piątek, 10 kwietnia 2026

Śp. Henryk Ramęda

 Dziś o 11.00 w kościele pod wezwaniem św. Jana Bosko w Szczecinie zostanie odprawiona msza pogrzebowa śp. Henryka Ramędy, po której Zmarły zostanie odprowadzony do miejsca spoczynku na Cmentarzu Centralnym.


Henryk Andrzej Ramęda (18.01.1942 - 03.04.2026) był człowiekiem wielu talentów - marynarzem przemierzającym oceany, fachowcem w dziedzinie bezpieczeństwa morskiego, działaczem społecznym i politycznym, a także poetą z duszą romantyka. Pozostanie w pamięci jako Chocznianin, który przemierzał świat, nie zapominając o swoich korzeniach.

Urodził się w okupowanej przez Niemców Choczni jako syn Jana Ramendy i jego żony Marii z Guzdków. W latach 1949-56 uczęszczał do choczeńskiej szkoły podstawowej, a swoje wspomnienia z tego czasu przedstawił czytelnikom bloga Chocznia kiedyś w 2016 roku - link.

Po uzyskaniu podstaw edukacji kontynuował naukę w wadowickim Liceum Ogólnokształcącym, które ukończył maturą w 1960 roku. Czuł się z tą szkołą związany przez całe życie, o czym świadczy jego aktywność w stowarzyszeniu absolwentów.

W roku akademickim 1960/61 podjął studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Ciekawość świata skierowała go jednak na morze - w 1962 roku wstąpił do Państwowej Szkoły Rybołówstwa Morskiego w Gdyni.

Jego kariera morska była imponująca: pracował jako oficer mechanik w Przedsiębiorstwie Połowów Dalekomorskich i Usług Rybackich „Odra" w Świnoujściu, następnie w latach 1973-78 był pracownikiem naukowo-technicznym oraz oficerem dydaktycznym na statku szkolnym szczecińskiej Wyższej Szkoły Morskiej. Jednocześnie studiował zaocznie, uzyskując w 1979 roku na Wyższej Szkole Morskiej w Szczecinie dyplomy inżyniera mechanika okrętowego i starszego oficera mechanika.

Od 1978 do 1986 pracował w Polskiej Żegludze Bałtyckiej w Kołobrzegu, później przez kilka lat pływał u obcych armatorów.

W 1992 roku osiadł na stałe na lądzie, nie tracąc jednak kontaktu z żeglugą. Został kierownikiem Zespołu ds. Współpracy z Międzynarodowymi Organizacjami Morskimi w Urzędzie Morskim w Szczecinie (1993-96 jako główny specjalista ds. IMO). Później przeszedł do firmy armatorskiej Euroafrica, gdzie został pełnomocnikiem zarządu ds. systemów zarządzania bezpieczeństwem i jakością.

W 2000 roku został wpisany na listę ekspertów IMO (Międzynarodowej Organizacji Morskiej). W latach 2001-04 był inspektorem państwa bandery Malty, St. Vincent i Belize. W 2005 otrzymał rekomendację Związku Armatorów Polskich na stanowisko podsekretarza stanu ds. gospodarki morskiej. Od czerwca 2006 do marca 2007 pełnił funkcję dyrektora ds. Inspekcji Morskiej w Urzędzie Morskim w Szczecinie, gdzie zorganizował sympozjum uzasadniające lokalizację gazoportu LNG w Świnoujściu. Od 2008 roku był zastępcą dyrektora ds. inspekcji morskich w UM.

W okresie PRL angażował się w kolportaż wydawnictw emigracyjnych, które ze Szczecina przywoził w rejon Wadowic. Po 1989 roku aktywnie uczestniczył w transformacji politycznej - kandydował w wyborach sejmowych w 1997 roku z listy Unii Wolności oraz do rady miasta w Szczecinie w 2002 roku. W 2010 roku był członkiem Szczecińskiego Społecznego Komitetu Poparcia Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich.

Jeżeli chodzi o jego działalność związkową, to należy wspomnieć o jego aktywnym członkostwie w Stowarzyszeniu Starszych Mechaników Morskich, Towarzystwie Okrętowców Polskich Korab oraz o roli jaką odegrał w powołaniu Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Okrętowych Służb Technicznych. Był także współredaktorem dwumiesięcznika dla marynarzy "Stella Maris", a później "Naszego Morza".

Henryk Ramęda był nie tylko wybitnym fachowcem od spraw morskich, ale także utalentowanym literatem. Jego prace fachowe obejmują:

- książkę "System zarządzania bezpieczeństwem" (1998)

- książkę "Zarządzanie bezpieczeństwem statku" (2009)

- liczne artykuły w czasopismach "Budwonctwo Okrętowe", "Nasze Morze" i "Safety at Sea International".

Jako poeta i prozaik opublikował:

- "Zapiski marynarza" (opowiadania, 2001)

- "Przebudzenie serca" (wybór wierszy, 2006; wyd. 2 poprawione i uzupełnione, 2018)

- wiersze i opowiadania w czasopismach: "Stella Maris", "Niedziela", "Peryskop" i "Przebudzenie" (Wadowice). B

Był także autorem "Słowa na pięćdziesięciolecie kapłaństwa Księdza Edwarda Stańka" w III części książki "Być jak Chrystus".

Choć życie zawodowe związało go ze Szczecinem, Henryk Ramęda nie zapomniał o swoich korzeniach. W 1999 roku zamieścił na łamach "Wadovian" wspomnienie o Gustawie Studnickim, później na stronie stowarzyszenia absolwentów artykuł o ks. Zacherze i Janie Pawle II, a w 2017 roku w żywieckich "Groniach" - "Balladę o Józku Wróblu z Choczni, poecie i muzyku".

Ze związku małżeńskiego z Marią z Dąbrowskich (nauczycielką, również pochodzącą z Choczni, zmarłą w 2011 roku) miał dwoje dzieci: syna Arkadiusza Ramędę (dr ekonomii, radcę w Ministerstwie Finansów RP) i córkę Joannę Ramęda-Pilip (notariusza).

O zmarłym Henryku Ramędzie przeczytać można również w książce Marii Biel-Pająk i Agnieszki Jusińskiej "Dotknięci iskrą Bożą".




piątek, 3 kwietnia 2026

Spór sądowy o młyn między hrabią Bobrowskim a Szczurami (1815)

Gdy chłop wygrał z hrabią – wyrok sprzed dwustu lat,

który ocalił chłopską własność młyna w Choczni

 Wyrok Cesarsko-Królewskiego Sądu Szlacheckiego w Tarnowie z 22 sierpnia 1815 roku, zintabulowany (czyli wpisany do ksiąg wieczystych) we Lwowie 27 marca 1817 roku – opowiada historię, w której chłopska rodzina młynarska stanęła naprzeciw hrabiego i… wygrała.

Strony konfliktu: hrabia kontra wdowa i sieroty

Powód: Wincenty Hrabia Bobrowski

Wincenty Seweryn Ferrariusz Kazimierz Antoni Bobrowski herbu Jastrzębiec (1765–1835) nie był postacią marginalną. Urodzony w Nidku, był jednym z zamożniejszych posiadaczy ziemskich zachodniej Galicji. Właściciel Choczni (od 1803 roku, po wuju Janie Chrzcicielu Biberstein Starowieyskim), a w różnych okresach życia także Wieprza, Łęk, Grojca, Babic, Poręby Wielkiej, Rudz, Zaborza i Rajska – był człowiekiem rozległych wpływów i ambicji majątkowych. Nie był przy tym pozbawiony pobożności: w 1810 roku ofiarował 300 złotych reńskich na malowanie ołtarza w kościele choczeńskim, a dwa lata później współfundował monstrancję zakupioną aż w Wiedniu. Spoczął w kościele św. Bartłomieja w Porębie Wielkiej.

Taki człowiek – arystokrata, dziedzic, fundator kościelny – w 1815 roku pozwał przed sąd rodzinę zmarłego młynarza.

Pozwani: spadkobiercy Jakuba Szczura

Po drugiej stronie sali sądowej (a raczej: po drugiej stronie łacińskiego pozwu) stanęła familia zmarłego szesnaście lat wcześniej Jakuba Szczura – wójta i młynarza choczeńskiego. Jakub Szczur (1719–1799) był postacią niezwykłą, jedną z tych, które w historii chłopskiej Galicji pojawiają się rzadko, bo chłopi rzadko zostawiali po sobie ślad w dokumentach, a jeśli już – to zwykle jako przedmiot cudzych decyzji, nie jako podmiot.

Szczur był inny. W 1750 roku, za kwotę 500 złotych górskich, kupił od Franciszka Piaskowicza młyn, staw i półrolek – a więc przeprowadził transakcję handlową, udokumentowaną i prawnie wiążącą. Był przysiężnym choczeńskim (ławnikiem), notowanym w Księdze Sądowej od 1749 roku, a od 1770 roku pełnił funkcję wójta. Jego gospodarstwo w 1789 roku przynosiło trzeci co do wielkości dochód roczny w całej Choczni. W 1798 roku – a więc rok przed śmiercią, w wieku 79 lat – uzyskał jeszcze zgodę na budowę jazu na potoku Capówka.

Ale życie Jakuba Szczura nie było sielanką. Ówczesny właściciel Choczni, Jan Biberstein Starowieyski (ten sam, po którym schedę przejął później hrabia Bobrowski), skazał go na 25 plag i 5 dni aresztu o chlebie i wodzie – za odmowę odrabiania dniówek pańszczyźnianych. Szczur, jako właściciel młyna nabytego za gotówkę, najwyraźniej uważał, że pańszczyzna go nie dotyczy, albo przynajmniej nie w takim wymiarze. Dwór myślał inaczej.

Jakub Szczur zmarł 7 października 1799 roku w Choczni, w wieku 80 lat, jako żonaty po raz trzeci – jego ostatnia żona, Franciszka z domu Żak, była od niego młodsza o 49 lat (poślubił ją w 1787 roku, mając lat 68). Był też najstarszym znanym ojcem dziecka w Choczni – doczekał się potomka w wieku 80 lat i 5 miesięcy. Rekordzista demograficzny XVIII-wiecznej wsi.

Po jego śmierci pozostali:

- Franciszka Szczurowa – wdowa (ta sama, młodsza o pół wieku),

- córki: Katarzyna Dąbrowska, Zofia Pindelowa, Regina Odrobinowa i Franciszka,

- oraz małoletni synowie: Franciszek, Józef, Mateusz, Wojciech i kolejna córka Katarzyna – reprezentowani przez opiekunów prawnych.

