poniedziałek, 30 marca 2026

Budowa plebanii pod koniec XIX wieku

Decyzja o budowie nowej, murowanej plebanii w Choczni zapadła 8 grudnia 1887 roku. Rada Gminna postanowiła wówczas nie tylko przystąpić do realizacji tej inwestycji, ale także corocznie wspierać ją środkami gminnymi oraz dostarczać niezbędne materiały budowlane. Na początku planowano wykorzystać między innymi fundusze pozostałe po zbiórce na ukończenie wieży kościelnej, przeznaczając je na sprowadzenie kamienia.

Kolejnym krokiem była uchwała z 2 grudnia 1888 roku, na mocy której wprowadzono dodatek w wysokości 40% do wszystkich podatków opłacanych w gminie. Uzyskane w ten sposób środki miały zostać przeznaczone na zgromadzenie materiałów potrzebnych do remontu starej plebanii lub budowy nowej.

3 lutego 1889 roku Rada Gminna ponownie potwierdziła zamiar wzniesienia nowej plebanii. Proboszcz ks. Józef Komorek nie nalegał na rozpoczęcie budowy, pozostawiając decyzję radnym. Z kolei wójt Czapik uważał, że w pierwszej kolejności należałoby przeznaczyć środki na przyozdobienie wnętrza nowo wybudowanego kościoła. Wskazywał on jednak, że pozostałe po budowie kościoła wapno, cegły i piasek można wykorzystać przy budowie plebanii, pod warunkiem zwrotu ich wartości Funduszowi Budowy Kościoła. Fundusz ten bowiem wcześniej wykorzystał legaty Stanisława Żaka i rodziny Balonów, zapisane pierwotnie na inne cele, takie jak poprawa organów i rozszerzenie ołtarza, i był zobowiązany do ich zwrotu w wysokości około 600 złotych reńskich.

17 grudnia 1889 roku radni uchwalili kolejny dodatek do wszystkich podatków w wysokości 40%, tym razem już wyraźnie z przeznaczeniem na trwającą budowę plebanii. Szacowano, że przyniesie on 989 złr. Wkrótce inwestycja zaczęła nabierać tempa. Podczas posiedzenia 9 lutego 1890 roku wójt Czapik przedłożył sprawozdanie, z którego wynikało, że z Funduszu Kościelnego wydano na budowę nowej plebanii 744 złr i 74 centy. Radni przyjęli je z uznaniem, podkreślając, że dzięki rozsądnemu kierowaniu pracami budowa posunęła się znacznie naprzód przy stosunkowo niewielkich kosztach.

W 1891 roku budowa była kontynuowana. Gmina przeznaczyła na ten cel 994 złr, uzyskane z podwyższenia podatku gruntowego i domowego o 40%. Dodatkowo postanowiono, że nadwyżki z wydatków gminnych za ten rok będą kierowane na budowę w formie zwrotnych pożyczek.

Również w 1892 roku prace budowlane trwały nadal. Na budowę nowej, murowanej plebanii przeznaczono 1030 złr, pochodzące z tego samego, 40-procentowego dodatku do podatku gruntowego i domowego. Inwestycji nie można było odkładać, ponieważ stara plebania znajdowała się w bardzo złym stanie technicznym — jej dach był dziurawy i woda lała się do wnętrza budynku. Z powodu rosnących kosztów uchwalono zaciągnięcie dodatkowych prywatnych pożyczek: najpierw 200 złr obok wcześniej zaciągniętych 500 złr, a w połowie 1892 roku kolejnych 300 złr, oprocentowanych rocznie na 5%, gdy dotychczasowe środki okazały się niewystarczające.

