Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XIX wiek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XIX wiek. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 lipca 2026

Choczeńscy służący w okresie przed odzyskaniem niepodległości

 

W galicyjskiej Choczni służba stanowiła jedną z najliczniejszych warstw społecznych. Setki jej mieszkańców tej zarabiało na życie jako parobkowie, służący, woźnice czy pasterze, zatrudniani zarówno w lokalnych gospodarstwach, jak i w odległym Krakowie, a nawet poza granicami Galicji.

Już w pierwszej połowie XIX wieku źródła parafialne i gminne odnotowują obecność licznej grupy służących wśród mieszkańców Choczni. W 1806 roku podczas epidemii tyfusu zmarł 12-letni Jan, służący u Klemensa Wójcika,[1] a w 1820 roku wśród osób wnoszących zwyczajowy dar za przywilej przebywania na chórze podczas mszy świętej znalazł się Maciej Janczakowski, sługa bogatego gospodarza Jana Ścigalskiego.[2] Samo pojawienie się nazwiska służącego w tym kontekście pokazuje, że przynajmniej część tej grupy społecznej mogła aspirować do pewnego miejsca w lokalnej hierarchii.

Szczególnie cenne są zapisy z Księgi Towarzystw Trzeźwości i Wstrzemięźliwości, które pozwalają poznać imiona i nazwiska konkretnych służących. W 1844 roku do tych Towarzystwa przystąpili służący: Mateusz Graca, Jędrzej Sabuda, Bartłomień Cibor, Antoni Sabuda i Franciszek Hanusiak. Rok później dołączył do nich Franciszek Wyka. W latach sześćdziesiątych XIX wieku szeregi członków Towarzystwa zasilili kolejni służący: w 1862 roku Tomasz Wójcik, rok później Michał Kręcioch, a w 1864 Wojciech Bielański.[3]

Życie służących bywało krótkie i pełne niedostatku. W 1847 roku zmarł w Choczni służący Franciszek Pawlica z Inwałdu oraz Franciszek Wyka z Gorzenia – ten sam, który zaledwie dwa lata wcześniej przystąpił do Towarzystwa Trzeźwości.[4]

Władze galicyjskie i lokalny samorząd dostrzegały potrzebę regulacji prawnej statusu służących oraz ich ochrony przed najgorszymi formami wyzysku. W 1867 roku władze zwierzchnie zalecały utworzenie w Choczni kasy oszczędności dla służących, która mogłaby stanowić dla nich wsparcie w chorobie czy zubożeniu.[5] Tego samego roku, na siódmym posiedzeniu Rady Gminnej w dniu 30 czerwca, ustanowiono Regulamin Gminny zawierający przepisy policyjne obowiązujące na terenie gminy. Szczególną uwagę poświęcono w nim kwestii służby najemnej. Obowiązkiem mieszkańców było zgłaszanie w ciągu trzech dni do zwierzchności gminnej pobytu obcych służących nieposiadających książeczek służbowych. Książeczka służbowa stanowiła w ówczesnym systemie prawnym podstawowy dokument tożsamości osób zatrudnionych jako służba domowa – jej brak wzbudzał uzasadnione podejrzenia co do uczciwości danej osoby.

Z kolei Punkt 39. Regulaminu dotyczył stosunków między pracodawcami a służbą najemną i zawierał dwa istotne zakazy: namawiania służących do podjęcia pracy przed 15 listopada oraz wydalania ich z pracy, gdy ustaną pod jesień paść bydło.[6] Przepisy te odzwierciedlały specyfikę wiejskiego rynku pracy, opartego na rocznym cyklu zatrudnienia, rozpoczynającym się tradycyjnie w dniu świętego Marcina, czyli 11 listopada, lub w jego okolicach. Namawianie służących do wcześniejszej zmiany pracodawcy zakłócało ten ustalony porządek i mogło prowadzić do zrywania umów w trakcie ich obowiązywania. Zakaz wydalania służących po zakończeniu sezonu pastwiskowego chronił pracowników przed pozbawieniem ich zatrudnienia i dachu nad głową w przededniu zimy.

Mimo tych regulacji ochronnych, problemy na rynku pracy służących wcale nie ustały. Wręcz przeciwnie – pod koniec wieku nasiliły się do tego stopnia, że wymusiły interwencję Rady Gminnej. W 1891 roku podjęto uchwałę dotyczącą bardzo konkretnego problemu: samowolnego porzucania pracy przez służących oraz odpowiedzialności gospodarzy, którzy takich zbiegów przyjmują. Relacje między służbą a gospodarzami regulowała wówczas tzw. Ustawa Służebna, a lokalne rady gminne doprecyzowywały ją, by ukrócić chaos na rynku pracy, szczególnie przed końcem roku.

Uchwała przewidywała kary za porzucenie służby przed terminem, czyli przed upływem sześciu tygodni przed końcem roku służby. Służący, którzy brali zadatek – zaliczkę na poczet przyszłej pracy – a potem porzucali służbę bez słusznej przyczyny, podlegali karze. Co jednak szczególnie istotne, Rada Gminna chciała ukarać także gospodarzy, którzy przyjmowali do służby osoby zbiegłe od innego gospodarza przed rozwiązaniem ich poprzedniego stosunku pracy. Zarówno służący, jak i nowi gospodarze mieli być karani grzywną w wysokości od 1 do 5 złotych reńskich. Pieniądze z tych grzywien przeznaczano na ubogich – była to powszechna praktyka w Galicji, gdzie kary administracyjne zasilały fundusz ubogich danej gminy. W sporach o zadatek rolę arbitra pełnił wójt, który rozstrzygał, czy doszło do złamania prawa gminnego.[7]

Ten zapis świadczy o tym, że w Choczni pod koniec XIX wieku istniał duży problem z tzw. podkupywaniem służby lub jej ucieczkami. Gospodarze byli zdesperowani, by utrzymać ręce do pracy, a służący często szukali lepszych warunków, nie zważając na zawarte umowy. Rada Gminna, wprowadzając kary finansowe, próbowała wymusić lojalność i porządek prawny w relacjach pan-sługa. Regulacja ta ujawnia istotny aspekt społeczny galicyjskiej wsi – obecność warstwy ludzi najemnych, których sytuacja ekonomiczna była na tyle niepewna, że wymagała ochrony prawnej przed wyzyskiem ze strony zamożniejszych gospodarzy.

Konkretne losy poszczególnych służących z Choczni pokazują różnorodność ich karier życiowych. Ludwik Ramza w 1889 roku pozostawał w służbie u starosty Dunajewskiego w Żywcu[8] – była to zapewne prestiżowa posada u wysokiego urzędnika administracji austro-węgierskiej. Antoni Romańczyk (ur. 1839), rozpoczął karierę jako służący, ale udało mu się awansować społecznie – został kupcem solnym w Krakowie i zamieszkał przy ulicy Garncarskiej. Ten przykład pokazuje, że dla niektórych służba była jedynie etapem na drodze do lepszego życia. Inny przedstawiciel tego rodu - Piotr Romańczyk (ur. 1879 w Inwałdzie), przez wiele lat pracował jako woźnica hrabiego Adama Romera. Zamieszkiwał w domu Romera w Nowym Jiczynie oraz w dworze w Inwałdzie, gdzie spędził znaczną część swojego życia u boku arystokratycznej rodziny.[9] Służącym w choczeńskim dworze sołtysim w 1871 roku był pochodzący spod Bańskiej Bystrzycy na Słowacji Wojciech Woryś.[10]

Niektórzy choczeńscy służący związali swoje życie z instytucjami kościelnymi. Józef Kręcioch (ur. 1869), przez 30 lat pracował w gospodarstwie rolnym klasztoru ojców karmelitów w Wadowicach. Gdy zmarł, został pochowany w kwaterze klasztornej na cmentarzu parafialnym w Wadowicach[11] – ten szczególny przywilej świadczy o tym, że był ceniony przez zakonników i traktowany niemal jak członek wspólnoty. Z kolei Ignacy Nowak (ur. 1867) w 1910 roku był służącym u bonifratrów w Krakowie.[12] W Krakowie służył w tym czasie również Ludwik Szczepaniak, a w Białej Józef Pindel (ur. 1888).[13]

Nierzadko całe rodziny wchodziły na drogę służby – przykładem może być zapis w aktach spadkowych zmarłego w 1906 roku Józefa Widlarza,  z którego wynika, że obaj jego dorośli bracia byli służącymi: Piotra Widlarz u Franciszka Malaty, a Franciszek Widlarz u Ludwika Malaty, brata ww. Franciszka.[14]

Najcenniejszym źródłem do poznania codziennego życia służących są wspomnienia Józefa Sępka, który w przejmujący sposób opisał swoje doświadczenia jako dziecko-służący.[15] Józef miał zaledwie około 11 lat, gdy bieda zmusiła go do podjęcia pracy. Jego ojciec pracował poza domem i nie wspierał rodziny finansowo. Gdy matka robiła mu wyrzuty, że zapomina o dzieciach, które cierpią głód, odpowiadał, że dzieci niech idą służyć, że on od sześciu lat służył. Jako pierworodny Józef Sępek rozpoczął iście krzyżową drogę, jak sam ją nazywał. Z początku uciekał ze służby do domu, ale to nic nie pomagało – trzeba było zostać. Gospodyni posyłała go do szkoły tylko dwa razy w tygodniu, ot tak aby kary tylko za mnie nie zapłacić. Trzeba było pracować, a nie uczyć się. Chociaż formalnie miał tylko paść krowy, w rzeczywistości był do wszystkiego. Jako uposażenie miał otrzymać 25 reńskich na rok. Miał straszny kłopot z czterema krowami, które musiał paść na powrozie, gdyż pastwisk było niewiele – tylko wzdłuż drogi polnej, po której obu stronach rosły ziemniaki i zboże.

