową niekaralność, przyznanie się do winy ze skruchą i stosunkowo niewielką szkodę. Bez tych okoliczności groziło jej od dziesięciu do dwudziestu lat więzienia.

Inne miasta galicyjskie również przyciągały kobiety z Choczni. W Krakowie w 1870 roku służyła Katarzyna Kumorek, a w późniejszych latach m.in.: Katarzyna Graca (1878), Katarzyna Szymonek (1884) i Marianna Wójcik (1887). Według spisu mieszkańców Krakowa z 1910 roku w stolicy Galicji przebywały także służące: Maria Twaróg (ur. 1892), Maria Graboń (ur. 1872), Helena Guzdek (ur. 1876), Albina Szczur (ur. 1865), Maria Wawro (ur. 1880) i posługaczka Marianna Kowalska z domu Gazda (ur. 1831).

Natomiast w Białej zatrudnienie znalazły Elżbieta Zając (1871) i Katarzyna Zając (1875), które wyszły tam za mąż. W Bielsku służyła Franciszka Bylica (1883), we Lwowie Marianna Wójcik (1884), w Tarnopolu Marianna Guzdek (1873), w Gorlicach Tekla Łopata (1873), a w Andrychowie w różnych okresach Anna Stanaszek (1855) i Teresa Szczur (1884), która znalazła zatrudnienie u hrabiostwa Bobrowskich w Andrychowie, co świadczyło o jej szczególnych kwalifikacjach lub rekomendacjach.

Migracje zarobkowe kobiet z Choczni wykraczały daleko poza granice Galicji. Na Morawach, w monarchii habsburskiej, służba domowa stanowiła atrakcyjną formę zatrudnienia. We Frydku pracowała Honorata Guzdek, a w 1876 roku w Morawskiej Ostrawie zatrudniona była Marianna Koman. Szczególnie interesujący jest przypadek Marii Hanusiak, która od 1900 roku pracowała jako służąca w Hranicach. Jej życie odsłania trudności samotnej migrantki - gdy urodziła nieślubne dziecko, jego utrzymanie stało się przedmiotem wieloletniej korespondencji i sporów między gminami Hranice i Chocznia, które usiłowały przerzucić na siebie wzajemnie ciężar finansowy opieki nad dzieckiem.

W granicach Rosji, w Romanowie w Królestwie Polskim służyła Regina Baczak (właściwie Lachendro), która w 1875 roku zamierzała wyjść tam za mąż. Niektóre kobiety znajdowały zatrudnienie nawet w Austrii - wieloletnią służącą była tam Wiktoria Spytkowska (ur. 1865), według niepotwierdzonych wspomnień pracująca także w domu rodziców Adolfa Hitlera, choć ten szczegół wymaga ostrożnego traktowania ze względu na brak wiarygodnych źródeł.




czwartek, 30 lipca 2026

List żołnierza i emigranta Adama Wcisły do rodziny w 1918 roku

 3 grudnia 1918 roku Adam Wcisło z Choczni, który od 7 lat przebywał w Chicago, wysłał list do swoich rodziców i rodzeństwa, w którym dzielił się z nimi swoimi wrażeniami i przeżyciami ze służby wojskowej w armii amerykańskiej na froncie francuskim w czasie I wojny światowej.

List ten pisany jest zaledwie 22 dni po zawieszeniu broni. Wcisło, żołnierz Kompanii C 108. Kolumny Amunicyjnej Amerykańskich Sił Ekspedycyjnych we Francji, jest już bezpieczny, ale wciąż przebywa w zniszczonej strefie frontowej w Brabant – okolice Verdun/Meuse.

W początkowych fragmentach listu opisuje swój pobyt na urlopie:

Ostatniego listopada wieczorem powróciłem do mej kompanii z urlopu szczęśliwie, zdrowo i cało. La Bourbolle, w departamencie Puy-de-Dome, to nazwa miejsca, gdzie spędziłem kilka wesołych i przyjemnych chwil. Rząd Stan. Zjed. wynajął kilka takich letnisk francuskich dla żołnierzy amerykańskich, którzy życzą sobie uprzyjemnić trochę życie żołnierskie we Francyi. Ośm dni spędziłem w tem nad wyraz pięknem i zdrowem miejscu. Odbyłem trzy pierwsze wycieczki w góry, a jedną na wodzie. Wycieczki tę były bardzo interesujące, gdyż cała niemal Francya jest pełna przeróżnych pięknych i starych pamiątek, o których nawet sami Francuzi nie wiele posiadają wiadomości. Byłem na jednej z wyżyn, na której według historycznych podań Cezar miał obozować ze swym wojskiem. Widziałem dom francuski który miał być budowany przed stu laty, zupełnie w dobrym stanie zachowany i zamieszkiwany do tego czasu. Dom ten ma tylko jedną izbę, która jest wszystkiem dla lokatora, a co dziwniejsze, że sypialnie są wewnątrz ścian izby oddzielone jedynie kotarami od reszty izby. Piłem tutaj świeże, ciepłe mleko słodkie, a także młóciłem żyto z chłopami francuskimi. Miałem nawet sposobność pić miód pszczelny prosto z ulów, kosztowałem koniaku, szampana i inne wina, ot tylko z ciekawości, jak one smakują. Innym razem pozwoliłem sobie na sporządzenie obiadu u pewnych ludzi francuskich i kazałem sobie zestawić go prosto z kuchni, aby sobie choć częściowo uprzytomnić nasz ukochany dom i drogą mamę krzątającą się koło stołu. Po takim sutym i przyjemnym obiedzie zwiedziłem wzgórze, gdzie znajduje się kaplica Najświętszej Maryi Panny pod nazwą „Notre Dame de Natzy”. Schodząc na dół drugą stroną wzgórza, drogą krętą, zauważyć można 14 krzyżów przedstawiających drogę krzyżową. 15-go sierpnia odbywa się tutaj odpust, na który wielkie rzesze pobożnego ludu francuskiego schodzą się, aby uczcić Najświętszą Maryę Pannę. Na tem więc miejscu westchnąłem do Matki Bożej, dziękując za wszelkie otrzymane łaski podczas życia żołnierskiego, a także nie zapomniałem o Was. Dalej w dolinie odwiedziłem bardzo stary kościółek z roku 1142-go w dobrym stanie jeszcze zachowany i oddający wierną usługę mieszkańcom okolicy.Dzień imienin Najdroższej Mamy spędziłem na miejscu. Rano udałem się do kościoła na Mszę św., podczas której przystąpiłem do Stołu Pańskiego na intencyę mojej ukochanej solenizantki. Mszę św. odprawił niewidomy ksiądz, prowadzony do ołtarza przez chłopczyka i tak samo z powrotem od ołtarza, a potem do domu. Jeżeli są wierni przystępujący do Stołu Pańskiego w czasie tejże Mszy św., inny ksiądz podaje Komunię św. Spowiedź św. odprawiłem u księdza francuskiego przy pomocy języka francuskiego, a więcej jeszcze przy pomocy samouczka francusko-angielskiego.

Widać tu naturalną i nienachalną religijność autora - Adam jest głęboko pobożnym człowiekiem, co w jego przypadku nie jest pozą, czy ozdobnikiem. Urlop stanowi dla niego ulgę psychiczną po miesiącach spędzonych na froncie, do których powraca w dalszej części listu:

Na miejscu będzie wspomnieć, jak obchodziłem Imieniny drogiego Ojca. Był to pierwszy piątek miesiąca. Zacięty najazd na linie niemieckie, rozpoczęty 26-go września, trwał w dalszym ciągu bez przerwy. Rano tegoż dnia pomodliłem się na intencyę Ojca, wsiadłem na „truck”, który co dopiero powrócił z frontu i pojechałem po amunicyę. Po naładowaniu tych śmiertelnych pigułek, dalej, co tchu w drogę na pozycye naszej artyleryi. Około trzeciej godziny po południu dotarliśmy do miejsce, gdzie walka trwała zażarta od dwóch dni. Na obydwóch wzgórzach i w dolinie były rozmieszczone armaty. W doline i na wzgórzu nasi milczą, gdyż nie mogą dosięgnąć celu i na razie postąpić, dalej, ponieważ lekka artylerya na przeciwległem wzgórzu praży nieprzyjaciela, a miejsca i cele artyleryi ciężkiej wyszukują lotnicy. Oczywiście, nieprzyjaciel nie próżnuje, a nawet — można powiedzieć, jest dosyć czynny w tem miejscu. Droga w pobliżu jest zatamowana ambulansami, odwożącymi ciężko rannych do polnych szpitali. Lżej ranni idą sami do szpitali, lub korzystając z ciężarowych samochodów amunicyjnych z uśmiechem na twarzy powracają z pola walki. Lekarze i członkowie „Czerwonego Krzyża” śpiesznie opatrują nadciągających rannych. Nie brak tu i kapelanów, którzy udzielają umierającym Sakramentu Ostatniego Namaszczenia. Poległych na razie nikt nie rusza; można ich w znacznej ilości widzieć. W międzyczasie praca i walka trwa bez przerwy. Do uszu dochodzi jeden daleki, głuchy huk, następnie przeraźliwy świst, a wreszcie eksplozya w samym środku drogi, którą posuwają się ambulanse i automobile z amunicyą. Zatrzymano cały konwój, a inżynierya zabrała się natychmiast do pracy. Skończono naprawę drogi; niemiecka artylerya umilkła na chwilę, lecz nasi gromią bez przerwy. Wyruszyliśmy dalej z amunicyą do miejsca przeznaczenia, a kiedy mijaliśmy zakręt, który żołnierze nazywają „doliną samobójstwa”, gdyż dość wielka liczba żołnierzy poległa tutaj, dojrzałem po raz pierwszy dwóch żołnierzy amerykańskich, leżących bez ruchu, z poszarpanemi członkami od niemieckiego szrapnela. Przykro mi było patrzeć na nich, lecz nie czas na rozmyślania i żale, gdyż nie ostatni to jeszcze widok. Szczęście nam służyło i bezpiecznie dotarliśmy do przeznaczonego miejsca. Wyładowaliśmy amunicyę i dalej w drogę na następną pozycyę Prusaka. W ten sam wieczór byłem zwolniony przez następną partyę. W ten sposób mniej więcej przeżyłem dzień imienin Ojca.

Adam opisuje jeden dzień z ofensywy pod Meuse-Argonne. Robi to w sposób rzeczowy, prawie reporterski, bez nadmiernego patosu. Tłumi emocje, gdy patrzy na poległych żołnierzy i mimo doznanego wstrząsu skupia się na dalszym działaniu. W ostatniej części listu relacjonuje aktualną sytuację po przerwaniu walk, monotonny okres w oczekiwaniu na powrót do domu:

W chwili obecnej wszystko to należy do przeszłości. Wojna jest już skończona. Nie mamy więc nic innego do czynienia, jak tylko cierpliwie czekać na powrót do Stanów Zjednoczonych. Kiedy to nastąpi nie można się w żaden sposób wywiedzieć; przypuszczam, że nastąpi to jednakże wkrótce. Rząd robi gorączkowe przygotowywania, aby swych ludzi wysłać tam gdzie należą. Miejscowych wiadomości niema wiele. Miasteczko jest zrujnowane a reszta budynków, które mniej ucierpiały od bombardowania są zamieszkiwane przez żołnierzy. Kościół jedynie w całości ocalał, reszta to masa gruzów. Życie żołnierskie jest tutaj bardzo monotonne, i poniekąd nudne. Trudno, koniecznością jest wytrwać do ostatka! Nie zimno tutaj, lecz dżdżysto i mglisto codziennie, co w pewnym stopniu przyczynia się wielce do tęsknoty i nudów. A jednak dzięki Bogu, bo jestem zdrowy i zadowolony ze wszystkiego. Kończę gdyż nie mam więcej materyału do pisania. Serdecznie pozdrawiam, całuję i życzę błogosławieństwa Bożego ukochanym Rodzicom, Rodzeństwu i Przyjaciołom.

Na podstawie tego listu Adam Wcisło wydaje się być człowiekiem dojrzałym emocjonalnie (miał wtedy 25 lat), bardzo świadomym – zauważa detale historyczne, kulturowe, religijne, wrażliwym, ale zdyscyplinowanym – umie odsunąć emocje, gdy trzeba wykonać zadanie oraz mocno zakorzenionym w tradycji (rodzina, wiara, Polska – choć pisze do Ameryki). Jego polski jest staranny, choć momentami widać wpływy angielskiego i wojskowego żargonu, a także edukacji w wadowickim gimnazjum.