Pod koniec 1892 roku budowa plebanii, prowadzona od 1889 roku, była już na ukończeniu. Całkowity koszt inwestycji oszacowano na 8100 złr. W tej sumie mieściły się koszty projektu (10 złr), kamienia z Gorzenia na fundamenty i wapna, zakup 125 tysięcy cegieł, drewna — w tym desek, drewna dębowego na futryny i materiału na więźbę dachową — o łącznej wartości 1447 złr, elementów żelaznych za 815 złr, szkła i szklenia za 130 złr, robót murarskich za 1312 złr oraz pomocy murarskiej za 235 złr. Ponadto uwzględniono koszty robót ciesielskich (297 złr), stolarskich (237 złr), kowalskich (335 złr), trzciny, piasku i naczyń budowlanych (95 złr), blach, rur i robót malarskich (76 złr), a także robót konnych mieszkańców gminy, oszacowanych na 695 złr, oraz robót pieszych o wartości 420 złr. Koszty ubezpieczenia wyniosły 169 złr i 95 centów.

Znaczący wkład w budowę wnieśli także darczyńcy. Ksiądz proboszcz ofiarował na ten cel 1000 złr, Albina Dunin przekazała drewno warte 300 złr, Adolf Bichterle z Sołtystwa drewno o wartości 40 złr, a Foltyn z Wadowic wykonał prace warte 50 złr. Wykorzystano również materiały pozostałe po budowie kościoła, których wartość oszacowano na 450 złr. Pozostałe koszty pokrywała Gmina Chocznia.

Przez cztery lata budowy gmina przeznaczyła na ten cel niemal 3845 złr. Po uwzględnieniu istniejącego zadłużenia oraz przewidywanych dochodów ze sprzedaży starej plebanii i wikariówki, do spłaty pozostawało jeszcze około 750 złr. Kwotę tę zamierzano pokryć w 1893 roku z dodatku do podatków gminnych, ustalonego na poziomie 30% od każdej wpłacanej złotówki podatku.

Budowa nowej plebanii w Choczni była więc przedsięwzięciem rozłożonym na kilka lat, wymagającym znacznego wysiłku finansowego i organizacyjnego całej gminy. Dzięki wspólnemu zaangażowaniu władz lokalnych, mieszkańców, proboszcza i ofiarodawców udało się doprowadzić tę ważną inwestycję niemal do końca pod koniec 1892 roku. 

Budynek  ten po licznych remontach pełni swoją funkcję do dziś.


sobota, 21 marca 2026

Kariery wojskowe dwóch Chocznian z XIX wieku

 W 1863 roku Kuria Biskupia z Tarnowa poszukiwała na terenie swojej diecezji niejakiego Antoniego Gazdy, rozsyłając zapytanie do wszystkich podległych sobie parafii. Okazało się, że pozytywnie odpowiedział na nie proboszcz z Choczni ks. Józef Komorek, który potwierdził, że Gazda mieszka na terenie miejscowej parafii w domu nr 17 (dolna część obecnej ul. Kościuszki). Powodem tych poszukiwań była chęć wręczenia Gaździe Medalu Papieskiego i dyplomu za zasługi dla Kościoła i Papiestwa.

Czym zasłużył się ten dziewiętnastowieczny Chocznianin?

Otóż Antoni Gazda był żołnierzem wojsk papieskich, ale oczywiście niekojarzonej ze współczesnym Watykanem Gwardii Szwajcarskiej (w której mogli służyć tylko Szwajcarzy), lecz ochotniczej formacji tak zwanych żuawów. Członkami tej elitarnej jednostki nie byli najemnicy - ich służba była uważana za obowiązek religijny i rodzaj krucjaty w obronie papieża.

W 1860 roku Państwo Papieskie było znacznie większe niż dzisiaj i obejmowało ponad 40.000 kilometrów kwadratowych pośrodku Półwyspu Apenińskiego. Ponieważ w tym czasie nabrał tempa proces zjednoczenia Włoch, to ziemie pod władzą papieża zostały zaatakowane z dwóch stron: z północy przez powstańców Garibaldiego i z południa przez wojska Królestwa Sardynii, którzy dążyli do połączenia kontrolowanych przez siebie terytoriów. W obliczu zagrożenia papiestwo postanowiło stworzyć armię opartą o ochotników z całego katolickiego świata - głównie Francuzów i Belgów, ale także Holendrów, Irlandczyków, Niemców, Austriaków, czy nielicznych wtedy Polaków. 

