Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Henryk Ramęda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Henryk Ramęda. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 kwietnia 2026

Śp. Henryk Ramęda

 Dziś o 11.00 w kościele pod wezwaniem św. Jana Bosko w Szczecinie zostanie odprawiona msza pogrzebowa śp. Henryka Ramędy, po której Zmarły zostanie odprowadzony do miejsca spoczynku na Cmentarzu Centralnym.


Henryk Andrzej Ramęda (18.01.1942 - 03.04.2026) był człowiekiem wielu talentów - marynarzem przemierzającym oceany, fachowcem w dziedzinie bezpieczeństwa morskiego, działaczem społecznym i politycznym, a także poetą z duszą romantyka. Pozostanie w pamięci jako Chocznianin, który przemierzał świat, nie zapominając o swoich korzeniach.

Urodził się w okupowanej przez Niemców Choczni jako syn Jana Ramendy i jego żony Marii z Guzdków. W latach 1949-56 uczęszczał do choczeńskiej szkoły podstawowej, a swoje wspomnienia z tego czasu przedstawił czytelnikom bloga Chocznia kiedyś w 2016 roku - link.

Po uzyskaniu podstaw edukacji kontynuował naukę w wadowickim Liceum Ogólnokształcącym, które ukończył maturą w 1960 roku. Czuł się z tą szkołą związany przez całe życie, o czym świadczy jego aktywność w stowarzyszeniu absolwentów.

W roku akademickim 1960/61 podjął studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Ciekawość świata skierowała go jednak na morze - w 1962 roku wstąpił do Państwowej Szkoły Rybołówstwa Morskiego w Gdyni.

Jego kariera morska była imponująca: pracował jako oficer mechanik w Przedsiębiorstwie Połowów Dalekomorskich i Usług Rybackich „Odra" w Świnoujściu, następnie w latach 1973-78 był pracownikiem naukowo-technicznym oraz oficerem dydaktycznym na statku szkolnym szczecińskiej Wyższej Szkoły Morskiej. Jednocześnie studiował zaocznie, uzyskując w 1979 roku na Wyższej Szkole Morskiej w Szczecinie dyplomy inżyniera mechanika okrętowego i starszego oficera mechanika.

Od 1978 do 1986 pracował w Polskiej Żegludze Bałtyckiej w Kołobrzegu, później przez kilka lat pływał u obcych armatorów.

W 1992 roku osiadł na stałe na lądzie, nie tracąc jednak kontaktu z żeglugą. Został kierownikiem Zespołu ds. Współpracy z Międzynarodowymi Organizacjami Morskimi w Urzędzie Morskim w Szczecinie (1993-96 jako główny specjalista ds. IMO). Później przeszedł do firmy armatorskiej Euroafrica, gdzie został pełnomocnikiem zarządu ds. systemów zarządzania bezpieczeństwem i jakością.

W 2000 roku został wpisany na listę ekspertów IMO (Międzynarodowej Organizacji Morskiej). W latach 2001-04 był inspektorem państwa bandery Malty, St. Vincent i Belize. W 2005 otrzymał rekomendację Związku Armatorów Polskich na stanowisko podsekretarza stanu ds. gospodarki morskiej. Od czerwca 2006 do marca 2007 pełnił funkcję dyrektora ds. Inspekcji Morskiej w Urzędzie Morskim w Szczecinie, gdzie zorganizował sympozjum uzasadniające lokalizację gazoportu LNG w Świnoujściu. Od 2008 roku był zastępcą dyrektora ds. inspekcji morskich w UM.

W okresie PRL angażował się w kolportaż wydawnictw emigracyjnych, które ze Szczecina przywoził w rejon Wadowic. Po 1989 roku aktywnie uczestniczył w transformacji politycznej - kandydował w wyborach sejmowych w 1997 roku z listy Unii Wolności oraz do rady miasta w Szczecinie w 2002 roku. W 2010 roku był członkiem Szczecińskiego Społecznego Komitetu Poparcia Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich.

Jeżeli chodzi o jego działalność związkową, to należy wspomnieć o jego aktywnym członkostwie w Stowarzyszeniu Starszych Mechaników Morskich, Towarzystwie Okrętowców Polskich Korab oraz o roli jaką odegrał w powołaniu Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Okrętowych Służb Technicznych. Był także współredaktorem dwumiesięcznika dla marynarzy "Stella Maris", a później "Naszego Morza".

Henryk Ramęda był nie tylko wybitnym fachowcem od spraw morskich, ale także utalentowanym literatem. Jego prace fachowe obejmują:

- książkę "System zarządzania bezpieczeństwem" (1998)

- książkę "Zarządzanie bezpieczeństwem statku" (2009)

- liczne artykuły w czasopismach "Budwonctwo Okrętowe", "Nasze Morze" i "Safety at Sea International".

Jako poeta i prozaik opublikował:

- "Zapiski marynarza" (opowiadania, 2001)

- "Przebudzenie serca" (wybór wierszy, 2006; wyd. 2 poprawione i uzupełnione, 2018)

- wiersze i opowiadania w czasopismach: "Stella Maris", "Niedziela", "Peryskop" i "Przebudzenie" (Wadowice). B

Był także autorem "Słowa na pięćdziesięciolecie kapłaństwa Księdza Edwarda Stańka" w III części książki "Być jak Chrystus".