To właśnie ta gromadka – wdowa, zamężne córki i niepełnoletnie dzieci – musiała w 1815 roku bronić się przed roszczeniami hrabiego.

O co walczył hrabia?

Przedmiot sporu był jasny i materialny: młyn we wsi Chocznia wraz z gruntami – w tym polem zwanym „Pytlikowskim" – budynkami, urządzeniami młynarskimi i wszelkimi przynależnościami. Bobrowski domagał się nie tylko zwrotu samego młyna (a więc wywłaszczenia rodziny Szczurów), ale również rozliczenia dochodów, jakie młyn przyniósł spadkobiercom od czasu śmierci Jakuba.

Mówiąc wprost: hrabia chciał zabrać rodzinie to, co ich ojciec i dziadek kupił za własne pieniądze 65 lat wcześniej, a na dokładkę zażądać rekompensaty za to, że przez te lata z młyna korzystali.

Na jakiej podstawie? Dokument tego wprost nie precyzuje, ale kontekst epoki pozwala domyślać się kilku możliwych argumentów:

1. Prawo dominialne – w systemie feudalnym właściciel dóbr ziemskich (dominium) mógł twierdzić, że młyn, jako element infrastruktury wsi, jest częścią jego majątku dominialnego, niezależnie od tego, kto go fizycznie użytkuje. Chłop mógł „kupić" młyn, ale w oczach pana był to co najwyżej czynsz dzierżawny, nie przeniesienie własności.

2. Zmiana właściciela dóbr – Bobrowski przejął Chocznie po wuju Starowieyskim około 1803 roku. Mógł nie uznawać ustaleń poprzednika lub interpretować je inaczej.

3. Spory o pańszczyznę – skoro Jakub Szczur jeszcze za życia był karany za odmowę pańszczyzny, nowy dziedzic mógł kontynuować politykę „dyscyplinowania" chłopskiej niezależności – tym razem metodą prawną, nie batem.

Dlaczego sąd był akurat w Tarnowie?

Dla współczesnego czytelnika może być zaskakujące, że sprawa dotycząca młyna w okolicach Wadowic trafiła do sądu w odległym o ponad 100 kilometrów Tarnowie. Wyjaśnienie tkwi w strukturze sądownictwa galicyjskiego pod panowaniem austriackim.

Mieścił się tu C.K. Sąd Szlachecki (Forum Nobilium) – instytucja właściwa dla spraw, w których przynajmniej jedną ze stron był szlachcic.

W austriackim systemie prawnym szlachta podlegała odrębnej jurysdykcji. Forum Nobilium (Sąd Szlachecki) rozpatrywał sprawy cywilne i niektóre karne z udziałem osób stanu szlacheckiego. Ponieważ powodem był hrabia Bobrowski – a więc osoba o statusie szlacheckim – sprawa automatycznie trafiała przed ten sąd, niezależnie od tego, że pozwani byli chłopami.

Sąd Szlachecki w Tarnowie obejmował swoją jurysdykcją rozległy obszar zachodniej i środkowej Galicji. Stąd rodzina Szczurów z okolic Wadowic musiała bronić swoich praw w oddalonym Tarnowie – co samo w sobie stanowiło niemałe obciążenie dla chłopskiej rodziny, zarówno finansowe, jak i logistyczne.

---

 Wyrok: zwycięstwo chłopów

Sąd pod przewodnictwem Kazimierza Michałowskiego, radcy C.K. Sądu Szlacheckiego, wydał 22 sierpnia 1815 roku wyrok, który – biorąc pod uwagę realia epoki – można uznać za sensacyjny.

Orzeczono, że spadkobiercy Jakuba Szczura: „nie są zobowiązani do zwrotu młyna położonego we wsi Chocznia, wraz z gruntem zwanym Pytlikowskim, ani innych gruntów należących do tego młyna, wszystkich budynków, struktur i narzędzi."

Co więcej: „Ani też nie są zobowiązani do rozliczenia się z dochodów uzyskanych z tego młyna, gruntów i budynków na rzecz powoda."

Koszty procesowe zniesiono wzajemnie – co oznacza, że każda strona ponosiła własne wydatki. To standardowa formuła, ale warto zauważyć, że sąd nie obciążył chłopskiej rodziny kosztami procesu wytoczonego przez hrabiego.

Innymi słowy: hrabia przegrał na całej linii. Młyn pozostał własnością Szczurów. Dochody z niego były ich dochodami. A Bobrowski nie dostał ani młyna, ani grosza.

Dlaczego chłopi mogli wygrać? Kontekst prawny epoki

Wyrok ten nie był przypadkiem ani kaprysem sędziego. Był konsekwencją głębokich przemian prawnych, jakie w Galicji zapoczątkowały reformy oświeceniowe monarchii habsburskiej.

Cesarz Józef II (panujący 1780–1790) przeprowadził serię radykalnych reform, które – choć w wielu aspektach cofnięte przez jego następców – trwale zmieniły pozycję prawną chłopów w monarchii austriackiej:

- Patent o zniesieniu poddaństwa osobistego (1781/1782) – chłopi galicyjscy przestali być „przywiązani do ziemi", zyskali prawo do opuszczania wsi, zawierania małżeństw bez zgody pana i kształcenia dzieci.

- Regulacje dotyczące pańszczyzny – ograniczono wymiar pańszczyzny i wprowadzono zasadę, że chłop nie może być karany arbitralnie przez pana (choć w praktyce, jak widać na przykładzie Jakuba Szczura i jego 25 plag, zasada ta bywała łamana).

- Prawo do własności – chłopi uzyskali prawo do nabywania i posiadania nieruchomości na własność, a transakcje takie, odpowiednio udokumentowane, były chronione przez prawo.

W 1812 roku weszedł w życie na terenie całej monarchii habsburskiej Powszechny Kodeks Cywilny (ABGB) – jeden z najnowocześniejszych aktów prawnych ówczesnej Europy. Kodeks ten:

- gwarantował ochronę własności prywatnej, niezależnie od stanu społecznego właściciela,

- uznawał ważność umów kupna-sprzedaży zawartych zgodnie z prawem,

- wprowadzał zasadę równości stron przed sądem cywilnym.

Jakub Szczur kupił młyn w 1750 roku – 65 lat przed procesem. Transakcja była udokumentowana (znamy kwotę: 500 złotych górskich, nazwisko sprzedawcy: Franciszek Piaskowicz). W świetle ABGB, obowiązującego w momencie wydawania wyroku, prawo własności Szczurów do młyna było nie do podważenia.

Znaczenie wyroku

Nie należy idealizować austriackiego wymiaru sprawiedliwości w Galicji – system ten miał mnóstwo wad, a chłopi w praktyce często pozostawali bezsilni wobec szlachty. Ale ten konkretny przypadek pokazuje, że mechanizmy prawne ochrony własności chłopskiej istniały i czasem działały. Sąd Szlachecki – sąd obsadzony przez szlachtę, powołany dla szlachty – wydał wyrok na korzyść chłopskiej rodziny przeciwko hrabiemu. To świadectwo tego, że praworządność nie była w Galicji pustym słowem – przynajmniej nie zawsze.

Intabulacja: pieczęć ostateczna

Wyrok z 1815 roku zyskał dodatkową moc prawną 27 marca 1817 roku, kiedy został zintabulowany – czyli wpisany do ksiąg wieczystych (Tabula Krajowa) we Lwowie, ówczesnej stolicy Galicji.

Intabulacja oznaczała wpis do tzw. stanu biernego (obciążeń) dóbr Chorzowa w Księdze Dóbr prowadzonej dla prowincji galicyjskiej. W praktyce znaczyło to, że:

1. Wyrok stał się faktem prawnym wiążącym wobec osób trzecich.

2. Nikt – ani Bobrowski, ani żaden przyszły nabywca dóbr choczeńskich – nie mógł już kwestionować prawa Szczurów do młyna.

3. Akt ten stanowił trwałe zabezpieczenie hipoteczne praw rodziny młynarskiej.

Dwuletnia zwłoka między wyrokiem (1815) a intabulacją (1817) nie była niczym nadzwyczajnym – procedury biurokratyczne w galicyjskiej administracji austriackiej były notorycznie powolne, a droga z Tarnowa do Lwowa – zarówno fizyczna, jak i urzędowa – wymagała czasu i cierpliwości.

Co mówi nam ten dokument?

Historia wyroku z 1815 roku to pozornie drobny epizod – lokalny spór o młyn w małej galicyjskiej wsi. Ale w istocie jest to mikrohistoria, która odsłania makroprocesy:

1. Napięcie między starym a nowym porządkiem. Hrabia Bobrowski reprezentował feudalną logikę, w której pan jest właścicielem wszystkiego na terenie swoich dóbr. Rodzina Szczurów – chłopską logikę kupionej i zapracowanej własności. Sąd austriacki stanął po stronie tej drugiej.

2. Realność reform józefińskich. Reformy Józefa II bywają opisywane jako odgórne, niepełne, cofnięte przez następców. Ten dokument pokazuje, że ich skutki prawne przetrwały dekady i miały realne przełożenie na życie konkretnych ludzi.

3. Chłopska sprawczość. Jakub Szczur nie był bierną ofiarą systemu. Kupował nieruchomości, pełnił funkcje publiczne, odmawiał pańszczyzny, budował jazy. Jego spadkobiercy – wdowa i dzieci – potrafili obronić swoje prawa przed sądem, zapewne przy pomocy wynajętego adwokata (bo o prowadzeniu sprawy sądowej w języku łacińskim przed Forum Nobilium bez profesjonalnej pomocy prawnej nie mogło być mowy).

4. Ciągłość konfliktów. Spór Bobrowskiego ze Szczurami miał korzenie sięgające co najmniej czasów Jana Biberstein Starowieyskiego i jego 25 plag wymierzonych Jakubowi. To był konflikt pokoleniowy – dziedzic kontra młynarz, pan kontra chłop – toczony różnymi metodami przez dziesięciolecia.

poniedziałek, 30 marca 2026

Budowa plebanii pod koniec XIX wieku

Decyzja o budowie nowej, murowanej plebanii w Choczni zapadła 8 grudnia 1887 roku. Rada Gminna postanowiła wówczas nie tylko przystąpić do realizacji tej inwestycji, ale także corocznie wspierać ją środkami gminnymi oraz dostarczać niezbędne materiały budowlane. Na początku planowano wykorzystać między innymi fundusze pozostałe po zbiórce na ukończenie wieży kościelnej, przeznaczając je na sprowadzenie kamienia.