Charakterystycznie umundurowani żuawi (w stylu orientalnym) wyróżnili się szczególnie w walkach pod Castelfidardo, gdzie przeprowadzili brawurowy atak na bagnety przeciwko znacznie liczniejszym i lepiej wyposażonym oddziałom włoskim. Mimo ich męstwa, wojska papieskie zostały rozbite. Porażka ta doprowadziła do utraty większości terytoriów Państwa Kościelnego (z wyjątkiem Rzymu i Lacjum). 


To właśnie za zasługi w tych walkach wyróżniono Gazdę medalem i dyplomem. Nie był to oczywiście prosty rolnik, który wyruszył z Choczni bić się w obronie papieża. Gazda w 1860 roku miał za sobą 8 lat służby w austriackim 56. Pułku Piechoty (1849-1857). W 1859 roku ponownie wcielono go na krótko do armii austriackiej, po czym zdemobilizowano. Wtedy właśnie musiał dowiedzieć się o sytuacji we Włoszech i udać się zaciągnąć do armii papieskiej.

Po wręczeniu medalu i dyplomu w 1863 roku dalsze losy Gazdy nie są znane. W choczeńskich księgach metrykalnych nie odnotowano jego zgonu, a w spisie domów z 1873 roku nie wymieniono właścicieli posesji nr 17. Dwa lata później, w akcie fundacji choczeńskich dzwonów, pod nr 17 figuruje osoba o nazwisku Gazda, ale chodziło o Ewę Gazda, której ewentualne związki z Antonim nie są znane.

----

O ile rekruci z Choczni służyli głównie w austriackiej piechocie lub lekkich oddziałach konnych, to rzadkością byli żołnierze formacji elitarnych, takich jak strzelcy (jegrzy). Zupełnym zaś wyjątkiem był członek ciężkiej kawalerii – kirasjer. I to w dodatku żołnierz nie zwykłego pułku kirasjerów, a 2. Regimentu Arcyksięcia Franciszka (Erzherzog Franz), który to pułk po wstąpieniu Franciszka na tron stał się regimentem cesarskim.

Właśnie w tym pułku miał zaszczyt służyć Chocznianin Jakub Garżel, urodzony w 1767 roku. 

Garżel, jako poborowy z Galicji chłopskiego pochodzenia teoretycznie nie powinien zostać wcielony do 2. Pułku Kirasjerów, gdyż obszarem jego rekrutacji nie była Galicja. By się jednak w nim znaleźć, musiał wyróżniać się umiejętnością jazdy konnej i szczególnymi warunkami fizycznymi. Kirasjerzy byli formacją ciężką, przeznaczoną do przełamywania linii przeciwnika masą koni i siłą mięśni, więc szukano mężczyzn wysokich, barczystych i silnych. Rekrut musiał być w stanie udźwignąć ciężki pancerz (kiras) oraz władać masywnym pałaszem. Co ciekawe, kirasjerzy nosili pancerz tylko z przodu - plecy nie były chronione, co miało zapobiegać ucieczkom z pola walki. Uzbrojenie kirasjerów dopełniały pistolety i karabinek.

Jako doświadczony, ponad trzydziestoletni żołnierz, Jakub Garżel brał udział we wczesnej fazie wojen napoleońskich, które zakończyły się dla Austrii bolesnymi porażkami militarnymi. W latach 1779-1800 walczył przeciwko Francuzom na terenie Niemiec, prawdopodobnie brał udział w znanej bitwie pod Hohenlinden koło Monachium.