Choć życie zawodowe związało go ze Szczecinem, Henryk Ramęda nie zapomniał o swoich korzeniach. W 1999 roku zamieścił na łamach "Wadovian" wspomnienie o Gustawie Studnickim, później na stronie stowarzyszenia absolwentów artykuł o ks. Zacherze i Janie Pawle II, a w 2017 roku w żywieckich "Groniach" - "Balladę o Józku Wróblu z Choczni, poecie i muzyku".

Ze związku małżeńskiego z Marią z Dąbrowskich (nauczycielką, również pochodzącą z Choczni, zmarłą w 2011 roku) miał dwoje dzieci: syna Arkadiusza Ramędę (dr ekonomii, radcę w Ministerstwie Finansów RP) i córkę Joannę Ramęda-Pilip (notariusza).

O zmarłym Henryku Ramędzie przeczytać można również w książce Marii Biel-Pająk i Agnieszki Jusińskiej "Dotknięci iskrą Bożą".




piątek, 16 grudnia 2016

Choczeńskie rody- Ramendowie

Wszyscy współcześni polscy Ramendowie, podobnie jak Widlarzowie, czy Bandołowie, mają choczeńskie korzenie.
Pochodzenie nazwiska Ramenda i osób je noszących nie jest jednak w dostatecznie przekonywujący sposób wyjaśnione i zbadane.
Zajmujące się etymologią choczeńskich nazwisk panie: Ewa Widlarz i Teresa Kolber sugerują, że nazwisko Ramenda może pochodzić od: 
  • ramy (połączonych listew), 
  • od niemieckiego słowa rahm (śmietana, krem),
  • od również wywodzącego się z języka niemieckiego słowa ramda/remda- w znaczeniu „człowiek tęgi, kloc, ewentualnie kobieta wysoka, tęga, a niezgrabna” (za „Słownikiem Języka Polskiego” Niedźwieckiego z 1909 roku).
Natomiast Józef Putek uważał, że Ramendowie byli z pochodzenia Wołochami/Walasami, którzy dotarli do Choczni lub okolicy z południa, lub południowego wschodu, jako osadnicy na prawie wołoskim i ich pierwotne nazwisko związane z rdzeniem „Roman” zostało przekręcone do obecnej postaci.
Problem w tym, że nazwisko Ramenda nie występuje na obszarze Karpat, ani w żadnym z państw sąsiadujących z Polską, a ponadto zapisywane było od samego początku w obecnej postaci, różniąc się co najwyżej ortografią (Ramenda lub Ramęda, pisane niekonsekwentnie na dwa sposoby, nawet w obrębie najbliższej rodziny).
Jedyne zbliżone w brzmieniu nazwisko, jakie udało mi się wyszukać, to Remenda, używane na terenie Ukrainy.
Nazwisko Ramenda pojawia się po raz pierwszy w polskich źródłach pisanych w 1630 roku. 
Wymienia je Stanisław Szczotka w książce „Powstanie chłopskie pod wodzą Kostki Napierskiego”. Według niego w listopadzie 1630 roku, przy okazji buntu chłopskiego na Podhalu, skierowanego przeciw Mikołajowi Komorowskiemu (także dzierżawcy starostwa barwałdzkiego z Chocznią w składzie), w Ratułowie miało dojść do pobicia „urzędnika” Sebastiana Ramendy, który ponownie został schwytany przez buntowników w zasadzkę na drodze publicznej 31 grudnia 1630 roku.
Natomiast w choczeńskich księgach metrykalnych odnotowano je po raz pierwszy w marcu 1656 roku, przy okazji chrztu Józefa, syna Augustyna Ramendy i jego żony Reginy. 
Nie jest na 100% pewne, czy tenże Augustyn Ramenda jest przodkiem wszystkich Ramendów z Choczni, ale z pewnością ich dużej części.
W spisie płatników podatku kościelnego (taczma) z 1663 roku zapisano Ramendę, jako współwłaściciela roli położonej powyżej kościoła parafialnego, którą dzielił wówczas z niejakim Cudakiem. Rola Ramendy (prawdopodobnie owego Augustyna) sąsiadowała wtedy z rolą Malaty i Tarkoty. Począwszy od 1670 roku jako właściciel tej roli podawany jest już tylko Ramenda, bez współwłasności Cudaka.
To położenie roli Ramendów powyżej kościoła nie zmieniało się na przestrzeni wieków i zostało utrwalone w nazwie Pagórek Ramendowski, obecnie określany jako Osiedle Ramendowskie. 
Taką, a nie inną lokalizację potwierdza spis własności gruntowej z lat 1844-1852, w którym wymieniono czterech Ramendów (Antoni, Mikołaj i dwóch Janów), posiadających parcele gruntowe i leśne powyżej kościoła, na południe i północ od Choczenki. Własność każdego z nich była nieco wyższa od ówczesnej średniej choczeńskiej, zarówno jeżeli chodzi o powierzchnię, jak i wyliczony dochód roczny.
Wprawdzie we wcześniejszym spisie- Metryce Józefińskiej z lat 1785-89 brak jest roli nazwanej Ramendowska, a występują jedynie dwie role Romandowskie w Górnej Choczni, które przypisać należy jednak Romańczykom, a nie Ramendom. Nie oznacza to jednak, że pod koniec XVIII wieku Ramendowie nie posiadali własności ziemskiej na terenach zajmowanych wcześniej i później. Mogą to wyjaśnić szczegółowe zestawienia Metryki Józefińskiej, przechowywane we Lwowie.
W pierwszej połowie XVIII wieku ród Ramendów był już w Choczni mocno rozrośnięty, o czym świadczą chrzty dzieci aż ośmiu par małżeńskich o tym nazwisku.
Jeden z ówczesnych Ramendów, o imieniu Urban, bywał też zapisywany pod innym nazwiskiem (przezwiskiem?) Chałupski.
Natomiast od 1742 do 1759 roku nie urodził się w Choczni żaden Ramenda, a w późniejszym okresie dzieci chrzcili jedynie Leonard Ramenda (syn Urbana Chałupskiego), Antoni Ramenda (syn Adama) i Wiktor Ramenda. W porównaniu do pierwszej połowy XVIII wieku widać więc znaczy regres, który trudno jednoznacznie wyjaśnić. Być może część choczeńskich Ramendów wyprowadziła się ze wsi, o czym świadczy na przykład niewiele późniejsza obecność tego nazwiska w nieodległym Wieprzu.