Kolejnym krokiem była uchwała z 2 grudnia 1888 roku, na mocy której wprowadzono dodatek w wysokości 40% do wszystkich podatków opłacanych w gminie. Uzyskane w ten sposób środki miały zostać przeznaczone na zgromadzenie materiałów potrzebnych do remontu starej plebanii lub budowy nowej.

3 lutego 1889 roku Rada Gminna ponownie potwierdziła zamiar wzniesienia nowej plebanii. Proboszcz ks. Józef Komorek nie nalegał na rozpoczęcie budowy, pozostawiając decyzję radnym. Z kolei wójt Czapik uważał, że w pierwszej kolejności należałoby przeznaczyć środki na przyozdobienie wnętrza nowo wybudowanego kościoła. Wskazywał on jednak, że pozostałe po budowie kościoła wapno, cegły i piasek można wykorzystać przy budowie plebanii, pod warunkiem zwrotu ich wartości Funduszowi Budowy Kościoła. Fundusz ten bowiem wcześniej wykorzystał legaty Stanisława Żaka i rodziny Balonów, zapisane pierwotnie na inne cele, takie jak poprawa organów i rozszerzenie ołtarza, i był zobowiązany do ich zwrotu w wysokości około 600 złotych reńskich.

17 grudnia 1889 roku radni uchwalili kolejny dodatek do wszystkich podatków w wysokości 40%, tym razem już wyraźnie z przeznaczeniem na trwającą budowę plebanii. Szacowano, że przyniesie on 989 złr. Wkrótce inwestycja zaczęła nabierać tempa. Podczas posiedzenia 9 lutego 1890 roku wójt Czapik przedłożył sprawozdanie, z którego wynikało, że z Funduszu Kościelnego wydano na budowę nowej plebanii 744 złr i 74 centy. Radni przyjęli je z uznaniem, podkreślając, że dzięki rozsądnemu kierowaniu pracami budowa posunęła się znacznie naprzód przy stosunkowo niewielkich kosztach.

W 1891 roku budowa była kontynuowana. Gmina przeznaczyła na ten cel 994 złr, uzyskane z podwyższenia podatku gruntowego i domowego o 40%. Dodatkowo postanowiono, że nadwyżki z wydatków gminnych za ten rok będą kierowane na budowę w formie zwrotnych pożyczek.

Również w 1892 roku prace budowlane trwały nadal. Na budowę nowej, murowanej plebanii przeznaczono 1030 złr, pochodzące z tego samego, 40-procentowego dodatku do podatku gruntowego i domowego. Inwestycji nie można było odkładać, ponieważ stara plebania znajdowała się w bardzo złym stanie technicznym — jej dach był dziurawy i woda lała się do wnętrza budynku. Z powodu rosnących kosztów uchwalono zaciągnięcie dodatkowych prywatnych pożyczek: najpierw 200 złr obok wcześniej zaciągniętych 500 złr, a w połowie 1892 roku kolejnych 300 złr, oprocentowanych rocznie na 5%, gdy dotychczasowe środki okazały się niewystarczające.

Pod koniec 1892 roku budowa plebanii, prowadzona od 1889 roku, była już na ukończeniu. Całkowity koszt inwestycji oszacowano na 8100 złr. W tej sumie mieściły się koszty projektu (10 złr), kamienia z Gorzenia na fundamenty i wapna, zakup 125 tysięcy cegieł, drewna — w tym desek, drewna dębowego na futryny i materiału na więźbę dachową — o łącznej wartości 1447 złr, elementów żelaznych za 815 złr, szkła i szklenia za 130 złr, robót murarskich za 1312 złr oraz pomocy murarskiej za 235 złr. Ponadto uwzględniono koszty robót ciesielskich (297 złr), stolarskich (237 złr), kowalskich (335 złr), trzciny, piasku i naczyń budowlanych (95 złr), blach, rur i robót malarskich (76 złr), a także robót konnych mieszkańców gminy, oszacowanych na 695 złr, oraz robót pieszych o wartości 420 złr. Koszty ubezpieczenia wyniosły 169 złr i 95 centów.

Znaczący wkład w budowę wnieśli także darczyńcy. Ksiądz proboszcz ofiarował na ten cel 1000 złr, Albina Dunin przekazała drewno warte 300 złr, Adolf Bichterle z Sołtystwa drewno o wartości 40 złr, a Foltyn z Wadowic wykonał prace warte 50 złr. Wykorzystano również materiały pozostałe po budowie kościoła, których wartość oszacowano na 450 złr. Pozostałe koszty pokrywała Gmina Chocznia.

Przez cztery lata budowy gmina przeznaczyła na ten cel niemal 3845 złr. Po uwzględnieniu istniejącego zadłużenia oraz przewidywanych dochodów ze sprzedaży starej plebanii i wikariówki, do spłaty pozostawało jeszcze około 750 złr. Kwotę tę zamierzano pokryć w 1893 roku z dodatku do podatków gminnych, ustalonego na poziomie 30% od każdej wpłacanej złotówki podatku.

Budowa nowej plebanii w Choczni była więc przedsięwzięciem rozłożonym na kilka lat, wymagającym znacznego wysiłku finansowego i organizacyjnego całej gminy. Dzięki wspólnemu zaangażowaniu władz lokalnych, mieszkańców, proboszcza i ofiarodawców udało się doprowadzić tę ważną inwestycję niemal do końca pod koniec 1892 roku. 

Budynek  ten po licznych remontach pełni swoją funkcję do dziś.


sobota, 21 marca 2026

Kariery wojskowe dwóch Chocznian z XIX wieku

 W 1863 roku Kuria Biskupia z Tarnowa poszukiwała na terenie swojej diecezji niejakiego Antoniego Gazdy, rozsyłając zapytanie do wszystkich podległych sobie parafii. Okazało się, że pozytywnie odpowiedział na nie proboszcz z Choczni ks. Józef Komorek, który potwierdził, że Gazda mieszka na terenie miejscowej parafii w domu nr 17 (dolna część obecnej ul. Kościuszki). Powodem tych poszukiwań była chęć wręczenia Gaździe Medalu Papieskiego i dyplomu za zasługi dla Kościoła i Papiestwa.

Czym zasłużył się ten dziewiętnastowieczny Chocznianin?

Otóż Antoni Gazda był żołnierzem wojsk papieskich, ale oczywiście niekojarzonej ze współczesnym Watykanem Gwardii Szwajcarskiej (w której mogli służyć tylko Szwajcarzy), lecz ochotniczej formacji tak zwanych żuawów. Członkami tej elitarnej jednostki nie byli najemnicy - ich służba była uważana za obowiązek religijny i rodzaj krucjaty w obronie papieża.

W 1860 roku Państwo Papieskie było znacznie większe niż dzisiaj i obejmowało ponad 40.000 kilometrów kwadratowych pośrodku Półwyspu Apenińskiego. Ponieważ w tym czasie nabrał tempa proces zjednoczenia Włoch, to ziemie pod władzą papieża zostały zaatakowane z dwóch stron: z północy przez powstańców Garibaldiego i z południa przez wojska Królestwa Sardynii, którzy dążyli do połączenia kontrolowanych przez siebie terytoriów. W obliczu zagrożenia papiestwo postanowiło stworzyć armię opartą o ochotników z całego katolickiego świata - głównie Francuzów i Belgów, ale także Holendrów, Irlandczyków, Niemców, Austriaków, czy nielicznych wtedy Polaków. 

Charakterystycznie umundurowani żuawi (w stylu orientalnym) wyróżnili się szczególnie w walkach pod Castelfidardo, gdzie przeprowadzili brawurowy atak na bagnety przeciwko znacznie liczniejszym i lepiej wyposażonym oddziałom włoskim. Mimo ich męstwa, wojska papieskie zostały rozbite. Porażka ta doprowadziła do utraty większości terytoriów Państwa Kościelnego (z wyjątkiem Rzymu i Lacjum). 


To właśnie za zasługi w tych walkach wyróżniono Gazdę medalem i dyplomem. Nie był to oczywiście prosty rolnik, który wyruszył z Choczni bić się w obronie papieża. Gazda w 1860 roku miał za sobą 8 lat służby w austriackim 56. Pułku Piechoty (1849-1857). W 1859 roku ponownie wcielono go na krótko do armii austriackiej, po czym zdemobilizowano. Wtedy właśnie musiał dowiedzieć się o sytuacji we Włoszech i udać się zaciągnąć do armii papieskiej.

Po wręczeniu medalu i dyplomu w 1863 roku dalsze losy Gazdy nie są znane. W choczeńskich księgach metrykalnych nie odnotowano jego zgonu, a w spisie domów z 1873 roku nie wymieniono właścicieli posesji nr 17. Dwa lata później, w akcie fundacji choczeńskich dzwonów, pod nr 17 figuruje osoba o nazwisku Gazda, ale chodziło o Ewę Gazda, której ewentualne związki z Antonim nie są znane.

----

O ile rekruci z Choczni służyli głównie w austriackiej piechocie lub lekkich oddziałach konnych, to rzadkością byli żołnierze formacji elitarnych, takich jak strzelcy (jegrzy). Zupełnym zaś wyjątkiem był członek ciężkiej kawalerii – kirasjer. I to w dodatku żołnierz nie zwykłego pułku kirasjerów, a 2. Regimentu Arcyksięcia Franciszka (Erzherzog Franz), który to pułk po wstąpieniu Franciszka na tron stał się regimentem cesarskim.

Właśnie w tym pułku miał zaszczyt służyć Chocznianin Jakub Garżel, urodzony w 1767 roku. 

Garżel, jako poborowy z Galicji chłopskiego pochodzenia teoretycznie nie powinien zostać wcielony do 2. Pułku Kirasjerów, gdyż obszarem jego rekrutacji nie była Galicja. By się jednak w nim znaleźć, musiał wyróżniać się umiejętnością jazdy konnej i szczególnymi warunkami fizycznymi. Kirasjerzy byli formacją ciężką, przeznaczoną do przełamywania linii przeciwnika masą koni i siłą mięśni, więc szukano mężczyzn wysokich, barczystych i silnych. Rekrut musiał być w stanie udźwignąć ciężki pancerz (kiras) oraz władać masywnym pałaszem. Co ciekawe, kirasjerzy nosili pancerz tylko z przodu - plecy nie były chronione, co miało zapobiegać ucieczkom z pola walki. Uzbrojenie kirasjerów dopełniały pistolety i karabinek.

