Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 kwietnia 2026

Śp. Henryk Ramęda

 Dziś o 11.00 w kościele pod wezwaniem św. Jana Bosko w Szczecinie zostanie odprawiona msza pogrzebowa śp. Henryka Ramędy, po której Zmarły zostanie odprowadzony do miejsca spoczynku na Cmentarzu Centralnym.


Henryk Andrzej Ramęda (18.01.1942 - 03.04.2026) był człowiekiem wielu talentów - marynarzem przemierzającym oceany, fachowcem w dziedzinie bezpieczeństwa morskiego, działaczem społecznym i politycznym, a także poetą z duszą romantyka. Pozostanie w pamięci jako Chocznianin, który przemierzał świat, nie zapominając o swoich korzeniach.

Urodził się w okupowanej przez Niemców Choczni jako syn Jana Ramendy i jego żony Marii z Guzdków. W latach 1949-56 uczęszczał do choczeńskiej szkoły podstawowej, a swoje wspomnienia z tego czasu przedstawił czytelnikom bloga Chocznia kiedyś w 2016 roku - link.

Po uzyskaniu podstaw edukacji kontynuował naukę w wadowickim Liceum Ogólnokształcącym, które ukończył maturą w 1960 roku. Czuł się z tą szkołą związany przez całe życie, o czym świadczy jego aktywność w stowarzyszeniu absolwentów.

W roku akademickim 1960/61 podjął studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Ciekawość świata skierowała go jednak na morze - w 1962 roku wstąpił do Państwowej Szkoły Rybołówstwa Morskiego w Gdyni.

Jego kariera morska była imponująca: pracował jako oficer mechanik w Przedsiębiorstwie Połowów Dalekomorskich i Usług Rybackich „Odra" w Świnoujściu, następnie w latach 1973-78 był pracownikiem naukowo-technicznym oraz oficerem dydaktycznym na statku szkolnym szczecińskiej Wyższej Szkoły Morskiej. Jednocześnie studiował zaocznie, uzyskując w 1979 roku na Wyższej Szkole Morskiej w Szczecinie dyplomy inżyniera mechanika okrętowego i starszego oficera mechanika.

Od 1978 do 1986 pracował w Polskiej Żegludze Bałtyckiej w Kołobrzegu, później przez kilka lat pływał u obcych armatorów.

W 1992 roku osiadł na stałe na lądzie, nie tracąc jednak kontaktu z żeglugą. Został kierownikiem Zespołu ds. Współpracy z Międzynarodowymi Organizacjami Morskimi w Urzędzie Morskim w Szczecinie (1993-96 jako główny specjalista ds. IMO). Później przeszedł do firmy armatorskiej Euroafrica, gdzie został pełnomocnikiem zarządu ds. systemów zarządzania bezpieczeństwem i jakością.

W 2000 roku został wpisany na listę ekspertów IMO (Międzynarodowej Organizacji Morskiej). W latach 2001-04 był inspektorem państwa bandery Malty, St. Vincent i Belize. W 2005 otrzymał rekomendację Związku Armatorów Polskich na stanowisko podsekretarza stanu ds. gospodarki morskiej. Od czerwca 2006 do marca 2007 pełnił funkcję dyrektora ds. Inspekcji Morskiej w Urzędzie Morskim w Szczecinie, gdzie zorganizował sympozjum uzasadniające lokalizację gazoportu LNG w Świnoujściu. Od 2008 roku był zastępcą dyrektora ds. inspekcji morskich w UM.

W okresie PRL angażował się w kolportaż wydawnictw emigracyjnych, które ze Szczecina przywoził w rejon Wadowic. Po 1989 roku aktywnie uczestniczył w transformacji politycznej - kandydował w wyborach sejmowych w 1997 roku z listy Unii Wolności oraz do rady miasta w Szczecinie w 2002 roku. W 2010 roku był członkiem Szczecińskiego Społecznego Komitetu Poparcia Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich.

Jeżeli chodzi o jego działalność związkową, to należy wspomnieć o jego aktywnym członkostwie w Stowarzyszeniu Starszych Mechaników Morskich, Towarzystwie Okrętowców Polskich Korab oraz o roli jaką odegrał w powołaniu Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Okrętowych Służb Technicznych. Był także współredaktorem dwumiesięcznika dla marynarzy "Stella Maris", a później "Naszego Morza".

Henryk Ramęda był nie tylko wybitnym fachowcem od spraw morskich, ale także utalentowanym literatem. Jego prace fachowe obejmują:

- książkę "System zarządzania bezpieczeństwem" (1998)

- książkę "Zarządzanie bezpieczeństwem statku" (2009)

- liczne artykuły w czasopismach "Budwonctwo Okrętowe", "Nasze Morze" i "Safety at Sea International".

Jako poeta i prozaik opublikował:

- "Zapiski marynarza" (opowiadania, 2001)

- "Przebudzenie serca" (wybór wierszy, 2006; wyd. 2 poprawione i uzupełnione, 2018)

- wiersze i opowiadania w czasopismach: "Stella Maris", "Niedziela", "Peryskop" i "Przebudzenie" (Wadowice). B

Był także autorem "Słowa na pięćdziesięciolecie kapłaństwa Księdza Edwarda Stańka" w III części książki "Być jak Chrystus".

Choć życie zawodowe związało go ze Szczecinem, Henryk Ramęda nie zapomniał o swoich korzeniach. W 1999 roku zamieścił na łamach "Wadovian" wspomnienie o Gustawie Studnickim, później na stronie stowarzyszenia absolwentów artykuł o ks. Zacherze i Janie Pawle II, a w 2017 roku w żywieckich "Groniach" - "Balladę o Józku Wróblu z Choczni, poecie i muzyku".

Ze związku małżeńskiego z Marią z Dąbrowskich (nauczycielką, również pochodzącą z Choczni, zmarłą w 2011 roku) miał dwoje dzieci: syna Arkadiusza Ramędę (dr ekonomii, radcę w Ministerstwie Finansów RP) i córkę Joannę Ramęda-Pilip (notariusza).

O zmarłym Henryku Ramędzie przeczytać można również w książce Marii Biel-Pająk i Agnieszki Jusińskiej "Dotknięci iskrą Bożą".




piątek, 6 czerwca 2025

Wspomnienia Feliksa Misia z powojennej wywózki do Związku Radzieckiego - część III

 W 1941 roku, podczas budowy magazynu w Choczni, Feliks Miś spotkał Niemca o nazwisku Schmelzer, który był osiedlonym w okolicy bauerem po wysiedleniu polskich gospodarzy. Ten sam Schmelzer, majster ciesielski w łagrze, nadzorował prace, był surowy i często krzyczał na robotników. Feliks Miś, mając problem z kopaniem rowków, skonfrontował się z nim, nazywając go „Szwabem”, po czym Schmelzer zniknął – podobno z powodu choroby żołądka trafił do szpitala, a później do innego obozu dla Niemców. W okolicy znajdował się obóz dla Niemców, skąd przyjeżdżali po prowiant. Byli oni w lepszej kondycji niż Polacy, lepiej odżywieni i pewni siebie.

W okresie od 10 kwietnia do 17 września 1946 roku Feliks Miś przebywał w obozie, a następnie został skierowany do pracy w kopalni węgla w Samocwietie. Pracował na tzw. „wtorajej szachcie” na głębokości około 180 metrów, do której schodziło się po stromych, śliskich drabinach. Winda, obsługiwana przez młodą Rosjankę, służyła tylko do transportu urobku. Warunki pracy były bardzo ciężkie – Miś opisuje cztery Rosjanki, które wywoziły węgiel wózkami, śpiewając mimo głodu i biedy. Jedna z nich opowiadała o trudnej sytuacji swojej rodziny – jej mąż był na wojnie, a ona sama utrzymywała siedmioro dzieci, dzieląc się z nimi skromnym przydziałem chleba (600 g dla niej, 100 g na dziecko).

Przydziały żywnościowe były minimalne i często rozkradane. Pracujący w kopalni dostawali teoretycznie 800 g chleba dziennie, ale w rzeczywistości było to bliżej 700 g. Normy żywnościowe były wywieszane na tabliczkach z hasłem „kto nie pracuje, ten nie je”. W skład przydziału wchodziło m.in. 100 g machorki miesięcznie, łyżka cukru tygodniowo, 0,5 l herbaty rano i wieczorem oraz rzadka zupa. Zupy były wodniste, a ich skład zależał od dostępnych zapasów – mąki, kaszy jaglanej lub ryb. Górnicy otrzymywali nieco więcej jedzenia, ale i tak było to niewystarczające. Głód zmuszał ludzi do jedzenia odpadów, a nawet pokrzyw, co prowadziło do chorób i śmierci. Miś unikał takich praktyk, co pomogło mu przetrwać.

Warunki w kopalni były ekstremalnie trudne. Pracownicy cierpieli na kurzą ślepotę z powodu braku światła słonecznego. Praca polegała na ręcznym kopaniu węgla kajołką, a normy wynosiły 80 cm postępu w węglu lub 40 cm w kamieniu dziennie. Po każdym wykopie należało zabezpieczać ściany stemplami i deskami, co było dodatkowym obciążeniem. Miś opisuje wypadek, gdy w chodniku, w którym pracował z kolegą, spadł głaz ze stropu. Na szczęście nikomu nic się nie stało, ale incydent ten wystraszył jego towarzysza. Inny wypadek dotyczył kolegi, który odciął sobie palce siekierą – śledztwo uznało to za celowe działanie, a poszkodowany trafił do karceru.

W obozie kwitło „organizowanie”, czyli kradzież i oszustwa w celu zdobycia jedzenia czy innych potrzebnych rzeczy. Handlowano wszystkim – od mydła po machorkę, wymieniano się z Rosjanami, którzy przynosili np. szczypior czy placki. Oszustwa były powszechne – Miś opisuje, jak Rosjanki mieszały machorkę z trawą, a Polacy produkowali fałszywe mydło z drewnianym wkładem. Handlowano także rzeczami osobistymi, jak zegarki czy buty, choć oficjalnie było to zabronione. Feliks Miś wspomina przypadek oszustwa, gdy zużyte buty naprawiono tak, by wyglądały jak nowe, i sprzedano je Rosjaninowi.

On sam próbował coś sobie zrobić, by nie iść do kopalni - postanowił sobie podłożyć nogę pod wózek z węglem, gdy przesuwał się pod szyb, ale gdy tylko usłyszał z daleka, to wyobraził sobie, jak się krew leje i zaniechał tego sposobu. Innym razem przed Świętami Bożego Narodzenia kombinował, żeby nie iść do roboty w święta. Kilka dni przed świętami, gdy pracował sam, uderzył się kilka razy szybko raz za razem kamieniem w wierzch lewej dłoni. Pierwszy raz zabolało, ale drugiego i trzeciego razu już-nie czuł, tylko gorąc w ręce. Po chwili ręka spuchła i zsiniała. Poszedł wtedy pod szyb do dziesiętnika i zgłosił, że spadł mu na rękę kamień ze stropu, a ten dał się nabrać.

Życie w łagrze było naznaczone głodem, ciężką pracą i brakiem nadziei na powrót do domu. Ludzie, by przetrwać, uciekali się do kradzieży i oszustw, tracąc często ludzkie odruchy. Miś przetrwał dzięki sprytowi, unikaniu skrajnych zachowań i umiejętności „organizowania”. Warunki obozowe wyniszczały fizycznie i psychicznie, a przetrwali tylko ci najbardziej odporni i sprytni.

wtorek, 1 października 2024

Wspomnienia Stanisława Batora z okresu II wojny światowej

 9 kwietnia 2013 Katarzyna Odrzywołek i Adrian Szopa przeprowadzili w Bradford w Anglii wywiad z mieszkającym tam Stanisławem Batorem, który następnie został opublikowany w książce "Pokolenia odchodzą. Relacje źródłowe polskich Sybiraków z Wielkiej Brytanii. Bradford".


Stanisław Bator urodził się w Choczni 9 kwietnia 1930, jako syn pochodzącego z Liszek Józefa Batora i Rozalii z domu Suwaj. Poniżej zamieszczam jako cytat fragment jego wspomnień sprzed wojny i z okresu jej trwania:

Przed wojną

 Urodziłem się 9 kwietnia 1930 roku w Choczni, powiat Wadowice, województwo krakowskie. Imię ojca: Józef, imię matki: Rozalia (z domu Suwaj). Przez pierwszych pięć lat mojego życia mieszkaliśmy w Choczni. Ojciec pracował na polu, był rolnikiem. Coś poszło bardzo źle i w 1935 roku wyjechaliśmy na Wołyń. W rodzinie było siedmioro dzieci. Licząc od najstarszego byli to: Jan, Stefan, Maria, Mieczysław, Halina, Stanisław, Edward. Wszyscy urodzili się przed wojną. Najmłodszy brat urodził się w 1932 roku. Opuściliśmy Chocznię z powodu bardzo dużej biedy, a na Wołyniu mieliśmy kuzyna. W Janowej Dolinie, koło Kostopola otwierali kopalnię, kamieniołomy. Kuzyn załatwił tam pracę dla ojca. Otwierano kopalnie, były nowe domy, nowe budownictwo. Mieszkaliśmy w domu, gdzie mieszkały cztery rodziny. Mieszkaliśmy z Polakami. Trudno mi powiedzieć, jak wyglądał dom, to było coś nowego. Chocznia to była wioska, a tu był inny dom, nie było słomy. To był zupełnie inny dom niż ten, co mieliśmy w Choczni. W Janowej Dolinie zacząłem chodzić do szkoły, coś nowego wybudowali [nowy budynek]. Większość mieszkańców to byli przyjezdni, przyjechali pracować w Janowej Dolinie, w kamieniołomach. Wszystko było widać. Mur był, tam rozbijali kamień.