Dzień pracy zaczynał się o trzeciej rano. We znaki dawało się szczególnie noszenie wody w drewnianych konewkach, które próżne były ciężkie, a co dopiero z wodą. Mozolne było także mielenie zboża na żarnach dla świń i na mąkę na chleb. Zimą, oprócz tego, musiał wstawać wcześnie rano i iść młócić zboże w stodole razem z dorosłymi parobkami wynajętymi do tego celu. Zamiast pieniędzy za jego pracę matka pobierała zwykle na przednówku żyto lub ziemniaki, których brakowało dla wyżywienia reszty rodzeństwa, a on sam musiał chodzić w łachmanach.

Józef Sępek ze smutkiem konstatował: Ileż to dzieci dziś żyje w podobnych warunkach, a może w jeszcze gorszych. Co za piękna rola humanitaryzmu byłaby do spełnienia i ile łez przez to można by obetrzeć! Te same koleje przeszli jego dwaj młodsi bracia. Gdy tylko trochę odrośli, musieli i oni iść na służbę, nie skończywszy nawet szkoły. Józef uważał się za szczęściarza, ponieważ ukończył wszystkie cztery klasy szkoły ludowej.

Wspomnienia Sępka pokazują, że mimo regulacji prawnych i deklarowanych troski władz o los służących, rzeczywistość była brutalna. Dzieci w wieku szkolnym musiały pracować ponad siły, pozbawione możliwości edukacji i normalnego dzieciństwa. System służby opierał się na wykorzystywaniu najsłabszych – ubogich rodzin, które nie mogły wyżywić swoich dzieci, oraz samych dzieci, które za ciężką pracę otrzymywały jedynie wyżywienie, często nawet nie w postaci pieniędzy, ale produktów żywnościowych przekazywanych rodzicom.



[1] Liber Mortuorum I 1806 s. 74-77

[2] Kronika Parafialna s. 14

[3] Archiwum Parafialne w Choczni, Księga Towarzystw Trzeźwości i Wstrzemięźliwości

[4] Liber Mortuorum II 1847 s. 126, 114

[5] Księga Protokołów Posiedzeń Gromadzkich s. 10

[6] Księga Protokołów Posiedzeń Gromadzkich s. 11-12

[7] Księga Protokołów Posiedzeń Gromadzkich s. 166

[8] Protocollum Gestorum 1872-90, wpis z 12.05.1889

[9] P. Malata, W Choczni i z Choczni. Kto był kim? s. 274, 276, 178

[10] Liber Baptisorum V wpis z 21.12.1871

[11] P. Malata, W Choczni i z Choczni. Kto był kim? s. 178

[12] AN w Krakowie, Spis ludności miasta Krakowa z r. 1910 syg. 29/90/0

[13] P. Malata, Dzieje dawnych choczeńskich rodów, s. 220

[14] AP w Katowicach o. w Bielsku-Białej, C.K. Sąd Powiatowy w Wadowicach, Akta pertraktacji spadkowej po Józefie (Józef) Widlarz z Choczni syg. 13/667/0/2.4/443 

[15] J. Turała, Kronika wsi Chocznia t II cz I r. 24

środa, 8 lipca 2026

Choczeńscy tkacze w okresie galicyjskim

 Choczeńskie tkactwo posiadało tradycje sięgające końca XVI wieku, jednak z czasem zupełnie podupadło, o czym świadczy opinia wyrażona w książce Bolesława Marczewskiego Powiat wadowicki pod względem geogr., statystycznym i historycznym z 1897 roku:

Dawnymi czasy trudniono się tkactwem, dzisiaj nie ma już tu ani jednego nawet tkacza. 

W drugiej połowie XVIII wieku, aż do lat 30. XIX wieku przeżywało jednak okres koniunktury, o czym świadczy duża liczba tkaczy odnotowywanych w miejscowych księgach metrykalnych. Było to typowe zajęcie chałupnicze, nierozerwalnie związane z rytmem życia na wsi i cyklem pór roku. W warunkach galicyjskich opierało się ono niemal wyłącznie na lokalnych surowcach – lnie i konopiach, które chłopi sami uprawiali na swoich polach. Proces obróbki był niezwykle żmudny i w całości ręczny: po zbiorach rośliny poddawano roszeniu, międleniu i czesaniu, by uzyskać włókno. Następnie kobiety na kołowrotkach przędły z niego nici, z których z kolei mężczyźni – zazwyczaj w okresie jesienno-zimowym, gdy ustawały prace polowe – tkali na drewnianych krosnach zgrzebne płótna. Ostatnim etapem było bielenie utkanych płócien. W Choczni znane bielidło - miejsce gdzie wystawiano płótna na słońce w celu ich wybielenia - znajdowało się na brzegach stawu przy młynie Szczurów w dolnej części wsi (dziś teren lądowiska helikopterów).

Wyroby te służyły początkowo zaspokajaniu własnych potrzeb na odzież czy worki, jednak z czasem zaczęły stanowić cenne źródło gotówki, a płótno sprzedawano na lokalnych targach i przez wędrownych handlarzy. Tkactwo rzadko było jedynym źródłem utrzymania - rzemiosło to powszechnie łączono z pracą na roli.  Słowa związane z tkactwem znalazły się w choczeńskiej gwarze – np. w  inwentarzu po zmarłym w 1829 roku Janie Ścigalskim wymieniono między innymi dzierglec, czyli grzebień służący do oddzielania główek z nasionami od łodyg lnu. 

Ogromny wpływ na okres rzemieślniczej koniunktury w Choczni miało sąsiedztwo prężnie działającego, dużego ośrodka tkackiego w Andrychowie.  To właśnie stamtąd promieniowała wiedza, a także napływali nowi osadnicy, którzy w poszukiwaniu rynków zbytu i miejsca do życia osiedlali się w okolicznych wsiach. Najlepszym tego przykładem jest historia rodziny Brandysów, która była obecna w Choczni przez 152 lata. Protoplastą rodu był tkacz Maciej Brandys, który przybył z Andrychowa i w 1748 roku wziął za żonę miejscową pannę, Katarzynę Dziadek. Maciej był rzemieślnikiem, ale i rolnikiem – z subrepartycji z 1775 roku dowiadujemy się, że posiadał krowę oraz grunt. Rzemieślnicze tradycje z powodzeniem kontynuował jego syn, Gabriel Józef Brandys (ur. 1753). Ten zamożny tkacz z Niwy Zakościelnej (dzisiejsza Biała Droga) wybił się na pozycję lokalnego lidera – posiadał duży majątek, a w latach 1792–1793 pełnił zaszczytną funkcję wójta choczeńskiego. 

Z kolei na początku XIX wieku do cechu tkackiego w Andrychowie wstąpił choczeński przekupień Franciszek Kręcioch (syn Kazimierza), który z żoną Franciszką z Kadłubickich doczekał się w Andrychowie co najmniej pięciu potomków, począwszy od syna Jakuba urodzonego w 1808 roku. 

Księgi metrykalne z przełomu XVIII i XIX wieku dowodzą, że tkactwo było we wsi zawodem niezwykle popularnym, a społeczność rzemieślników sukcesywnie się powiększała. Dołączali do niej zarówno miejscowi, jak i kolejni przybysze, tacy jak Franciszek Wawer, tkacz z Andrychowa, który osiadł w Choczni po ślubie w 1829 roku, Jan Syrek przybyły z Myślenic w 1828 roku, czy Wojciech Biel z Tomic, który zamieszkał we wsi w 1810 roku w domu nr 58 przy obecnej Białej Drodze.  Wśród choczeńskich tkaczy w omawianym okresie odnotowano przedstawicieli wielu rodzin. Znaczącą rolę odgrywali Ciborowie – m.in. zmarły w 1834 roku w wieku 86 lat Kacper Cibor, który podawany był jako tkacz już w 1783 roku,  Wojciech Cibor (ur. 1776), który cieszył się na tyle dużym zaufaniem społecznym, że w latach 1819–1824 pełnił funkcję przysięgłego  oraz Sebastian i Jakub Cibor.  W starych aktach można odnaleźć także tkaczy: Macieja Stankowicza,  Klemensa Piątka, przedstawicieli  rodu Pietruszków (Szczepana, Marcina oraz Antoniego), Jana Burego, Józefa Matlaka, Andrzeja Pysza, Jana Adamskiego, Józefa Szczura, Macieja Kolbera, czy Wojciecha Bąka. 

Jednakże to, co napędzało rozwój tkactwa Choczni jeszcze w pierwszych dekadach XIX wieku, z biegiem lat zaczęło tracić na znaczeniu. Rewolucja przemysłowa, powstanie w Galicji i na Śląsku wielkich, zmechanizowanych fabryk włókienniczych oraz produkcja masowa sprawiły, że żmudne, domowe tkactwo przestało być opłacalne. Ręcznie tkane płótna nie mogły konkurować z tańszymi i delikatniejszymi materiałami fabrycznymi. 

Umiejętność wytwarzania przędzy i płócien na własny użytek nie zanikła jednak zupełnie, o czym świadczy fakt, że w czasie I wojny światowej, Tekla Turała (ur. 1900) zajmowała się przędzeniem lnu na kołowrotku, a z wyprodukowanej przędzy tkano w Ponikwi płótno, które po prowizorycznym uszlachetnieniu służyło do szycia różnego rodzaju wyrobów, zaspokajając w ten sposób potrzeby rodziny w trudnych warunkach braku innych materiałów. 


poniedziałek, 29 czerwca 2026

Najwybitniejszy XIX-wieczny twórca z Choczni

 Pewne zamieszanie w identyfikacji najwybitniejszego XIX-wiecznego twórcy z Choczni powstało za sprawą dziennikarza Gazety Narodowej, który pisząc o nim w 1879 roku ... pomylił jego imię.