W 1804 roku Garżel wrócił do Choczni jako tak zwany urlopnik - żołnierz, który nie otrzymywał żołdu i wyżywienia, ale który nadal mógł być w razie potrzeby powoływany do służby czynnej. By się utrzymać, zawarł ugodę ze swoimi braćmi Krzysztofem i Stanisławem, na mocy której podzielili pole po rodzicach (1/4 roli, czyli około 18 morgów) na trzy równe części. Bracia dostarczyli mu również nawozu na pole oraz ziarna owsa i żyta do zasiewu. Po przejęciu ziemi Jakub Garżel ożenił się jeszcze tego samego roku z Marianną Rudzką, córką miejscowego krawca. Miał z nią kilkoro dzieci i wszyscy współcześni choczeńscy Garżelowie są jego potomkami. Był także pradziadkiem Józefa Putka, znanego działacza politycznego i adwokata.

Zmarł 27 lat później (1831) podczas epidemii cholery.

Wraz z rozwojem artylerii i broni strzeleckiej kirasjerzy stawali się coraz większym stopniu formacją paradną, a nie realną siłą zdolną przełamywać linię frontu.


Kirasjer austriacki z nieco
późniejszego okresu (1809)


niedziela, 15 marca 2026

Drastyczne przypadki zgonów w I połowie XIX wieku

18 sierpnia 1838

Józef Szczur (ur. 19.03.1809), syn Leona i Katarzyny,  urlopowany żołnierz - kapral 56. pułku piechoty, pobił swoją żonę Magdalenę (córkę Jana Kowalczyka). Uderzył ją pięściami 2 lub 3 razy oraz kilka razy kijem, na skutek czego w ciągu kwadransa zmarła.  Ze względu na gwałtowny i podejrzany charakter śmierci, władze cyrkularne nakazały przeprowadzenie sekcji zwłok ("obdukcji") i zezwoliły na jej pogrzeb w dniu 21 sierpnia. Wydaje się, że zabójcę żony nie spotkały jakieś poważne konsekwencje. Co więcej, 2 lata później znalazła się ryzykantka - 22 letnia Marianna Bryndza, która zgodziła się go poślubić. 

9 maja 1837

W lasku choczeńskim, po prawej stronie Traktu Królewskiego (Starego gościńca) prowadzącego w stronę Inwałdu pasterze choczeńscy znaleźli w lesie prowizoryczną trumienkę zbitą z gontów (drewnianych deseczek dachowych), która była płytko zakopana, a w niej zwłoki około 13-dniowej dziewczynki nieznanych personaliów. Na podstawie rozporządzenia Urzędu Cyrkularnego z dnia 10 maja 1837 r., nr 6500, została urzędowo poddana obdukcji (sekcji zwłok) i pochowana.

1834

Zmarła z wyziębienia nowonarodzona córka Reginy i Wojciecha Szczurów, porzucona przez matkę. Odbyła się procedura sądowo-lekarska (sekcja zwłok), która potwierdziła przyczynę zgonu (zamarznięcie/wyziębienie).

22 maja 1846

Na miejscowym cmentarzu cholerycznym (Bożej Męce) znaleziono poroniony płód dziecka płci męskiej. Poddano go oględzinom lekarskim dokonanym przez dr Stopę w obecności sołtysa Dunina.

19 maja 1810

W wezbranej przez ulewy i grad rzeczce Opusta (Konówka) utonął 9-letni Łukasz Turała.

20 sierpnia 1805

42-letni miejscowy gospodarz Kazimierz Twaróg, bardzo pobożny człowiek, został poturbowany we własnym obejściu przez konia, w wyniku czego zmarł. Taki sam los spotkał w 1845 roku 34-letniego Wojciecha Płonkę.

5 lipca 1822

6-tygodniowa Magdalena, córka Michała Stankiewicza, zmarła we śnie wskutek przypadkowego przygniecenia i przyduszenia przez śpiących w tym samym łóżku rodziców.