List ma dużą wartość:

  • historyczną — jako świadectwo udziału Polonii w I wojnie światowej,
  • religijną — pokazując duchowość żołnierza na froncie,
  • kulturową — łącząc polskość, amerykańskość i doświadczenie francuskie,
  • literacką — jest żywy, obrazowy, dobrze skonstruowany.

poniedziałek, 27 lipca 2026

Chocznia 1903 - karczmy, młyny rzemiosło, handel

 Według austriackiego Zentralkataster z 1903 roku właścicielami młynów w Choczni byli: Bronisława Drożdż, Jakub Sikora, Agnieszka Styła, Antoni Styła, a dzierżawcą Franciszek Wenda. Z wcześniejszych źródeł wiadomo, że własność trzech choczeńskich młynów w górnej części wsi przechodziła z pokolenia na pokolenie w obrębie tych samych rodzin: Styłów zwanych Kotusiami, Burzejów i Romańczyków, w środkowej części istniał działał młyn Warmuzów, a swój młyn posiadali też właściciela Sołtystwa przy dzisiejszej Drapówce. Przedstawione wyżej zestawienie młynarzy w części potwierdza ten stan własności, ale zawiera też zaskakujące nazwiska. Z jednej strony są w nim Antoni Styła Kotuś, Bronisława Drożdż z domu Romańczyk, co pokazuje znany z późniejszych relacji fakt przejęcia młyna Romańczyków przez Drożdżów oraz Agnieszka Styła z domu Kręcioch, która po śmierci swojego pierwszego męża Antoniego Warmuza wyszła za Piotra Styłę, z drugiej pojawia się Jakub Sikora i Franciszek Wenda, którzy jako młynarze wymieniani są tylko w tym jednym zestawieniu. Z przedstawionych wyżej danych o młynach w Choczni łatwo wywnioskować, że Jakub Sikora, z zawodu kowal i Franciszek Wenda z Wieprza musieli być powiązani z młynami Burzejów i sołtysim, ale który z którym nie można w tej chwili stwierdzić.

W Zentralkataster podano również ówczesnych choczeńskich karczmarzy. Dzierżawcami prawa propinacji, czyli osobami które mogły zarówno wytwarzać alkohole, jak i jej sprzedawać byli Żydzi Maurycy Muenz (jednocześnie szynkarz wina) i Ludwik Goldberg. Pierwszy z nich zajmował się tym w lokalu położonym przy obecnej ul. Kościuszki, bezpośrednio przy granicy z Wadowicami (dzisiejsza ul. Graniczna), drugi raczej nie prowadził swojej działalności osobiście, gdyż jako karczmarz nie pojawia się w żadnym źródle dotyczącym Choczni, ale zapewne podnajmował to prawo jednemu z prowadzących wtedy karczmę w Choczni. W grę wchodzą tu wymieniony w Zentralkataster jako szynkarz wina Wolf Goldberger, mieszkający w pobliżu dzisiejszej remizy OSP i pozostali szynkarze, a a właściwie szynkarki: Franciszka Dunaj, Sali Goldberger (żona Wolfa) i Leni Rosenberg, prowadząca działalność w środkowej części wsi, naprzeciw dzisiejszego sklepu "Pokusa".

Jeżeli chodzi o choczeńskich handlarzy, to w ww. zestawieniu wymienieni są:

  • Ludwik Jura, handlujący dewocjonaliami i drewnianymi zabawkami,
  • Roesel Brenner, handlarka jajkami,
  • Lipmann Wachsmann, handlarz tekstylno-bławatny,
  • prowadzący trafiki tytoniowe: Wolf Goldberger, Maurycy Muenz, Lotti Muenz (matka Maurycego) i kowal Antoni Sikora, ówczesny wójt,
  • prowadzący sklepy z towarami mieszanymi: Roesel Brenner, Kacper Drapa, Wojciech Malata (podano błędnie Malota) i Leni Rosenberg,
  • kramarze Wolf Goldberger i Anna Świętek, prowadząca sklepik Kółka Rolniczego (matka znanego z okresu II wojny sołtysa Władysława Świętka).
Zentralkataster wylicza też nielicznych choczeńskich rzemieślników:
  • rzeźnika Mojżesza Haasa, mieszkającego przy moście na Choczence,
  • krawca Jana Kumalę, którego dom znajdował się w pobliżu Wadowic, 
  • lakiernika i malarza pokojowego Franciszka Majkuta,
  • kowali Antoniego Sikorę i jego starszego brata Jakuba Sikorę,
  • cholewkarza Israela Bleiberga.


wtorek, 21 lipca 2026

Choczeńscy służący w okresie przed odzyskaniem niepodległości

 

W galicyjskiej Choczni służba stanowiła jedną z najliczniejszych warstw społecznych. Setki jej mieszkańców tej zarabiało na życie jako parobkowie, służący, woźnice czy pasterze, zatrudniani zarówno w lokalnych gospodarstwach, jak i w odległym Krakowie, a nawet poza granicami Galicji.