Z wymienionej trójki- Leonarda, Antoniego i Wiktora- nazwisko Ramenda przetrwało do czasów współczesnych tylko wśród potomków dwóch pierwszych z nich, linia Wiktora wygasła.
W 1798 roku Walenty Ramenda był przysiężnym gromady choczeńskiej, czyli według dzisiejszej nomenklatury radnym i ławnikiem, pomagającym wójtowi w rozstrzyganiu drobniejszych spraw spornych między mieszkańcami, sprawach spadkowych, itp.
W 1844 roku siedmiu Ramendów przystąpiło do Towarzystwa Wstrzemięźliwości, założonego w Choczni przez proboszcza ks. Józefa Komorka- wśród nich pojawiają się imiona trzech (Mikołaj i dwóch Janów), wymienionych w „Grundparzellen Protocoll”, spisie własności prowadzonym w tym samym czasie.
Ten sam Mikołaj Ramenda i dwóch Janów Ramendów figurują także w spisie właścicieli parcel budowlanych z 1859 roku.
W liście dla potomnych, spisanym przez budowniczych obecnego kościoła parafialnego z lat 1880-1886 (LINK) znalazło się nazwisko Antoniego Ramędy, jako członka komitetu budowy kościoła. 
Ten sam Antoni Ramęda, mąż Anny z domu Kloss, był kilka lat później wybrany do zarządu Kółka Rolniczego, założonego w Choczni w 1889 roku, a rok później uczestniczył w delegacji włościańskiej w uroczystym złożeniu zwłok Adama Mickiewicza na Wawelu.
Na początku XX wieku wśród choczeńskich emigrantów, udających się za ocen w poszukiwaniu szans na lepsze życie, nie zabrakło i Ramendów. Chocznię opuścili wówczas: Helena Ramenda (po mężu Klimasz, ur. 1894), Jan Antoni Ramenda (ur. 1884), Józef Tomasz Ramenda (ur. 1885) i Franciszek Ramenda (ur. ok. 1883).
W rozwijającym się w Choczni przed I wojną światową ruchu sokolim uczestniczył Józef Ramenda (ur. 1882), który później jako żołnierz 56 pułku piechoty został ranny w kolano (1914), a następnie zginął na froncie (1915).
W pierwszej wojnie światowej czynny udział wzięli również między innymi:
  • Andrzej Ramenda (ur. 1891) ranny w rękę na froncie włoskim,
  • Antoni Ramenda (ur. 1887) poległy na froncie włoskim,
  • Ludwik Ramenda (ur. 1894) ranny, który po dostaniu się do niewoli rosyjskiej był więziony w Ufie,
  • Józef Ramęda (ur. 1884) który po dostaniu się do niewoli rosyjskiej był więziony w Irbit.
W wojnie 1918-1920 odznaczył się z kolei sierżant 4 pułku strzelców podhalańskich Stanisław Ramenda (ur. 1888), za co nagrodzono go Orderem Virtuti Militari i przydziałem ziemi w Łobaczówce na Wołyniu.
W okresie międzywojennym wyróżniali się natomiast:
  • Julia Ramenda (ur. 1897) działaczka Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Żeńskiej, a później przewodnicząca Koła Gospodyń Wiejskich,
  • Karol Ramenda (ur. 1875) członek zarządu Kasy Stefczyka w Choczni (1926),
  • Józef Ramęda (ur. 1909) listonosz i działacz Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej,  instruktor sportowy, uczestnik strajków chłopskich jako pracownik wielkoobszarowych gospodarstw rolnych na Lubelszczyźnie.
W spisach drobnych przedsiębiorców z tego czasu przewijają się w Choczni: fryzjer F. Ramenda (1930) i właściciel sklepu z wyszynkiem Jan Ramenda.
Do Kanady w okresie międzywojennym wyemigrowali : Julian Ramęda (ur. 1899) i Weronika Ramenda po mężu Woźniak (ur. 1902).
Natomiast w czasie II wojny światowej:
  • wymieniony wyżej Józef Ramęda (ur. 1909) konspirował w Armii Krajowej pod ps. „Ryś”,
  • Franciszek Ramenda/Ramęda (ur. 1914) zginął w obozie Gross Rosen (1943),
  • Jan Ramenda (ur. 1908) walczył w kampanii wrześniowej, był więziony przez NKWD w obozach w Szepietówce i Równem, a w 1941 roku wstąpił do armii gen. Andersa. Zginął w bitwie pod Monte Cassino i spoczywa na tamtejszym cmentarzu wojennym,
  • wymieniony wcześniej Stanisław Ramenda (ur. 1888) zaginął w czasie deportacji do Kazachstanu.
Do istotnych postaci związanych z  Chocznią w rzeczywistości powojennej należeli:
  • Franciszek Ramenda (ur. 1891) radny, gminny taksator, ławnik sądowy, członek Komitetu Elektryfikacji Wsi, przewodniczący Komisji Rolnej GRN i Związku Samopomocy Chłopskiej,
  • Jan Ramenda (ur. 1913) członek OSP od jej reaktywacji w 1951 roku,
  • wymieniony wcześniej Józef Ramęda (ur. 1909) radny gromadzki, zootechnik, inspektor rolny i działacz ZSL,
  • Konstanty Ramenda (ur. 1927) właściciel cholewkarskiego zakładu rzemieślniczego,
  • Aleksandra Gzela z domu Ramenda (ur. 1908), działaczka Koła Gospodyń Wiejskich, artystka ludowa- twórczyni kwiatów z bibuły,
  • Kamila Karkowska/Jachna z domu Ramenda (ur. 1923) prawniczka, radca prawny w Krakowie,
  • wymieniony wcześniej Ludwik Ramenda (ur. 1894) działacz Gminnej Komisji Drogowej.
Najbardziej znanymi potomkami choczeńskich Ramendów byli:
  • Stanisław Ramenda (1926-2011) syn Stanisława, urodzony w Łobaczówce na Wołyniu, doktor nauk rolniczych, znany hodowca nowych odmian roślin, który po wojnie mieszkał i pracował w Wielkopolsce,
  • Henry Ramenda (1919-1993) syn Józefa, urodzony w Hartford, USA, koroner hrabstwa Hartford w stanie Connecticut.
Na początku tego wieku w Polsce mieszkały 192 osoby o nazwisku Ramenda, z tego 119 w powiecie wadowickim oraz 53 osoby o nazwisku Ramęda, z tego 39 w powiecie wadowickim.