Po wizycie w Choczni ów dziennikarz w swojej korespondencji donosił, że widział u choczeńskiego proboszcza ks. Komorka rzeźbę miejscowego artysty, którego uznał za rzadki talent. Tym artystą miał być 16-letni syn wieśniaka Ignacy Balon, który z powodu ubóstwa ojca nie był w stanie kształcić swoich zdolności. Drewniana rzeźba, która zaimponowała dziennikarzowi, przedstawiała Wiarę, Nadzieję i Miłość  w postaci trzech aniołów, unoszących w chmurach chrzcielnicę. Anioły przedstawiające Wiarę i Nadzieję trzymały tę chrzcielnicę w dłoniach, a Anioł ilustrujący Miłość ją podpierał. Mimo pewnych zastrzeżeń, szczególnie do figury Miłości, dziennikarz dostrzegł w tej rzeźbie ciekawą kompozycję, zdradzającą talent twórcy. Tym bardziej należało go docenić, że był samoukiem, który całą swoją wiedzę o rzeźbie czerpał z grobowców cmentarnych. Korespondent z Choczni apelował, by znalazł się jakiś mecenas, który umożliwiłby Balonowi rozwój jego talentu.

Niestety na podstawie podanych przez dziennikarza personaliów, nie sposób było ustalić, o kogo właściwie chodzi, ponieważ w choczeńskich księgach metrykalnych nie odnotowano żadnego Ignacego Balona, który w 1879 roku miałby około 16  lat, a nawet żadnego Ignacego Balona młodszego lub starszego o dekadę.

W wyjaśnieniu dalszych losów utalentowanego Balona pomógł wpis w parafialnym dzienniku pism wchodzących i wychodzących (Protocollum Gestorum), dokonany w 1872 roku przez proboszcza Komorka, w którym odnotował on, że niejaki Marcin Balon prosił o świadectwo ubóstwa, by zwolnić go z opłat przy oddawaniu swego syna do terminu rzemiosła snycerskiego w Krakowie. Ten syn miał jednak na imię nie Ignacy, a Wincenty i właśnie pod tym imieniem i nazwiskiem pojawia się on w późniejszych latach jako wykształcony w Krakowie rzeźbiarz warszawski.

Szczyt jego twórczości przypada na koniec lat 80. i pierwszą połowę lat 90. XIX wieku. Wykonał wówczas:

- kamienne figury 3 świętych (Jacka, Jana Kantego i Ładysława z Gieleniowa) oraz Apostołów Piotra i Pawła dla warszawskiego kościoła Wszystkich Świętych, 

- piaskowcową figurę św. Pawła dla kościoła św. Piotra i Pawła w Warszawie,

- epitafium ks. Szczygielskiego z marmurowym medalionem w kościele św. Aleksandra. 

Jako autor rzeźb w kościele Wszystkich Świętych podawał się sam na łamach Kurjera Warszawskiego z 21 sierpnia 1890, podkreślając, że projekty/modele tych rzeźb stworzył rzeźbiarz Kryński, a on zajmował się tylko ich technicznym wykonaniem. Wincenty Balon informował również czytelników Kurjera, że nie jest tylko odtwórcą, ale i artystą, czego przykładem jest wspomniana wyżej figura św. Pawła, stworzona przez niego od podstaw i wiele innych dzieł, których wyliczenie uważał za zbyteczne.

Wincenty Balon dekorował także kamienice przy zbiegu ul. Próżnej i Marszałkowskiej (grupa na attyce z 1894 roku) oraz przy ul. Złotej 23 (figury sfinksów z 1895 roku). W 1895 roku wystawiał w warszawskiej Zachęcie terakotową statuetkę „Gołębie”. 

Najbardziej znane rzeźby Balona były umieszczone w fasadach kościołów oraz elewacjach kamienic i dlatego nie dotrwały do współczesnych czasów -  zostały zniszczone w czasie Powstania Warszawskiego. 

Figury apostołów św. Piotra i Pawła
na skrajach tympanonu fasady
kościoła Wszystkich Świętych
po lewej i prawej stronie figury Matki Boskiej


Nieznane mi są niestety losy Wincentego Balona po 1897 roku, gdy odnotowano go w spisie mieszkańców Warszawy, jako artystę rzeźbiarza, prowadzącego własną pracownię przy ul. Wspólnej 30.

piątek, 22 maja 2026

Nieplanowane wydatki w budżetach gminnych 1867-1906

 

W latach 1867-1906 budżet Gminy Chocznia był narzędziem jednocześnie sztywnym i elastycznym. Choć musiał być formalnie uchwalany i ściśle przestrzegany, to w praktyce jednak wiele rzeczywistych potrzeb społecznych, religijnych i inwestycyjnych realizowano poza ramami przyjętego budżetu, pokrywając ich koszty z rezerwy budżetowej, funduszy celowych, specjalnych składek i ze zwiększonych realnych dochodów.

Najłatwiej było znaleźć pieniądze na sprawy związane z Kościołem. W 1867 roku Rada przeznaczyła 30 złotych reńskich na nowe organy. W 1872 upoważniła przełożonego gminy do zakupu oliwy, aby przed Najświętszym Sakramentem przez cały rok paliło się światło. W 1896 roku na instalację nowego proboszcza i połączony z nią odpust uchwalono 20 złr – głównie na proch do salwy honorowej i bramę triumfalną.

W tym samym roku zakupiono w Wadowicach zegar na wieżę kościelną (82,8 złr + 50 złr za naprawę i zawieszenie). W 1897 roku gmina zapłaciła 2,5 złr za krzyż misyjny, na który drewno dębowe podarował Jakub Sikora z żoną.

Zdarzało się też wykorzystanie funduszu budowy kościoła do finansowania inwestycji o charakterze pośrednio kościelnym. Ten największy wydatek pozabudżetowy (700 złr) dotyczył budowy murowanego mostu koło kościoła, który był niezbędny do dowozu materiałów na budowę świątyni.

Drugim największym wydatkiem, nie ujętym w budżecie, był zakup w 1885 roku pola od Szymona Guzdka w celu powiększenia miejscowego cmentarza. Środki znów wzięto z funduszu budowy kościoła, a później zwrócono je przez powszechną zbiórkę po 10 krajcarów od mieszkańca parafii.

Dużym polem wydatków pozabudżetowych były próby ujarzmienia Choczenki. Rzeka regularnie niszczyła pola i drogi, przynosząc jednocześnie żwir przydatny do ich naprawy.

  • W 1891 roku nowo wybrana rada postanowiła zbudować kilka jazów na rzece, by zatrzymać spływ żwiru i wykorzystać go na drogi gminne oraz budowę mostków,
  • W 1903 roku przeznaczono 199 koron na umocnienie brzegów Choczenki i jej regulację w rejonie szkoły (Zagroda Wróblówka),
  • W 1889 roku uchwalono budowę mostku i szkarpki na Dąbrowszczyźnie (15 metrów długości, 2 metry szerokości),
  • W latach 1897–1898 wielokrotnie budowano i naprawiano drewniane ławy (kładki) przez Choczenkę – m.in. przy Zadorze, przy szkole, przy Bylicy i koło Wojciecha Styły.

Konsekwentnie poza budżetem rozwijano ochronę przeciwpożarową - już w listopadzie 1876 roku Rada przeznaczyła 81,41 złr jako zaliczkę na sikawkę, którą ostatecznie zakupiono rok później. W czerwcu 1896 roku uchwalono zakup 14 nowych osęk, a 1900 roku drugą sikawkę.

Gmina wspierała również działalność oświatową i kulturalno-rolniczą. W 1892 roku Rada Gminna przeznaczyła 2 złr na bursę dla ubogich uczniów wadowickiego gimnazjum, od 1900 roku regularnie płaciła 4 korony rocznie na Towarzystwo Ogrodnicze w Wadowicach, a w 1904 roku przekazała 2 korony na Towarzystwo Oświaty Ludowej w Krakowie.

W ten sposób w Choczni realizowano prawdziwy budżet, który tylko częściowo pokrywał się z tym, co formalnie uchwalano w urzędzie. Był to typowy kompromis między biurokratycznym porządkiem a chłopskim rozsądkiem.




środa, 13 maja 2026

Kim był twórca ołtarza w Choczni?

Na stronie parafii choczeńskiej w zakładce historia można przeczytać: 

Kronika parafialna wzmiankuje, że w r.1787 na uroczystość odpustową św. Jana Chrzciciela wystawił -Jan Lewicki, stolarz polański, ołtarz nowy za cenę 500 złp.

Z innych źródeł wiadomo, że wymieniony wyżej barokowy ołtarz znajduje się obecnie w kaplicy pw. św. Małgorzaty w Kaczynie.

W świetle zapisu, na który powołuje się autor historii parafii, sprawa autorstwa ołtarza wydaje się jednoznacznie wyjaśniona. Właściwie należałoby ustalić tylko, z jaką Polanką powiązany był ów Jan Lewicki - czy chodziło o okoliczną Polankę Wielką, Polankę Haller, Polankę koło Myślenic, czy inną miejscowość noszącą tę popularną nazwę.

Tymczasem uważna lektura zapisu w Kronice Parafialnej nasuwa pewne wątpliwości. 

Zastanawia na przykład, dlaczego wzmianka z 1787 roku o wykonaniu ołtarza znalazła się między wcześniejszymi informacjami z 1805 roku i późniejszymi z 1808 roku, czyli nie została zachowana kolejność chronologiczna zapisów. W archiwalnych materiałach z Choczni takie niekonsekwencje jednak zdarzają się, na przykład w Księgach Sądowych pewnych notatek dokonywano po prostu w wolnym miejscu, nie przejmując się kolejnością.

Sprzeczność można odkryć dopiero w kompletnym zapisie o obchodach święta patrona parafii w 1787 roku, który brzmi:

Na to święto wystawił ołtarz nowy Jan Lewicki ku chwale Pana stolarz Polański, który  z pobożności zapłacił Jaśnie Wielmożny Wincenty Bobrowski, kolator łaskawy, wyliczywszy reńskich 500.