Już w pierwszej połowie XIX wieku źródła parafialne i gminne odnotowują obecność licznej grupy służących wśród mieszkańców Choczni. W 1806 roku podczas epidemii tyfusu zmarł 12-letni Jan, służący u Klemensa Wójcika,[1] a w 1820 roku wśród osób wnoszących zwyczajowy dar za przywilej przebywania na chórze podczas mszy świętej znalazł się Maciej Janczakowski, sługa bogatego gospodarza Jana Ścigalskiego.[2] Samo pojawienie się nazwiska służącego w tym kontekście pokazuje, że przynajmniej część tej grupy społecznej mogła aspirować do pewnego miejsca w lokalnej hierarchii.

Szczególnie cenne są zapisy z Księgi Towarzystw Trzeźwości i Wstrzemięźliwości, które pozwalają poznać imiona i nazwiska konkretnych służących. W 1844 roku do tych Towarzystwa przystąpili służący: Mateusz Graca, Jędrzej Sabuda, Bartłomień Cibor, Antoni Sabuda i Franciszek Hanusiak. Rok później dołączył do nich Franciszek Wyka. W latach sześćdziesiątych XIX wieku szeregi członków Towarzystwa zasilili kolejni służący: w 1862 roku Tomasz Wójcik, rok później Michał Kręcioch, a w 1864 Wojciech Bielański.[3]

Życie służących bywało krótkie i pełne niedostatku. W 1847 roku zmarł w Choczni służący Franciszek Pawlica z Inwałdu oraz Franciszek Wyka z Gorzenia – ten sam, który zaledwie dwa lata wcześniej przystąpił do Towarzystwa Trzeźwości.[4]

Władze galicyjskie i lokalny samorząd dostrzegały potrzebę regulacji prawnej statusu służących oraz ich ochrony przed najgorszymi formami wyzysku. W 1867 roku władze zwierzchnie zalecały utworzenie w Choczni kasy oszczędności dla służących, która mogłaby stanowić dla nich wsparcie w chorobie czy zubożeniu.[5] Tego samego roku, na siódmym posiedzeniu Rady Gminnej w dniu 30 czerwca, ustanowiono Regulamin Gminny zawierający przepisy policyjne obowiązujące na terenie gminy. Szczególną uwagę poświęcono w nim kwestii służby najemnej. Obowiązkiem mieszkańców było zgłaszanie w ciągu trzech dni do zwierzchności gminnej pobytu obcych służących nieposiadających książeczek służbowych. Książeczka służbowa stanowiła w ówczesnym systemie prawnym podstawowy dokument tożsamości osób zatrudnionych jako służba domowa – jej brak wzbudzał uzasadnione podejrzenia co do uczciwości danej osoby.

Z kolei Punkt 39. Regulaminu dotyczył stosunków między pracodawcami a służbą najemną i zawierał dwa istotne zakazy: namawiania służących do podjęcia pracy przed 15 listopada oraz wydalania ich z pracy, gdy ustaną pod jesień paść bydło.[6] Przepisy te odzwierciedlały specyfikę wiejskiego rynku pracy, opartego na rocznym cyklu zatrudnienia, rozpoczynającym się tradycyjnie w dniu świętego Marcina, czyli 11 listopada, lub w jego okolicach. Namawianie służących do wcześniejszej zmiany pracodawcy zakłócało ten ustalony porządek i mogło prowadzić do zrywania umów w trakcie ich obowiązywania. Zakaz wydalania służących po zakończeniu sezonu pastwiskowego chronił pracowników przed pozbawieniem ich zatrudnienia i dachu nad głową w przededniu zimy.