Jako doświadczony, ponad trzydziestoletni żołnierz, Jakub Garżel brał udział we wczesnej fazie wojen napoleońskich, które zakończyły się dla Austrii bolesnymi porażkami militarnymi. W latach 1779-1800 walczył przeciwko Francuzom na terenie Niemiec, prawdopodobnie brał udział w znanej bitwie pod Hohenlinden koło Monachium.

W 1804 roku Garżel wrócił do Choczni jako tak zwany urlopnik - żołnierz, który nie otrzymywał żołdu i wyżywienia, ale który nadal mógł być w razie potrzeby powoływany do służby czynnej. By się utrzymać, zawarł ugodę ze swoimi braćmi Krzysztofem i Stanisławem, na mocy której podzielili pole po rodzicach (1/4 roli, czyli około 18 morgów) na trzy równe części. Bracia dostarczyli mu również nawozu na pole oraz ziarna owsa i żyta do zasiewu. Po przejęciu ziemi Jakub Garżel ożenił się jeszcze tego samego roku z Marianną Rudzką, córką miejscowego krawca. Miał z nią kilkoro dzieci i wszyscy współcześni choczeńscy Garżelowie są jego potomkami. Był także pradziadkiem Józefa Putka, znanego działacza politycznego i adwokata.

Zmarł 27 lat później (1831) podczas epidemii cholery.

Wraz z rozwojem artylerii i broni strzeleckiej kirasjerzy stawali się coraz większym stopniu formacją paradną, a nie realną siłą zdolną przełamywać linię frontu.


Kirasjer austriacki z nieco
późniejszego okresu (1809)


niedziela, 15 marca 2026

Drastyczne przypadki zgonów w I połowie XIX wieku

18 sierpnia 1838

Józef Szczur (ur. 19.03.1809), syn Leona i Katarzyny,  urlopowany żołnierz - kapral 56. pułku piechoty, pobił swoją żonę Magdalenę (córkę Jana Kowalczyka). Uderzył ją pięściami 2 lub 3 razy oraz kilka razy kijem, na skutek czego w ciągu kwadransa zmarła.  Ze względu na gwałtowny i podejrzany charakter śmierci, władze cyrkularne nakazały przeprowadzenie sekcji zwłok ("obdukcji") i zezwoliły na jej pogrzeb w dniu 21 sierpnia. Wydaje się, że zabójcę żony nie spotkały jakieś poważne konsekwencje. Co więcej, 2 lata później znalazła się ryzykantka - 22 letnia Marianna Bryndza, która zgodziła się go poślubić. 

9 maja 1837

W lasku choczeńskim, po prawej stronie Traktu Królewskiego (Starego gościńca) prowadzącego w stronę Inwałdu pasterze choczeńscy znaleźli w lesie prowizoryczną trumienkę zbitą z gontów (drewnianych deseczek dachowych), która była płytko zakopana, a w niej zwłoki około 13-dniowej dziewczynki nieznanych personaliów. Na podstawie rozporządzenia Urzędu Cyrkularnego z dnia 10 maja 1837 r., nr 6500, została urzędowo poddana obdukcji (sekcji zwłok) i pochowana.

1834

Zmarła z wyziębienia nowonarodzona córka Reginy i Wojciecha Szczurów, porzucona przez matkę. Odbyła się procedura sądowo-lekarska (sekcja zwłok), która potwierdziła przyczynę zgonu (zamarznięcie/wyziębienie).

22 maja 1846

Na miejscowym cmentarzu cholerycznym (Bożej Męce) znaleziono poroniony płód dziecka płci męskiej. Poddano go oględzinom lekarskim dokonanym przez dr Stopę w obecności sołtysa Dunina.

19 maja 1810

W wezbranej przez ulewy i grad rzeczce Opusta (Konówka) utonął 9-letni Łukasz Turała.

20 sierpnia 1805

42-letni miejscowy gospodarz Kazimierz Twaróg, bardzo pobożny człowiek, został poturbowany we własnym obejściu przez konia, w wyniku czego zmarł. Taki sam los spotkał w 1845 roku 34-letniego Wojciecha Płonkę.

5 lipca 1822

6-tygodniowa Magdalena, córka Michała Stankiewicza, zmarła we śnie wskutek przypadkowego przygniecenia i przyduszenia przez śpiących w tym samym łóżku rodziców.

5 października 1825

Józef Kocyan ze wsi Lhotka, należącej do Dóbr Hukvaldy na Morawach, stracił życie na drodze publicznej w Choczni. Zmarły powoził obciążonym wozem konnym, siedząc na dyszlu. W pewnym momencie ześlizgnął się wprost pod koła i zginął przygnieciony ciężarem wozu.

16.10.1839

W jednym ze stawów w górnej części wsi utopił się półtoraroczny Antoni Gazda, syn Adama i jego siostra – 8-letnia Marianna.

5 lipca 1845

W miejscowym stawie w górnej części wsi utopiło się dwóch chłopców: 8-letni Wojciech, syn Błażeja Romańczyka i o pół roku starszy Józef, syn Wojciecha Hanusiaka.

23.12.1847

23 grudnia 1847 zmarł z głodu i zimna 10-letni Szymon, syn żebraka Macieja Marcaka z Kukowa.

24.02.1848

Śmierć w płomieniach w pożarze własnego domu (nr 187) poniosło rodzeństwo Jakub Cibor (lat 24) i Marianna Cibor (lat 20).


Co te zapiski mówią o Choczni?

1. Bieda i przeludnienie – wiele tragedii wynika wprost z ubóstwa: wspólnego spania rodziców z dziećmi, braku opieki nad dziećmi, porzucania noworodków, żebractwa, głodu.
2.  Bezkarność przemocy – przypadek Szczura pokazuje, że nawet oczywiste zabójstwo mogło pozostać bez konsekwencji karnych.
3. Sprawność biurokracji austriackiej – mimo że sprawiedliwość była ułomna, to sam mechanizm dokumentowania, sekcji zwłok i procedur urzędowych działał sprawnie.


wtorek, 10 marca 2026

Inwalidzi wojskowi z Choczni w XIX wieku

Służba wojskowa mieszkańców Choczni w armii habsburskiej niosła ze sobą poważne ryzyko. Kontuzje i rany odniesione na polu walki lub podczas ćwiczeń wojskowych nie należały do rzadkości, a ich skutkiem bywało trwałe inwalidztwo. Już w 1805 roku odnotowano w Choczni zgon 50-letniego Łukasza Leśniaka, miejscowego żołnierza-inwalidy – jednego z pierwszych udokumentowanych przypadków tego rodzaju.

Monarchia habsburska starała się zapewnić pewną formę wsparcia niepełnosprawnym i wysłużonym żołnierzom, choć zakres tej pomocy pozostawiał wiele do życzenia. W 1817 roku wprowadzono systematyczny podział inwalidów wojskowych na trzy kategorie.

Pierwszą stanowili inwalidzi domowi – żołnierze, którzy z powodu starości, obrażeń lub urazów nie byli w stanie samodzielnie się utrzymać, a jednocześnie nie mogli liczyć na wsparcie ze strony krewnych. Osoby te umieszczano w specjalnych domach inwalidów (Invalidenhaus), które zapewniały im pełne utrzymanie.

Drugą kategorię tworzyli inwalidzi patentowi, którym na podstawie patentu (przywileju) cesarskiego przyznawano niewielką rentę inwalidzką w wysokości od 3 do 24 krajcarów dziennie. Warunkiem otrzymywania renty było zamieszkanie w miejscu przynależności gminnej. Oczekiwano przy tym, że inwalidzi patentowi będą uzupełniać skromne świadczenie własną pracą zarobkową oraz wsparciem ze strony rodziny.

Trzecią grupę stanowili inwalidzi warunkowi – osoby, które mimo niepełnosprawności były w stanie utrzymać się samodzielnie lub polegać na pomocy krewnych. W razie pogorszenia stanu zdrowia lub sytuacji materialnej mogli oni ubiegać się o zmianę statusu na inwalidę patentowego bądź o przyjęcie do domu inwalidów.

System ten ewoluował w kolejnych dekadach. Dnia 6 września 1864 roku Wysoka Komisja Namiestnictwa w Krakowie wydała szczegółową instrukcję dotyczącą należności inwalidów patentowych. Ostatecznie kwestia stałych emerytur dla niepełnosprawnych żołnierzy została kompleksowo uregulowana dopiero w 1875 roku.

Niepełnosprawni żołnierze z Choczni znaleźli się we wszystkich trzech kategoriach inwalidzkich. Analiza zachowanych akt ewidencyjnych 171 choczeńskich żołnierzy 56. Pułku Piechoty z lat 1820–1868 wykazała, że do domów dla inwalidów skierowano łącznie dziesięciu z nich. Siedmiu miało trafić do domu inwalidów w Tyrnau (obecna Trnava na Słowacji): Jan Cap, Jan Dąbrowski, Piotr Hanusiak, Antoni Leśniak, Jan Łopata, Mikołaj Wątroba i Józef Wider. Józef Dąbrowski otrzymał skierowanie do domu inwalidów w Peszcie (obecnie Budapeszt), natomiast Antoni Glondys i Jakub Turała zostali przydzieleni do bliżej nieokreślonych placówek.

W praktyce jednak tylko część skierowanych faktycznie zamieszkała w domach inwalidów. Kilku z nich zrezygnowało z przysługującego im miejsca i pozostało w Choczni na statusie inwalidów patentowych. Tak uczynili Jan Cap, kapral Józef Dąbrowski, Piotr Hanusiak, Jakub Turała oraz Jan Łopata. Zdarzał się też ruch w przeciwnym kierunku – zamieszkały w Choczni inwalida patentowy Maciej Stawowy otrzymał z czasem skierowanie do domu inwalidów, a Jan Ryczko starał się o przyjęcie do takiej placówki.

Podopiecznymi domów dla inwalidów bywali również choczeńscy żołnierze służący w innych formacjach. W 1853 roku zmarł w Trnavie Franciszek Wcisło, urodzony w 1831 roku były ułan 1. Pułku Ułanów.

Najliczniejszą i najlepiej udokumentowaną grupę stanowili inwalidzi patentowi zamieszkali w Choczni. Wzmianki na ich temat zachowały się głównie dzięki staranności choczeńskiego proboszcza ks. Józefa Komorka, który odnotowywał w księgach parafialnych przypadki, gdy inwalidzi lub ich rodziny zwracali się o wydanie różnego rodzaju zaświadczeń.