I nie chodzi tu o to, że Lewicki otrzymał 500 złotych reńskich, a nie polskich, czyli 4 razy więcej. To po prostu błąd, czy nieuważność.

Sprzeczność tkwi natomiast w zestawieniu daty 1787 i osoby kolatora Wincentego Bobrowskiego.

W 1787 roku Bobrowski nie miał nic wspólnego z Chocznią, z wyjątkiem osoby swojego wuja Jana Biberstein Starowieyskiego, ówczesnego właściciela wsi i kolatora, czyli osoby mającej wpływ na obsadę probostwa.

Jeżeli więc Lewicki otrzymał 500 złotych reńskich od Bobrowskiego, to nie mogło stać się to w 1787 roku.

Powiększenie zeskanowanej strony z Kroniki Parafialnej pozwala zauważyć, że na pierwszych dwóch cyfrach z daty rocznej 1787 znajduje się jakby plama lub kleks z atramentu, trzecia cyfra (8) sprawia wrażenie przerabianej/poprawianej, a pewna jest tylko ostatnia cyfra (7). Wygląda to tak, jakby autor zapisu próbował przekreślić pierwsze dwie cyfry i zmienić trzecią z 8 na 0. To sugeruje, że prawdopodobnie chodzi tu o datę 1807, a nie 1787, która jest zgodna chronologicznie z wcześniejszymi i późniejszymi wzmiankami oraz nie budzi wątpliwości co do osoby kolatora - hrabia Wincenty Bobrowski w 1807 roku był następcą wuja jako właściciel wsi i kolator.

Oczywiście bardziej logiczne jest, że nowy ołtarz zamówiono po wybudowaniu nowego kościoła, czyli w 1807 roku, a nie w 1787 roku, gdy poprzedni kościół chwile świetności miał za sobą i należało myśleć o budowie nowej świątyni, a nie inwestycjach w ołtarz.

Dokładnego przyjrzenia się wymaga także nazwisko twórcy ołtarza. Dokonujący zapisów ks. proboszcz Majeranowski zapisywał tak samo L i Ł, więc mogło równie dobrze chodzić o Łewickiego. Kolejne litery po L lub Ł zapisane są niewyraźnie, ale moim zdaniem drugą literą z pewnością nie jest e. Gdyby przeanalizować charakter pisma ks. Majeranowskiego, to zamiast "e" zapisał on "a".

Mamy więc Jana Ławickiego, a nie Lewickiego, co wiele zmienia.

O ile w żadnym znanym mi zapisie metrykalnym nie występuje Jan Lewicki powiązany z jakąkolwiek Polanką, to przy Janie Ławickim mamy "trafienie".

Otóż w 1801 roku 41-letni stolarz i kawaler Jan Ławicki poślubił w Polance Wielkiej Agnieszkę z Dobrowolskich, a w 1803 roku ochrzcił tamże syna Walentego.

Istniał w takim razie Jan Ławicki, stolarz polański (mieszkaniec Polanki Wielkiej w 1803 roku), który w 1807 roku mógł zainkasować 500 złr. za wykonanie ołtarza dla nowego kościoła w Choczni.

Co ciekawe, istnieje także kolejny dowód na powiązanie z Chocznią Jana Ławickiego, a nie Jana Lewickiego. W pierwszej Księdze Zmarłych z lat 1784-1839 odnotowano, że 22 lipca 1830 zmarł w Choczni 75-letni arcularius (cieśla/stolarz) Jan Ławicki, mieszkaniec środkowej części wsi (przy obecnej ul. Głównej) i wdowiec.

To nie może być przypadek, autor ołtarza dla kościoła w Choczni najprawdopodobniej mieszkał pod koniec życia właśnie w tej miejscowości.

Oczywiście pozostają małe wątpliwości - nie zgadza się się data urodzenia obliczona według metryk z Polanki (1760) i z Choczni (1755), ale to w tamtych czasach niemal norma - w metrykach zgonów podawano wtedy bardzo przybliżony wiek, dlatego bardziej prawdopodobna wydaje się roczna data urodzenia około 1760 roku.

Niestety w metrykach z Polanki Wielkiej nie znalazłem żadnego Jana Ławickiego, ani osoby nazywającej się podobnie, która urodziłaby się około 1760 roku, ani w całym XVIII wieku.

Miejsce urodzenia polańskiego twórcy ołtarza w Choczni (obecnie w Kaczynie) pozostaje nieznane.

Ponieważ ołtarz Ławickiego wykazuje duże walory artystyczne, to biorąc pod uwagę jego późne miejsce zamieszkania, można go zaliczyć do grona twórców powiązanych z Chocznią.




czwartek, 23 kwietnia 2026

Spichlerz gromadzki w Choczni

 Pierwsze spichlerze gromadzkie w Galicji powstawały pod koniec XVIII wieku. Ich celem było gromadzenie w każdej gminie zapasów zboża na wypadek nieurodzaju i głodu. Wszyscy gospodarze z gminy byli zobowiązani dostarczyć do nich pewną ilość zboża z własnych zbiorów, a zebrany zapas po przechowaniu przez zimę był wypożyczany wiosną pod zasiew, z obowiązkiem oddania jesienią z pewnym procentowym dodatkiem. Początkowo spichlerze gminne usiłowano wprowadzić przymusowo przez Dekrety Kancelarii Nadwornej z 22 lipca 1788 i 26 września 1806, ale rozporządzeniem z 23 lipca 1821 zakazano takich posunięć. 

Nie jest znana data utworzenia spichlerza gromadzkiego w Choczni, a pierwsza wzmianka na temat jego istnienia pochodzi dopiero z 1867 roku, gdy na jego prowizorów (nadzorców) wybrano radnych Franciszka Cibora i Jana Woźniaka. Odpowiadali oni za właściwe gospodarowanie zbożem i prowadzenie rachunków. 

Spichlerz odgrywał wtedy ważną rolę w finansach gminy, czyli jego funkcja odbiegała od pierwotnie założonej. Gdy w projekcie gminnego budżetu na 1868 rok wydatki (nieco ponad 1461 złr.) znacznie przewyższały dochody gminy (zaledwie nieco ponad 313 złr.), to niedobór planowano pokryć m.in. sprzedażą 20 korcy żyta ze spichlerza (po 9 złr. za korzec). W praktyce sprzedaż części zapasów mogła więc całkowicie zrównoważyć budżet bez dodatkowego obciążania mieszkańców. Podana wyżej suma wydatków była tak wysoka głównie dlatego, że wójt Józef Czapik zamierzał wybudować drewniany budynek gminny, w którym mieściłby się dwuizbowy areszt, dwuizbowa kancelaria, dwuizbowy szpital i spichlerz gromadzki.  Ostatecznie do tej inwestycji nie doszło, ale nadwyżki zapasów ziarna ze spichrza gromadzkiego użyto rzeczywiście w 1868 roku, by pokryć deficyt budżetu z poprzedniego roku. Radni postanowili sprzedać wówczas ze spichlerza gminnego 25 korcy żyta i 12 korcy owsa , co nie uszczupliło zbytnio jego stanu, obejmującego 100 korcy żyta i 162 korce owsa. 

Z kolei budżet na 1871 rok przewidywał dochód ze sprzedaży żyta ze spichrza w kwocie 80 złr. (16 korcy po 5 złr.) oraz owsa 48 złr. (16 korcy po 3 złr.). 

Przełomowym momentem w historii spichrza był rok 1876, kiedy to zrezygnowano z pobierania zboża do spichrza gromadzkiego i wprowadzono zamiast tego opłaty pieniężne. Ustalono, że odpowiednikiem korca żyta miało być 5 złr., a korca owsa 2 złr. 50 centów. 

Ta modernizacja zarządzania miała daleko idące konsekwencje – spichlerz przekształcił się z magazynu zbożowego w fundusz pieniężny, pełniący funkcję kasy zapomogowo-pożyczkowej gminy.

Począwszy od 1876 roku fundusz spichlerza stał się źródłem pożyczek dla mieszkańców. Początkowo ich oprocentowanie wynosiło 12%, w 1879 roku obniżono je do 8% , a w 1897 do 5% , co świadczy o coraz bardziej społecznej funkcji funduszu.

Nie brakowało jednak problemów z niespłaconymi zobowiązaniami. W 1877 roku rada postanowiła wytoczyć proces byłemu wójtowi Franciszkowi Guzdkowi, który nie był w stanie 

rozliczyć się z pieniędzy złożonych w spichrzu gminnym – chodziło o kwotę 245 florenów 99 centów, którą zobowiązał się zwrócić do końca roku. Ponieważ jednak tego nie uczynił oraz nie  przedstawił dostatecznych rachunków ze spichrza za okres 1873-75, to radni uznali, że Guzdek sprzeniewierzył się w zarządzaniu funduszem spichrza gminnego i użył brakujących środków na własny cel. 

Oprócz indywidualnych pożyczek fundusz spichrza nadal finansował ważne inwestycje we wsi. 17 marca 1878 roku naczelnik gminy Józef Cap został uprawniony do wydania 200 złotych reńskich z funduszu spichrza gminnego na budowę szkoły w części górnej wsi , a w 1902 roku, gdy Rada Szkolna Okręgowa w Wadowicach wydała rozporządzenie w sprawie kupna gruntu pod budowę szkoły, Rada Gminna postanowiła zwrócić probostwu kwotę 420 koron za zakupiony teren właśnie ze środków funduszu spichlerza gminnego, zgromadzonych na książeczce oszczędnościowej w Kasie Oszczędności w Wadowicach. 

Fundusz spichlerza pełnił również funkcję socjalną. Na przykład w 1878 roku gmina nie ściągała pożyczki ze spichrza gminnego od popadłej w biedę rodziny po zmarłym Józefie Romańczyku Czulu. 