Mimo tych regulacji ochronnych, problemy na rynku pracy służących wcale nie ustały. Wręcz przeciwnie – pod koniec wieku nasiliły się do tego stopnia, że wymusiły interwencję Rady Gminnej. W 1891 roku podjęto uchwałę dotyczącą bardzo konkretnego problemu: samowolnego porzucania pracy przez służących oraz odpowiedzialności gospodarzy, którzy takich zbiegów przyjmują. Relacje między służbą a gospodarzami regulowała wówczas tzw. Ustawa Służebna, a lokalne rady gminne doprecyzowywały ją, by ukrócić chaos na rynku pracy, szczególnie przed końcem roku.

Uchwała przewidywała kary za porzucenie służby przed terminem, czyli przed upływem sześciu tygodni przed końcem roku służby. Służący, którzy brali zadatek – zaliczkę na poczet przyszłej pracy – a potem porzucali służbę bez słusznej przyczyny, podlegali karze. Co jednak szczególnie istotne, Rada Gminna chciała ukarać także gospodarzy, którzy przyjmowali do służby osoby zbiegłe od innego gospodarza przed rozwiązaniem ich poprzedniego stosunku pracy. Zarówno służący, jak i nowi gospodarze mieli być karani grzywną w wysokości od 1 do 5 złotych reńskich. Pieniądze z tych grzywien przeznaczano na ubogich – była to powszechna praktyka w Galicji, gdzie kary administracyjne zasilały fundusz ubogich danej gminy. W sporach o zadatek rolę arbitra pełnił wójt, który rozstrzygał, czy doszło do złamania prawa gminnego.[7]

Ten zapis świadczy o tym, że w Choczni pod koniec XIX wieku istniał duży problem z tzw. podkupywaniem służby lub jej ucieczkami. Gospodarze byli zdesperowani, by utrzymać ręce do pracy, a służący często szukali lepszych warunków, nie zważając na zawarte umowy. Rada Gminna, wprowadzając kary finansowe, próbowała wymusić lojalność i porządek prawny w relacjach pan-sługa. Regulacja ta ujawnia istotny aspekt społeczny galicyjskiej wsi – obecność warstwy ludzi najemnych, których sytuacja ekonomiczna była na tyle niepewna, że wymagała ochrony prawnej przed wyzyskiem ze strony zamożniejszych gospodarzy.

Konkretne losy poszczególnych służących z Choczni pokazują różnorodność ich karier życiowych. Ludwik Ramza w 1889 roku pozostawał w służbie u starosty Dunajewskiego w Żywcu[8] – była to zapewne prestiżowa posada u wysokiego urzędnika administracji austro-węgierskiej. Antoni Romańczyk (ur. 1839), rozpoczął karierę jako służący, ale udało mu się awansować społecznie – został kupcem solnym w Krakowie i zamieszkał przy ulicy Garncarskiej. Ten przykład pokazuje, że dla niektórych służba była jedynie etapem na drodze do lepszego życia. Inny przedstawiciel tego rodu - Piotr Romańczyk (ur. 1879 w Inwałdzie), przez wiele lat pracował jako woźnica hrabiego Adama Romera. Zamieszkiwał w domu Romera w Nowym Jiczynie oraz w dworze w Inwałdzie, gdzie spędził znaczną część swojego życia u boku arystokratycznej rodziny.[9] Służącym w choczeńskim dworze sołtysim w 1871 roku był pochodzący spod Bańskiej Bystrzycy na Słowacji Wojciech Woryś.[10]

Niektórzy choczeńscy służący związali swoje życie z instytucjami kościelnymi. Józef Kręcioch (ur. 1869), przez 30 lat pracował w gospodarstwie rolnym klasztoru ojców karmelitów w Wadowicach. Gdy zmarł, został pochowany w kwaterze klasztornej na cmentarzu parafialnym w Wadowicach[11] – ten szczególny przywilej świadczy o tym, że był ceniony przez zakonników i traktowany niemal jak członek wspólnoty. Z kolei Ignacy Nowak (ur. 1867) w 1910 roku był służącym u bonifratrów w Krakowie.[12] W Krakowie służył w tym czasie również Ludwik Szczepaniak, a w Białej Józef Pindel (ur. 1888).[13]

Nierzadko całe rodziny wchodziły na drogę służby – przykładem może być zapis w aktach spadkowych zmarłego w 1906 roku Józefa Widlarza,  z którego wynika, że obaj jego dorośli bracia byli służącymi: Piotra Widlarz u Franciszka Malaty, a Franciszek Widlarz u Ludwika Malaty, brata ww. Franciszka.[14]