Życie inwalidów patentowych bywało krótkie i trudne. Już w 1835 roku zmarł 47-letni inwalida patentowy Walenty Balon. W 1842 roku odszedł kolejny – Ignacy Skoczylas, urodzony w 1806 roku. Rok 1850 przyniósł śmierć Jana Ryczki, który padł ofiarą epidemii cholery. W 1856 roku w Choczni zmarł inwalida patentowy Wojciech Semik, pochodzący z Zatora, a sześć lat później – Piotr Glondys recte Dąbrowski. Szczególnie tragiczny był przypadek Franciszka Hanusiaka, inwalidy patentowego, który zmarł w 1885 roku, mając zaledwie 25 lat. Dłużej przeżyli kapral Józef Dąbrowski, urodzony w 1807 roku, choczeński kowal i inwalida patentowy, który zmarł w 1874 roku, oraz Jakub Turała, który odszedł rok później, w 1875 roku.

Zachowane dokumenty ukazują też codzienne troski inwalidów patentowych. W 1842 roku Piotr Dąbrowski recte Balon prosił proboszcza o świadectwo chrztu, gdyż zamierzał się ożenić. Podobne prośby wystosowali w 1851 roku Józef Strzeżoń, a w 1852 roku Wojciech Romańczyk, urodzony w 1814 roku. W 1863 roku o świadectwo chrztu w związku z planowanym ożenkiem zwrócił się Piotr Hanusiak. Z kolei 5 marca 1852 roku Jan Cap poprosił proboszcza o wydanie mu świadectwa ubóstwa – dokument ten zapewne miał służyć jako dowód trudnej sytuacji materialnej przy ubieganiu się o dodatkowe wsparcie.

Ślady po inwalidach patentowych odnajdujemy również w korespondencji urzędowej. W 1860 roku Urząd Powiatowy zwrócił się do proboszcza z zapytaniem o akty zgonu trzech inwalidów: Jana Capa, Józefa Szczura i Melchiora Zarawnego. Na początku 1868 roku w Choczni mieszkał jeszcze inwalida patentowy Józef Dąbrowski (ur. 1807) oraz wdowa po inwalidzie patentowym Janie Łopacie – ta ostatnia wzmianka przypomina, że skutki wojennego inwalidztwa dotykały nie tylko samych żołnierzy, ale i ich rodziny.

Najmniej wiadomo o inwalidach warunkowych z Choczni, co paradoksalnie wynikało z ich lepszej sytuacji życiowej – będąc w stanie samodzielnie się utrzymać, rzadziej potrzebowali zaświadczeń i rzadziej pojawiają się w dokumentach parafialnych czy urzędowych. Wśród zidentyfikowanych przypadków na uwagę zasługuje Melchior Zarawny, urlopowany żołnierz 2. Kompanii Obrony Krajowej 56. Pułku Piechoty, który w 1850 roku starał się o zmianę statusu na inwalidę patentowego – zapewne z powodu pogorszenia stanu zdrowia lub sytuacji materialnej. Dwaj pozostali znani z imienia inwalidzi warunkowi radzili sobie na tyle dobrze, że opuścili rodzinną wieś w poszukiwaniu pracy: Michał Kumorek, urodzony w 1802 roku, mieszkał i pracował w Krakowie, natomiast Stanisław Mortek, urodzony w 1807 roku, pełnił funkcję woźnego sądowego w odległym Cieszynie.

Zgromadzone informacje ukazują, jak widocznym i długotrwałym zjawiskiem było inwalidztwo wojskowe wśród chocznian służących w armii habsburskiej. Przewijają się tu zarówno losy ludzi próbujących funkcjonować w ramach skromnej renty patentowej, jak i historie tych, którym formalnie przysługiwało miejsce w domu inwalidów, lecz ostatecznie pozostawali w lokalnej społeczności. Parafialne zapiski i urzędowe korespondencje pokazują przy tym codzienny wymiar systemu: metryki, świadectwa ubóstwa, potwierdzenia chrztu potrzebne do ślubu – drobne dokumenty, które dziś składają się na czytelny obraz społecznych konsekwencji wojny i służby wojskowej w XIX wieku.



wtorek, 3 marca 2026

Choczeński emigrant projektantem ciężkiego czołgu

 Franciszek Aleksander Kręcioch, syn Wojciecha i Marianny, był w I połowie XX wieku jednym z najbardziej kreatywnych ludzi wywodzących się z Choczni. Swoje pomyły, projekty techniczne i wizje realizował jednak nie w kraju, lecz na emigracji w Stanach Zjednoczonych Ameryki, gdzie zamieszkał z rodzicami jako 4-letnie dziecko.

We wcześniejszych notatkach podawałem informacje o jego patencie na nowy typ bezpiecznika do rewolwerów i eksperymentach z elektrycznością pod kątem jej wpływu na ludzkie zdrowie.

Okazuje się, że Franciszek A. Kręcioch był także autorem projektu ciężkiego, wielofunkcyjnego czołgu i to w czasach, gdy taka broń nie była jeszcze używana przez armię amerykańską, a pierwsze ciężkie brytyjskie czołgi Mark dopiero przechodziły testy bojowe na frontach I wojny światowej.

W 1915 roku Krecioch, wówczas mieszkaniec Fall River w stanie Massachusetts, wstąpił do armii i został przydzielony do kompanii artyleryjskiej w Teksasie. Jako mechanik studiował działanie dużych dział i dostrzegł potrzebę szybszej metody transportu ciężkiej broni wojskowej.

Natychmiast przystąpił do pracy nad swoim planem i nakreślił w formie projektu ogromny, opływowy czołg, który według niego byłby wielkim dobrodziejstwem dla armii.

Czołg, którego plany przedstawiono rządowi w 1917 roku, miał poruszać się z prędkością 60 mil na godzinę (ok. 96 km/h), pokonywać okopy, unosić się na wodzie, a nawet wspinać się na góry. Jednostki miały być napędzane specjalnymi silnikami, których projekt był trzymany w tajemnicy przez pomysłodawcę.

Każdy czołg miał być wyposażony w działa trzy- i sześciocalowe. Odrzut tych wyjątkowo dużych broni, jak na mobilną jednostkę ofensywną, miał zostać wyeliminowany dzięki specjalnemu procesowi, będącemu również tajemnicą Kręciocha.

Czołg Kręciocha miał być skonstruowany z ciężkiej stali i całkowicie zaokrąglony, aby pociski artyleryjskie i kule karabinowe ześlizgiwały się po pancerzu. Zamiast gąsienic, ta mobilna forteca miała poruszać się na kołach. Ostry, tnący dziób miał usuwać przeszkody z drutu kolczastego, a cięższe zapory przeciwpancerne mogłyby być wysadzane za pomocą działa. 

Rząd USA uznał jednak ten pomysł za niepraktyczny i nie wdrożył go do dalszych badań. Do projektu Kręciocha wrócili dziennikarze w czasie II wojny światowej, ale ponownie nie zyskał on uznania u decydentów.

Projekt Kreciocha był jak na lata 1915–1917 bardzo śmiały i wyprzedzający wyobraźnię, ale w wielu punktach technicznie nierealny przy ówczesnym stanie technologii.

Trafne były przewidywania autora projektu, że wojny przyszłości będą wymagały opancerzonych pojazdów szturmowych - w 1917 roku nieznanych, a w czasie kolejnego konfliktu ogólnoświatowego będących podstawą działań ofensywnych.

Największym plusem była koncepcja zaokrąglonego kształtu pancerza, zdolnego do odbijania pocisków. Ówczesne czołgi były pudełkowate w kształcie i łatwe do trafienia, a ich pancerz nie miał zdolności rykoszetowania pocisków. Wieże czołgów o obłych kształtach stały się rzeczywiście standardem w czasie II wojny światowej. 

Postulat wyposażenia czołgów w cięższe, trzycalowe działa, także zrealizowano w pojazdach używanych w czasie II wojny.  Natomiast działa dwukrotnie większego kalibru trafiły wprawdzie na podwozia czołgowe, ale były to pojazdy wolne, ciężkie i z potężnym odrzutem. Twierdzenie Kręciocha o wyeliminowaniu odrzutu tajnym sposobem było czystą fantazją – tego nie dało się osiągnąć bez nieznanych wtedy zaawansowanych rozwiązań hydraulicznych.

Najsłabszym punktem projektu Kręciocha i decydującym o jego niepraktyczności było zastosowanie kół zamiast gąsienic. Czołg na kołach zapewne ugrzązłby w błocie i niebyły w stanie pokonywać okopów. Prędkość zakładaną przez Kręciocha są w stanie osiągnąć z trudem dopiero współczesne czołgi ciężkie, ale kosztem ogromnego zużycia paliwa i awaryjności. Dlatego współczesne kołowe wozy wsparcia są szybkie, ale słabiej opancerzone i uzbrojone niż to, co postulował Kręcioch.

Ponadto tak ciężki czołg, jak w projekcie Chocznianina, nie byłby w stanie unosić się na wodzie.

Superczołg Kręciocha, łączący cechy czołgu ciężkiego, pojazdu niemal wyścigowego i amfibii byłby niewykonalny także i dziś. Gdyby jednak autor ograniczył ambicje (gąsienice, mniejsza prędkość, lżejsze uzbrojenie), jego projekt mógłby być bliższy realnym konstrukcjom, które rzeczywiście zmieniły oblicze wojny.

sobota, 28 lutego 2026

Chocznianie w szpitalach

 Udokumentowana historia leczenia się Chocznian w szpitalach sięga pierwszej połowy XIX wieku.

W pierwszej połowie XIX wieku szpitale w Galicji były w fatalnym stanie – często łączyły funkcje szpitala, przytułku dla ubogich, domu starców i lazaretu. Brakowało lekarzy, elementarnej higieny i wentylacji, obsługa chorych była zła i zdemoralizowana. Sytuacja uległa pewnej poprawie, gdy Sejm Galicyjski w 1870 roku upoważnił Wydział Krajowy do wprowadzenia Sióstr Miłosierdzia do szpitali, którym powierzono opiekę nad chorymi, przygotowywanie prostszych leków, kuchnię i pralnię. Miały one stanowić brakujące dotąd ogniwo między lekarzami a posługaczami szpitalnym i dopilnowywać, by polecenia tych pierwszych były ściśle wypełniane.