5 października 1825

Józef Kocyan ze wsi Lhotka, należącej do Dóbr Hukvaldy na Morawach, stracił życie na drodze publicznej w Choczni. Zmarły powoził obciążonym wozem konnym, siedząc na dyszlu. W pewnym momencie ześlizgnął się wprost pod koła i zginął przygnieciony ciężarem wozu.

16.10.1839

W jednym ze stawów w górnej części wsi utopił się półtoraroczny Antoni Gazda, syn Adama i jego siostra – 8-letnia Marianna.

5 lipca 1845

W miejscowym stawie w górnej części wsi utopiło się dwóch chłopców: 8-letni Wojciech, syn Błażeja Romańczyka i o pół roku starszy Józef, syn Wojciecha Hanusiaka.

23.12.1847

23 grudnia 1847 zmarł z głodu i zimna 10-letni Szymon, syn żebraka Macieja Marcaka z Kukowa.

24.02.1848

Śmierć w płomieniach w pożarze własnego domu (nr 187) poniosło rodzeństwo Jakub Cibor (lat 24) i Marianna Cibor (lat 20).


Co te zapiski mówią o Choczni?

1. Bieda i przeludnienie – wiele tragedii wynika wprost z ubóstwa: wspólnego spania rodziców z dziećmi, braku opieki nad dziećmi, porzucania noworodków, żebractwa, głodu.
2.  Bezkarność przemocy – przypadek Szczura pokazuje, że nawet oczywiste zabójstwo mogło pozostać bez konsekwencji karnych.
3. Sprawność biurokracji austriackiej – mimo że sprawiedliwość była ułomna, to sam mechanizm dokumentowania, sekcji zwłok i procedur urzędowych działał sprawnie.


wtorek, 10 marca 2026

Inwalidzi wojskowi z Choczni w XIX wieku

Służba wojskowa mieszkańców Choczni w armii habsburskiej niosła ze sobą poważne ryzyko. Kontuzje i rany odniesione na polu walki lub podczas ćwiczeń wojskowych nie należały do rzadkości, a ich skutkiem bywało trwałe inwalidztwo. Już w 1805 roku odnotowano w Choczni zgon 50-letniego Łukasza Leśniaka, miejscowego żołnierza-inwalidy – jednego z pierwszych udokumentowanych przypadków tego rodzaju.

Monarchia habsburska starała się zapewnić pewną formę wsparcia niepełnosprawnym i wysłużonym żołnierzom, choć zakres tej pomocy pozostawiał wiele do życzenia. W 1817 roku wprowadzono systematyczny podział inwalidów wojskowych na trzy kategorie.

Pierwszą stanowili inwalidzi domowi – żołnierze, którzy z powodu starości, obrażeń lub urazów nie byli w stanie samodzielnie się utrzymać, a jednocześnie nie mogli liczyć na wsparcie ze strony krewnych. Osoby te umieszczano w specjalnych domach inwalidów (Invalidenhaus), które zapewniały im pełne utrzymanie.

Drugą kategorię tworzyli inwalidzi patentowi, którym na podstawie patentu (przywileju) cesarskiego przyznawano niewielką rentę inwalidzką w wysokości od 3 do 24 krajcarów dziennie. Warunkiem otrzymywania renty było zamieszkanie w miejscu przynależności gminnej. Oczekiwano przy tym, że inwalidzi patentowi będą uzupełniać skromne świadczenie własną pracą zarobkową oraz wsparciem ze strony rodziny.

Trzecią grupę stanowili inwalidzi warunkowi – osoby, które mimo niepełnosprawności były w stanie utrzymać się samodzielnie lub polegać na pomocy krewnych. W razie pogorszenia stanu zdrowia lub sytuacji materialnej mogli oni ubiegać się o zmianę statusu na inwalidę patentowego bądź o przyjęcie do domu inwalidów.

System ten ewoluował w kolejnych dekadach. Dnia 6 września 1864 roku Wysoka Komisja Namiestnictwa w Krakowie wydała szczegółową instrukcję dotyczącą należności inwalidów patentowych. Ostatecznie kwestia stałych emerytur dla niepełnosprawnych żołnierzy została kompleksowo uregulowana dopiero w 1875 roku.