Wybuch II wojny światowej i życie pod okupacją

Rok 1939. Przyszli Rosjanie. Niemców u nas nie było. Rosja weszła do połowy Polski. Mieliśmy kontakt tylko z nimi [z Rosjanami]. Trzeba było chodzić do szkoły. Kazali mówić po rosyjsku i uczyć się po rosyjsku. Rosjanie obejmowali stanowiska w szkole. Nie wszystkich wywieziono z Janowej Doliny. Powodem naszej wywózki było to, że mój brat Jan bardzo się udzielał, był w organizacji politycznej. Nie pamiętam jej nazwy, miał coś wspólnego z junakami, strzelcami. Został aresztowany, dlatego że się udzielał, był bardzo znany. Został wywieziony do Charkowa czy do Smoleńska. Tam zginął. Został zamordowany. Przez niego później nas, całą rodzinę wywieźli.

Deportacja w głąb Związku Sowieckiego

Nie przyszli rozmawiać z nami [dziećmi], tylko z ojcem. Powiedzieli, że będą nas wywozić. Mama zabrała tylko coś do ubrania, ale nie pozwolili nam niczego [innego] brać. To był maj albo czerwiec 1941 roku. Stacja, z której nas wywieźli, to była Janowa Dolina. Transportowali nas w wagonach towarowych, [w których] nie było specjalnych „pokoików" [przedziałów]. Wsadzili nas do tego wagonu, było ciasno. Takie były warunki. Wieźli nas do Kazachstanu. Mniej więcej w tym czasie wybuchła wojna rosyjsko-niemiecka. Mówiono, że wiozą nas na Sybir, ale koło Moskwy zmienili transport i wysłali do Kazachstanu. [Nie wywieziono wówczas całej rodziny]. Siostry Marii do Rosji nie zabrali, bo ona już była mężatką i została w Polsce. Stefana gdzieś zabrali, nie wiem, kto, kiedy i jak go uwięzili. Jak nas wywieźli, to też już go nie było.

Pobyt na zesłaniu

W Kazachstanie byliśmy - jużnokazachstanskaja obłast, pachta-aralski rejon, miejscowość Inwalidnaja. Tam przeważnie były plantacje bawełny. Nie pracowałem tam. Jeśli się nie pracowało, to nie było jedzenia. Musieliśmy iść do szkoły, ja z młodszym bratem Edwardem. Najwięcej tam było Rosjan, nas przyjezdnych bardzo mało było. Wszystkich przedmiotów uczyliśmy się po rosyjsku. Szkoła rosyjska, wszystko po rosyjsku. Czułem się tam troszkę głupio, ale kazali iść do roboty, bo jak nie pójdę, to nie będzie chleba. Do roboty się nie chciało iść, to szło się do szkoły. Ojciec pracował na polu, na plantacji bawełny, tak samo brat i siostra. Był głód. Miałem jedenaście lat, jadłem, co mi dali. Nie było żadnego wyboru. Nie mogłem mówić, że ja czegoś nie będę jadł.

Podróż na południe Związku Sowieckiego

W Rosji byłem do 1942 roku, zabrali nas do junaków. Nastąpiła amnestia i myśmy mogli wyjeżdżać. Powiedzieli nam, że był układ i do jakiego miasta mamy pojechać, żeby [wstąpić] do junaków - młodych. Bo wojskowych brali gdzie indziej.

Pobyt na Bliskim Wschodzie

A tu był taki specjalny obóz dla junaków, od 10-11 lat do 15-16 lat. Trafiłem tam z bratem Edwardem i Mieczysławem (on też jeszcze nie mógł pójść do wojska). Ojciec wstąpił do wojska. Matka miała jechać w to samo miejsce, gdzie myśmy byli. W pociągu zmarła i nie mieliśmy już żadnego kontaktu. Ojciec czegoś się dowiedział, ale nikt nic mógł powiedzieć, gdzie ona zmarła, co się jej stało. Ojciec trafił do 5. Dywizji. W junakach ćwiczeń nie było, czasami jakiś przemarsz, żeby się spotkać. Dzień junaka [wyglądał tak, że] kazali iść spać, wstawaliśmy o tej i o tej godzinie, [...] siedziało się w domu, w baraku, przeszło się gdzieś, jak się miało trochę wolnego czasu. Nie było żadnych rozrywek. Każdy czekał na informację o wyjeździe, taka była bieda. Mieliśmy kontakt z ojcem. Kiedy przyszła amnestia, to ojca zabrali, był niedaleko nas. Do pewnego stopnia mieliśmy z nim kontakt.

Pobyt na Bliskim Wschodzie

Płynęliśmy statkiem z Krasnowodzka do Pahlevi. Było tam lotnisko, a przy nim obóz. Było duże zadowolenie, to nas cieszyło. Mieliśmy jechać do Palestyny. Każdy był zadowolony, że nie byliśmy już w Rosji, czuliśmy to cały czas. Przyjechaliśmy do Palestyny i później był podział do szkół. Trafiłem do Nazaretu, do szkoły powszechnej. Tam byłem tylko rok. Później zrobili obóz dla starszych, [ale] trudno mi przypomnieć sobie jego nazwę. Tam byliśmy w namiotach, w przeciwieństwie do Nazaretu, gdzie był duży klasztor. Byliśmy w namiotach. Luźniej było, bo nie było takiego kontaktu ze starszymi, młodzież mogła się więcej wygłupiać. Robiliśmy różne figle. Było dużo sportu, graliśmy w piłkę. Każdy był czymś zainteresowany. Można było chodzić na kąpiele w basenie. Od czasu do czasu odbywały się wycieczki, których nie było za dużo. Kontaktu z miejscową ludnością nie mieliśmy. Mieliśmy musztrę. Robiliśmy wszystko, co trzeba było robić. Nie było tak, że „coś mi się nie podoba", kazali robić, to robiliśmy. W Palestynie byłem pięć lat: od 1942 do 1947 roku. Cały czas byłem w szkole. W warsztacie uczyliśmy się trochę ślusarki. Dużą część dnia spędzałem w szkole. Rano wychodziło się do szkoły, około czwartej godziny się wracało. Na ogół nie było tak, żebym się czymś szczególnie interesował czy nie lubił czegoś. Kazali coś robić, to się robiło - normalna nauka. Najbardziej lubiłem sport, piłkę nożną. Nie wiem, czy byłem dobry, ale kierownik drużyny zawsze mnie wybierał. Grałem na pozycji lewego łącznika, numer 10. Strzelałem dużo bramek. Mieczysław był starszy, był już licealistą i nie miałem już z nim takiego kontaktu. Później, w 1946 czy 1945 roku, wyjechał ze szkoły do wojska, a dalej do Włoch. Tata dużo wcześniej skończył służbę wojskową - już w Persji - bo chorował. Został wypisany z wojska i wysłano go do Indii. 

----

W 1947 roku autor wspomnień wyjechał z Palestyny do Wielkiej Brytanii, gdzie zamieszkał na stałe.


czwartek, 22 sierpnia 2024

Wojenne przeżycia Mariana Kobiałki na terenie Związku Radzieckiego


Marian Kobiałka, urodzony w 1925 roku w Choczni, jako syn Aleksandra Kobiałki i Marii z Byrskich, pochodzącej z Kaczyny, w latach 30. XX wieku przeprowadził się z rodzicami do Rokitna na Wołyniu. Tam zastały go wybuch II wojny światowej i radziecka okupacja. Swoje przeżycia z tego okresu opisał po wydostaniu się z ZSRR do Teheranu w Iranie, gdzie uczył się w Szkole Junaków przy armii gen. Andersa. Jego wypracowanie zachowało się w Archiwum Instytutu Hoovera.

 Wkroczyły wojska sowieckie, zakurzone, zmordowane i zaczęły chwalić swoją kulturą, i jakie u nich dobro i powodzenie. Myśmy nie bardzo uwierzyli , gdyż było widać po ich zachowaniu się, gdy wkroczyli do sklepów, zabierali towar lub zamykali sklepy i przerabiali na swoje kooperatywy, gdzie można było dostać tylko wyznaczoną skromną porcję. Za sąsiednią wioską, w niedużym lasku, rozegrała się potyczka wojska bolszewickiego z grupą żołnierzy polskich. Gajowych zaraz wywieziono, a majątek ich zabrano na wozy i wywieziono do Rosji. Ludzi zamożniejszych również zaaresztowano i wywieziono , majątek ich zabrano. Aresztowano oficerów polskich, zostawiając żony i dzieci bez żadnej opieki. Żony musiały z dziećmi co noc to u innego gospodarza nocować, bojąc się, by ich nie aresztowano. Gdy aresztowano kogoś, to przeważnie zabierano całą jego rodzinę, a nawet krewnych. Kościoły zamknięto niby to nie zabraniali się modlić, lecz bardzo karali i wypominali te modły. W szkołach zdjęto obrazy i krzyże , bo zaczęła się nauka w języku rosyjskim i przeciw Bogu , a później nie wolne było modlić się po cichu nawet. Zaczęto nakładać duże podatki, nie wolno było więcej mieć, jak tylko jedną krowę i kawałek ogrodu, bo resztę ziemi zabierano do organizujących się kołchozów. Biblioteki polskiej nigdzie nie znalazł, pomniki zdjęto i zaczęło się trudne życie , gdyż od 16-tu lat każdy musiał pracować,  bez względu na to, czy to chłopak, czy dziewczyna. Mój ojciec pracował w kamieniołomie. Było bardzo krucho z żywnością, więc ją mając 14 lat poszedłem pracować do huty szklanej. Z początku pracowałem 4 godziny, lecz potem musiałem pracować 8 godzin , jak przypadło, w nocy czy w dzień. Gdy ojciec mój dostał lepszą prace na stacji kolejowej, chciał zabrać mnie z huty, lecz władze na to nie pozwalały. Gdy nie poszedłem do pracy, podali do sądu i zostałem zasądzony na 1 rok do domu poprawczego, tzw. „kolonii”. Tam pracowałem w fabryce przy niklowaniu. Praca trwała 8 godzin. Wyżywienie nie bardzo dostateczne, tak, że ledwo można było się utrzymać. Było to w Kijowie. Gdy wybuchła wojna rosyjsko-niemiecka, gdy Niemcy zaczęli się zbliżać do Kijowa, nas ewakuowali do Kirowa. W wagonie towarowym jechało nas 120, podróż trwała 7 dni. Jedzenie dostaliśmy tylko 5 razy, wody brakowało, choć na każdej stacji były studnie koło samych wagonów, lecz nie pozwalali nabrać. Ja zemdlałem z braku wody trzy razy. Nareszcie przyjechaliśmy do stacji, gdzie trzeba było wysiąść, lecz do miejsca zamieszkania musieliśmy iść piechotą. Po drodze piliśmy wodą z napotkanych kałuż. Tu również czekała nas praca. Na rzece Wiatce, na północy: spławiano drzewo. W miesiącu wrześniu , chodząc boso po wodzie, wyciągaliśmy te kłody na brzeg. Każdy z nas był przemarznięty. Były tam i dzieci rosyjskie , na które strach było patrzeć, na ich zachowanie i mowę. A żywność była taka: 45 dkg. chleba czarnego i mała miseczka rzadziutkiej zupki jęczmiennej, tak że siedziało się bardzo głodnym. Gdy nastąpiła tzw. amnestia, zostałem zwolniony i poszedłem pracować na posiołek. Pracę znalazłem sobie w kuźni. Praca trwała 12 godzin dziennie. Mając 16 lat , było mi nielekko pracować, bo gdy wracałem, to nie czułem swoich rąk , a przy - 45° C odmrożone moje nogi bolały, gdyż nie było dobrego obuwia i ubrania, a bardzo marne odżywianie osłabiało siły. Smutno mi było jednak ,że nawet piśmiennie nie mogłem porozumieć się z rodzicami, którzy zostali na terenie Polski i którzy tak płakali przy moim odjeździe.