W notatce uwzględniono wyłącznie nieżyjących przedstawicieli rodu Ramendów/Ramędów.


W tym samym cyklu:

środa, 14 grudnia 2016

Wspomnienia szkolne Henryka Ramędy

Dzięki uprzejmości pana Henryka Ramędy zamieszczam jego interesujące wspomnienia i refleksje dotyczące szkoły w Choczni Dolnej oraz sytuacji społeczno- politycznej w jego rodzinnej wsi w latach czterdziestych i pięćdziesiątych minionego wieku.
Autor jest mieszkańcem Szczecina o choczeńskich korzeniach, ukończył Liceum Ogólnokształcące w Wadowicach (1960) i Wydział Mechaniczny Szczecińskiej Wyższej Szkoły Morskiej. Pracował jako starszy oficer mechanik w Polskiej Żegludze Bałtyckiej i "Euroafrice" oraz na stanowisku dyrektorskim w Urzędzie Morskim w Szczecinie.


WIELCY NIEPOKONANI
Szkoła Podstawowa w Choczni dolnej 1949 – 1956
KSZTAŁTOWANIE GODNOŚCI WŁASNEJ MŁODYCH POLAKÓW W CHOCZNI
I ICH DROGA DO SUWERENNEJ POLSKI

   Do siedmioklasowej Szkoły Podstawowej w Choczni Dolnej uczęszczałem w latach 1949 – 1956. Do szkoły tej, w wieku 7 lat, zapisała mnie moja Mama. 
W słoneczny sierpniowy dzień, trzymając za rękę, zaprowadziła mnie do sadu przy szkole, w którym w średnim wieku mężczyzna przy jednym z uli, otwartym i w otoczeniu uwijających się i brzęczących pszczół wysłuchał od Mamy, jaki jest cel naszej wizyty. Mężczyzną tym był Kierownik Szkoły Tadeusz Nowak, który po swoich Rodzicach odziedziczył ten zaszczyt i odpowiedzialność.
Były to czasy, kiedy w sklepach w Choczni nie sprzedawano warzyw, owoców ani mleka. Pożywienie mieszkańcom całej wsi zapewniała uprawa na własnej roli zbóż, ziemniaków, buraków, uprawa grządek, hodowla zwierząt domowych i posiadany sad. Niektórzy hodowali również pszczoły. Rzeczą naturalną więc było, że ziemia, nawet do małych upraw była niezbędna. Jedna z nauczycielek, Pani Irena Palewicz też posiadała własne, małe gospodarstwo rolne. 
W powyższej sytuacji, osoby pełniące funkcje publiczne - kierownika szkoły i organisty, posiadały ziemię do uprawy z nadania gminy. Natomiast Probostwo choczeńskie było wyposażone we własne, rozległe gospodarstwo rolne, z lasami i stawami. Inni mieszkańcy radzili sobie stosownie do swoich umiejętności i posiadanych środków. Powszechne były usługi murarskie, ślusarskie, stolarskie, krawieckie, szewskie, fryzjerskie oraz prace polowe końmi i transport konny furmankami świadczony gospodarstwom, które nie posiadały koni. Źródłem utrzymania było też prowadzenie sklepów.
Kierownik Szkoły Podstawowej w Choczni Dolnej mieszkał z rodziną w szkole i miał pod uprawę może około pół hektara ziemi, z małą stodółką i budynkiem gospodarczym połączonym z toaletami dla nauczycieli i uczniów. Z budynku gospodarczego odzywały się świnki, wokół spacerowały kurki, a Kierownik Nowak od czasu do czasu był „łapany” wzrokiem uczniów, z korytkiem w ręce. Na tej samej parceli położona była szkoła i duży plac, pokryty drobnym żwirem, od strony południowej graniczący z rzeką Choczenką. Plac ten, przeznaczony był do prowadzenia lekcji wychowania fizycznego, do spędzania czasu przez uczniów na przerwach pomiędzy lekcjami oraz był wykorzystywany do grania w piłkę po lekcjach.
Gra w piłkę po lekcjach trwała zwykle do silnego uczucia głodu, albo do wybicia szyby w jednym z licznych okien szkoły. Na dźwięk tłuczonego szkła w przeciągu kilkunastu sekund, zabierając torby z książkami znikali wszyscy „piłkarze”, bo niemal równocześnie pojawiał się Kierownik Nowak. Dopadał wtedy najbliższych uczniów i ich rodziców obciążał kosztem wymiany szyb.