Niepełnosprawni żołnierze z Choczni znaleźli się we wszystkich trzech kategoriach inwalidzkich. Analiza zachowanych akt ewidencyjnych 171 choczeńskich żołnierzy 56. Pułku Piechoty z lat 1820–1868 wykazała, że do domów dla inwalidów skierowano łącznie dziesięciu z nich. Siedmiu miało trafić do domu inwalidów w Tyrnau (obecna Trnava na Słowacji): Jan Cap, Jan Dąbrowski, Piotr Hanusiak, Antoni Leśniak, Jan Łopata, Mikołaj Wątroba i Józef Wider. Józef Dąbrowski otrzymał skierowanie do domu inwalidów w Peszcie (obecnie Budapeszt), natomiast Antoni Glondys i Jakub Turała zostali przydzieleni do bliżej nieokreślonych placówek.

W praktyce jednak tylko część skierowanych faktycznie zamieszkała w domach inwalidów. Kilku z nich zrezygnowało z przysługującego im miejsca i pozostało w Choczni na statusie inwalidów patentowych. Tak uczynili Jan Cap, kapral Józef Dąbrowski, Piotr Hanusiak, Jakub Turała oraz Jan Łopata. Zdarzał się też ruch w przeciwnym kierunku – zamieszkały w Choczni inwalida patentowy Maciej Stawowy otrzymał z czasem skierowanie do domu inwalidów, a Jan Ryczko starał się o przyjęcie do takiej placówki.

Podopiecznymi domów dla inwalidów bywali również choczeńscy żołnierze służący w innych formacjach. W 1853 roku zmarł w Trnavie Franciszek Wcisło, urodzony w 1831 roku były ułan 1. Pułku Ułanów.

Najliczniejszą i najlepiej udokumentowaną grupę stanowili inwalidzi patentowi zamieszkali w Choczni. Wzmianki na ich temat zachowały się głównie dzięki staranności choczeńskiego proboszcza ks. Józefa Komorka, który odnotowywał w księgach parafialnych przypadki, gdy inwalidzi lub ich rodziny zwracali się o wydanie różnego rodzaju zaświadczeń.

Życie inwalidów patentowych bywało krótkie i trudne. Już w 1835 roku zmarł 47-letni inwalida patentowy Walenty Balon. W 1842 roku odszedł kolejny – Ignacy Skoczylas, urodzony w 1806 roku. Rok 1850 przyniósł śmierć Jana Ryczki, który padł ofiarą epidemii cholery. W 1856 roku w Choczni zmarł inwalida patentowy Wojciech Semik, pochodzący z Zatora, a sześć lat później – Piotr Glondys recte Dąbrowski. Szczególnie tragiczny był przypadek Franciszka Hanusiaka, inwalidy patentowego, który zmarł w 1885 roku, mając zaledwie 25 lat. Dłużej przeżyli kapral Józef Dąbrowski, urodzony w 1807 roku, choczeński kowal i inwalida patentowy, który zmarł w 1874 roku, oraz Jakub Turała, który odszedł rok później, w 1875 roku.

Zachowane dokumenty ukazują też codzienne troski inwalidów patentowych. W 1842 roku Piotr Dąbrowski recte Balon prosił proboszcza o świadectwo chrztu, gdyż zamierzał się ożenić. Podobne prośby wystosowali w 1851 roku Józef Strzeżoń, a w 1852 roku Wojciech Romańczyk, urodzony w 1814 roku. W 1863 roku o świadectwo chrztu w związku z planowanym ożenkiem zwrócił się Piotr Hanusiak. Z kolei 5 marca 1852 roku Jan Cap poprosił proboszcza o wydanie mu świadectwa ubóstwa – dokument ten zapewne miał służyć jako dowód trudnej sytuacji materialnej przy ubieganiu się o dodatkowe wsparcie.