W domu poprawczym w Kijowie było nas Polaków około 130, a reszta byli chłopcy ruscy. Cała kolonia (dom poprawczy) liczył około 340 chłopców. Należała do tej kolonii fabryka łóżek, więc myśmy tam pracowali. Ja jako uczeń z początku zarabiałem 30 rb. na miesiąc i do tego skromne wyżywienie: 450 gr. chleba i trzy razy dziennie zupa. Pracowaliśmy 8 godzin na zmiany. W dzień jedna zmiana, w nocy druga. Przemiana zmian co 7 dni. Gdy byłem w Kijowie, mogłem jeszcze pisać listy do rodziców . Chłopcy ruscy żyli z Polakami nie bardzo w zgodzie, bo 10-letni chłopcy byli tak rozpuszczeni, że nie do wytłumaczenia. Ciągłe bójki między sobą i kłótnie. Dzień spędzaliśmy przy pracy. Była ona nieciężka, ale i nielekka, gdyż wracało się zmęczonym. Posyłek z domu nie otrzymywałem, gdyż bardzo długo trzeba było czekać, aż się zepsuły artykuły żywnościowe. Gdy Niemcy zaczęli zbliżać się do Kijowa i bombardować, wyprowadzono nas na stację i załadowano do wagonów - Polaków  razem z ruskimi. Doszło tam do wielkich tragedii, gdyż chłopcy ruscy pozabierali od nas niemal wszystko. A jeżeliby się który oburzył, gotowi byli zbić, bo i bez tego spokoju nie dawali, dokuczali i przezywali.

----

Kobiałka, występujący później pod nieco zmienionym nazwiskiem Kobiałko, został przyjęty do Polskich Sił Powietrznych w Wielkiej Brytanii. Służył w stopniu kaprala w 315. Dywizjonie Myśliwskim. Został odznaczony Medalem Lotniczym. Po wojnie pozostał w Anglii. W 1949 roku ożenił się z Olgą Szulakowską, z którą miał dwie córki. W latach 50. XX wieku wyemigrował z rodziną do Kanady. Zmarł w Toronto 8 lipca 2021.

czwartek, 29 lutego 2024

Maria i Alojzy Zajda - Pracowało się z nadzieją

Wychodzący na Opolszczyźnie "Tygodnik Prudnicki" w numerze 43 z 22 października 1995 roku zamieścił na swoich łamach artykuł z powojennymi wspomnieniami Alojzego Zajdy z Choczni (ur. 6 marca 1921 roku, jako syn Wincentego i Zofii z domu Wala) oraz jego żony Czesławy z domu Sordyl, która pochodziła z Kaczyny.
Oto jego treść:
W styczniu 1946 roku rozpoczęła pracę w dzisiejszym „Primusie" Maria Zajda (znana także pod imieniem Czesława), w lutym Alojzy Zajda, jej mąż. Oboje pochodzą spod Wadowic - z Kaczyny i Chocznia. Znali się jeszcze mieszkając w sąsiednich wioskach, ślub wzięli w Prudniku.
- Bardzo ciężko było - wspomina pan Alojzy - ale tej atmosfery nic nie zastąpi Była duża pomoc zakładu, obiady, rąbanka, bo z zarobków nie można było wyżyć. Tani byl po wojnie tylko chleb. Zakład nie pracował na zmiany, stąd trudno było wychowywać dzieci. Zostawiało się u sąsiadki, bo i żłobka w Prudniku wtedy nie było. Na początku mieszkali na ul. Słowackiego, jako sublokatorzy. Potem dostali swoje mieszkanie. Normalniejsza praca zaczęła się po 15 grudnia 1949 roku, kiedy otwarty został obecny zakład. To życie w zakładzie przeszło im jak z bicza strzelił. W 1976 roku pan Alojzy przeszedł na rentę. Choroba zawodowa, wywołana przez wibrację maszyn, potem dołożył swoje kręgosłup. W 1981 roku na emeryturę przeszła pani Maria. Razem przepracowali w zakładzie 66 lat! Tyle dali „Primusowi”.
- Pracowało się zawsze z nadzieją - mówi pani Maria- Choć ciężko było. Z nadzieją, że idzie ku lepszemu. Nigdy wiele nie wymagaliśmy od życia Teraz też jakoś żyjemy, płacimy wszystko, kupujemy co trzeba. Gdyby nie choroba, nie byłoby źle. Alojzy Zajda pracował na glazerowamu obcasów, kołkowaniu obuwia skórzanego, na manipulacji wierzchów, kręceniu cholewek. Praca fizyczna, trudna, wymagająca fachowości Ostatnio pracował w modelami, tu było już lżej.
Maria Zajda pracowała jako siekacz na manipulacji wierzchowej, trochę na automacie. Ostatnio w kontroli technicznej.
- To była najgorsza praca - wspomina - musiałam pokazywać błędy ludziom, a ja byłam przyzwyczajona sama robić.
Jak to się stało, że wybór padł na Prudnik?
Wcześniej wyjechała do Prudnika koleżanka pani Marii. Dała znać, że jest praca, są przyjęcia do zakładu obuwia. Wtedy pracowało jeszcze dużo Niemców.
- Patyk, który przyjechał z Chełmka - wspomina pan Alojzy - mówił nam: podglądajcie ich, jak naprawiają maszyny, żebyście i wy umieli, jak oni odejdą ...
- Szybko to zleciało - dodaje pani Maria -  mieliśmy stałą nadzieję na przyszłość. Żeby lepiej się żyło naszym dzieciom, wnukom. Państwo Zajdowie dochowali się trójki dzieci i sześciu wnuków. Najstarszy wnuk uczy w "jedynce", podobnie jak synowa.
----
Alojzy i Maria Zajdowie spoczywają na cmentarzu w Prudniku. Według napisu na nagrobku on zmarł w 2002 roku, a ona przed niespełna trzema laty.

Źródło - grobonet


czwartek, 29 września 2022

Wspomnienia Julii Drapa z czasów szkolnych

 

Wspomnienia Julii Marii Drapa z domu Woźniak (1924-2009) z czasów jej nauki w choczeńskiej szkole podstawowej (od 1931 roku):

Na rozległym miejscu, otoczonym wokół drzewami, przy skrzyżowaniu dróg, niedaleko od szosy, w pobliżu dawnego domu Pędziwiatra (później mieścił się tam Urząd Gminny) stoi sławna choczeńska szkoła. Budynek to solidny, piętrowy, pamiętający jeszcze czasy austriackie - wyróżnia się od innych budowli z daleka swym dostojnym, masywnym wyglądem. Powie ktos teraz, że to kopciuszek w porównaniu do niektórych, teraźniejszych szkół. Tak, to być może, ale w tych dawnych czasach panowania Franciszka Józefa I, a i później w okresie istnienia II-giej Rzeczypospolitej, był to wspaniały obiekt. zarówno pod względem swej funkcjonalności na owe czasy, jak również na szeroki zakres kształcenia w jej murach absolwentów na poziomie siedmiu klas szkoły powszechnej. Dla porównania trzeba tu wspomnieć, iż przedtem (kiedy nie było jeszcze tego budynku ) w Choczni była czteroklasowa szkoła i to w takim lokalu, który w żadnym wypadku nie mógł spełniać wymogów szkoły z prawdziwego zdarzenia.(…).

Gdyby można było odtworzyć dawny rozkład wewnętrzny tego budynku sprzed 58 laty i usytuowanie poszczególnych pomieszczeń, to trzeba by powiedzieć, iż na parterze były 3 sale lekcyjne i 1 sala nosząca nazwę świetlicy, w której wydawano posiłki dla biednych dzieci, a po południu odbywały się tam zbiórki harcerskie. Natomiast na piętrze, po prawej strpnie znajdowały się 3 sale lekcyjne i kancelaria kierownika szkoły ,a po lewej były 2 sale i gabinet z pomocami naukowymi. Dodać tu jeszcze należy, iż na parterze znajdowało się mieszkanie kierownika szkoły, do którego wejście było z boku. Na szerokim korytarzu pierwszego piętra odbywały się spotkania całego grona uczniowskiego i nauczycielskiego, poświęcone uroczystościom z tytułu świąt państwowych (mowa o czasach przedwrześniowych), jak rocznice niepodległości 11 listopada i święta 3 Maja, czyli uchwalenia I-szej Konstytucji w Polsce przedrozbiorowej oraz uroczystość imienin Marszałka Polski - Józefa Piłsudskiego w dniu 19 marca, którego gipsowe popiersie znajdowało się na końcu korytarza przy oknie. Dziedziniec okalający szkołę był szeroki i rozległy. Na nim mogły się pomieścić liczne rzesze uczniowskie, co pozwalało im w czasie przerw lekcyjnych czyli tzw. pauz - dowolnie wyskakać i wyszumieć oraz odetchnąć świeżym powietrzem. Był tam również (i jest chyba nadał) nieco z tyłu usytuowany, nieocenionej wartości mały budyneczek, inaczej mówiąc pisuar szkolny, który nie tylko służył do załatwiania potrzeb fizjologicznych, ale był również miejscem, gdzie odbywały się poufne rozmowy , a niejednokrotnie azylem dla tych, co chronili się tam w czasie lekcji przed niebezpieczeństwem drenażu mózgów ze strony niektórych belfrów- grożącym niechybną dwóją dla nieprzygotowanych na to delikwentów. W takiej to sławetnej szkole dniem 1 września 1931 r. rozpoczęła nauką główna bohaterka naszej opowieści.(…)

Tata uczył mnie alfabetu przed pójściem do szkoły - byłam chętna do nauki i szybko nauczyłam się - także gdy otwarty się dla mnie jej podwoje AD 1931 - nie miałam żadnych kłopotów, a nawet przewyższałam moje koleżanki i kolegów. (…) Początkowo zostałam przydzielona do klasy „B”, lecz długo w niej nie zagrzałam miejsca. Otóż w klasie wakowało jedno miejsce i pani Taraskowa zaproponowała, aby ktoś z nas wyraził chęć przejścia do klasy „A”. Ponieważ zawsze byłam pierwsza do wszystkiego, podniosłam rękę do góry i tak znalazłam się w gronie uczniowskim, które towarzyszyło mi do siódmej klasy. Wychowawczynią była p. Albina Taraskowa - cały rok uczyła nas wszystkich przedmiotów - książka była tylko jedna - do połowy język polski, a w drugiej jej części była matematyka. Do półrocza pisaliśmy na tabliczkach, do których mieliśmy rysik. i gąbkę - aby w każdej chwili można było zmazać - na nich też pisaliśmy zadania domowe - po półroczu mieliśmy już zeszyty. Pragnę tu podkreślić, iż przed rozpoczęciem nauki cały zespół uczniowski zbierał się wraz z nauczycielami, aby odśpiewać poranną modlitwę (…)

Z kolei już po zakończeniu nauki też w klasie odmawiano modlitwę, zaczynającą się od słów ” Dzięki  Ci Boże za światło tej nauki itd." Religii uczył nas ks. Józef Kmiecik, który był bardzo surowy - na lekcji musiało być cicho, jak makiem zasiał. Trzeba było odpowiadać płynnie na jego pytania i należy tu dodać, że jeśli ktoś miał dwóje z religii na koniec roku, to oczywiście nie mógł przejść do następnej klasy. Dlatego wszyscy uczyli się tego przedmiotu pilnie, gdyż wiedzieli, iż idzie tu o wielką stawkę. (…)

Czas jednak płynął szybko, a ja znalazłam się niedługo w II-giej klasie. Uczył nas wtedy p. Koman i opowiadał nam śliczne bajki. Po nim przyszła pani Hyrlicka, którą nadzwyczaj lubiłam. W trzeciej klasie przyszła nowa nauczycielka - bardzo ładna i sympatyczna p. Chmielowcowa. (…)  