Lokalizacja spichlerza nie jest niestety znana. Pod koniec 1873 roku radny Józef Cap wnioskował o zamianę wykorzystywanego w tym celu budynku na areszt i schronienie dla biednych oraz chorych, a nowy budynek spichrza postulował postawić gdzieś bliżej szkoły i rzeki.  25 marca 1876 radni postanowili rozebrać spichlerz gminny, a uzyskane z niego materiały budowlane użyć na powiększenie szkoły. Wystąpiono do Rady Powiatowej o wykreślenie spichrza z rejestru majątku gminy (inwentarza). 

Decyzja ta była logiczną konsekwencją przekształcenia spichrza zbożowego w fundusz pieniężny – skoro nie przechowywano już ziarna, osobny budynek magazynowy stał się zbędny.

Stan funduszu na koniec 1888 roku wynosił 626 złr. 97 ct., co świadczy o jego stabilności i znaczeniu dla gospodarki gminy. 

Pod koniec XIX i na początku XX wieku narosły znaczne zaległości wobec funduszu spichrza. Rada Gminna była zmuszona podejmować trudne decyzje dotyczące egzekucji długów lub ich umorzenia. W 1902 roku radni uchwalili politykę zachęt dla dłużników: obniżenie zobowiązań wobec spichlerza gminnego o połowę, gdy spłacą je od razu, lub o 1/4, gdy będą spłacać je w ratach.  Był to kompromis między potrzebą odzyskania środków a realną oceną możliwości płatniczych mieszkańców. W grudniu 1904 roku częściowo lub całkowicie darowano długi kilku mieszkańcom, biorąc pod uwagę ich trudną sytuację majątkową:

Michałowi Woźniakowi: 66,68 koron (całość) 

Franciszkowi Dąbrowskiemu: umorzono 82,3 k, zobowiązał się zapłacić 80 k,

Janowi Bandole: umorzono połowę z 56 k,

Walentemu Frysiowi: umorzono 21,09 k, zadeklarował zapłatę 20 k,

Janowi Bryndzy: umorzono 54,95 k, miał zapłacić tylko 16 k,

Janowi Stuglikowi: umorzono 54,84 k, miał zapłacić 25 k,

Janowi i Alojzemu Bąkom: umorzono 31,24 k, mieli zapłacić 18,6 k,

Janowi Wojtale: umorzono 80,64 k, zobowiązał się zapłacić 40 k,

Wojciechowi Rokowskiemu: umorzono 13,84 k, spłacił 20 k i miał jeszcze spłacić 30 koron.

Bartłomiej Wronka i Piotr Michalik, którzy zalegali z kwotą 135,51 k i oświadczyli, że nic nie będą spłacać. Radny Czapik zaproponował, by oddać ich pod sąd, ale radni odłożyli decyzję. 

19 marca 1905 radni darowali kolejne zaległości w składkach do spichlerza:

Spadkobiercom Wojciecha Kobiałki: 69,04 k,

Józefowi Bylicy i Cholewie: 244,21 k,

Annie Targosz, Teresie Szczur i Józefowi Szczurowi: 165,98 koron.

Wstrzymano się z decyzją wobec Jana Mirowicza (20,16 k), natomiast Piotrowi Michalikowi, Bartłomiejowi Wronce i Franciszkowi Dąbrowskiemu postanowiono wytoczyć sprawę sądową. 

Spichlerz gromadzki w Choczni przestał istnieć prawdopodobnie w pierwszych dekadach XX wieku, wraz z przekształceniami ustrojowymi i rozwojem nowoczesnych instytucji finansowych. Pozostawił jednak trwały ślad w dokumentach, jako ważny element lokalnego systemu wzajemnej pomocy i samorządności.


piątek, 17 kwietnia 2026

Gmina kontra Kościół. Spór o własność w latach 1882-1885

 Do sporu o to, czyją własnością jest budynek kościoła w Choczni, kaplica św. Jana Nepomucena, czy też cmentarz, doszło na długo przed tym, nim władzę w choczeńskiej gminie objął znany z antykleryklanych poglądów Józef Putek.

W Księdze Protokołów Posiedzeń Gromadzkich zachował się zapis konfliktu, który pokazuje, jak skomplikowane były relacje między miejscową gminą, a Kościołem pod koniec XIX wieku. Sprawa dotyczyła kilku parcel – w tym tych, na których stał kościół i cmentarz – i przez dwa lata budziła ogromne emocje wśród radnych.

2 listopada 1883 roku gmina Chocznia otrzymała pismo z c.k. Starostwa w Wadowicach. Urzędnicy domagali się, by Rada Gminna wypowiedziała się w sprawie wykreślenia z księgi hipotecznej kilku parcel zapisanych jako własność gminy i uznania ich za własność kościelną.

Chodziło o:

  • parcelę budowlaną nr 445 – kościół,
  • parcelę nr 447 – trupiarnię (magazyn kościelny),
  • parcelę nr 458 – kaplicę św. Jana Nepomucena,
  • parcelę nr 5885 – cmentarz pogrzebowy,
  • parcelę nr 5886 – fosę przy cmentarzu,
  • parcelę nr 5894 – plac wokół kościoła (dawny cmentarz),

Dla ówczesnego wójta, Józefa Czapika, sprawa była delikatna. Z jednej strony uważał za powód do chluby, że „święte miejsca” są wpisane jako własność gminy. Z drugiej – jako katolik nie chciał występować przeciwko Kościołowi. Skłaniał się więc ku wykreśleniu tych gruntów z majątku gminnego i przekazaniu ich Kościołowi.

Jednak nie wszyscy radni podzielali to stanowisko. Głos sprzeciwu zabrał radny Józef Guzdek. Na jego wniosek Rada Gminna jednogłośnie przyjęła uchwałę, w której odmówiła zrzeczenia się praw do spornej własności. Argumentacja była ciekawa, ponieważ radni twierdzili, że:

  • kościół, kaplice i cmentarz od zawsze były utrzymywane przez gminę,
  • to mieszkańcy – jako „zgromadzenie wszystkich prawowiernych chrześcijan w Choczni” - tworzą „żywy Kościół”,
  • wymienione parcele nigdy nie należały do majątku plebańskiego ani go nie powiększały.

W praktyce oznaczało to, że gmina utożsamiała wspólnotę religijną z samą sobą. Skoro to mieszkańcy budowali, remontowali i utrzymywali świątynię oraz cmentarz, to – w ich ocenie – mieli pełne prawo pozostawać właścicielem gruntów.

Równolegle toczył się drugi konflikt – o zespół drobnych parcel koło szkoły, tworzących tzw. „Zagrodę Wróblowską”.

Poprzednia Rada Gminna, reprezentowana przez wójta Szymona Pietruszkę, asesora Walentego Szczura i radnego Wojciecha Czapika w grudniu 1882 roku zadeklarowała w starostwie, że grunty te zostały darowane przez Annę Wróblowską na budowę szkoły i powinny zostać zaintabulowane na rzecz funduszu szkolnego.

 Nowa Rada w 1883 roku zakwestionowała tę wersję wydarzeń. Twierdzono, że:

  • pierwotnie Antoni Wróblowski zapisał majątek ustnie na rzecz kościoła,
  • następnie kościół odstąpił go gminie kontraktem,
  • gmina zobowiązała się jedynie wydzielić pół morga pod budynki szkolne,
  • nigdy nie oddała całej zagrody ani nie zrzekła się praw do pozostałych parcel.

Aby unieważnić deklarację z 1882 roku, radni użyli mocnych argumentów:

  • zarzucili poprzednikom nieznajomość ustawy gminnej z 1866 roku,
  • nazwali ich „młodymi ludźmi”, którzy nie znali prawdziwego stanu rzeczy,
  • zasugerowali nawet, że część podpisów mogła być sfałszowana.

Była to wyraźna próba całkowitego podważenia mocy prawnej wcześniejszych zobowiązań podjętych przez Pietruszkę, Szczura i Czapika.

Dwa lata później sytuacja uległa zasadniczej zmianie - 18 stycznia 1885 roku Rada Gminna Choczni zrzekła się praw własności do parcel, na których stały: kościół, trupiarnia (magazyn kościelny), kaplica św. Jana Nepomucena, cmentarz przy kaplicy św. Anny, plac i fosa wokół kościoła.

Uczyniono to „dla uczczenia miejsc świętych”, przekazując je na rzecz rzymskokatolickiego kościoła parafialnego.

Jednocześnie Rada stwierdziła, że wcześniejsze wpisanie tych gruntów jako własności gminnej nie było skutkiem deklaracji wójta Pietruszki i pozostałych dwóch delegatów gminy, lacz omyłką geometry (mierniczego) przy sporządzaniu ksiąg hipotecznych.

To eleganckie rozwiązanie pozwoliło wycofać się z wcześniejszego, konfrontacyjnego stanowiska bez utraty twarzy. Zamiast przyznać się do zmiany decyzji, wskazano na błąd techniczny.

Natomiast własnością gminną pozostała Zagroda Wróblowska, którą dzierżawił od 1880 roku Piotr Kolber za czynsz w wysokości 32,5 złotego reńskiego rocznie.


poniedziałek, 30 marca 2026

Budowa plebanii pod koniec XIX wieku

Decyzja o budowie nowej, murowanej plebanii w Choczni zapadła 8 grudnia 1887 roku. Rada Gminna postanowiła wówczas nie tylko przystąpić do realizacji tej inwestycji, ale także corocznie wspierać ją środkami gminnymi oraz dostarczać niezbędne materiały budowlane. Na początku planowano wykorzystać między innymi fundusze pozostałe po zbiórce na ukończenie wieży kościelnej, przeznaczając je na sprowadzenie kamienia.