Naukę rozpocząłem 1-go września w 1949 roku, z elementarzem z czarno-białymi obrazkami bliskich mi zwierząt domowych i z napisem na okładce, że jest przeznaczony dla szkół wiejskich. Może po trzech miesiącach, egzemplarz ten został zastąpiony bardzo ładnym elementarzem kolorowym, jednolitym dla wszystkich dzieci w Polsce, który w zbliżonej formie służy nauce czytania nadal.
Nauczyciele, którzy mnie uczyli, to:

1.     W klasie I wyłącznie Pani Janina Sidorowicz, a potem
2.     Pan Tadeusz Nowak, Kierownik Szkoły - matematyki;
3.     Pani Maria Nowak, żona Kierownika T. Nowaka - tak zwanego śpiewu, czyli wychowania muzycznego;
4.     Pani Irena Palewicz, siostra Kierownika T. Nowaka – geografii;
5.     Pani Albina Tarasek – języka polskiego;
6.     Pan Władysław Gołda (żołnierz AK, ps. ”Korczak”) – matematyki i fizyki z chemią;
7.     Pani Józefa Wróblewska – języka rosyjskiego od piątej klasy;
8.     Pani Kazimiera Medwecka – języka polskiego w klasie siódmej oraz prowadziła z wielkim oddaniem i umiejętnością, kółko recytatorskie dla wszystkich klas.

Historii, biologii, prac ręcznych, rysunku i wychowania fizycznego, uczyli nas wymiennie ci sami nauczyciele. W szkole odbywały się również lekcje religii, z krótką modlitwą przed i po lekcji. Najdłużej w naszej klasie, nauczał religii ksiądz Antoni Karabuła. Uczył nas też religii ksiądz proboszcz Adam Bogucki, ciekawie, testując na bieżąco nasze poprawne rozumienie wiary, z jej zastosowaniem do codziennego życia. Nauczał, że modlitwa powinna być, przede wszystkim dziękczynna. Krótką modlitwą rozpoczynał się i kończył także każdy dzień nauki. Przed lekcjami i po lekcjach modlił się z nami któryś z nauczycieli, czasem również Kierownik Nowak. W klasach były obrazy ukrzyżowanego Chrystusa, a potem krzyże.

Rozpoczynając I klasę, zastaliśmy wszystkie klasy w trakcie wymiany ławek czteroosobowych, na dwuosobowe. Pulpit ławki składał się z części poziomej i z części pochyłej w kierunku ucznia. W części poziomej posiadał zagłębienia na pióra i ołówki oraz dwa otwory po prawej stronie każdego ucznia, na stożkowy szklany kałamarz, z kołnierzem umożliwiającym jego zawieszenie.

Rocznik 1949 trafił na trudne lata stalinowskiej indoktrynacji. Posiadający znakomite, patriotyczne tradycje Związek Harcerstwa Polskiego został rozwiązany i nic nam o nim nie mówiono. Od mojej drugiej klasy, Kierownik Nowak otrzymał na swojego zastępcę, zetempowskiego „politruka”. Pan Pezdek organizował harcerstwo w jego nowej formie. Wspierała go w tym, aktywna wśród dziewcząt ale bardzo sympatyczna Pani Krysia z Andrychowa. Do powołanej nowej Organizacji Harcerskiej zostali wpisani uczniowie wszystkich klas. Dzień szkolny rozpoczynał się apelem o godzinie wpół do ósmej. Na apelu, wybrani przez nauczycieli reprezentanci uczniów w swoich klasach, stawali równolegle do nauczycieli uczestniczących w apelu.
Zgłaszali ilość obecnych i nieobecnych oraz wygłaszali formułkę, że ich „klasa jest gotowa do lekcji”. Salutowali wyprostowaną prawą dłonią, ukośnie do czoła – tak jak to robili „radzieccy pionierzy”. Na apelach, nie wprost ale nieustannie i w różnych formach, wmawiano nam, że żyjemy w jakimś świecie, który w rzeczywistości w ogóle wokół nas nie istniał. Śpiewaliśmy, że:

Prysły mroki, słońce świeci, pieśnią huczą nam traktory,
wolnych ojców, wolne dzieci, przeorzemy wzdłuż ugory”.