Od czwartej klasy zaczęła się nowa era w szkole - kierownik Gondek odszedł na emeryturę, a na jego miejsce przyszedł Michał Kornelak wraz ze swoją rodziną. Żona jego także nauczycielka została moją wychowawczynią. Była brunetką, ale już wtedy (co nie było jeszcze rozpowszechnione) farbowała sobie włosy na złoty kolor, przez co była ładniejsza. Była bardzo ostra i uważała karę cielesną jako jeden z ważnych atrybutów wychowawczych. Otóż pewnego dnia ja i Marysia Korzenna chciałyśmy sprawdzić nasza ceny w dzienniku klasowym. Umówiłyśmy się, że ona będzie zaglądać do dziennika, a ja jako strażnik będę czuwać przy drzwiach i w razie czego zasygnalizuje zbliżające się niebezpieczeństwo. Wtem nagle otwarły się drzwi, weszła p. Kornelakowa. Zdrętwiałam z przerażenia, ale zaczęłam wołać na Marysię i dawałam jej ostrzegające znaki, niestety za późno.  Oberwałyśmy obydwie po buzi od krewkiej wychowawczyni (w tych czasach dyscyplina była bardzo ostra) i od odechciało się nam raz na zawsze zaglądać do dziennika. Innym wydarzeniem, które skończyło się nader żałośnie była sprawa gąbki. Do mojej klasy chodziła dobrana paczka urwisów takich, jak kuzyn Mietek Woźniak, Józek Kolber, mój przyszły kumpel Karol Janoszek, kuzyn Marian Bandoła, Kazek Ścigalski i wielu innych. Umiłowanym zajęciem tych łobuziaków było płatanie różnych psot i figli, w czym prześcigali się wzajemnie. Pewnego dnia przyszedł jak zwykle do klasy kierownik szkoły p. Kornelak (uczył matematyki). Był to wysoki, młody i przystojny mężczyzna. Chłopcy bali się go, jak ognia, bo lubił pociągać za włosy, co bardzo bolało- dziewczęta bardziej faworyzował - niemniej jednak był trochę złośliwy i  lubił dawać różne przezwiska - potrafił wyśmiać i wykpić lub po prostu dać dwóję. Ten nasz dręczyciel i prześladowca wziął jak zwykle do ręki gąbkę, by wytrzeć tablicę i od razu zwietrzył jakąś niesmaczną psotę, bowiem zalatywał od niej jakiś podejrzany zapach. Jeszcze raz przytknął ją do nosa- ależ tak- gąbka wyraźnie śmierdziała moczem. Twarz czcigodnego belfra stała się nagle purpurowa z gniewu. Zaczął ciskać gromy, grozić karami, jakie spotkają całą klasę, jeśli nie powie nikt, kto to zrobił. Wszyscy zamarli z przerażenia, a w sali zapanowała głucha cisza i zaczęła się przeciągać niebezpiecznie. W tym odrętwieniu jakby machinalnie podniosłam rękę do góry – zdawało mi się, że tylko ja mogę uratować wszystkich przed grożącą im klęską. Z determinacją oświadczyłam, iż widziałam, kto to zrobił, a tym winowajcą był Karol. Nie potrzebuję tu komentować, jaka kara spotkała pechowego figlarza. Od tego momentu poczuł uzasadnioną awersję do swej koleżanki- zdrajczyni. Ja sama później czułam wyrzuty sumienia, ze dałam się ponieść nagłym impulsom, które pchnęły mnie do tego kroku (…) 

Drugim niepoprawnym figlarzem szkolnym był mój kuzyn Mietek. Nie było imprezy komicznej, czy jakiegoś kawału, w którym by on nie brał udziału. Pewnego dnia  klasa nasza poszła rysować stodołę pod kierownictwem p. Nowaka, ponieważ w każdym roku były ustalone pewny obiekty, które trzeba było naszkicować w bloku na kartonie. Po pewnym czasie jakaś koleżanka poszła dokładnie obejrzeć załamanie ściany, które jej nie wychodziło. Lecz za chwilę przyszła przerażona, że w stodole straszy. Oczywiście nie uwierzono jej w to i wprost wyśmiano, że to przywidzenia. Niedługo poszła druga i zobaczyła to samo. Zaintrygowany tym prof. Nowak poszedł to sam sprawdzić, ale nic nie zauważył. Poszły później sprawdzić inne dziewczyny - znów zobaczyły ducha i wróciły przerażone. Okazało się, ze był to Mietek, który założył sobie prześcieradło, a pod niego włożył lampkę elektryczną- wtedy duch pojawiał się i znów znikał. Efktem tego było to, iż wszystkie dziewczyny bały się przechodzić koło stodoły, która znajdowała się na terenie szkolnym. Tym razem jednak nie rozszyfrowano sprawcy tego spirytystycznego seansu, bowiem wtajemniczone osoby nie zdradziły, kto urządził to mrożące krew w żyłach widowisko. (…)

Pewnego dnia p. Kornelakowa zauważyła, iż jem na przerwie nasz razowiec i wtedy poprosiła, by dać jej skosztować. Wówczas tak to jej smakowało, iż zaproponowała, abym przyniosła jeden bochenek dla niej, a ona da nam 2 bochenki tzw. kupnego, białego chleba. My wcinaliśmy biały chlebuś i dziwiliśmy się, dlaczego dokonała tak niekorzystnej dla niej transakcji. Wtedy może nie potrafiliśmy w pełni zrozumieć, z jakiego powodu to uczyniła, później zrozumieliśmy dokładnie, że nasz razowiec posiadał bogactwo witamin, tak niezwykle potrzebnych organizmowi ludzkiemu.(…)

Wielkim uznaniem w szkole cieszyła się p. Anna Zrazikówna, która poświęcała wiele czasu i trudu, tak w dziedzinie wychowania światka uczniowskiego, jak również jego kształcenia. Mnie uczyła ona zawsze geografii i dzięki niej umiałam ten przedmiot dobrze. Nauczycielka ta w dużej mierze przykładała wagę do wypełniania swych obowiązków i dziatwa szkolna dużo zawdzięczała tej lubianej przez wszystkich „naszej pani”.

poniedziałek, 2 maja 2022

Wspomnienia Kazimierza Ścigalskiego - część II

 Druga część wspomnień Kazimierza Ścigalskiego z Choczni, tym razem dotycząca jego pobytu na przymusowych robotach w czasie II wojny światowej. Przypomnę, że całość zawarta jest w pracy magisterskiej "Opowieści z życia mieszkańców Choczni koło Wadowic" autorstwa Anny Wolanin, która zgodziła się na ich udostępnienie.

W czterdziestym pierwszym roku zostałem powołany przez tutejszy miejscowy Arbeitsamt (Arbeitsamt to się nazywa) w Andrychowie, do pracy w Rzeszy. No i w czterdziestym pierwszym roku zostałem tam wywieziony, także straciłem kontakt z tym co się działo w Choczni. No i na krótko z rodziną.(…) 

Sam pojechałem tam. A siostry dwie moje: bliźniaczkę i starszą siostrę Irkę też (ale w późniejszym terminie) wywieźli zdaje się do robót do Austrii. Tam miały nawet dość nieźle. Przynajmniej z ich opowiadań wynikało, że tam było dużo lepiej niż tym którzy zostali. (…) W Austrii pracowały w restauracji, jako kelnerki. A jedna pracowała jako kelnerka a druga pracowała jako pomocnik w sklepie jakimś. No bo jeszcze nie umiały po niemiecku ale coś podać z magazynu, przynieść. One się kontaktowały bo mieszkały blisko siebie. Ci Niemcy, Austryjacy którzy ich zatrudnili tam to byli chyba spokrewnieni ze sobą, także one się kontaktowały. 

Natomiast ja byłem wywieziony tutaj, do III Rzeszy, niedaleko dzisiejszej Legnicy. Się nazywa chyba ta miejscowość teraz Chojnów. Heinal się nazywało po niemiecku, wioska Gorsdorf. Adres przynajmniej taki był: Gorsdof Uber Heinal Kreiss, ale to jest chyba nieważne. Kreiss to był chyba powiat. W każdym razie województwo to było Breslau czyli wrocławskie. Taki był adres na który do mnie pisali listy. Tam zatrudniony byłem jako pomocnik, taki przy krowach. U tego bauera wielkie gospodarstwo rolne... Pod opiekę miałem szesnaście krów. Ale nie pracowałem długo przy tych krowach, ponieważ ten gospodarz cały uznał, że nadaje się do innej, lepszej roboty. I dał mnie do koni. Do koni mnie przeniósł a tam przy krowach zatrudnił innego Polaka (którzy zostali przywiezieni z okolic Częstochowy z rodziną). Ale on był taki, jakiś... Ze mną to się przynajmniej na migi jeszcze dogadał a z nim to się nie mógł w ogóle dogadać. I wziął go tych krów a mnie do koni. Tam mieszkaliśmy obok, w takim budynku. To był budynek, który miał mieszkania ponad szopami i stajnią końską. Po takich schodach stromych się wychodziło. Tam mieszkała: ta rodzina z Częstochowy, ja i dwie Ukrainki które były już przywiezione wcześniej do pracy przymusowej. Brat tego bauera został powołany do wojska niemieckiego i był na froncie, a sam gospodarz już nie był taki młody. Nie brali go zresztą bo oni potrzebowali mieć z tych gospodarstw jakiś pożytek. Przecież potrzebna była żywność dla wojska. Gospodarka musiała iść i nawet dbali Niemcy o to, żeby ta gospodarka istniała i dobrze się rozwijała. Nigdy się nie spotkałem na przykład u nas z takimi maszynami rolniczymi jakie tam były już. Była tam kosiarka snopowiązałka do zboża. Były tam młocarnie nowoczesne. Były maszyny do suszenia i przewracania siana, do ładowania na strych. A u nas? Pierwszy raz widziałem się z takimi urządzeniami; maszynami jakie tam były. W Polsce to dopiero były po wojnie, niedługo po wojnie ale nastały te rzeczy jednak po wojnie. I tam pracowałem na roli z tymi końmi, a była para koni przeznaczona wyłącznie do jazdy albo wierzchem albo do bryczek, gdzie ja bawiłem się w dżokeja i woziłem tego gospodarza na uroczystości takie (rozumisz?) jak jakieś śluby czy pogrzeby czy coś takiego. Kupił mi taką dżokejkę na głowę specjalną. No i ja byłem tym stangretem. Nawet nie byłem z tego zadowolony bo kiedy oni się spotykali i bawili się to ja musiałem siedzieć w jakimś pobliskim pomieszczeniu i nudziłem się tam strasznie. Ale przynajmniej nie pracowałem. I tak na tych pracach zeszło parę lat... parę lat prawie że do końca. Ja miałem (kiedy zostałem tam wywieziony) szesnaście lat, w czterdziestym pierwszym roku. Młodszych już nie wywozili, tylko zaraz po ukończeniu szesnastego roku życia, to mnie tam zabrali. Przecież po dwóch, trzech latach człowiek był prawieże pełnoletni. Nudziło nam się nieraz. Nie pracowało się od rana do nocy, tylko od rana wczas ale do godziny gdzieś czwartej po południu, piątej. Potem miało się wolne. Często chodziłem do dworu, tam był w pobliżu w tej samej wsi dwór wielki, gdzie było zatrudnionych bardzo dużo Polaków, Ukraińców. Byli tam zatrudnieni Włosi, też jako pracownicy rolni. Oni organizowali zabawcy. Często przesiadywali tam i bawiliśmy się, ale obowiązywała godzina policyjna, także musiało się być przed godziną dziewiąta już w swoim mieszkaniu. Zresztą były takie kontrole gdzie chodził Weichmeister (tak zwany policjant niemiecki) i pilnował czy ci obcokrajowcy są już na swoim miejscu. Mnie niestety dwa razy spotkał że mnie nie zastał po godzinie dziewiątej w tej sztubie, niemieckiej izbie. To się sztuba nazywała. No i zagroził mi, że jak to się jeszcze raz zdarzy, że mnie zamkną do obozu, więc ja uważałem żeby się nie dać złapać. No ale tak się złożyło że spóźniłem się, a on już czekał na mnie... w tym moim pokoju. Ponieważ nie spóźniłem się dużo, a widziałem bo tam się świeciło u mnie, a bałem się że on tam może być (ten policjant), więc taki nie zapięty (całkiem jeszcze spodni nie zapiąłem) idę pomału (tak postękując) na tą górę do swojego pokoju i wchodzę taki... niepewny na nogach. On: „gdzieś ty był?" A ja mówię że byłem w ubikacji, w ustępie, bo ustęp na polu. „Jak to w ubikacji? Ja tu czekam na ciebie!" Ja już wtedy rozumiałem po niemiecku. Mało jeszcze mówiłem ale rozumiałem co on do mnie mówił bo to już było po kilku latach tej pracy. Mówię że czuję się chory bo miałem wymioty i rozwolnienie, no i musiałem tam być dłużej. On tak patrzył na mnie, pogroził mi rękawicą i poszedł. I na tym się skończyło. No więc udało się ale dzięki temu że się spóźniłem parę minut, bo jakbym się spóźnił pół godziny. to by się nie dało nic. Przecież nie będę siedział w ustępie pół godziny. Potem jak zbliżał się... (aha... jeszcze wcześniej). Ten kontakt z domem rodzinnym to miałem dość rzadki. Nie często się pisało listy. Raz że ja nie miałem na to za bardzo czasu, a i tu domownicy też byli zatrudnieni. Mama z młodszą siostrą była zatrudniona u tego bałora który nam zabrał dom. I tam musieli u niego też pracować. Ale ta zima jaka była w czterdziestym pierwszym roku (taka bardzo silna), to dostałem paczkę z domu. Zdziwiłem się bardzo - co tam w tej paczce jest? Przywiózł mi ją z domu ten gospodarz u którego pracowałem. Mówi: „masz tu Kazek paczkę z domu". Otwarłem a tam była taka kurtka ciepła, na zimę, bo tam brakowało takich ciepłych ubrań. 1 w ogóle okryć. A matka jednak myślała o tym że mogę marznąć i tą kurtkę mi przysłała. Dziwiłem się bardzo że ta kurtka doszła nawet w krótkim czasie. Szła chyba tylko parę dni, a dzisiaj? Poczta z Wadowic do Choczni idzie siedem dni, bo tak dostaję list. Jak dostaje czy z urzędu czy z banku to jest data i idzie całe siedem dni. Trzy kilometry jest odległość. Przedtem podczas wojny ta poczta niemiecka była solidna. Kiedy już było blisko zakończenia wojny, myśmy już wiedzieli że Niemcy tej wojny nie wygrają. Dochodziły nas słuchy od ludzi którzy mieli styczność z kimś innym, którzy wiedzieli z radia czy skądś, że wojnę Niemcy nie wygrają. Tym bardziej że mojego gospodarza zabrali i wcielili do tak zwanego Volksturmu. To jest odpowiednik w naszym, polskim (rozumisz?) zrozumieniu. Nie mogę sobie przypomnieć... pospolite ruszenie. (…) 