Kolejnym krokiem była uchwała z 2 grudnia 1888 roku, na mocy której wprowadzono dodatek w wysokości 40% do wszystkich podatków opłacanych w gminie. Uzyskane w ten sposób środki miały zostać przeznaczone na zgromadzenie materiałów potrzebnych do remontu starej plebanii lub budowy nowej.

3 lutego 1889 roku Rada Gminna ponownie potwierdziła zamiar wzniesienia nowej plebanii. Proboszcz ks. Józef Komorek nie nalegał na rozpoczęcie budowy, pozostawiając decyzję radnym. Z kolei wójt Czapik uważał, że w pierwszej kolejności należałoby przeznaczyć środki na przyozdobienie wnętrza nowo wybudowanego kościoła. Wskazywał on jednak, że pozostałe po budowie kościoła wapno, cegły i piasek można wykorzystać przy budowie plebanii, pod warunkiem zwrotu ich wartości Funduszowi Budowy Kościoła. Fundusz ten bowiem wcześniej wykorzystał legaty Stanisława Żaka i rodziny Balonów, zapisane pierwotnie na inne cele, takie jak poprawa organów i rozszerzenie ołtarza, i był zobowiązany do ich zwrotu w wysokości około 600 złotych reńskich.

17 grudnia 1889 roku radni uchwalili kolejny dodatek do wszystkich podatków w wysokości 40%, tym razem już wyraźnie z przeznaczeniem na trwającą budowę plebanii. Szacowano, że przyniesie on 989 złr. Wkrótce inwestycja zaczęła nabierać tempa. Podczas posiedzenia 9 lutego 1890 roku wójt Czapik przedłożył sprawozdanie, z którego wynikało, że z Funduszu Kościelnego wydano na budowę nowej plebanii 744 złr i 74 centy. Radni przyjęli je z uznaniem, podkreślając, że dzięki rozsądnemu kierowaniu pracami budowa posunęła się znacznie naprzód przy stosunkowo niewielkich kosztach.

W 1891 roku budowa była kontynuowana. Gmina przeznaczyła na ten cel 994 złr, uzyskane z podwyższenia podatku gruntowego i domowego o 40%. Dodatkowo postanowiono, że nadwyżki z wydatków gminnych za ten rok będą kierowane na budowę w formie zwrotnych pożyczek.

Również w 1892 roku prace budowlane trwały nadal. Na budowę nowej, murowanej plebanii przeznaczono 1030 złr, pochodzące z tego samego, 40-procentowego dodatku do podatku gruntowego i domowego. Inwestycji nie można było odkładać, ponieważ stara plebania znajdowała się w bardzo złym stanie technicznym — jej dach był dziurawy i woda lała się do wnętrza budynku. Z powodu rosnących kosztów uchwalono zaciągnięcie dodatkowych prywatnych pożyczek: najpierw 200 złr obok wcześniej zaciągniętych 500 złr, a w połowie 1892 roku kolejnych 300 złr, oprocentowanych rocznie na 5%, gdy dotychczasowe środki okazały się niewystarczające.

Pod koniec 1892 roku budowa plebanii, prowadzona od 1889 roku, była już na ukończeniu. Całkowity koszt inwestycji oszacowano na 8100 złr. W tej sumie mieściły się koszty projektu (10 złr), kamienia z Gorzenia na fundamenty i wapna, zakup 125 tysięcy cegieł, drewna — w tym desek, drewna dębowego na futryny i materiału na więźbę dachową — o łącznej wartości 1447 złr, elementów żelaznych za 815 złr, szkła i szklenia za 130 złr, robót murarskich za 1312 złr oraz pomocy murarskiej za 235 złr. Ponadto uwzględniono koszty robót ciesielskich (297 złr), stolarskich (237 złr), kowalskich (335 złr), trzciny, piasku i naczyń budowlanych (95 złr), blach, rur i robót malarskich (76 złr), a także robót konnych mieszkańców gminy, oszacowanych na 695 złr, oraz robót pieszych o wartości 420 złr. Koszty ubezpieczenia wyniosły 169 złr i 95 centów.

Znaczący wkład w budowę wnieśli także darczyńcy. Ksiądz proboszcz ofiarował na ten cel 1000 złr, Albina Dunin przekazała drewno warte 300 złr, Adolf Bichterle z Sołtystwa drewno o wartości 40 złr, a Foltyn z Wadowic wykonał prace warte 50 złr. Wykorzystano również materiały pozostałe po budowie kościoła, których wartość oszacowano na 450 złr. Pozostałe koszty pokrywała Gmina Chocznia.

Przez cztery lata budowy gmina przeznaczyła na ten cel niemal 3845 złr. Po uwzględnieniu istniejącego zadłużenia oraz przewidywanych dochodów ze sprzedaży starej plebanii i wikariówki, do spłaty pozostawało jeszcze około 750 złr. Kwotę tę zamierzano pokryć w 1893 roku z dodatku do podatków gminnych, ustalonego na poziomie 30% od każdej wpłacanej złotówki podatku.

Budowa nowej plebanii w Choczni była więc przedsięwzięciem rozłożonym na kilka lat, wymagającym znacznego wysiłku finansowego i organizacyjnego całej gminy. Dzięki wspólnemu zaangażowaniu władz lokalnych, mieszkańców, proboszcza i ofiarodawców udało się doprowadzić tę ważną inwestycję niemal do końca pod koniec 1892 roku. 

Budynek  ten po licznych remontach pełni swoją funkcję do dziś.


sobota, 21 marca 2026

Kariery wojskowe dwóch Chocznian z XIX wieku

 W 1863 roku Kuria Biskupia z Tarnowa poszukiwała na terenie swojej diecezji niejakiego Antoniego Gazdy, rozsyłając zapytanie do wszystkich podległych sobie parafii. Okazało się, że pozytywnie odpowiedział na nie proboszcz z Choczni ks. Józef Komorek, który potwierdził, że Gazda mieszka na terenie miejscowej parafii w domu nr 17 (dolna część obecnej ul. Kościuszki). Powodem tych poszukiwań była chęć wręczenia Gaździe Medalu Papieskiego i dyplomu za zasługi dla Kościoła i Papiestwa.

Czym zasłużył się ten dziewiętnastowieczny Chocznianin?

Otóż Antoni Gazda był żołnierzem wojsk papieskich, ale oczywiście niekojarzonej ze współczesnym Watykanem Gwardii Szwajcarskiej (w której mogli służyć tylko Szwajcarzy), lecz ochotniczej formacji tak zwanych żuawów. Członkami tej elitarnej jednostki nie byli najemnicy - ich służba była uważana za obowiązek religijny i rodzaj krucjaty w obronie papieża.

W 1860 roku Państwo Papieskie było znacznie większe niż dzisiaj i obejmowało ponad 40.000 kilometrów kwadratowych pośrodku Półwyspu Apenińskiego. Ponieważ w tym czasie nabrał tempa proces zjednoczenia Włoch, to ziemie pod władzą papieża zostały zaatakowane z dwóch stron: z północy przez powstańców Garibaldiego i z południa przez wojska Królestwa Sardynii, którzy dążyli do połączenia kontrolowanych przez siebie terytoriów. W obliczu zagrożenia papiestwo postanowiło stworzyć armię opartą o ochotników z całego katolickiego świata - głównie Francuzów i Belgów, ale także Holendrów, Irlandczyków, Niemców, Austriaków, czy nielicznych wtedy Polaków. 

Charakterystycznie umundurowani żuawi (w stylu orientalnym) wyróżnili się szczególnie w walkach pod Castelfidardo, gdzie przeprowadzili brawurowy atak na bagnety przeciwko znacznie liczniejszym i lepiej wyposażonym oddziałom włoskim. Mimo ich męstwa, wojska papieskie zostały rozbite. Porażka ta doprowadziła do utraty większości terytoriów Państwa Kościelnego (z wyjątkiem Rzymu i Lacjum). 


To właśnie za zasługi w tych walkach wyróżniono Gazdę medalem i dyplomem. Nie był to oczywiście prosty rolnik, który wyruszył z Choczni bić się w obronie papieża. Gazda w 1860 roku miał za sobą 8 lat służby w austriackim 56. Pułku Piechoty (1849-1857). W 1859 roku ponownie wcielono go na krótko do armii austriackiej, po czym zdemobilizowano. Wtedy właśnie musiał dowiedzieć się o sytuacji we Włoszech i udać się zaciągnąć do armii papieskiej.

Po wręczeniu medalu i dyplomu w 1863 roku dalsze losy Gazdy nie są znane. W choczeńskich księgach metrykalnych nie odnotowano jego zgonu, a w spisie domów z 1873 roku nie wymieniono właścicieli posesji nr 17. Dwa lata później, w akcie fundacji choczeńskich dzwonów, pod nr 17 figuruje osoba o nazwisku Gazda, ale chodziło o Ewę Gazda, której ewentualne związki z Antonim nie są znane.

----

O ile rekruci z Choczni służyli głównie w austriackiej piechocie lub lekkich oddziałach konnych, to rzadkością byli żołnierze formacji elitarnych, takich jak strzelcy (jegrzy). Zupełnym zaś wyjątkiem był członek ciężkiej kawalerii – kirasjer. I to w dodatku żołnierz nie zwykłego pułku kirasjerów, a 2. Regimentu Arcyksięcia Franciszka (Erzherzog Franz), który to pułk po wstąpieniu Franciszka na tron stał się regimentem cesarskim.

Właśnie w tym pułku miał zaszczyt służyć Chocznianin Jakub Garżel, urodzony w 1767 roku. 