Chocznianie rzadko decydowali się wtedy na leczenie szpitalne nie tylko z wyżej wymienionych powodów, ale także z niewystarczającej ilości miejsc, a przede wszystkim braku pieniędzy na leczenie. Starając się uczynić lecznictwo szpitalne bardziej przystępnym na mocy Ustawy Krajowej z 6 stycznia 1875 roku wprowadzono zasadę, że koszty leczenia osób ubogich w galicyjskich szpitalach publicznych ponosił fundusz krajowy.

W tym systemie rolę swoistego arbitra odgrywał miejscowy proboszcz, który jako urzędnik państwowy i osoba najlepiej znająca stosunki majątkowe i rodzinne swoich parafian, mógł poświadczyć, czy dany człowiek jest prawdziwie ubogi i czy nie posiada krewnych zdolnych do pokrycia kosztów kuracji, by fundusz krajowy nie ponosił niepotrzebnych i nadmiernych wydatków.

Losy Teresy Adamskiej, osieroconej córki komorników, która w 1845 roku prosiła o takie świadectwo, by leczyć zranioną stopę, czy Macieja Gracy (1847), ubogiego i chorego, pokazują, że szpital był ostatecznością dla najbiedniejszych. System był szczelny – urzędnicy bezwzględnie weryfikowali stan posiadania. Gdy w 1865 roku szpital w Wadowicach upomniał się o zapłatę za leczenie Katarzyny Szczur, proboszcz z Choczni odmówił wydania świadectwa ubóstwa, stwierdzając wprost: „rodzice Katarzyny koszta kuracyi swej córki zaspokoić mogą”.

Machina biurokratyczna bywała jednak powolna. W przypadku służącej Zofii Rokowskiej, leczonej w 1853 roku, urząd powiatowy dopiero po trzech latach upomniał się o zaświadczenie majątkowe, by odzyskać pieniądze za jej pobyt w szpitalu.

Głównym ośrodkiem, do którego trafiali chorzy z Choczni, był Szpital Cywilny w Wadowicach. To tam leczono większość przypadków: od urazów, przez choroby zakaźne, po dolegliwości przewlekłe. Trafiali tam oprócz wymienionych wyżej m.in. Marianna Szczur (1849), Regina Płonka (1855), Franciszka Pietruszka (1859) czy Mikołaj Dąbrowski (1861).

Chocznianie szukali jednak ratunku także w innych placówkach:

  • Szpitalu Bonifratrów w Zebrzydowicach, gdzie w 1844 r. leczono Antoniego Ścigalskiego, w 1852 r. Franciszka Wawro, a dekadę później o przyjęcie starał się kulawy chałupnik Antoni Malata,
  • Szpitalach: św. Łazarza w Krakowie (Józef Ramza, 1861, Marianna Szczur, Jan Ruła, 1862, Marianna Rudzicka, 1864) i św. Ducha oraz klinice uniwersyteckiej,
  • szpitalach na szlaku migracji – Chocznianie, szukając chleba lub służąc w armii, chorowali z dala od domu. Znajdujemy ich w szpitalach w Rzeszowie (Jan Żak, 1860, Sanoku (tenże Jan Żak, 1863, Jaśle (Agnieszka Zawiło, 1872, Bochni (Franciszek Dąbrowski, 1865), Opavie (Jan Cibor, 1854), a nawet w Peszcie (dzisiejszy Budapeszt), gdzie w 1858 roku leczył się inwalida wojskowy Antoni Leśniak. W każdym z tych przypadków odległe szpitale słały pisma do Choczni, by ustalić, kto zapłaci za leczenie.

Dokumenty ujawniają nie tylko nazwiska, ale i wstydliwe lub tragiczne dolegliwości mieszkańców wsi.

Dowodem na problemy społeczne epoki jest przypadek służącej Marianny Wawer, córki wyrobników, leczonej w 1862 roku w Wadowicach na „zgniłą chorobę”, jak wówczas nazywano syfilis, przypadłość stygmatyzującą i trudną w leczeniu.

Z kolei zapis z 1858 roku o Marii Gazdzionce, która trafiła do „zakładu dla obłąkanych”, pokazuje, że również choroby psychiczne wymagały interwencji instytucjonalnej, choć były to przypadki rzadziej odnotowywane.

Na szczególną uwagę zasługuje jednak historia Michała Woźniaka. W 1872 roku przeszedł on w Klinice Chirurgicznej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie operację usunięcia raka. Co niezwykłe, dwa lata później, w 1874 roku, dyrekcja kliniki wysłała zapytanie o stan zdrowia pacjenta – co można uznać za wczesną formę monitorowania odległych wyników leczenia (follow-up). Odpowiedź ks. Komorka była optymistyczna: Woźniak żył, a rak nie powrócił. Jest to rzadki w tamtych czasach przykład skutecznej walki z nowotworem przy użyciu ówczesnej chirurgii.

W klinice UJ w latach 1900-1902 leczona była także wyrobnica Maria Jędrzejowska z Choczni, mająca nawracające problemy z chodzeniem. Jej kuracja fosforanem sodowym, syrupem dra Eggera i wodnikiem chloralu była na tyle skuteczna, że znowu mogła chodzić o własnych siłach.

Kuracja szpitalna nie zawsze kończyła się sukcesem. Świadczą o tym zapisy zgonów mieszkańców Choczni w zebrzydowickim xenodochium (szpitalu): Magdaleny Woźniak (1862) i Franciszka Kręciocha (1871), zgony: Józefa Smolarskiego w Szpitalu św. Ducha w Krakowie (1868) i Jana Guzdka w Szpitalu św. Łazarza w Krakowie (1911), czy śmierć Marianny Wawro w szpitalu w Wadowicach (1904).



Leczeniu szpitalnemu podlegali również liczni Chocznianie służący w armii austriackiej. Niestety dowiadujemy się o tym dziś najczęściej na podstawie świadectw ich zgonów.

Już w 1813 roku w szpitalu wojskowym w Nowym Wiśniczu zmarli 25-letni Mikołaj Graca i rok młodszy Mikołaj Kuta, a w szpitalu wojskowym w Willingen na terenie Niemiec 25-letni Maciej Trzaska, uczestnik wojen napoleońskich.

Tyle samo lat, co wymienieni wyżej Graca i Trzaska, miał Wojciech Koman, zmarły na cholerę w szpitalu w Bochni w 1849 roku.

W 1852 roku w Szpitalu Wojskowym w Wadowicach zmarł 28-letni Józef Bąk, szeregowy 56. Pułku Piechoty, a w tym samym roku 24-letni Jakub Brandys szeregowy tego samego pułku, zmarł na zapalenie płuc w szpitalu wojskowym w mieście Brescia we Włoszech. W tym samym szpitalu, co Brandys, zmarł rok wcześniej na dyzenterię Michał Drapa. Na ziemi włoskiej nastąpił też kres życia Franciszka Krystyana (w szpitalu w Cortone), Jana Szczura (w szpitalu w Bergamo) i Jakuba Pindela (w szpitalu w Veronie).

22-letni ułan Franciszek Wcisło zmarł w 1853 roku na tyfus w szpitalu w Tyrnau, czyli dzisiejszej słowackiej Trnavie.

W 1864 roku w szpitalu wojskowym w Krakowie zmarł Jakub Dąbrowski, który do armii został wcielony rok wcześniej. 

W 1866 roku bezskutecznie usiłowano wyleczyć w szpitalu w Wiedniu Tomasza Styłę, rannego w czasie wojny austriacko-pruskiej.

Z kolei w 1891 roku w rosyjskim Samarskim Gubernialnym Szpitalu Ziemskim zmarł na tyfus Józef Kręcioch z Choczni, którego rodzina, nie wiedząc o jego losie, szukała jeszcze niemal 50 lat później.

Oczywiście najliczniejszymi pacjentami wojskowych szpitali byli ci Chocznianie, którzy uczestniczyli w I wojnie światowej, w szeregach armii austro-węgierskiej, Legionów Polskich i francuskiej Legii Cudzoziemskiej. 


poniedziałek, 23 lutego 2026

Na Myheritage o odkryciu genealogicznym związanym z Chocznią

 Na blogu MyHeritage, jednej z największych na świecie platform do badania historii rodziny i testów DNA, ukazał się wczoraj artykuł Debry DeZarn o odkryciu nieznanych korzeni jej ojca.

blog.myheritage.com

 Tytuł tej notatki to:

Mówiono mi, że mój dziadek był sierotą. Dopasowanie DNA ujawniło inną historię

Urodzona w Kalifornii Debra przez całe życie słyszała od swojej rodziny, że jej dziadek Ladislaus Kloss był sierotą i wychowywał się w przytułku, gdzie był regularnie bity i źle traktowany. W wieku 12 lat uciekł stamtąd, a potem, już jako dorosły, sam dotarł do Stanów Zjednoczonych Ameryki.
Rodzina Debry twierdziła, że Ladislaus nie miał rodziców, ani rodzeństwa, a ich linia jest czysto niemieckiego pochodzenia. Po osiedleniu się w stanie Pensylwania Kloss ożenił się i miał pięcioro dzieci. Ojciec Debry był najstarszy i miał trzy siostry oraz jednego brata.
Smutna historia dziadka budziła u Debry żal. Jednocześnie widziała kontrast z losami rodziny swojej matki, które były znane od wielu pokoleń, utrwalone na licznych fotografiach i spisane w starej Biblii, przekazywanej z pokolenia na pokolenie.
Debra kojarzyła, że ojciec wspominał coś o pochodzeniu z jakiejś "Bohemii" i o tym, że chłopcy w tej rodzinie byli wychowywani w wierze luterańskiej, a dziewczynki jako katoliczki. Wtedy nazwa Bohemia nic jej jednak nie mówiła.
Gdy Debra miała 20 lat, jej ojciec zmarł. Po pogrzebie jego brat wyjawił rodzinny sekret - okazało się, że ojciec Debry i jej dwie ciotki wcale nie urodziły się w Pensylwanii, lecz przybyły do USA z rodzicami, czyli Ladislausem Klossem i jego żoną, właśnie z owej Bohemii, czyli terenu dzisiejszych Czech. Gdy ojciec Debry miał zostać przyjęty na szkolenie oficerów armii USA uznał, że korzystniej będzie podawać, że urodził się na amerykańskiej ziemi. Zadeklarował, że jego akta urodzenia spłonęły, a on sam urodził się w Pensylwanii rok później, niż w rzeczywistości.
Debra nie przypuszczała wtedy, że nie jest to ostatnia ujawniona tajemnica z historii Klossów.
Niedługo później Debra poważniej zainteresowała się rodzinną genealogią i zaczęła gromadzić wszelkie dostępne informacje na temat swoich przodków. Odtworzenie genealogii ze strony matki nie było trudne, ale w przypadku ojca ciągle napotykała na nieprzekraczalny mur, mimo że pod koniec lat 90. pojawiły się liczne fora genealogiczne i internetowe bazy danych.
Lata później postanowiła spróbować testów genetycznych ukierunkowanych na poszukiwanie krewnych. Długo nie pojawiały się żadne podobieństwa genetyczne ze strony jej ojca, aż w 2018 roku nastąpił przełom.
Otrzymała email z Polski od potomka kuzyna jej dziadka, w którym szczegółowo przestawiono pochodzenie Klossów. Jednym ruchem zostały obalone jej wieloletnie przekonania, co do pochodzenia dziadka. Okazało się, że wcale nie był sierotą, urodził się w Brennej na Śląsku, a jego ojciec był synem sklepikarza z Choczni, gdzie do dziś mieszkają jego krewni.
Podekscytowana Debra natychmiast podzieliła się tymi sensacjami z innymi potomkami Ladislausa Klossa.
Aby poznać tę samą historię z drugiej strony, Elisabeth Zetland z myheritage skontaktowała się ze mną, jako osobą, poprzez którą Debra poznała dzieje rodziny swojego dziadka.
W mojej rodzinie zachowała się świadomość o przodkach noszących nazwisko Kloss, mimo że ostatnią noszącą to nazwisko była moja praprababka Ludwika. Wiedzieliśmy o ich morawskich korzeniach, ale szczegóły, tak samo jak w przypadku Debry, poznaliśmy po latach. Moja praprababka nie urodziła się na Morawach, jak wcześniej sądziliśmy, lecz w Choczni. Z Moraw pochodził natomiast jej ojciec Ignacy, prowadzący sklepik pod obecnym Osiedlem Malatowskim. Poszukiwania w choczeńskich księgach metrykalnych ujawniły imiona rodzeństwa Ludwiki i część ich dalszych losów. Potomkowie Ignacego Klossa żyją w Choczni do dziś, choć nazwisko Kloss zanikło.
Jednym z braci mojej praprababki Ludwiki był starszy od niej Józef Kloss. Najpierw poznaliśmy datę jego urodzenia w Choczni, a później poprzez dane z Kriegsarchiv w Wiedniu fakt, że służył w austriackiej armii i po zwolnieniu do rezerwy osiadł w Brennej. W austriackich szematyzmach zapisano z kolei, że Józef był leśniczym, a w księgach metrykalnych z Brennej, że założył tam rodzinę i miał kilkoro dzieci, w tym syna Władysława.
Ponieważ badania DNA wykazały, że posiadam dość duże podobieństwo genetyczne z niejaką Debrą DeZarn z USA, to logicznym wnioskiem było, że musimy mieć wspólnych i nieodległych w czasie przodków. W jej drzewie genealogicznym znajdował się Ladislaus Kloss, urodzony dokładnie wtedy, co Władysław Kloss, syn Józefa z Brennej, więc tu znajdowało się rozwiązanie tej zagadki genealogiczno/genetycznej - naszymi wspólnymi przodkami byli Ignacy Kloss, choczeński sklepikarz i jego żona Zuzanna z domu Honkisz, urodzona w Kozach.
Na zakończenie swojego artykułu Debra pisze, że zamierza z córką odwiedzić w tym roku Polskę. Będzie to dla niej dobra okazja, aby poznać rodzinę z Choczni.
Na razie Debra cieszy się, że:
mój dziadek nie był duchem, nie sierotą zagubioną w historii. Należał do rodziny, miejsca i historii, które po prostu cierpliwie czekały — na odpowiedni moment, by wrócić do mnie.


poniedziałek, 16 lutego 2026

Zajazd na Sołtystwo w połowie lat 60. XVII wieku

 W ponad 670-letniej historii Choczni zbrojne starcia na jej terenie należały do rzadkości. Mieszkańcy mieli szczęście unikać bezpośrednich działań wojennych zarówno podczas I i II wojny światowej, jak i w czasach wcześniejszych konfliktów toczonych przez monarchię Habsburgów czy Rzeczpospolitą. Ostatni taki epizod wydarzył się w połowie lat 60. XVII wieku, gdy doszło do lokalnego, lecz gwałtownego konfliktu o majątek sołtysi w górnej części wsi.

Właścicielami tego folwarku była w tym okresie rodzina Szczurów, potomków Grzegorza Scurzyka, który otrzymał królewskie nadanie na te dobra w 1582 roku za zasługi wojenne poniesione przez niego podczas oblężenia Pskowa, w trakcie wojny Rzeczpospolitej z Moskwą. Król Stefan Batory nie podniósł wprawdzie Scurzyka do stanu szlacheckiego, ale przyznał mu oprócz własności ziemskiej część praw przynależnych wtedy jedynie szlachcie.

W 1633 roku przywilej na Sołtystwo potwierdził Adamowi Szczurowi, synowi Grzegorza, król Władysław IV Waza. Tenże Adam nadal "trzymał Sołtystwo" w czasie lustracji dóbr królewskich, przeprowadzonych po najeździe szwedzkim (Potopie).

Ale niewiele później, w 1665 roku, król Jan Kazimierz doceniając odwagę, dawne zasługi wojenne i wierność monarsze szlachcica Wojciecha Jezierskiego herbu Prus zdecydował, że odtąd dożywotnim właścicielem Sołtystwa w Choczni będzie właśnie on, a nie Szczurowie. Jezierski otrzymał pełnię praw do pól, lasów, sadów, łąk, ogrodów, stawów, młynów, sadzawek, strumieni, karczm i zabudowań wchodzących w skład tego folwarku, stawał się nowym panem dla poddanych sołtysich i mógł pobierać od nich przynależne czynsze. Zwolniono go również z obowiązku wystawiania hajduka do pieszych wojsk królewskich, który nałożony był wcześniej na Szczurów. W zamian za to w razie wojny i zwołania pospolitego ruszenia szlachty musiał się stawić osobiście pod komendę lokalnej chorągwi lub przysłać w swoim zastępstwie pachołka na dobrym koniu i dobrze uzbrojonego (z rynsztunkiem kozackim, czyli wyposażonego w kolczugę, misiurkę lub szyszak na głowę, tarczę, szablę, broń palną i łuk, ewentualnie krótką włócznię). Jan Kazimierz wydał ten przywilej 13 sierpnia 1665 w Grabowie, a 19 października tego samego roku wpisano go urzędowo do Akt Grodzkich Krakowskich.

Co działo się później, można wywnioskować z ugody zawartej przed Urzędem Grodzkim Krakowskim 22 lipca 1666, którą w Aktach Grodzkich Krakowskich odnalazł p. Ryszard Góralczyk z Lgoty.

Jezierski powołując się na wymieniony wyżej przywilej królewski próbował przejąć Sołtystwo siłą. Szczurowie nie zamierzali oddać mu dobrowolnie posiadanego przez nich dotąd majątku i stawili opór. Doszło do walk, w których ranny został sam Jezierski. Co ciekawe, po stronie Szczurów obrażenia odniósł wspierających ich szlachcic Mikołaj Obreycki. Ponieważ w chwili zawierania ugody Obreycki już nie żył, to prawdopodobnie jego rany okazały się być śmiertelne. W tekście ugody podano, że był on sługą możnego Stanisława Pisarskiego.

Ostatecznie Jezierski zrezygnował z pretensji do Sołectwa, zrzekł się przywileju królewskiego i dochodzenia ewentualnych odszkodowań z tytułu odniesionej rany oraz zgodził się, by Szczurowie (jako dawni posiadacze) odzyskali swoje włości. Ugoda została zawarta ze sławetnym Stanisławem Szczurowiczem, mieszczaninem krakowskim, który działał również w imieniu swojego stryja Adama Szczura i spadkobierców zmarłego Obreyckiego. Szczurowicz w zamian za odzyskanie praw do ziemi puścił w niepamięć "opresje", "szkody", "rany" i "zajęcie stawów". Zobowiązał się też doprowadzić przed sąd stryja i spadkobierców Obreyskiego w ciągu 6 tygodni, by i oni podpisali zgodę. Wykonanie zobowiązań ze strony Szczurowicza zabezpieczone było wysokim wadium w kwocie 100 grzywien, licząc każdą grzywnę po 48 groszy. Dla zwykłego chłopa była to równowartość wieloletnich dochodów, ale spore obszarowo choczeńskie Sołtystwo mogło zapewne przynieść taki dochód w ciągu kilku lat.

Choć ugoda o tym wprost nie wspomina, to niewykluczone, że wpływ na postawę Jezierskiego mogła mieć jakaś gratyfikacja pieniężna obiecana mu przez Szczurowicza.



poniedziałek, 9 lutego 2026

Karta pocztowa od żołnierza z frontu I wojny światowej do rodziny w Choczni

 


12 czerwca 1915 22-letni Władysław Bąk, żołnierz armii austro-węgierskiej walczący na froncie I wojny światowej, przysłał wiadomość zaadresowaną na jego ojca Wojciecha Bąka spod nr 265 w Choczni, którą napisał na odwrocie fotografii, przedstawiającej jego samego i dwóch kolegów podczas służby wartowniczej przy torach kolejowych.

Treść tej wiadomości była następująca:

Kochani Najdrożsi Rodzice !!!

Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus

Marya Matka Jego, bo jest godna słowa tego.

Witam się z Wami Kochani Rodzice !!

Witam się z Wami, choć nie rękami, ale Boskiemi słowami.

Kochani Rodzice !!!

Zasyłam Wam jak najserdeczniejsze Pozdrowienia i dobrego Powodzenia.

Ja dzięki Bogu jestem zdrowy, czego i Wam Kochani Rodzice życzę z całego serca,

a Powodzenie moje wesołe.

Wiadomo Wam, jak to bywa na wojnie.

Czy to wyjść na spacyr, czy to w służbie, zawsze przyjemnie.

Jakbym rad był w swojej Ojczyźnie, w domu, ale cóż z tego kie muszę być Cesarskiem Dzieckiem.

I macie Kochani Rodzice te moje fotografie Na Pamiątkę. Że jakbym  nie powrócił do Ojczyzny, do domu, to jak spojrzycie na te fotografie, to będziecie Sobie myśleć, że ja w domu jest u Was.