Front już się zbliżał, już był w okolicach stałych granic Polski i Niemiec. Więc jego wtedy zabrali a on zwrócił się do mnie (trochę nawet z prośbą, trochę z nakazem), że mnie robi takim kierownikiem tej grupy obcokrajowców która tam pracowała. Nawet żonie nie powiedział (bo był żonaty) żeby się zajęła tym wszystkim tylko ja. Mówi: „ty tu już znasz te maszyny, tą prace na roli i masz tutaj kierować". Jeszcze nie zapomnę bo mi powiedział: „jeśli ja i ty nie wiemy to cały świat nie będzie wiedział". Mnie to tak podbudowało, rozumisz? Ale co robić? Myśmy pracowali...właściwie to troszeczkę pomyliłem się bo jeszcze rok pracowałem tam, to nie był front w Polsce. On już był blisko granic Polski ale po tamtej stronie, jeszcze wzięli go do wojska. Kiedy wrócił na urlop, to przy obiedzie (ponieważ obiad spożywaliśmy w jednym pomieszczeniu, tylko my przy innym stole za takim parawanem a gospodarze przy innym) on opowiadał im ale ja rozumiałem dość dobrze po niemiecku. Mówił że jak my możemy wojnę wygrać jak w wojsku mamy mało żołnierzy niemieckich tylko jakichś obcych, „a głównie to słyszę język polski". Bo dużo tam Ślązaków poszło, bo Ślązaków brali wtedy do wojska, uważali ich za Niemców. Mówi: „jeszcze na dodatek to nam wszystkiego brakuje, i papierosów, i jakichś napojów a oni to mają wszystkiego dość. I wódkę mają i papierosy mają. Jak oni to robią to ja nie wiem". Ja to im powiedziałam, bo oni nie znali po niemiecku, Ukrainki też się tym za bardzo nie interesowały. Jeszcze tak mówi: „ta wojna źle się dla nas skończy". Ja wyłuskałem tę prawdę z tego. Byłem jeszcze bardziej podbudowany.

 

 

 

poniedziałek, 4 kwietnia 2022

Wspomnienia Kazimierza Ścigalskiego - część I

 W 2012 roku Anna Wolanin z Choczni napisała pracę magisterską pod tytułem "Opowieści z życia mieszkańców Choczni koło Wadowic". Znalazły się w niej wspomnienia pięciu osób, w tym emerytowanego stomatologa Kazimierza Ścigalskiego (1925-2019). Dzięki uprzejmości autorki mamy możliwość zapoznać się ze zredagowanymi fragmentami jego reminiscencji. 

Część pierwsza dotyczy wybuchu i początku II wojny światowej:

(…) Potem w miarę jak upływały lata, nadszedł czas (lata trzydzieste siódme, ósme i dziewiąte) gdzie już zaczęło mówić się o wojnie. Wszystkie objawy na to wskazywały, że wkrótce wybuchnie w Europie wojna. Już zajęte zostały na przykład Austria przez Niemcy, potem Czechosłowacja. I w końcu nadszedł rok trzydziesty dziewiąty — wrzesień, kiedy wybuchła wojna w Polsce między Niemcami i Polską. No i cóż ci tu więcej powiedzieć? Jeszcze wcześniej, na krótko przed wybuchem samej wojny, była taka czynność ze strony urzędów: miasta i gminy, wraz z jednostką wojskową, która wtedy stacjonowała w Wadowicach, żeby wszystkie konie, które były młode, i zdolne do jakichś większych, trudniejszych rzeczy, były po prostu zabrane, zarekwirowane ludziom. Nie było to zabranie bez pieniędzy, ale nie płacili, tylko wydawali za takiego konia kwit, za który ewentualnie po wojnie... no można było dostać ekwiwalent pieniądze. My akurat w domu mieliśmy pięknego konia młodego. I tego konia nam między innymi zabrano. Chociaż w okolicach najbliższych sąsiedztwie te konie wszystkie pozostawały, bo już były stare, nie nadawały się do wojska. Bardzo żałowaliśmy tego konia. No ale co było robić? Potem coraz więcej zaczęło stacjonować wojska, ponieważ już zbliżał się ten okres - pewnego wybuchu wojny. (…)

(…) Oczywiście, że nie było telewizji, ani prasy, tam nikt na wsi specjalnie nie prenumerował. Jedynie radio było w niektórych domach. Myśmy to radio mieli (na szczęście) i z niego można się było dość dużo dowiedzieć. No ale głównie o naszych dużych siłach zbrojnych, o niezwyciężoności armii. Także było więcej propagandowe. Aż nadszedł dzień pierwszy września kiedy wybuchła ta wojna. (…)  Ja wtedy miałem...to był 39 rok, ja byłem z dwudziestego piątego, to miałem czternaście lat. (…)

(…) Ale wracając jeszcze do samego wybuchu wojny... nastąpiło to w piątek, pamiętam dokładnie. I w niedzielę na trzeci dzień już po wybuchu wojny (każdy żył tak niespokojnie co to będzie?) gromadziły się takie liczne grupy ludzi które szły szosą. I jak dowiedzieliśmy się byli to tak zwani uciekinierzy którzy uciekali przed Niemcami, ponieważ taka pogłoska wtedy szła, że Niemcy mordują wszystkich ludzi zdolnych do noszenia broni. No i wtedy dużo ludzi uciekało na Wschód. Między innymi z Choczni tyż dużo ludzi się podłączyło do tych uciekinierów, całe tłumy. Rozumisz? Z wozami z tobołkami, z dobytkiem, z mieniem, które udało się zabrać, uciekało na Wschód. I była to niedziela późnym popołudniem. Nastąpił pierwszy nalot niemieckich Luftwafe na Chocznie. Akurat szła wtedy kawaleria polska -żołnierzy na koniach no i bombardowanie rozpoczęło się. Ja byłem wtedy poza domem, bo byłem ciekaw, co tam się dzieje na tej ulicy, na tej szosie. Ale wracałem już do domu kiedy rozpoczęło się to bombardowanie (i co tu zrobić?) wtedy huk ogromny, wybuchy bomb. Ja wpadłem do pobliskiego domu. (…) Kiedy zaczął się tam było parę osób już w tym domu. Ale tak ziemia zaczęła drgać, że zaczął się sypać z sufitu tynk, to wapno na nas. Ja wtedy bałem się że ten dom zawali się mi na głowę. Uciekłem z tego domu. I wpadłem w pobliskie krzewy (…) Olszyna taka rosła. No i położyłem się na ziemi i ze strachu zacząłem się żarliwie modlić. No i po upływie kilku minut, przeszła ta fala nadlatujących i bombardujących samolotów. Wtedy wstałem i szybko pobiegłem do domu. Po przyjściu do domu, zauważyłem że jeszcze moi domownicy wszyscy byli w piwnicy schowani przed tym bombardowaniem. (…) W tej piwnicy byli zgromadzeni, nawet sąsiedzi przyszli, między innym znalazły się tam dwie Żydówki, które też uciekały przed Niemcami. No i dziwne było, że one zwracały się do tych dzieci naszych: módlcie się do waszej Matki Boskiej, żeby się nic nie stało. No tak mi przynajmniej oni mówili, bo mnie tam nie było wtedy. I tak się dziwili, dlaczego to Żydówki w ten sposób się modlą, przecież mają swojego Boga, więc mogły się do niego tak samo modlić. No więc po przejściu tej fali się już trochę uspokoiło. Jeszcze wcześniej (jeszcze wtedy, kiedy leżałem w tych krzakach) to słyszałem tylko tętent tych koni, rozszalałych ze strachu, bo wtedy szła kawaleria ułanów. Część ułanów na tych koniach jeszcze siedziała i biegała razem z nimi, ale większość koni to było samych, pozostawionych i one tak biegały po całej wsi. Po przejściu całej fali, kiedy się uspokoiło, po tym nalocie, po ochłonięciu z tego pierwszego wrażenia, poszliśmy z kolegami w stronę szosy zobaczyć, jak to tam wygląda. To mniej więcej miejsce, gdzie padały tę pociski te bomby. No więc zobaczyliśmy straszny widok, bo było pięćdziesiąt jeden koni zabitych. A wyżej, tam na tych choczeńskich dziołach, jak się to mówiło, widzieliśmy trupów ludzi. Zginęło tam trzynastu żołnierzy - ułanów i czternastu cywili z tych uciekinierów. Przecież oni nie wybierali. Były widoki makabryczne. Widzieliśmy tam żołnierza, który leżał obok leja po bombie z urwaną całą nogą. Drugi był oparty o drzewo... trzymał kurczowo w rękach karabin, bo strzelał do Niemców, ale był bez głowy. To było rzeczywiście straszne. No i po tym wszystkim poszliśmy do domu. Przeżywałem to bardzo, nie mogłem nawet w nocy spać. No ale cóż miałem robić? Nie wiem, czy ja ci nie mówię zbyt chaotycznie. I tak pomyślałem sobie wtedy o micie naszej niezwyciężonej armii, którą wpajano nam. I w szkole, i w radiu, i w ogóle w rozmowach potocznych. Jak mogła nasza kawaleria przeciwstawić się takiej potędze, (na przykład sile powietrznej i na froncie armii niemieckiej zmotoryzowanej), gdzie czołgi jechały przeciwko koniom? (…) Z karabinów nie ma żadnej siły rażenia przeciwko czołgom. To muszą być działa przeciwpancerne, a nie zwykły karabin. To jest walka z wiatrakami. Wtedy sobie uzmysłowił człowiek, że politycznie byliśmy okłamywani. No po prostu! No i po wkroczeniu wojsk niemieckich... wojska niemieckie wkroczyły tu na drugi dzień. To już było w poniedziałek. W piątek wojna zaczęła się, w niedzielę był nalot, i te wszystkie wypadki, a w poniedziałek wkroczyła armia niemiecka. I myśmy z początku bali się, bo były te słuchy różne, co oni tam robią z Polakami, z młodymi ludźmi. A to wszystko jednak była plotka. Zresztą puszczana przez samych Niemców, żeby zrobić chaos na tych drogach, żeby oni mieli po prostu mniej kłopotów z tym wszystkim. To wojsko rozlokowane było mniej więcej w szkole podstawowej, do której chodziłem w Choczni i w większych budynkach publicznych, takich jak Sokół, dom katolicki, to tam oni (rozumisz?) nocowali. Z czasem my jako młodzi chłopcy zbliżaliśmy się, z ciekawości, ku tym żołnierzom niemieckim, widząc że przecież nie dzieje się nam z ich strony żadna krzywda. Wręcz przeciwnie, dawali im cukierki, rozumisz? Takie jakieś łakocie, żeby ich tak po prostu przyjacielsko nastawić. (…) W stosunku do ludności cywilnej nie było żadnej agresji. Przeciwnie nawet bardzo dobrze się obchodzili, a zwłaszcza lubili dzieci. Nawet mówili wtedy (jak później się dowiedziałem), że bardzo im się podobają polskie dzieci. A to słyszałem (wtedy jeszcze człowiek nie umiał po niemiecku) od ludzi starszych. Mówili: podobacie się Niemcom. No więc, po tych dramatycznych dniach nastąpiło pewne uspokojenie. Jak gdyby sytuacja została w pewnym stopniu opanowana. Szkoła rozpoczęła swój (proszę ja ciebie) program nauczania, kiedy Niemcy się już wyprowadzili, bo to front szedł. Szkoła podstawowa rozpoczęła naukę. Natomiast szkoła średnia, w której ukończyłem pierwszą klasę, została nieotwarta. Już z chwilą wojny była zamknięta i po wyjściu wojska niemieckiego nie została otwarta, bo już była zabroniona nauka w szkole średniej. W szkole podstawowej tak, ale nie na długo, bo potem kiedy wysiedlono gospodarzy z Choczni i przyszli na ich miejsce osadnicy niemieccy, to ich dzieci zajęły tą szkołę podstawową dla swoich potrzeb, a dzieci mieszkańców uczyły się w Sokole. (…)Tam była taka sala i na górze takie dwie salki, bo tej mleczarni obok nie było, jeszcze nie była wystawiona. Potem zmieniali kilkakrotnie naukę dzieci w innych budynkach, ale tego to już nie pamiętam, bo ja byłem wywieziony do Niemiec. W czterdziestym pierwszym roku (zaraz w czterdziestym to było wysiedlenie Choczni) przyszli osadnicy niemieccy. Część mieszkańców Choczni było wysiedlona do kieleckiego a część do lubelskiego. Ja z rodziną zostałem na miejscu, z tym że z domu rodzinnego nas również wysiedlono. Przenieśliśmy się do rudery takiej starej (starego domu), której Niemcy - ci osadnicy nie zajęli. Oni zajmowali domy lepsze murowane, a te gorsze mieli jako... powiedzmy takie domy gospodarcze, przeznaczali pod obory, szopy, stodoły. No więc myśmy mieszkali w tym domu niedaleko własnego domu, jakiś czas.(...)