Garżel, jako poborowy z Galicji chłopskiego pochodzenia teoretycznie nie powinien zostać wcielony do 2. Pułku Kirasjerów, gdyż obszarem jego rekrutacji nie była Galicja. By się jednak w nim znaleźć, musiał wyróżniać się umiejętnością jazdy konnej i szczególnymi warunkami fizycznymi. Kirasjerzy byli formacją ciężką, przeznaczoną do przełamywania linii przeciwnika masą koni i siłą mięśni, więc szukano mężczyzn wysokich, barczystych i silnych. Rekrut musiał być w stanie udźwignąć ciężki pancerz (kiras) oraz władać masywnym pałaszem. Co ciekawe, kirasjerzy nosili pancerz tylko z przodu - plecy nie były chronione, co miało zapobiegać ucieczkom z pola walki. Uzbrojenie kirasjerów dopełniały pistolety i karabinek.

Jako doświadczony, ponad trzydziestoletni żołnierz, Jakub Garżel brał udział we wczesnej fazie wojen napoleońskich, które zakończyły się dla Austrii bolesnymi porażkami militarnymi. W latach 1779-1800 walczył przeciwko Francuzom na terenie Niemiec, prawdopodobnie brał udział w znanej bitwie pod Hohenlinden koło Monachium.

W 1804 roku Garżel wrócił do Choczni jako tak zwany urlopnik - żołnierz, który nie otrzymywał żołdu i wyżywienia, ale który nadal mógł być w razie potrzeby powoływany do służby czynnej. By się utrzymać, zawarł ugodę ze swoimi braćmi Krzysztofem i Stanisławem, na mocy której podzielili pole po rodzicach (1/4 roli, czyli około 18 morgów) na trzy równe części. Bracia dostarczyli mu również nawozu na pole oraz ziarna owsa i żyta do zasiewu. Po przejęciu ziemi Jakub Garżel ożenił się jeszcze tego samego roku z Marianną Rudzką, córką miejscowego krawca. Miał z nią kilkoro dzieci i wszyscy współcześni choczeńscy Garżelowie są jego potomkami. Był także pradziadkiem Józefa Putka, znanego działacza politycznego i adwokata.

Zmarł 27 lat później (1831) podczas epidemii cholery.

Wraz z rozwojem artylerii i broni strzeleckiej kirasjerzy stawali się coraz większym stopniu formacją paradną, a nie realną siłą zdolną przełamywać linię frontu.


Kirasjer austriacki z nieco
późniejszego okresu (1809)


wtorek, 10 marca 2026

Inwalidzi wojskowi z Choczni w XIX wieku

Służba wojskowa mieszkańców Choczni w armii habsburskiej niosła ze sobą poważne ryzyko. Kontuzje i rany odniesione na polu walki lub podczas ćwiczeń wojskowych nie należały do rzadkości, a ich skutkiem bywało trwałe inwalidztwo. Już w 1805 roku odnotowano w Choczni zgon 50-letniego Łukasza Leśniaka, miejscowego żołnierza-inwalidy – jednego z pierwszych udokumentowanych przypadków tego rodzaju.

Monarchia habsburska starała się zapewnić pewną formę wsparcia niepełnosprawnym i wysłużonym żołnierzom, choć zakres tej pomocy pozostawiał wiele do życzenia. W 1817 roku wprowadzono systematyczny podział inwalidów wojskowych na trzy kategorie.

Pierwszą stanowili inwalidzi domowi – żołnierze, którzy z powodu starości, obrażeń lub urazów nie byli w stanie samodzielnie się utrzymać, a jednocześnie nie mogli liczyć na wsparcie ze strony krewnych. Osoby te umieszczano w specjalnych domach inwalidów (Invalidenhaus), które zapewniały im pełne utrzymanie.

Drugą kategorię tworzyli inwalidzi patentowi, którym na podstawie patentu (przywileju) cesarskiego przyznawano niewielką rentę inwalidzką w wysokości od 3 do 24 krajcarów dziennie. Warunkiem otrzymywania renty było zamieszkanie w miejscu przynależności gminnej. Oczekiwano przy tym, że inwalidzi patentowi będą uzupełniać skromne świadczenie własną pracą zarobkową oraz wsparciem ze strony rodziny.

Trzecią grupę stanowili inwalidzi warunkowi – osoby, które mimo niepełnosprawności były w stanie utrzymać się samodzielnie lub polegać na pomocy krewnych. W razie pogorszenia stanu zdrowia lub sytuacji materialnej mogli oni ubiegać się o zmianę statusu na inwalidę patentowego bądź o przyjęcie do domu inwalidów.

System ten ewoluował w kolejnych dekadach. Dnia 6 września 1864 roku Wysoka Komisja Namiestnictwa w Krakowie wydała szczegółową instrukcję dotyczącą należności inwalidów patentowych. Ostatecznie kwestia stałych emerytur dla niepełnosprawnych żołnierzy została kompleksowo uregulowana dopiero w 1875 roku.

Niepełnosprawni żołnierze z Choczni znaleźli się we wszystkich trzech kategoriach inwalidzkich. Analiza zachowanych akt ewidencyjnych 171 choczeńskich żołnierzy 56. Pułku Piechoty z lat 1820–1868 wykazała, że do domów dla inwalidów skierowano łącznie dziesięciu z nich. Siedmiu miało trafić do domu inwalidów w Tyrnau (obecna Trnava na Słowacji): Jan Cap, Jan Dąbrowski, Piotr Hanusiak, Antoni Leśniak, Jan Łopata, Mikołaj Wątroba i Józef Wider. Józef Dąbrowski otrzymał skierowanie do domu inwalidów w Peszcie (obecnie Budapeszt), natomiast Antoni Glondys i Jakub Turała zostali przydzieleni do bliżej nieokreślonych placówek.

W praktyce jednak tylko część skierowanych faktycznie zamieszkała w domach inwalidów. Kilku z nich zrezygnowało z przysługującego im miejsca i pozostało w Choczni na statusie inwalidów patentowych. Tak uczynili Jan Cap, kapral Józef Dąbrowski, Piotr Hanusiak, Jakub Turała oraz Jan Łopata. Zdarzał się też ruch w przeciwnym kierunku – zamieszkały w Choczni inwalida patentowy Maciej Stawowy otrzymał z czasem skierowanie do domu inwalidów, a Jan Ryczko starał się o przyjęcie do takiej placówki.

Podopiecznymi domów dla inwalidów bywali również choczeńscy żołnierze służący w innych formacjach. W 1853 roku zmarł w Trnavie Franciszek Wcisło, urodzony w 1831 roku były ułan 1. Pułku Ułanów.

Najliczniejszą i najlepiej udokumentowaną grupę stanowili inwalidzi patentowi zamieszkali w Choczni. Wzmianki na ich temat zachowały się głównie dzięki staranności choczeńskiego proboszcza ks. Józefa Komorka, który odnotowywał w księgach parafialnych przypadki, gdy inwalidzi lub ich rodziny zwracali się o wydanie różnego rodzaju zaświadczeń.

Życie inwalidów patentowych bywało krótkie i trudne. Już w 1835 roku zmarł 47-letni inwalida patentowy Walenty Balon. W 1842 roku odszedł kolejny – Ignacy Skoczylas, urodzony w 1806 roku. Rok 1850 przyniósł śmierć Jana Ryczki, który padł ofiarą epidemii cholery. W 1856 roku w Choczni zmarł inwalida patentowy Wojciech Semik, pochodzący z Zatora, a sześć lat później – Piotr Glondys recte Dąbrowski. Szczególnie tragiczny był przypadek Franciszka Hanusiaka, inwalidy patentowego, który zmarł w 1885 roku, mając zaledwie 25 lat. Dłużej przeżyli kapral Józef Dąbrowski, urodzony w 1807 roku, choczeński kowal i inwalida patentowy, który zmarł w 1874 roku, oraz Jakub Turała, który odszedł rok później, w 1875 roku.

Zachowane dokumenty ukazują też codzienne troski inwalidów patentowych. W 1842 roku Piotr Dąbrowski recte Balon prosił proboszcza o świadectwo chrztu, gdyż zamierzał się ożenić. Podobne prośby wystosowali w 1851 roku Józef Strzeżoń, a w 1852 roku Wojciech Romańczyk, urodzony w 1814 roku. W 1863 roku o świadectwo chrztu w związku z planowanym ożenkiem zwrócił się Piotr Hanusiak. Z kolei 5 marca 1852 roku Jan Cap poprosił proboszcza o wydanie mu świadectwa ubóstwa – dokument ten zapewne miał służyć jako dowód trudnej sytuacji materialnej przy ubieganiu się o dodatkowe wsparcie.

Ślady po inwalidach patentowych odnajdujemy również w korespondencji urzędowej. W 1860 roku Urząd Powiatowy zwrócił się do proboszcza z zapytaniem o akty zgonu trzech inwalidów: Jana Capa, Józefa Szczura i Melchiora Zarawnego. Na początku 1868 roku w Choczni mieszkał jeszcze inwalida patentowy Józef Dąbrowski (ur. 1807) oraz wdowa po inwalidzie patentowym Janie Łopacie – ta ostatnia wzmianka przypomina, że skutki wojennego inwalidztwa dotykały nie tylko samych żołnierzy, ale i ich rodziny.

Najmniej wiadomo o inwalidach warunkowych z Choczni, co paradoksalnie wynikało z ich lepszej sytuacji życiowej – będąc w stanie samodzielnie się utrzymać, rzadziej potrzebowali zaświadczeń i rzadziej pojawiają się w dokumentach parafialnych czy urzędowych. Wśród zidentyfikowanych przypadków na uwagę zasługuje Melchior Zarawny, urlopowany żołnierz 2. Kompanii Obrony Krajowej 56. Pułku Piechoty, który w 1850 roku starał się o zmianę statusu na inwalidę patentowego – zapewne z powodu pogorszenia stanu zdrowia lub sytuacji materialnej. Dwaj pozostali znani z imienia inwalidzi warunkowi radzili sobie na tyle dobrze, że opuścili rodzinną wieś w poszukiwaniu pracy: Michał Kumorek, urodzony w 1802 roku, mieszkał i pracował w Krakowie, natomiast Stanisław Mortek, urodzony w 1807 roku, pełnił funkcję woźnego sądowego w odległym Cieszynie.