W pięciotysięcznej wsi były tylko dwa poniemieckie traktory „lanzbuldogi”, nieustannie naprawiane, a ugorów nie było wcale. Śpiewaliśmy też, że:

Ciężki kłos się do ziemi ugina,
Kołchozowa w nim nurza się dłoń,
Kiedy piosnkę zanuci dziewczyna,
Podchwytują żniwiarze ten ton!

Kołchozu na szczęście nie było, ale każdy, kto poznał pracę na roli, a wiedzę tę posiadali wszyscy uczniowie w Choczni, wiedział, że wykopywanie z gleby ziemniaków lub buraków czy koszenie zbóż odbywa się w nieustannym ruchu i wymaga wysiłku i koncentracji, a więc wyklucza jakikolwiek, równoczesny śpiew. Śpiewało się w kościele, przy kapliczkach w maju albo na weselach, czy też przy sobótkach - na święto Zesłania Ducha Świętego.

Ponadto pieśń i jej śpiewanie, według apelowego rytuału, to miał to być sposób na pokonanie każdego wroga i na osiągnięcie każdego celu. Przy czym wróg znajdował się – albo w nieznanym nam zupełnie kraju, chociaż nazywany był „ojczyzną”, a oferowana przez nas forma pomocy była czysto teoretyczna, bo takiego „sprzętu” nie posiadaliśmy:

Pójdę, zobaczę Oviedo,
Chwycę karabin i granat,
Pójdę się bić za Asturię,
Moją ojczyznę kochaną!

- albo jak w hymnie Światowej Federacji Młodzieży Demokratycznej - „Naprzód młodzieży świata”, wróg był całkowicie anonimowy. Nikt nie wyjaśnił nam gdzie przebywa i jak wygląda, a myśmy śpiewali:

Naprzód młodzieży świata,
Nasz braterski połączy dziś marsz,
Groźne przeminą lata,
Hej kto młody pójdź z nami i walcz!

Z nami słońce i drzewa w pochodzie,
Maszerują przez miasto i wieś,
Niech w szeregi jednoczy się młodzież,
Niechaj praca nas łączy i pieśń!
Nie zna granic ni kordonów pieśni zew, pieśni zew!
Przez cały świat, słowa pieśni tej niech niesie wiatr!
Niech rozbrzmiewa, niech przewodzi wolny śpiew, wolny śpiew!

W sytuacji nękania naszej i okazało się, że nie tylko naszej wyobraźni nierzeczywistym światem, jedynym odprężeniem umysłu było wyśmianie nieznośnej do bólu nieprawdy. Nie ustaliłem z jakiego „źródła osobowego” pochodziła niezwykle atrakcyjna dla nas, choć nie dla wszystkich uczniów zrozumiała zamiana słów:

Nie zna granic ni kordonów pieśni zew, pieśni zew!
na, z przeproszeniem:
Nie zna granic ni kondomów! Pies mi zdechł! Pies mi zdechł!

Ta wersja podobała się wszystkim uczniom szalenie i na pewno wyszła od dorosłych. Śmialiśmy się i śpiewaliśmy ją z całych swoich sił. Kierownik Nowak i pozostali nauczyciele łącznie z „politrukiem”, udawali, że jej nie słyszą.

Natomiast prawdziwym katowaniem ludzi dorosłych było lansowanie „spółdzielni produkcyjnych”, czyli polskiej wersji „kołchozów”. Było to czymś najbardziej przerażającym na wsi, ze względu na zupełnie nierealistyczne założenia, że wszyscy o tej samej godzinie będą wychodzić do pracy na wspólnym polu i o tej samej godzinie będą wracać do domu. A przy pracy będą śpiewać ! Każda rodzina w Choczni żyjąca z uprawy roli, różniła się liczbą osób i ich wiekiem oraz ilością i rodzajem posiadanych zwierząt domowych. Z różną też starannością wykonywała swoją pracę. To wykluczało sytuację, że wszyscy będą mieli identyczne potrzeby i identyczne troski w tym samym czasie.

Chocznia była przed wojną wsią o dużej aktywności politycznej, silny był ruch ludowy kierowany przez dr. Józefa Putka. Dlatego w czasie II wojny światowej w ruchu oporu udokumentowano uczestnictwo 45 chocznian lub osób związanych z Chocznią - według wyszukiwarki Google. Również dlatego w pokoleniu naszych rodziców, posiadających wiedzę o straszliwym głodzie i śmierci milionów ludzi na Ukrainie, utworzenie kołchozu w Choczni było oczywistym aktem samobójczym. Wyznawana przez komunistów strategia destrukcji, była wobec przesłanek racjonalnych bezwzględna i dla części Choczni zwanej Zawalem zbudowano dużą stajnię i dużą stodołę, dla przyszłej spółdzielni produkcyjnej. Wtedy to już chyba sam Pan Bóg interweniował – w czasie burzy, jeszcze przed zbiorami, wiatr przewrócił stodołę, a piorun ją spalił.