cdn

O sprawach poruszonych w tym fragmencie wspomnień Kazimierza Ścigalskiego  można przeczytać również we wcześniejszych artykułach:

- Początek września 1939 roku w Choczni,

- Bombardowanie 3 września 1939 roku,

- Ofiary bombardowania we wrześniu 1939 roku,

- Exodus września.




poniedziałek, 10 stycznia 2022

Wspomnienie o Henryku Bąku

 Miesięcznik "Chrześcijanin" - organ prasowy Kościoła Zielonoświątkowego w Polsce - w numerze 9/10 z 2004 roku zamieścił wspomnienie Henryka Kowalińskiego, pastora zboru "Betezda" w Szczecinie, o pochodzącym z Choczni Henryku Józefie Bąku:

Brat Henryk Józef Bąk urodził się 2 lutego 1934 r. w Choczni (powiat Wadowice), jako drugi z czterech braci. Jego rodzice, Stanisław i Stanisława Bąkowie1, byli ludźmi wierzącymi i należeli do zboru „Betania" w Szczecinie. W wieku 24 lat, 10 sierpnia 1958 r. Henryk został ochrzczony przez śp. prezb. Teodora Maksymowicza i stał się członkiem zboru szczecińskiego. Mój bliższy kontakt z Bratem Henrykiem nawiązał się, kiedy to po moim pierwszym kazaniu w zborze „Betania" Brat Henryk podszedł do mnie po zakończeniu nabożeństwa, z radością na twarzy podziękował mi za zwiastowane Słowo i życzył Bożego błogosławieństwa. Było to dla mnie szczególną zachętą do usługiwania Słowem. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że Brat Henryk w taki sposób dodawał otuchy każdemu, kto był angażowany w służbę dla Boga. Kiedy w grudniu 1998 r. w prawobrzeżnym Szczecinie powstawał zbór „Betezda", Brat Henryk wraz z żoną był jednym z pionierów, którzy odważnie podjęli wyzwanie zwiastowania Dobrej Nowiny w nowej społeczności. Dziś wspominam go jako człowieka miłującego Boga i Jego Słowo, człowieka pieśni i uwielbienia. Każde nasze wspólne spotkanie, każda zborowa społeczność stołu była błogosławiona przez jego usługę pieśnią. Kochał swojego Pana i kochał śpiewać na Jego chwałę. Śpiewał w chórze, był również kantorem na uroczystościach pogrzebowych. Wspominam Brata Henryka jako człowieka modlitwy, który w zborze, w domu i w pracy gorliwie modlił się, dziękując Bogu za łaskę okazaną mu w Panu Jezusie Chrystusie. Modlił się o swoją rodzinę, o pracodawców i o naszą wspólnotę wyznaniową. Jak refren w jego modlitwach przewijały się zdania: „Przyjdź, Królestwo Twoje", „Przyjdź, Panie Jezu". Pan Jezus przyszedł i zabrał go do siebie 20 marca 2004 r., w jedenastym dniu jego pobytu w szpitalu. Brat Henryk pozostawił żonę Krystynę, dwoje dzieci: Elżbietę i Andrzeja, wnuczęta: Sandrę i Adama, oraz najstarszego brata Czesława. Wspominam Brata Henryka także jako człowieka pełnego pokory i cichości. Obdarzał szacunkiem wszystkich, zarówno starszych, jak i młodszych. Z jego ust nie słyszałem słów narzekania, a raczej słowa dziękczynienia i zachęty. Służył do końca - Bogu i nam. Niezapomniana pozostanie jego służba zbierania kolekty w naszym zborze. Był prawym człowiekiem. Kiedy ostatni raz, zanim utracił przytomność, mogliśmy rozmawiać ze sobą w szpitalu, Brat Henryk z wielką serdecznością mówił o całej naszej społeczności. Z radością śpiewał Bogu na chwałę i modlił się, ciesząc się, że jest dzieckiem Bożym. Pogrzeb brata Henryka Bąka odbył się 24 marca. Po nabożeństwie żałobnym w kaplicy szpitala w Zdunowie, odbył się pogrzeb na cmentarzu w Dąbiu. Zgromadził on około 150 osób. Oprócz najbliższej rodziny byli koledzy z pracy, przyjaciele oraz członkowie zboru w Policach oraz obu zborów szczecińskich. Pogrzeb prowadzili pastorzy Stefan Archutowski i Henryk Kowaliński. Modlitwą nad grobem usłużył pastor Stefan Lewandowski, a śpiewem kierowali bracia Henryk Nowosad i Romuald Zabłocki. Dziś, pogrążeni w smutku rozstania, z pewnością w naszych sercach wierzymy, że jego duch jest u Boga, którego miłował całym sercem. I mamy pewność, że ten sam Jezus, który przyszedł i zabrał Brata Henryka do siebie, przyjdzie, aby zabrać i nas. Drogi przyjacielu, czy jesteś gotowy na spotkanie z Jezusem?

1 Rodzicami Henryka Józefa Bąka byli Stanisław Bąk (1909-1984) i Stanisława Bąk z domu Góralczyk, urodzona w 1912 roku w Choczni.

poniedziałek, 15 listopada 2021

Karol Styła i jego rodzina

 W przeciwieństwie do zasłużonego dla Choczni byłego posła Antoniego Styły, o którym przypomina choćby tablica pamiątkowa, umieszczona na budynku starej szkoły w Choczni Dolnej, postacią znacznie mniej znaną był jego młodszy brat Karol Styła.

Być może nie zapisał się trwale w pamięci chocznian, ponieważ większość swojego życia spędził poza Chocznią. Na pewno jednak jego losy i dzieje jego rodziny zasługują na bliższe się z nimi zapoznanie.

Karol Styła był ósmym z kolei dzieckiem Jana Styły i jego żony Wiktorii z domu Polak, a drugim w kolejności ich synem, po sławnym w późniejszym czasie Antonim. Gdy urodził się 23 maja 1868 roku, jego ojciec Jan, były wieloletni żołnierz armii austriackiej, miał już 56 lat. Drugim (i ostatnim) synem dane mu było się cieszyć tylko 6 lat- po śmierci Jana 1 grudnia 1874 roku opiekę nad Karolem i czwórką jego pozostałego w domu rodzeństwa sprawowała już tylko matka Wiktoria. Jego najstarsza siostra Marianna dwa lata wcześniej opuściła już dom rodzinny, poślubiając Jana Bylicę, a kilka kolejnych sióstr zmarło we wczesnym dzieciństwie.

Karol Styła ukończył w Choczni 3 klasy szkoły ludowej i zajmował się pracą w rodzinnym gospodarstwie. W latach 1889-92 odbywał służbę wojskową w trzecim pułku taborów austriackich, przez pewien czas również jako ordynans oficerski. Po powrocie do cywila związał swoje życie z kolejnictwem. W latach 1893-96 znalazł zatrudnienie przy budowie linii kolejowej Bielsko-Kozy. W tym czasie (w 1895 roku) zawarł w Choczni związek małżeński z dwa lata od siebie młodszą Ludwiką Guzdek, córką Andrzeja i Marianny z domu Leśniak, wdowy po Franciszku Widrze.

W kolejnych latach Karol Styła pracował jako prowizoryczny dróżnik kolejowy na trasie Bielsko-Żywiec, a następnie jako strażnik kolejowy. Od 1904 roku był zatrudniony w Kalwarii Zebrzydowskiej, a od 1908 roku na linii Andrychów-Wadowice. Od 1913 roku jego oficjalnym pracodawcą była Sekcja Utrzymania Ruchu w Bielsku (Nordbahndirektion). Po I wojnie światowej pracował na analogicznym stanowisku w PKP. W 1925 roku awansował na starszego dróżnika, a w 1927 roku został przeniesiony w stan spoczynku.

fragment akt pracowniczych Karola Styły

Powyższe informacje pochodzą z zachowanej do dziś w archiwach państwowych teczki pracowniczej Karola Styły. Istotnym uzupełnieniem tych danych są informacje zawarte w niepublikowanych wspomnieniach jego wnuka Jerzego Bielskiego (1929-2015). Pisze on w nich tak o swoim dziadku Karolu:

Dziadek pracował na kolei i początkowo był delegowany do pracy w Morawskiej Ostrawie, gdzie moja mama (Maria, córka Karola- uwaga moja) rozpoczęła naukę w czeskiej szkole (Pan učitel hral na houslach, a mysmy spivali). Po powrocie do Wadowic przejął obsługę szlabanu kolejowego przy ulicy Zatorskiej (tzw. budnik), wraz z chałpą i kawałkiem pola (własność kolei). Dziadek był strasznym kutwą. Na utrzymanie rodziny nie dawał nic (żyli z gospodarstwa rolnego prowadzonego przez babcię), a całą wypłatę (w koronach w złocie) chomikował, co przypłacił życiem. Jego bratowa bowiem (Honorata Styła, żona Antoniego- uwaga moja), będąca w komitecie budowy szkoły w Choczni, namówiła go do pożyczenia 3000 koron na budowę szkoły. Po I-szej wojnie, kiedy upomniał się o zwrot długu, oświadczyła mu, że sprzeda dwie kury (była duża inflacja) i mu dług zwróci. To go tak wkurzyło, że dostał apopleksji (a chorował na rozedmę płuc) i umarł (X 1929). Tak więc szkoła w Choczni (Dolnej- uwaga moja) stoi za pieniądze mojego dziadka.

Niewspomniany w teczce pracowniczej epizod pracy Karola Styły w Morawskiej Ostrawie musiał mieć miejsce pomiędzy 1904 rokiem (początek zatrudnienia w Kalwarii) a 1908 rokiem (początek zatrudnienia w Wadowicach).

A tak w pamięci wnuka zachowała się postać Ludwiki Styła, żony Karola:

Babcia Ludwika bardzo mnie lubiła (z wzajemnością), tak że pierwsze lata mojego życia spędziłem praktycznie „na budce”. Bywało, że moi rodzice (mieszkali po drugiej stronie ulicy) musieli mnie w środku nocy przenosić, bo się darłem „do babusi”. Odkarmiała mnie mlekiem prosto od krowy (asystowałem przy dojeniu) i licznymi jajkami (babciu upać mi jajusio), co podobno przypłaciłem nieżytem żołądka, ale odtąd zawsze lubiłem jajka.

Karol (1868-1929) i Ludwika  (1870-1943) Styłowie spoczywają na cmentarzu parafialnym w Wadowicach (kwatera 98 w rzędzie XXIII).

Doczekali się dziesięciorga dzieci, w tym sześciu synów: Józefa, Jana, Franciszka, Konstantego, Romana i Floriana oraz czterech córek: Dominiki, Marii, Anny i Antoniny. Spośród nich jedynie Jan i Roman zmarli jako dzieci, a z pozostałej ósemki własne rodziny założyło sześcioro. Nie uczynili tego Anna (ur. w 1904 roku), która wstąpiła do zgromadzenia zakonnego (szarytek ?) i najmłodszy Florian, zmarły tragicznie w KL Auschwitz. Ofiarą niemieckiego obozu Auschwitz był też Franciszek Styła (1903-1942), po którego śmierci Styłowie musieli opuścić budkę dróżniczą przy Zatorskiej (obecnie Wojska Polskiego).

Najbardziej znanym dzieckiem Karola i Ludwiki Styłów był wspomniany Florian, podporucznik Wojska Polskiego, któremu poświęcona jest osobna notatka (link).

Osobą znaną w Wadowicach była również ich córka Dominika (1898-1975), mistrzyni krawiecka, od 1927 roku żona Erwina Kęckiego, z którym miała syna Antoniego (1929-2004). Jej synową była Krystyna Kęcka (żona Antoniego), związana pracą i miejscem zamieszkania ze szkołą w Gorzeniu.