Zgromadzone informacje ukazują, jak widocznym i długotrwałym zjawiskiem było inwalidztwo wojskowe wśród chocznian służących w armii habsburskiej. Przewijają się tu zarówno losy ludzi próbujących funkcjonować w ramach skromnej renty patentowej, jak i historie tych, którym formalnie przysługiwało miejsce w domu inwalidów, lecz ostatecznie pozostawali w lokalnej społeczności. Parafialne zapiski i urzędowe korespondencje pokazują przy tym codzienny wymiar systemu: metryki, świadectwa ubóstwa, potwierdzenia chrztu potrzebne do ślubu – drobne dokumenty, które dziś składają się na czytelny obraz społecznych konsekwencji wojny i służby wojskowej w XIX wieku.



sobota, 28 lutego 2026

Chocznianie w szpitalach

 Udokumentowana historia leczenia się Chocznian w szpitalach sięga pierwszej połowy XIX wieku.

W pierwszej połowie XIX wieku szpitale w Galicji były w fatalnym stanie – często łączyły funkcje szpitala, przytułku dla ubogich, domu starców i lazaretu. Brakowało lekarzy, elementarnej higieny i wentylacji, obsługa chorych była zła i zdemoralizowana. Sytuacja uległa pewnej poprawie, gdy Sejm Galicyjski w 1870 roku upoważnił Wydział Krajowy do wprowadzenia Sióstr Miłosierdzia do szpitali, którym powierzono opiekę nad chorymi, przygotowywanie prostszych leków, kuchnię i pralnię. Miały one stanowić brakujące dotąd ogniwo między lekarzami a posługaczami szpitalnym i dopilnowywać, by polecenia tych pierwszych były ściśle wypełniane.

Chocznianie rzadko decydowali się wtedy na leczenie szpitalne nie tylko z wyżej wymienionych powodów, ale także z niewystarczającej ilości miejsc, a przede wszystkim braku pieniędzy na leczenie. Starając się uczynić lecznictwo szpitalne bardziej przystępnym na mocy Ustawy Krajowej z 6 stycznia 1875 roku wprowadzono zasadę, że koszty leczenia osób ubogich w galicyjskich szpitalach publicznych ponosił fundusz krajowy.

W tym systemie rolę swoistego arbitra odgrywał miejscowy proboszcz, który jako urzędnik państwowy i osoba najlepiej znająca stosunki majątkowe i rodzinne swoich parafian, mógł poświadczyć, czy dany człowiek jest prawdziwie ubogi i czy nie posiada krewnych zdolnych do pokrycia kosztów kuracji, by fundusz krajowy nie ponosił niepotrzebnych i nadmiernych wydatków.

Losy Teresy Adamskiej, osieroconej córki komorników, która w 1845 roku prosiła o takie świadectwo, by leczyć zranioną stopę, czy Macieja Gracy (1847), ubogiego i chorego, pokazują, że szpital był ostatecznością dla najbiedniejszych. System był szczelny – urzędnicy bezwzględnie weryfikowali stan posiadania. Gdy w 1865 roku szpital w Wadowicach upomniał się o zapłatę za leczenie Katarzyny Szczur, proboszcz z Choczni odmówił wydania świadectwa ubóstwa, stwierdzając wprost: „rodzice Katarzyny koszta kuracyi swej córki zaspokoić mogą”.

Machina biurokratyczna bywała jednak powolna. W przypadku służącej Zofii Rokowskiej, leczonej w 1853 roku, urząd powiatowy dopiero po trzech latach upomniał się o zaświadczenie majątkowe, by odzyskać pieniądze za jej pobyt w szpitalu.

Głównym ośrodkiem, do którego trafiali chorzy z Choczni, był Szpital Cywilny w Wadowicach. To tam leczono większość przypadków: od urazów, przez choroby zakaźne, po dolegliwości przewlekłe. Trafiali tam oprócz wymienionych wyżej m.in. Marianna Szczur (1849), Regina Płonka (1855), Franciszka Pietruszka (1859) czy Mikołaj Dąbrowski (1861).

Chocznianie szukali jednak ratunku także w innych placówkach:

  • Szpitalu Bonifratrów w Zebrzydowicach, gdzie w 1844 r. leczono Antoniego Ścigalskiego, w 1852 r. Franciszka Wawro, a dekadę później o przyjęcie starał się kulawy chałupnik Antoni Malata,
  • Szpitalach: św. Łazarza w Krakowie (Józef Ramza, 1861, Marianna Szczur, Jan Ruła, 1862, Marianna Rudzicka, 1864) i św. Ducha oraz klinice uniwersyteckiej,
  • szpitalach na szlaku migracji – Chocznianie, szukając chleba lub służąc w armii, chorowali z dala od domu. Znajdujemy ich w szpitalach w Rzeszowie (Jan Żak, 1860, Sanoku (tenże Jan Żak, 1863, Jaśle (Agnieszka Zawiło, 1872, Bochni (Franciszek Dąbrowski, 1865), Opavie (Jan Cibor, 1854), a nawet w Peszcie (dzisiejszy Budapeszt), gdzie w 1858 roku leczył się inwalida wojskowy Antoni Leśniak. W każdym z tych przypadków odległe szpitale słały pisma do Choczni, by ustalić, kto zapłaci za leczenie.

Dokumenty ujawniają nie tylko nazwiska, ale i wstydliwe lub tragiczne dolegliwości mieszkańców wsi.

Dowodem na problemy społeczne epoki jest przypadek służącej Marianny Wawer, córki wyrobników, leczonej w 1862 roku w Wadowicach na „zgniłą chorobę”, jak wówczas nazywano syfilis, przypadłość stygmatyzującą i trudną w leczeniu.

Z kolei zapis z 1858 roku o Marii Gazdzionce, która trafiła do „zakładu dla obłąkanych”, pokazuje, że również choroby psychiczne wymagały interwencji instytucjonalnej, choć były to przypadki rzadziej odnotowywane.

Na szczególną uwagę zasługuje jednak historia Michała Woźniaka. W 1872 roku przeszedł on w Klinice Chirurgicznej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie operację usunięcia raka. Co niezwykłe, dwa lata później, w 1874 roku, dyrekcja kliniki wysłała zapytanie o stan zdrowia pacjenta – co można uznać za wczesną formę monitorowania odległych wyników leczenia (follow-up). Odpowiedź ks. Komorka była optymistyczna: Woźniak żył, a rak nie powrócił. Jest to rzadki w tamtych czasach przykład skutecznej walki z nowotworem przy użyciu ówczesnej chirurgii.

W klinice UJ w latach 1900-1902 leczona była także wyrobnica Maria Jędrzejowska z Choczni, mająca nawracające problemy z chodzeniem. Jej kuracja fosforanem sodowym, syrupem dra Eggera i wodnikiem chloralu była na tyle skuteczna, że znowu mogła chodzić o własnych siłach.

Kuracja szpitalna nie zawsze kończyła się sukcesem. Świadczą o tym zapisy zgonów mieszkańców Choczni w zebrzydowickim xenodochium (szpitalu): Magdaleny Woźniak (1862) i Franciszka Kręciocha (1871), zgony: Józefa Smolarskiego w Szpitalu św. Ducha w Krakowie (1868) i Jana Guzdka w Szpitalu św. Łazarza w Krakowie (1911), czy śmierć Marianny Wawro w szpitalu w Wadowicach (1904).



Leczeniu szpitalnemu podlegali również liczni Chocznianie służący w armii austriackiej. Niestety dowiadujemy się o tym dziś najczęściej na podstawie świadectw ich zgonów.

Już w 1813 roku w szpitalu wojskowym w Nowym Wiśniczu zmarli 25-letni Mikołaj Graca i rok młodszy Mikołaj Kuta, a w szpitalu wojskowym w Willingen na terenie Niemiec 25-letni Maciej Trzaska, uczestnik wojen napoleońskich.

Tyle samo lat, co wymienieni wyżej Graca i Trzaska, miał Wojciech Koman, zmarły na cholerę w szpitalu w Bochni w 1849 roku.

W 1852 roku w Szpitalu Wojskowym w Wadowicach zmarł 28-letni Józef Bąk, szeregowy 56. Pułku Piechoty, a w tym samym roku 24-letni Jakub Brandys szeregowy tego samego pułku, zmarł na zapalenie płuc w szpitalu wojskowym w mieście Brescia we Włoszech. W tym samym szpitalu, co Brandys, zmarł rok wcześniej na dyzenterię Michał Drapa. Na ziemi włoskiej nastąpił też kres życia Franciszka Krystyana (w szpitalu w Cortone), Jana Szczura (w szpitalu w Bergamo) i Jakuba Pindela (w szpitalu w Veronie).

22-letni ułan Franciszek Wcisło zmarł w 1853 roku na tyfus w szpitalu w Tyrnau, czyli dzisiejszej słowackiej Trnavie.

W 1864 roku w szpitalu wojskowym w Krakowie zmarł Jakub Dąbrowski, który do armii został wcielony rok wcześniej. 

W 1866 roku bezskutecznie usiłowano wyleczyć w szpitalu w Wiedniu Tomasza Styłę, rannego w czasie wojny austriacko-pruskiej.

Z kolei w 1891 roku w rosyjskim Samarskim Gubernialnym Szpitalu Ziemskim zmarł na tyfus Józef Kręcioch z Choczni, którego rodzina, nie wiedząc o jego losie, szukała jeszcze niemal 50 lat później.

Oczywiście najliczniejszymi pacjentami wojskowych szpitali byli ci Chocznianie, którzy uczestniczyli w I wojnie światowej, w szeregach armii austro-węgierskiej, Legionów Polskich i francuskiej Legii Cudzoziemskiej.