Ślady po inwalidach patentowych odnajdujemy również w korespondencji urzędowej. W 1860 roku Urząd Powiatowy zwrócił się do proboszcza z zapytaniem o akty zgonu trzech inwalidów: Jana Capa, Józefa Szczura i Melchiora Zarawnego. Na początku 1868 roku w Choczni mieszkał jeszcze inwalida patentowy Józef Dąbrowski (ur. 1807) oraz wdowa po inwalidzie patentowym Janie Łopacie – ta ostatnia wzmianka przypomina, że skutki wojennego inwalidztwa dotykały nie tylko samych żołnierzy, ale i ich rodziny.

Najmniej wiadomo o inwalidach warunkowych z Choczni, co paradoksalnie wynikało z ich lepszej sytuacji życiowej – będąc w stanie samodzielnie się utrzymać, rzadziej potrzebowali zaświadczeń i rzadziej pojawiają się w dokumentach parafialnych czy urzędowych. Wśród zidentyfikowanych przypadków na uwagę zasługuje Melchior Zarawny, urlopowany żołnierz 2. Kompanii Obrony Krajowej 56. Pułku Piechoty, który w 1850 roku starał się o zmianę statusu na inwalidę patentowego – zapewne z powodu pogorszenia stanu zdrowia lub sytuacji materialnej. Dwaj pozostali znani z imienia inwalidzi warunkowi radzili sobie na tyle dobrze, że opuścili rodzinną wieś w poszukiwaniu pracy: Michał Kumorek, urodzony w 1802 roku, mieszkał i pracował w Krakowie, natomiast Stanisław Mortek, urodzony w 1807 roku, pełnił funkcję woźnego sądowego w odległym Cieszynie.

Zgromadzone informacje ukazują, jak widocznym i długotrwałym zjawiskiem było inwalidztwo wojskowe wśród chocznian służących w armii habsburskiej. Przewijają się tu zarówno losy ludzi próbujących funkcjonować w ramach skromnej renty patentowej, jak i historie tych, którym formalnie przysługiwało miejsce w domu inwalidów, lecz ostatecznie pozostawali w lokalnej społeczności. Parafialne zapiski i urzędowe korespondencje pokazują przy tym codzienny wymiar systemu: metryki, świadectwa ubóstwa, potwierdzenia chrztu potrzebne do ślubu – drobne dokumenty, które dziś składają się na czytelny obraz społecznych konsekwencji wojny i służby wojskowej w XIX wieku.



wtorek, 3 marca 2026

Choczeński emigrant projektantem ciężkiego czołgu

 Franciszek Aleksander Kręcioch, syn Wojciecha i Marianny, był w I połowie XX wieku jednym z najbardziej kreatywnych ludzi wywodzących się z Choczni. Swoje pomyły, projekty techniczne i wizje realizował jednak nie w kraju, lecz na emigracji w Stanach Zjednoczonych Ameryki, gdzie zamieszkał z rodzicami jako 4-letnie dziecko.

We wcześniejszych notatkach podawałem informacje o jego patencie na nowy typ bezpiecznika do rewolwerów i eksperymentach z elektrycznością pod kątem jej wpływu na ludzkie zdrowie.

Okazuje się, że Franciszek A. Kręcioch był także autorem projektu ciężkiego, wielofunkcyjnego czołgu i to w czasach, gdy taka broń nie była jeszcze używana przez armię amerykańską, a pierwsze ciężkie brytyjskie czołgi Mark dopiero przechodziły testy bojowe na frontach I wojny światowej.

W 1915 roku Krecioch, wówczas mieszkaniec Fall River w stanie Massachusetts, wstąpił do armii i został przydzielony do kompanii artyleryjskiej w Teksasie. Jako mechanik studiował działanie dużych dział i dostrzegł potrzebę szybszej metody transportu ciężkiej broni wojskowej.