Z kolei dzięki wspomnieniom Jerzego Bielskiego i jego syna Jana najwięcej wiadomo na temat losów urodzonej w Choczni Marii (1901-1992), kolejnej córki Karola i Ludwiki Styłów. To ta, która w dzieciństwie pobierała lekcje czeskiego w Morawskiej Ostrawie. W późniejszych latach pracowała w Wadowicach jako krawcowa u siostry Dominiki. 26 grudnia 1926 roku poślubiła w Wadowicach Juliana Bielskiego, sierżanta III Batalionu 12 pułku piechoty. Jej mąż, jak pisze Jerzy Bielski:

(…) brał udział w 1920 roku w obronie Lwowa, skąd wrócił z rozciętą wargą – podobno od szabli kozackiej (wg mamy – od kufla piwa). Jako weteran miał prawo awansować na stopień oficera, ale po zdaniu matury (miał ukończone dwie klasy seminarium nauczycielskiego). W tym celu zakupił podręczniki (za pieniądze mamy), ale jej nigdy nie zdawał, tak że do końca życia pozostał sierżantem.

Co do rozciętej wargi Juliana Bielskiego, to wśród jego potomków znane były także inne wersje tego wydarzenia- ta rana miała jakoby powstać po rykoszecie kuli karabinowej lub po uderzeniu dyszlem wozu wskutek nieostrożnego podejścia do konia.

9 kwietnia 1929 roku Maria Bielska urodziła w Wadowicach syna Jerzego, który tak pisze o tym wydarzeniu i następujących bezpośrednio po nim:

(…) byłem bardzo zdechły, tak że ochrzczono mnie już 16 kwietnia w trybie nagłym (rodzice chrzestni: ciotka Hanka i wujek Franek – rodzeństwo matki). Nadano  imię Jerzy. Podobno miał być jeszcze Maciej, ale ojciec zapomniał to zgłosić (wg. mamy był wtedy podobno „na cyku”), tak że w akcie urodzenia nie mam tego imienia.(…)

A tak wyglądało to w wersji jego syna Jana Bielskiego:

(…) Z opowieści Dziadka (Juliana Bielskiego- uwaga moja) pamiętam jak mówił, że Tata był bardzo chory, że aż bali się czy przeżyje i dlatego szybko Go ochrzcili. I, według Dziadka, „po tym chrzcie świętym, jak ręką odjął”, czyli Tata natychmiast wyzdrowiał. Nie jestem niestety pewien czy to z tą okolicznością należy łączyć dziadkową determinację, że „nie da dziecka rżnąć”, kiedy chodziło o przeprowadzenie operacji. Jego ojcowska troska jakby nieco zmalała, kiedy wyszedłszy w poszukiwaniu lekarza wrócił po trzech dniach, bo spotkał jakiegoś kumpla. Decyzję o operacji Babcia podjęła sama.

W 1934 roku III batalion 12 pułku piechoty został przeniesiony z Wadowic do Krakowa. W związku z tym Bielscy także opuścili Wadowice i zamieszkali w koszarach przy ulicy Warszawskiej, na których miejscu znajdują się obecnie budynki Politechniki Krakowskiej (Dziadek, biorąc nas tam na spacery pokazywał, że tam gdzie dziś wydział Architektury była żandarmeria, tam gdzie biblioteka były stajnie (za czasów naszego dzieciństwa była tam stołówka, z której zapachy ogarniały ‘pół ulicy’ Szlak, a czuliśmy je czekając na znajdującym się tam wtedy przystanku stodziewiętnastki), tam gdzie budynek główny były mieszkania dla kadry itd.- wspomina Jan Bielski).

W koszarach przy Warszawskiej Bielscy mieszkali przez trzy lata, jak wynika z kolejnego fragmentu wspomnień Jerzego Bielskiego:

W 1937 r. usunięto z terenu koszar rodziny wojskowe (ok. 10) i wtedy przeprowadziliśmy się na ul. Mazowiecką 7. W 1938 Hitler wyrzucił z terenu Niemiec Żydów posiadających obywatelstwo polskie. Wtedy właściciel kamienicy (Żyd) wypowiedział nam mieszkanie, bo potrzebował je dla swoich ziomków z Niemiec. Przeprowadziliśmy się na ul. Warszawską 18, gdzie ojciec i matka (Julian Bielski i Maria Bielska z domu Styła – uwaga moja) mieszkali aż do śmierci.

We wrześniu 1939 roku Bielscy uchodzili na wschód przed zbliżającymi się wojskami niemieckimi, mijając kolejno Bochnię, Tarnów i Jarosław, by ostatecznie dotrzeć do Lwowa. Oblężenie Lwowa przez Niemców, a następnie wkroczenie Rosjan przeżyli w przyszpitalnym pokoiku, zorganizowanym przez wspomnianą wcześniej zakonnicę Annę Styła, która była w nim zatrudniona. Ostatecznie Bielscy zdecydowali się na powrót do Krakowa i po nielegalnym przekroczeniu Sanu dotarli tam pociągiem z Jarosławia 24 września, czyli w dniu utworzenia przez Niemców Generalnego Gubernatorstwa.

W czasie II wojny światowej razem z Bielskimi zamieszkiwał Florian Styła, brat Marii, aż do momentu jego aresztowania, a jesienią 1944 roku wprowadzili się do nich Lipińscy- rodzina Antoniny (1908-1977), kolejnej córki Karola i Ludwiki Styłów. W 1945 roku Antonina z mężem Janem i córkami Marią oraz Anną wyjechały do Puszczykowa pod Poznaniem, gdzie Jan został inspektorem oświatowym w poznańskim kuratorium, a Antonina uczyła w miejscowej szkole. Na cmentarzu w Puszczykowie znajdują się dziś groby Antoniny i Jana Lipińskich, a także zakonnicy Anny Styła (siostry Antoniny), która zamieszkiwała z Lipińskimi pod koniec życia.



W osobnej notatce zostaną przedstawione życiorysy wnuków Karola Styły- księdza Jacka Styły i porucznika Marynarki Wojennej Włodzimierza Styły.


poniedziałek, 18 października 2021

Wspomnienia legionisty z pobytu w Choczni w 1914 roku- część I

 Pochodzący ze Szczawnicy Tadeusz Chełmecki w 1914 roku jako żołnierz Legionów Polskich stacjonował w Choczni. Swoje wspomnienia z tego okresu opublikował w 1931 roku w "Panteonie Polskim" pod tytułem "Z Krakowa na Sybir". W ich pierwszej części można przeczytać, co następuje:

Zawagonowali nas1, odwieźli do Wadowic i piechotą do Choczni. Idziemy jak możemy, dosyć duża część boso, ja w jednym lakierku, bo mi noga spuchła; jakoś wreszcie doszliśmy i wraz z drugim plutonem kwaterujemy w stodołach proboszcza2, a reszta we wsi. Na odpoczynek postawili nas przed pewnym domem za Wadowicami. Wszystkie "pensjonarki" wyszły, niedwuznacznie nas zapraszając, lecz nikt się jakoś nie kwapił, jeden tylko na oczach całego batalionu wlazł tam. Donny również z nim zniknęły, bo na wymyślania naszych brakło im wreszcie konceptu. Tym gościem, jak się okazało, był jakiś feldwebel3 austriacki. Jak on się do nas dostał, Bóg raczy wiedzieć. Ćwiczymy. Deszcz, słota, wszystko jedno, aby prędzej. Nudzi nam się, bo wyglądamy jak kupa obdartusów, a o mundurach nic nie wiadomo. Chłopi ogromnie przychylnie do nas się odnoszą, ale mimo to bieda już nas źreć zaczyna; no i to, że po ćwiczeniach niema co robić. W naszej trójce trzymamy się razem. Do miasta nie chodzimy, bo niema po co, a po drugie to i wstyd w naszych cywilach po tyralierce, ciągłem padaniu, itp. Od czasu do czasu zachodzimy na pogawędkę do miejscowego ks. wikarego4, znajomego któregoś z naszych kolegów. Nasz dowódca plutonu jakiś niemrawy, nic do nikogo nie przemówi, zdaje się, jakby patyk połknął; w gruncie dobry chłop, ale go  nie lubimy.

Przyszedł bataljon z Kielc. Dowódca naszego bataljonu, obywatel Kitay, wygląda morowo. Lubimy go. Dowódcy kompanji zmieniają się ciągle. Z Krakowa wyszedł z nami obywatel Chełmicki, obecnie zaś dowódcą jest ob. Stryj5. Tego feldwebla zrobili dowódcą drugiego plutonu. Wściekli jesteśmy na niego, bo pomiata ludźmi; nami nie – lecz ten drugi pluton to naprawdę biedny. Po polsku tak kaleczy, że go czasem zrozumieć nie można. Zaczynają się szemrania i sarkania. Niektórzy całkiem w zapale ostygli. Co prawda, to to spanie na klepisku, gdzie się nawet wyciągnąć dobrze nie można i ten brak wszystkiego, bielizny, menażek, zaczyna się dawać we znaki, a najbardziej to, że wyglądamy naprawdę obdarci, powalani; ja już też chyba niedługo będę chodził boso, bo lakierki moje do ćwiczeń zupełnie się nie chcą przystosować i już niedługo się rozlecą. Niektórzy, którym już pieniądze wyszły, zaczynają przebąkiwać, że nas niepotrzebnie tak maltretują, bo co innego jest front, a co innego tutaj i gdyby się tylko dało, powróciliby do Krakowa, że z Legjonów nie wystąpią, ale poco to cierpieć taką nędzę, kiedy ci, którzy ćwiczą w Krakowie, żyją w porównaniu z nami jak panowie. Profesor6 i architekt pytali mię się, czy wróciłbym do Krakowa, jakby wolno było; odpowiedziałem, że nie. Ja sobie też nie wyobrażałem, że to się tak zacznie, lecz mimo to nie wrócę, bo kto mi zresztą zaręczy, że nas znowu z Krakowa nie wyślą i to samo znowu będzie, z tą tylko różnicą, że później wymaszerujemy na front. Z drugiej strony, zastanawiając się nad tem, gdy sobie przypomniałem śmierć matki, jej rozkaz, gdy przed śmiercią kazała mi gdzie ulokować siostrę, a samemu iść do Legjonów, błogosławieństwo chorego ojca, przesłane mi w liście, bom się z nim nawet nie pożegnał, ten zapał w Krakowie, ta radość szalona przyjętych do Legjonów, a rozpacz i płacz odrzuconych - postanowiłem, choć Kraków kusi - nie cofać się. Wszak to od 27 sierpnia, tj. dnia mojego wstąpienia zaledwo kilka dni upłynęło, a już bym się miał wracać? Coby mi na to matka, gdyby żyła, powiedziała, a co ojciec7? Ja myślałem, że ojciec będzie mię zatrzymywał i dlatego nie pojechałem się z nim pożegnać, a ojciec życzy mi spełnienia mych marzeń, życzy mi wolnej Polski i pisze: "Dobrześ zrobił, żeś do mnie nie przyjechał, mnie nic nie pomożesz, a tam każdej chwili szkoda; cieszę się bardzo, żeś wstąpił; żeś odgadł moją myśl. Ja cię zachęcać nie chciałem, lecz przypomnij sobie, że mnie uczył wujek, który uciekł z więzienia w Orle, przykuty do ściany za 63 rok8. Niech Ci Bóg da powrócić zdrowo i zobaczyć Wolną Polskę, bo widać kochasz Ją, gdyś wstąpił do Legjonów, a żew tem życiu, zdaje się, już się nie zobaczymy, listem tym przesyłam Ci ostatnie moje błogosławieństwo".

Legjon wschodni podobno rozwiązali i wcielili do austrjackiego landszturmu9, bo nie chciał przysięgać, a my, którzyśmy postanowili wytrwać, bo cóż znaczy dla nas przysięga pod przymusem, rozejdziemy się sami, bo nam zimno w stodołach?

Felek10 to jest taka miła małpa, że niech Bóg broni. Nasz pluton poszedł na wartę. Mnie wyznaczyli do lekarzy i na izbę chorych, poco nie wiem. Całe popołudnie nic nie robiłem, siedziałem tylko i czekałem na jakie polecenie lekarzy. Wieczorem puścili mię na kwaterę; gdym przyszedł, a położyłem się w sąsieku na sianie, bo dzisiaj miejsca dużo; Felek, Artur Jarzembiński11, prawnik, Wałek, robotnik i Franek Zajączkowski, gimnazjalista, grali we karty na boisku. Świeca w menażce, a oni zacietrzewieni tłuką, że aż hej. Granie w karty u nas surowo wzbronione, no a za palenie światła w księżej stodole to już kara nam grozi, chyba gorsza od mąk piekielnych. Gdy Już zasypiałem, słychać nagle brzęk szabli, światło zgasło momentalnie, ale natychmiast zapalił ktoś latarkę elektryczną. Podsunąłem się, aby zobaczyć kto wszedł i co to będzie. Na klepisku wszyscy, grający udają, że śpią, karty jednak i pieniądze leżą koło nich, oprócz Felka, który wszystko pochował i jeszcze miał czas właściwie na swojem miejscu się położyć. Do stodoły wszedł dowódca drugiego plutonu, ten znienawidzony feldwebel austriacki. Naprzód zbudził Artura.