Ogromną uciążliwością były też tak zwane „obowiązkowe dostawy” zbóż i mleka, w ilości i po cenach ustalonych przez państwo, znacznie niższych od cen wolnorynkowych czyli od cen rzeczywistych. Komunistyczny eksperyment ekonomiczny, w tym przypadku nie uwzględniał relacji ilości pieniądza do towaru na rynku, jako odzwierciedlenia nakładu pracy.
Miał też miejsce krótkotrwały okres walki z „kułakami”, czyli z gospodarzami wielokrotnie przerastającymi powierzchnią swoich gospodarstw małe gospodarstwa i osiągających swoje wysokie dochody, głównie z pracy najemnej. W Choczni taki problem nie istniał, gospodarstwa 5-cio hektarowe to były już duże gospodarstwa i były one prowadzone rodzinnie, jak każde inne. Podstawowe zamierzenie propagandowe, to jest likwidacja „wyzysku człowieka przez człowieka”, zupełnie nie miało tutaj zastosowania.

Prowadzona była równocześnie bardzo niebezpieczna, konsekwentna walka o zmianę duchowej tożsamości młodych Polaków - przede wszystkim poprzez eliminację powszechnych tradycji chrześcijańskich, obchodzonych w kościelnym roku liturgicznym. Te najbardziej wyraziste dla nas - uczniów, to Święty Mikołaj, którego miał zastąpić „dziadek mróz”, oraz drzewko/choinka na Boże Narodzenie, którą miała zastąpić „choinka noworoczna”.

Tak się boleśnie złożyło, że mąż siostry Kierownika Nowaka, nauczycielki Ireny Palewicz – major Eustachy Palewicz został zamordowany w Katyniu. O tym nie można było wtedy publicznie mówić, nawet bólu rozpaczy okazać. Kierownik Tadeusz Nowak i jego zespół nauczycielski wiedzieli doskonale, że w tym spacyfikowanym społeczeństwie, za przeciwnika mają bezwzględnego mordercę. W tragicznej dla całej Polski sytuacji i wobec osobistych tragedii, lecz w sytuacji ponoszenia odpowiedzialności za prawidłowe rozpoznawanie dobra i zła przez nas - dzieci, nasi nauczyciele potrafili się bardzo mądrze zachować.

Nie słyszałem, żeby Kierownik Tadeusz Nowak i jego nauczycielski zespół, kiedykolwiek działania nowych władz opatrywali jakimkolwiek komentarzem. Nie pochwalali publicznie narzuconego porządku politycznego, ani nie dali się sprowokować do jego krytyki. Kierownik Nowak wykonywał otrzymywane polecenia, takie jak pochody 1-majowe do Wadowic czy polityczne akademie rocznicowe w zakresie podstawowym, bez jakiegokolwiek entuzjazmu. 
„Dziadki mrozy” czy „choinki noworoczne” w budynku „Sokoła”, były zręcznie rozbudowywane poprzez recytacje polskich utworów poetyckich i śpiewów polskich i stawały się kulturalną rozrywką, z elementami pewnej egzotyki. Były przedstawieniem, a nie przeżyciem religijnym.

Kierownik Nowak również umiejętnie milczał w sytuacji poważnego zagrożenia, jakim były podstępne, różne formy walki z kościołem, oraz próby „uspółdzielczania” wsi czy „walki z kułakami”. Pozostał na swoim posterunku ze swoimi nauczycielami by ratować, na wszystkie możliwe sposoby, tożsamość nas, małych Polaków. Nawet śmierć Stalina została uczczona tylko apelem oraz obowiązującymi i kontrolowanymi minutami ciszy, bez okazywania jakiejkolwiek rozpaczy ani też kpin. Byłem już dorosły, gdy zaczynałem to dostrzegać.

W kształtowaniu osobowości dzieci, nauczyciele otrzymywali pożądane wsparcie od ich rodziców oraz od Kościoła. Mój Tata czasy przedwojenne określał konsekwentnie i wyłącznie terminem - „za wolnej Polski”. Gdy mu przekazałem usłyszaną od któregoś z nauczycieli informację, że Stalin odwraca biegi rzek, zapytał mnie – a po co, sugerując rozważenie zmiany kierunku strumienia Choczenki. Zastanowiłem się wtedy, jaki pożytek byłby z odwrócenia biegu Choczenki w kierunku Kaczyny – praca ogromna, a korzyść z tego żadna. Kiedy Tata dowiedział się, że robotnica - prządka z andrychowskiej fabryki została posłem do Sejmu, w różnych rozmowach w domu i ze swoimi przyjaciółmi stawiał pytanie – co ma do szukania w Sejmie to głupie babsko? Mama nas też wspierała - opowiadała, że od pierwszej klasy musiała śpiewać „Boże wspieraj, Boże ochroń nam cesarza i nasz kraj”, no i cesarza już dawno nie ma.