Natychmiast przystąpił do pracy nad swoim planem i nakreślił w formie projektu ogromny, opływowy czołg, który według niego byłby wielkim dobrodziejstwem dla armii.

Czołg, którego plany przedstawiono rządowi w 1917 roku, miał poruszać się z prędkością 60 mil na godzinę (ok. 96 km/h), pokonywać okopy, unosić się na wodzie, a nawet wspinać się na góry. Jednostki miały być napędzane specjalnymi silnikami, których projekt był trzymany w tajemnicy przez pomysłodawcę.

Każdy czołg miał być wyposażony w działa trzy- i sześciocalowe. Odrzut tych wyjątkowo dużych broni, jak na mobilną jednostkę ofensywną, miał zostać wyeliminowany dzięki specjalnemu procesowi, będącemu również tajemnicą Kręciocha.

Czołg Kręciocha miał być skonstruowany z ciężkiej stali i całkowicie zaokrąglony, aby pociski artyleryjskie i kule karabinowe ześlizgiwały się po pancerzu. Zamiast gąsienic, ta mobilna forteca miała poruszać się na kołach. Ostry, tnący dziób miał usuwać przeszkody z drutu kolczastego, a cięższe zapory przeciwpancerne mogłyby być wysadzane za pomocą działa. 

Rząd USA uznał jednak ten pomysł za niepraktyczny i nie wdrożył go do dalszych badań. Do projektu Kręciocha wrócili dziennikarze w czasie II wojny światowej, ale ponownie nie zyskał on uznania u decydentów.

Projekt Kreciocha był jak na lata 1915–1917 bardzo śmiały i wyprzedzający wyobraźnię, ale w wielu punktach technicznie nierealny przy ówczesnym stanie technologii.

Trafne były przewidywania autora projektu, że wojny przyszłości będą wymagały opancerzonych pojazdów szturmowych - w 1917 roku nieznanych, a w czasie kolejnego konfliktu ogólnoświatowego będących podstawą działań ofensywnych.

Największym plusem była koncepcja zaokrąglonego kształtu pancerza, zdolnego do odbijania pocisków. Ówczesne czołgi były pudełkowate w kształcie i łatwe do trafienia, a ich pancerz nie miał zdolności rykoszetowania pocisków. Wieże czołgów o obłych kształtach stały się rzeczywiście standardem w czasie II wojny światowej. 

Postulat wyposażenia czołgów w cięższe, trzycalowe działa, także zrealizowano w pojazdach używanych w czasie II wojny.  Natomiast działa dwukrotnie większego kalibru trafiły wprawdzie na podwozia czołgowe, ale były to pojazdy wolne, ciężkie i z potężnym odrzutem. Twierdzenie Kręciocha o wyeliminowaniu odrzutu tajnym sposobem było czystą fantazją – tego nie dało się osiągnąć bez nieznanych wtedy zaawansowanych rozwiązań hydraulicznych.

Najsłabszym punktem projektu Kręciocha i decydującym o jego niepraktyczności było zastosowanie kół zamiast gąsienic. Czołg na kołach zapewne ugrzązłby w błocie i niebyły w stanie pokonywać okopów. Prędkość zakładaną przez Kręciocha są w stanie osiągnąć z trudem dopiero współczesne czołgi ciężkie, ale kosztem ogromnego zużycia paliwa i awaryjności. Dlatego współczesne kołowe wozy wsparcia są szybkie, ale słabiej opancerzone i uzbrojone niż to, co postulował Kręcioch.

Ponadto tak ciężki czołg, jak w projekcie Chocznianina, nie byłby w stanie unosić się na wodzie.

Superczołg Kręciocha, łączący cechy czołgu ciężkiego, pojazdu niemal wyścigowego i amfibii byłby niewykonalny także i dziś. Gdyby jednak autor ograniczył ambicje (gąsienice, mniejsza prędkość, lżejsze uzbrojenie), jego projekt mógłby być bliższy realnym konstrukcjom, które rzeczywiście zmieniły oblicze wojny.