- Obywatelu, jak się nazywacie?

- Jarzembiński.

Drugiego obudził Franka Zajączkowskiego, trzeciego - Wałka.

- Obywatelu, jak się nazywacie?

Ten nic. Nareszcie po solidniejszem kopnięciu, Wałek się obudził.

- Jak się nazywacie obywatelu?

- Wałek, a co się stało?

- Jutro się dowiecie przy raporcie. Wszyscy z pierwszego plutonu?

- Tak.

Przychodzi do Felka i zaczyna go kopać nogą. Felek nic, jakąś dobrą chwilę trwało to kopanie, nareszcie pan feldwebel, widząc, że w ten sposób Felka się nie dobudzi, pochylił się nad nim i zaczyna go tarmosić. Felek sztywny jak drewno rusza się w tą i drugą stronę całem ciałem, aIe o przebudzeniu ani mowy. Ci trzej rozbudzeni już się nie mogą wstrzymać od śmiechu z min Felka, które robi, gdy go feldwebel twarzą ku nim obróci. Nareszcie po długiej chwili tego tarmoszenia, Felek skurczył prawą nogę w kolanie i z całej siły kopnął feldwebla, wrzeszcząc: "Kusz ty ... synu!"

Feldwebel się wywalił, lecz natychmiast się poderwał i Felek już rozbudzony w tej samej chwili się podniósł, udając że dopiero teraz zobaczył, że to dowódca drugiego plutonu, stanął tak przeraźliwie przepisowo na baczność, że wszyscy, ilu nas było w stodole, ryknęliśmy śmiechem.

- Jak się nazywacie, obywatelu?

Felek udaje, że ze strachu mowę stracił i robi tak pocieszne miny, że my się zanosimy od śmiechu.

Jak się nazywasz, ty cham, kanalia?

- Nie cham, tylko Fijołek.

- Jutro wszystkie do raportu.

Wyszedł, żegnany już nie śmiechem, ale wyciem. Długi czas jeszcze nie mogliśmy usnąć, gdyż chyba przez godzinę po tem zajściu co chwila wybuchaliśmy salwami śmiechu.

CDN

----

1 wyjazd tego oddziału Legionów nastąpił z Olkusza

2 proboszczem w Choczni był wtedy ks. Józef Dunajecki

3 sierżant w wojsku austriackim

4 mowa o księdzu Franciszku Żaku

5 być może chodzi o Feliksa Gwiżdża pseudonim "Stryk"

6 we wcześniejszej partii wspomnień jako Tync, być może chodzi o Bolesława Tynca

7 rodzicami autora wspomnień byli Jan i Maria ze Studnickich

8 chodzi o Powstanie Styczniowe

9 pospolite ruszenie w wojsku austriackim

10 we wcześniejszej partii wspomnień jako Feliks Maciejowski

11 Artur Jarzębiński, porucznik żandarmerii (1933), spoczywa na cmenatrzu garnizonowym w Toruniu

poniedziałek, 25 maja 2020

Historyk ppłk dr Zbigniew Nawrocki

W ubiegłym roku Komisja Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu IPN wydała książkę pod tytułem "W służbie dla prawdy. Prace historyczne dedykowane Zbigniewowi Nawrockiemu (1959-2017)", której redaktorami naukowymi byli Tomasz Balbus i Jerzy Bednarek.
Składa się z dwóch części: "In memoriam", poświęconej wspomnieniom o Zbigniewie Nawrockim oraz "Studiów i szkiców", które są mu dedykowane.
Ta publikacja, a szczególnie jej pierwsza część wspomnieniowa, może być interesująca także dla czytelników z Choczni, ponieważ wymieniony w tytule Zbigniew Józef Nawrocki właśnie w Choczni spędził dzieciństwo i lata szkolne. 

Urodził się co prawda w szpitalu Wadowicach (28 grudnia 1959 roku), ale jego rodzice Jan Wątroba i Cecylia z domu Ast byli mieszkańcami Choczni. Młody Zbigniew Wątroba uczęszczał do szkoły podstawowej w Choczni, a następnie do wadowickiego liceum ogólnokształcącego (1975-78).
W zacytowanej w książce rozmowie z Ryszardem Oleszkiewiczem tak wspominał ten czas:
- (...) Do Wadowic chodziłem do ogólniaka.
- Do tego słynnego.
- Oczywiście. Przedwojenne gimnazjum imienia Marcina Wadowity. To ten sam budynek. Wojtyła zdawał tam maturę w 1938r. Ja zdawałem w czerwcu 1978r., a w październiku wybrali go na papieża. Razem ze mną do liceum chodził też Józek Guzdek, tylko do klasy wyżej (w rzeczywistości 3 klasy wyżej- uwaga moja), obecnie biskup polowy. Jak widzisz, trzy sławne postaci wyszły z tej szkoły- papież, biskup i ja (śmiech). A poważnie, to kilka znanych osób skończyło wadowickie gimnazjum: Emil Zegadłowicz, Leopold Lis-Kula, Mieczysław Kotlarczyk...(...)
Po maturze Zbigniew Wątroba poszedł do pracy, najpierw w andrychowskiej Wytwórni Silników Wysokoprężnych, a następnie w kopalni "Borynia" w Jastrzębiu Zdroju, licząc na wyreklamowanie od służby wojskowej.
W dalszym ciągu rozmowy z Ryszardem Oleszkiewiczem tak o tym mówił:
(...) Na nic się to zdało. Zaraz w jesieni 1978 r. poszedłem na całe dwa lata do woja. Na studia w Rzeszowie (w Wyższej Szkole Pedagogicznej- uwaga moja) zdałem po wyjściu do rezerwy. Na studiach miałem rok dziekanki, żeby zarobić, bo było ciężko z finansami. Między innymi szkliłem ogromne okna w hali produkcyjnej w fabryce w Tarnobrzegu. Na piątym roku też pracowałem fizycznie, czasem po kilkanaście godzin na dobę. Pracę magisterską musiałem napisać w tydzień, bo tylko tyle miałem czasu.(...)
W czasie studiowania historii na WSP Zbigniew Wątroba działał w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów, był członkiem Komitetu Strajkowego (listopad/grudzień 1981), a później kolporterem wydawnictw podziemnych. 
W 1984 roku poślubił w Rzeszowie Halinę z domu Żurek.
Wspomniana wyżej jego praca magisterska dotyczyła szkolnictwa wojskowego w Królestwie Polskim (1815-1830).
Po studiach przez kilka lat pracował w wyuczonym zawodzie nauczyciela historii w podrzeszowskim Niechoborzu i Studenckiej Spółdzielni Pracy "Rzech" w Rzeszowie.
W 1991 roku po poleceniu ze strony byłych kolegów z NZS otrzymał propozycję wstąpienia do nowo organizowanych służb specjalnych i po jej przyjęciu służył w rzeszowskiej delegaturze Urzędu Ochrony Państwa (UOP). W 1992 roku po ukończeniu rocznego kursu w Łodzi otrzymał nominację na stopień porucznika. Od maja 1998 roku pełnił obowiązki naczelnika pionu ewidencji i archiwum w Delegaturze UOP w Rzeszowie, wkrótce też awansowany został na stopień kapitana.
Służbę w UOP łączył z pasją historyka dziejów najnowszych, jak pisze w omawianej książce Jerzy Bednarek. Głównym efektem jego dociekań naukowych była praca doktorska "Zamiast wolności. UB na Rzeszowszczyźnie 1944-49, którą obronił na Wydziale Historycznym UJ w 1998 roku. Później nadal współpracował z promotorem tejże pracy profesorem Janem Drausem i w 2000 roku wydał z nim wspólnie pracę "Przeciw Solidarności 1980-1989. Rzeszowska opozycja w tajnych archiwach MSW". 
Od 1996 Zbigniew Nawrocki był członkiem rzeszowskiej Okręgowej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu.
Po odejściu z UOP zaangażował się w organizację Instytutu Pamięci Narodowej i w październiku 2000 roku objął stanowisko dyrektora Oddziału IPN w Rzeszowie, nie zaniedbując przy tym dalszych badań naukowych. Od października 2001 roku pracował także jako wykładowca historii najnowszej w Instytucie Historii i Archiwistyki Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Przemyślu.
W 2005 roku przyjął propozycję objęcia funkcji dyrektora pionu archiwalnego IPN w Warszawie i opuścił Rzeszów. Zajmował się między innymi informatyzacją archiwum i kwestią odpowiedniego uhonorowania żyjących jeszcze żołnierzy AK i konspiracji powojennej, angażując się w te działania osobiście.
Jak wspomina Dariusz Iwaneczko, jego gabinet tonął zwykle w oparach dymu papierosowego:
(...) Kiedyś zagorzały wróg tytoniu (...) dr Piotr Gontarczyk wpadł z impetem do gabinetu szefa i krzyknął:
- Tyle tu dymu, że siekierę można powiesić !
Nawrocki spokojnie podniósł wzrok zza biurka i odpowiedział:
- Zaręczam Panu, Panie Piotrze, że nie spadnie ! (...)
W tym czasie Zbigniew Nawrocki przewodniczył również polsko-ukraińskiej grupy roboczej historyków i archiwistów.
Za zasługi w dokumentowaniu i upamiętnianiu prawdy o najnowszej historii Polski został odznaczony 2009 roku Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Wcześniej i później był wyróżniany także Brązowym Krzyżem Zasługi, Srebrnym Medalem za Długoletnią Służbę, Brązowym Medalem Za Zasługi dla Obronności Kraju oraz Krzyżem Wolności i Solidarności.
W listopadzie 2010 roku Zbigniew Nawrocki powrócił do pracy w służbach specjalnych. Początkowo był doradcą szefa Agencji Bezpieczeństwa Publicznego, a w 2011 roku objął  funkcję pełniącego obowiązki dyrektora Centralnego Ośrodka Szkolenia ABW w Emowie i kierował tą placówką przez cztery lata.
Ryszard Oleszkiewicz przytacza w książce kilka anegdot z tego okresu- na przykład:
(...) na spotkaniu kursantów z kierownictwem ośrodka szkolenia jedna z funkcjonariuszek pożaliła się, że na stołówce jako dodatek do drugich dań przeważa marchewka. 
Wtedy Zbyszek zareagował na to:
- Jako państwowcy musicie popierać politykę oszczędności budżetowych, także czynionych przez szefa logistyki w budżecie ABW. Zakupił on w dobrej cenie wagon marchewki, więc teraz musicie ją zjeść ! (...)
I drugi przykład:
Scenka z Sekretariatu Dyrektora COS
- Pani Dario, dlaczego nie łączy Pani z Centralą, ja czekam ??
- Panie Dyrektorze, wciąż zajęte, chyba awaria...
- To proszę przygotować jakiś bęben, przejdziemy na system tam-tamów. W końcu jesteśmy cisi i skuteczni !
W grudniu 2015 roku Zbigniew Nawrocki zakończył pracę w ABW w stopniu podpułkownika i przeszedł na emeryturę.
Wykładał nadal historię w Państwowej Wyższej Szkole Wschodnioeuropejskiej w Przemyślu i był członkiem Rady Naukowej Wydawnictwa Sejmowego.
Wszystkie jego plany naukowe i osobiste przerwała niespodziewana śmierć 1 lipca 2017 roku. Zmarł w swoim domu w Chmielniku pod Rzeszowem i cztery dni później spoczął na miejscowym cmentarzu. Osierocił dwóch synów (ze związku z Haliną z domu Żurek) i córkę (z drugiego związku z Ewą Marią Leniart).
Jerzy Bednarek, jego były podwładny i współpracownik, cenił go nie tylko za wiedzę historyczną, ale także za prostolinijność i naturalną szczerość. Pisze, że Zbigniew Nawrocki "nie bał się wyrażać własnych opinii, umiał bronić swojego zdania, ale potrafił też przyznać się do popełnionych błędów. Posiadał też cechę jakże pożądaną i niestety nie zawsze częstą wśród osób pełniących stanowiska kierownicze- był sprawiedliwy. Cenił pracowitość i zaangażowanie, nie znosił za to lenistwa i pozoranctwa, które szybko potrafił dostrzec."
Z kolei Ryszard Oleszkiewicz podkreśla, że Nawrocki był człowiekiem z krwi i kości, który miał jak każdy swoje wady, humory i gorsze dni, ale miał też ich świadomość. Pasjonował się podróżami, literaturą i dobrą kuchnią. Lubił gotowanie, przeglądanie map i poezję śpiewaną. Cenił przyjaźnie i koleżeństwo.