Najcenniejszym źródłem do poznania codziennego życia służących są wspomnienia Józefa Sępka, który w przejmujący sposób opisał swoje doświadczenia jako dziecko-służący.[15] Józef miał zaledwie około 11 lat, gdy bieda zmusiła go do podjęcia pracy. Jego ojciec pracował poza domem i nie wspierał rodziny finansowo. Gdy matka robiła mu wyrzuty, że zapomina o dzieciach, które cierpią głód, odpowiadał, że dzieci niech idą służyć, że on od sześciu lat służył. Jako pierworodny Józef Sępek rozpoczął iście krzyżową drogę, jak sam ją nazywał. Z początku uciekał ze służby do domu, ale to nic nie pomagało – trzeba było zostać. Gospodyni posyłała go do szkoły tylko dwa razy w tygodniu, ot tak aby kary tylko za mnie nie zapłacić. Trzeba było pracować, a nie uczyć się. Chociaż formalnie miał tylko paść krowy, w rzeczywistości był do wszystkiego. Jako uposażenie miał otrzymać 25 reńskich na rok. Miał straszny kłopot z czterema krowami, które musiał paść na powrozie, gdyż pastwisk było niewiele – tylko wzdłuż drogi polnej, po której obu stronach rosły ziemniaki i zboże.

Dzień pracy zaczynał się o trzeciej rano. We znaki dawało się szczególnie noszenie wody w drewnianych konewkach, które próżne były ciężkie, a co dopiero z wodą. Mozolne było także mielenie zboża na żarnach dla świń i na mąkę na chleb. Zimą, oprócz tego, musiał wstawać wcześnie rano i iść młócić zboże w stodole razem z dorosłymi parobkami wynajętymi do tego celu. Zamiast pieniędzy za jego pracę matka pobierała zwykle na przednówku żyto lub ziemniaki, których brakowało dla wyżywienia reszty rodzeństwa, a on sam musiał chodzić w łachmanach.

Józef Sępek ze smutkiem konstatował: Ileż to dzieci dziś żyje w podobnych warunkach, a może w jeszcze gorszych. Co za piękna rola humanitaryzmu byłaby do spełnienia i ile łez przez to można by obetrzeć! Te same koleje przeszli jego dwaj młodsi bracia. Gdy tylko trochę odrośli, musieli i oni iść na służbę, nie skończywszy nawet szkoły. Józef uważał się za szczęściarza, ponieważ ukończył wszystkie cztery klasy szkoły ludowej.

Wspomnienia Sępka pokazują, że mimo regulacji prawnych i deklarowanych troski władz o los służących, rzeczywistość była brutalna. Dzieci w wieku szkolnym musiały pracować ponad siły, pozbawione możliwości edukacji i normalnego dzieciństwa. System służby opierał się na wykorzystywaniu najsłabszych – ubogich rodzin, które nie mogły wyżywić swoich dzieci, oraz samych dzieci, które za ciężką pracę otrzymywały jedynie wyżywienie, często nawet nie w postaci pieniędzy, ale produktów żywnościowych przekazywanych rodzicom.



[1] Liber Mortuorum I 1806 s. 74-77

[2] Kronika Parafialna s. 14

[3] Archiwum Parafialne w Choczni, Księga Towarzystw Trzeźwości i Wstrzemięźliwości

[4] Liber Mortuorum II 1847 s. 126, 114

[5] Księga Protokołów Posiedzeń Gromadzkich s. 10

[6] Księga Protokołów Posiedzeń Gromadzkich s. 11-12

[7] Księga Protokołów Posiedzeń Gromadzkich s. 166

[8] Protocollum Gestorum 1872-90, wpis z 12.05.1889

[9] P. Malata, W Choczni i z Choczni. Kto był kim? s. 274, 276, 178

[10] Liber Baptisorum V wpis z 21.12.1871

[11] P. Malata, W Choczni i z Choczni. Kto był kim? s. 178

[12] AN w Krakowie, Spis ludności miasta Krakowa z r. 1910 syg. 29/90/0

[13] P. Malata, Dzieje dawnych choczeńskich rodów, s. 220

[14] AP w Katowicach o. w Bielsku-Białej, C.K. Sąd Powiatowy w Wadowicach, Akta pertraktacji spadkowej po Józefie (Józef) Widlarz z Choczni syg. 13/667/0/2.4/443 

[15] J. Turała, Kronika wsi Chocznia t II cz I r. 24