Żegnam swoją Ojczyznę, żegnaj mi Ojczyzno moja !

Na łonie twojem spoczywa wszystko, com w życiu ukochał i co mi na ziemi drogiem tylko było !

Niech spocznie na Tobie opieka i błogosławieństwo Boże ! W Bożym Panie życie i śmierci mojej !

W Twojem ręku jest mój żywot. 

Bywajcie zdrowi Kochani Rodzice !!!

Pozdrawiam Was wszystkich w domu jak najserdeczniej.

Władysław Bąk

Tekst łączy w sobie kilka warstw: ludową religijność, świadomość śmiertelności - przygotowanie rodziców na najgorsze, kontrast miedzy poczuciem polskości, a służbą cesarzowi.
Język i styl jest prosty, ale czuły i poetycki w zakończeniu.

Ten cenny zabytek pamięci zachował się do dziś w archiwum domowym Andrzeja, wnuka Władysława Bąka.



środa, 4 lutego 2026

Koszty pogrzebu w Choczni przed 1918 rokiem

 Akta spraw spadkowych i opiekuńczych z archiwum Sądu Powiatowego w Wadowicach stanowią bezcenne źródło do poznania życia codziennego mieszkańców Choczni w XIX i na początku XX wieku. Wśród licznych informacji o stanie majątkowym zmarłych, strukturze gospodarstw i stosunkach rodzinnych, szczególnie interesujące są dane dotyczące kosztów pogrzebu. Analiza kilkudziesięciu spraw spadkowych z Choczni pozwala na rekonstrukcję zwyczajów pogrzebowych oraz oszacowanie, jak duże obciążenie finansowe stanowiła ostatnia posługa dla rodzin chłopskich.

Badając koszty pogrzebu w Choczni należy uwzględnić zmiany systemu monetarnego w monarchii habsburskiej. Do 1892 roku obowiązywał floren, zwany też złotym reńskim lub guldenem, który następnie został zastąpiony koroną austriacko-węgierską w relacji 1 floren = 2 korony.

Najwcześniejsze zachowane dane dotyczą połowy XIX wieku. W 1844 roku pogrzeb Antoniego Ścigalskiego kosztował 24 floreny. W 1860 roku za pochówek Katarzyny Cibor wydano 17 florenów – była to stosunkowo skromna suma, co może wynikać z jej statusu majątkowego. W 1874 roku na pogrzeb Apolonii Leśniak przeznaczono 50 florenów, co stanowiło już poważny wydatek. Dla porównania – połowa jej gospodarstwa (dom drewniany kryty słomą, stodoła i 15 morgów gruntu) wyceniona została na 900 florenów, zatem koszt pogrzebu stanowił około 5,5% wartości tej części majątku.

W 1886 roku pogrzeb Franciszka Pindla kosztował 35 florenów, przy czym cały stan czynny jego majątku wynosił zaledwie 481 florenów, a stan bierny (długi) znacznie go przewyższał. Przypadek ten ilustruje sytuację, gdy koszt pogrzebu dodatkowo obciążał i tak już zadłużoną schedę spadkową.

Po reformie walutowej z 1892 roku koszty pogrzebu zaczęto wyrażać w koronach. W 1888 roku za pogrzeb Jana Kożucha zapłacono 30 koron, a za pogrzeb szesnastoletniego Jana Romańczyka – jedynie 20 koron. 

 Na przełomie XIX i XX wieku zaobserwować można znaczne zróżnicowanie kosztów pogrzebowych. W 1900 roku wydatki wahały się od 70 koron (Michał Woźniak, Ignacy Bryndza) przez 100 koron (Józef Góralczyk) aż do 300 koron w przypadku Jana Guzdka – zamożnego gospodarza posiadającego 9 morgów ziemi i murowany dom. Ta rozpiętość odzwierciedlała zarówno różnice majątkowe, jak i zróżnicowaną „okazałość" ceremonii pogrzebowej.

W pierwszej dekadzie XX wieku przeciętny koszt pogrzebu oscylował między 60 a 160 koronami. Pogrzeb Julii Leszczyńskiej, dwunastoletniej dziewczynki zmarłej w 1906 roku, kosztował 60 koron. Tyle samo wydano na pochówek dwudziestosześcioletniego Józefa Widlarza, wyrobnika, do czego doszły jeszcze koszty choroby w wysokości 70 koron. Pogrzeb Elżbiety Wcisło w 1905 roku pochłonął aż 160 koron przy majątku wartym 1704 korony.

 Szczególnie interesujący przypadek stanowi pogrzeb Jana Ruły, który zmarł w 1909 roku w wieku 27 lat. Był on osobą niepełnosprawną – "niemową i niedołęgą" – a koszt jego pochówku wyniósł zaledwie 24 korony. Co znamienne, przez dziewięć lat utrzymywała go siostra z mężem, co sąd wycenił na 547 koron (licząc 15 halerzy dziennie).

Wyjątkowo cenny dokument stanowi szczegółowe rozliczenie pogrzebu Jana Widlarza zmarłego w 1913 roku. Całkowity koszt wyniósł 185 koron, choć sąd uznał za „odpowiednie stanowi i majątkowi zmarłego" jedynie 150 koron. Zestawienie wydatków przedstawia się następująco:

Koszty związane z przygotowaniem ciała i trumną:

- Trumna („trugła") – 7 złr (14 koron)

- Ubranie – 4 złr (8 koron)

- Koszula – 1 złr (2 korony)

- Trzewiki – 40 centów (80 halerzy)

- Świece – 2 złr (4 korony)

- Przybranie – 60 centów (1,20 korony)

 Opłaty kościelne:

- Księdzu – 24 złr (48 koron)

- Wikaremu – 5 złr (10 koron)

- Kościelnemu – 2 złr (4 korony)

- Śpiewakowi – 1 złr (2 korony)

- Na ofiarę – 7 centów (14 halerzy)

 Wynagrodzenia i datki:

- Gróbarzowi – 5 złr (10 koron)

- Tym, co nieśli trumnę – 4 złr (8 koron)

- Tym, co nieśli chorągiew – 50 centów (1 korona)

- Chłopom – 50 centów (1 korona)

- Furmanom – po 30 centów

 Poczęstunek (w tym stypa):

- Pogrzebiny (piwo, gorzałka, arak) – 7 złr (14 koron)

- Chleb – 60 centów (1,20 korony)

- Cukier i herbata – 60 centów (1,20 korony)

- Gorzałka rano – 1 złr (2 korony)

Inne wydatki:

- Telegrafy (powiadomienie rodziny) – 3 złr (6 koron)

Struktura ta pokazuje, że największą pozycję stanowiły opłaty kościelne (łącznie około 64 koron, czyli ponad jedną trzecią całości). Znaczący udział miały również koszty stypy oraz wynagrodzenia dla osób pomagających przy ceremonii.

Analiza stosunku wydatków pogrzebowych do całkowitej wartości spadku pozwala ocenić, jak duże obciążenie stanowił pogrzeb dla rodziny zmarłego:


Zmarły Rok Pogrzeb Majątek czynny Udział %
Jan Guzdek 1900 300 k 6530 k 4,6%
Józef Widlarz 1902 200 k 4607 k 4,3%
Józef Góralczyk 1900 100 k 2267 k 4,4%
Maria Kamińska 1909 120 k 1280 k 9,4%
Elżbieta Wcisło 1905 160 k 1704 k 9,4%
Anna Burzej 1914 120 k 1295 k 9,3%
Ignacy Bryndza 1900 70 k 1203 k 5,8%

Dla zamożniejszych gospodarzy koszt pogrzebu stanowił 4–5% wartości majątku, podczas gdy dla biedniejszych rodzin mógł sięgać niemal 10%. W skrajnych przypadkach pogrzeb dodatkowo pogłębiał zadłużenie spadku – tak było w przypadku Franciszka Pindla czy siedemnastoletniej wdowy Anny Garżel, która nie mogła udźwignąć ciężaru długów po mężu Antonim (w tym kosztów pogrzebu wynoszących jedynie 20 koron) i musiała sprzedać gospodarstwo teściowi.

Nie wszystkie rodziny były w stanie pokryć koszty pogrzebu. Gdy w 1911 roku zmarł Józef Pindel, jego gospodarstwo znajdowało się „w tak marnym stanie, że nie było nawet na pogrzeb funduszu". Koszty w wysokości 79 koron pokrył sąsiad Franciszek Kręcioch. Dom Pindla był „drewniany kryty słomą w lichym stanie", wyceniony zaledwie na 300 koron, a stodoła na 50 koron.

 Jakub Bylica, zmarły w 1909 roku, figuruje w dokumentach jako „gminny żebrak" – w jego przypadku nie odnotowano żadnych kosztów pogrzebowych, co sugeruje pochówek na koszt gminy lub dobroczynności parafian.

Marianna Łopata zmarła w 1906 roku „nie pozostawiła żadnego majątku" i „pozostawała na utrzymaniu córki Marianny Fajfer". W takich sytuacjach obowiązek pokrycia kosztów pogrzebu spadał na rodzinę, nawet jeśli sama żyła w ubóstwie.

Dokumenty pozwalają dostrzec wyraźne zróżnicowanie kosztów pogrzebowych w zależności od statusu społecznego i majątkowego zmarłego. Najdroższe pogrzeby (200–300 koron) urządzano zamożnym gospodarzom posiadającym murowane domy i kilkanaście morgów ziemi. Pogrzeby za 100–150 koron odpowiadały średniozamożnym rodzinom z domami drewnianymi i kilkoma morgami gruntu. Najskromniejsze ceremonnie (20–60 koron) przypadały biedocie wiejskiej, dzieciom, wyrobnikom i osobom pozostającym na utrzymaniu rodziny.

Sąd w Wadowicach kontrolował, czy wydatki pogrzebowe były „odpowiednie stanowi i majątkowi zmarłego". W przypadku Jana Widlarza rodzina wydała 185 koron, ale sąd uznał jedynie 150 koron za uzasadnione. Ta praktyka miała chronić interesy spadkobierców, zwłaszcza małoletnich, przed nadmiernymi wydatkami.

Dla lepszego zrozumienia skali kosztów pogrzebowych warto zestawić je z innymi wydatkami z epoki. Koszt przeciętnego pogrzebu (100 koron) odpowiadał mniej więcej wartości jednej krowy lub konia, natomiast pogrzeb zamożnego gospodarza (300 koron) równał się cenie morgi średniej jakości ziemi.