Odbywały się też w latach pięćdziesiątych poszukiwania stonki ziemniaczanej. Stany Zjednoczone, zwane skrótowo „Ameryką”, kojarzyły się wszystkim z krajem nieograniczonego dobrobytu, a dzieciom z czekoladą z UNRRY, o niedoścignionym smaku i niezwykle trudno dostępnym artykułem. Okazało się, że oprócz dolarów i czekolady, Ameryka ma również takie owady, które zjadają zielone liście ziemniaków i nie pozwalają ziemniakom dorosnąć. Nazywają się stonka i zrzucają je Amerykanie, na polskie ziemniaki, w tym również na ziemniaki w Choczni, przy czym na chłopski choczeński rozum zupełnie bez powodu, aczkolwiek robią to tylko „imperialiści”. Stonki nie można było znaleźć, nikt nie wyjaśnił czy amerykańscy imperialiści się rozmyślili, ale obowiązek jej szukania ustał dopiero po paru latach. Osobą odpowiedzialną za organizację i przebieg poszukiwania stonki był lubiany w Choczni, agronom Adam Biel. 
Nieufność i kult syzyfowej pracy były charakterystyczne dla tego ustroju, toteż czynności poszukiwania były sprawdzane przyklejaniem papierowej stonki do badyla.
Społeczeństwo Choczni i Kaczyny prawie w 100% potraktowało zjawiska wrogiej indoktrynacji jako dopust boży i wzięło je „na przetrzymanie”. Do kościoła w Choczni chodzili wszyscy, z niedostrzegalnymi wyjątkami. Wszyscy też przestrzegali roku liturgicznego, w tym Świąt Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy, a ich dzieci uczestniczyły w nauce religii i przystępowały do I Komunii Świętej. W maju, przy kapliczkach, odbywały się krótkie, śpiewane nabożeństwa do Matki Bożej. W kościele, w stallach przy głównym ołtarzu zasiadali nauczyciele a Państwo Pamułowie kierujące i nauczające w szkole w Choczni Górnej, mimo znacznej odległości było obecne w każdą niedzielę. Kierownika Tadeusza Nowaka można było zobaczyć w tylnej części nawy, pod tak zwanym chórem.

Kierownika Tadeusza Nowaka i wszystkich wymienionych nauczycieli, zapamiętałem jako znakomitych pedagogów. Wśród nich tak wspaniałe i niezapomniane obrazy jak – niezauważona wcześniej, pochylona nade mną Pani Sidorowicz i nagle ujmująca swoją dłonią moją małą rączkę, żeby pomóc mi w umieszczeniu literki „o” w dwóch równoległych liniach. Kilka lat później, w siódmej klasie Pani Medwecka powtarzająca nieustannie, że konstrukcja każdej pisemnej relacji, żeby była klarowna, musi mieć wstęp, osnowę i zakończenie. Wiedza praktyczna i niezwykle użyteczna, na całe życie !
Kiedykolwiek myślę o tamtych latach, to w każdych okolicznościach mogę tylko wypowiadać – Bóg Wam zapłać nasi mądrzy i wspaniali Rodzice oraz Bóg Wam zapłać nasi mądrzy i odpowiedzialni nauczyciele i księża!

Z czasem okazało się, że komunistyczna plaga miała też swoje dobre strony. Niskie technologie w przemyśle wymagały wielkiej liczby pracowników i zlikwidowały bezrobocie. Tworzono szkolnictwo podstawowe oraz średnie – ogólnokształcące, techniczne i ekonomiczne. Rozszerzono też w sposób odczuwalny opiekę lekarską. Nastąpiły również nieprzewidywane zmiany cywilizacyjne.

Niskie pensje, uzupełnione wyprodukowaną własną żywnością, stworzyły na wsiach warunki finansowe, które umożliwiały budowę nowych domów i zabudowań gospodarczych. Będące w Choczni, w przeważającej większości drewniane domy kryte słomą i bez kominów, zniknęły zupełnie. Budowano domy przestronne z dużymi oknami, przeważnie z cegły wypalanej „chałupniczo” lub z tak zwanej szlaki, czyli z żużlu. Na wsi powstała nowa grupa społeczna, nazwana później „chłoporobotnikami”, ludzi już z nowymi potrzebami i z możliwościami ich realizacji.

Wobec oporu rolników i oczywistej sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem, a nade wszystko zagrożenia głodem, zrezygnowano po latach z „uspółdzielczania” polskiej wsi. Jeszcze wcześniej, bo na początku lat pięćdziesiątych, z inicjatywy najbardziej zasłużonego dla Choczni i najsławniejszego obywatela Choczni dr. Józefa Putka, nastąpiła elektryfikacja wsi. Tak została otwarta droga do uczestniczenia w przemianach cywilizacyjnych całego świata.

Naród polski czekała jeszcze jedna próba rozróżniania kłamstwa od prawdy. Była to tak zwana „radiofonia przewodowa”, czyli doprowadzenie do domów instalacji zawieszonej na słupach, dźwigających przewody elektryczne. Zawieszone poniżej przewody „radiowe” były w domach zakończone głośnikiem. Po prasie, nastąpiła i tutaj pełna reglamentacja informacji. Z powodu nieustannego wychwalania spółdzielni produkcyjnych, głośniki te nazwano „kołchoźnikami”.

Elektryfikacja Choczni i równocześnie całego Kraju, a potem pojawienie się odbiorników radiowych, umożliwiły słuchanie wolnego słowa z „Wolnej Europy” i innych niezależnych rozgłośni i przywracały stopniowo wolnościowe i obywatelskie aspiracje Polaków. 
Tak cały Naród, a z nim kolejne pokolenia Choczni, pokonały najpierw austriacką i niemiecką germanizację, a potem sowiecką rusyfikację.


HENRYK RAMĘDA 

Szczecin, 15 listopada 2016