Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Galicja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Galicja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 lipca 2026

Choczeńscy służący w okresie przed odzyskaniem niepodległości

 

W galicyjskiej Choczni służba stanowiła jedną z najliczniejszych warstw społecznych. Setki jej mieszkańców tej zarabiało na życie jako parobkowie, służący, woźnice czy pasterze, zatrudniani zarówno w lokalnych gospodarstwach, jak i w odległym Krakowie, a nawet poza granicami Galicji.

Już w pierwszej połowie XIX wieku źródła parafialne i gminne odnotowują obecność licznej grupy służących wśród mieszkańców Choczni. W 1806 roku podczas epidemii tyfusu zmarł 12-letni Jan, służący u Klemensa Wójcika,[1] a w 1820 roku wśród osób wnoszących zwyczajowy dar za przywilej przebywania na chórze podczas mszy świętej znalazł się Maciej Janczakowski, sługa bogatego gospodarza Jana Ścigalskiego.[2] Samo pojawienie się nazwiska służącego w tym kontekście pokazuje, że przynajmniej część tej grupy społecznej mogła aspirować do pewnego miejsca w lokalnej hierarchii.

Szczególnie cenne są zapisy z Księgi Towarzystw Trzeźwości i Wstrzemięźliwości, które pozwalają poznać imiona i nazwiska konkretnych służących. W 1844 roku do tych Towarzystwa przystąpili służący: Mateusz Graca, Jędrzej Sabuda, Bartłomień Cibor, Antoni Sabuda i Franciszek Hanusiak. Rok później dołączył do nich Franciszek Wyka. W latach sześćdziesiątych XIX wieku szeregi członków Towarzystwa zasilili kolejni służący: w 1862 roku Tomasz Wójcik, rok później Michał Kręcioch, a w 1864 Wojciech Bielański.[3]

Życie służących bywało krótkie i pełne niedostatku. W 1847 roku zmarł w Choczni służący Franciszek Pawlica z Inwałdu oraz Franciszek Wyka z Gorzenia – ten sam, który zaledwie dwa lata wcześniej przystąpił do Towarzystwa Trzeźwości.[4]

Władze galicyjskie i lokalny samorząd dostrzegały potrzebę regulacji prawnej statusu służących oraz ich ochrony przed najgorszymi formami wyzysku. W 1867 roku władze zwierzchnie zalecały utworzenie w Choczni kasy oszczędności dla służących, która mogłaby stanowić dla nich wsparcie w chorobie czy zubożeniu.[5] Tego samego roku, na siódmym posiedzeniu Rady Gminnej w dniu 30 czerwca, ustanowiono Regulamin Gminny zawierający przepisy policyjne obowiązujące na terenie gminy. Szczególną uwagę poświęcono w nim kwestii służby najemnej. Obowiązkiem mieszkańców było zgłaszanie w ciągu trzech dni do zwierzchności gminnej pobytu obcych służących nieposiadających książeczek służbowych. Książeczka służbowa stanowiła w ówczesnym systemie prawnym podstawowy dokument tożsamości osób zatrudnionych jako służba domowa – jej brak wzbudzał uzasadnione podejrzenia co do uczciwości danej osoby.

Z kolei Punkt 39. Regulaminu dotyczył stosunków między pracodawcami a służbą najemną i zawierał dwa istotne zakazy: namawiania służących do podjęcia pracy przed 15 listopada oraz wydalania ich z pracy, gdy ustaną pod jesień paść bydło.[6] Przepisy te odzwierciedlały specyfikę wiejskiego rynku pracy, opartego na rocznym cyklu zatrudnienia, rozpoczynającym się tradycyjnie w dniu świętego Marcina, czyli 11 listopada, lub w jego okolicach. Namawianie służących do wcześniejszej zmiany pracodawcy zakłócało ten ustalony porządek i mogło prowadzić do zrywania umów w trakcie ich obowiązywania. Zakaz wydalania służących po zakończeniu sezonu pastwiskowego chronił pracowników przed pozbawieniem ich zatrudnienia i dachu nad głową w przededniu zimy.

Mimo tych regulacji ochronnych, problemy na rynku pracy służących wcale nie ustały. Wręcz przeciwnie – pod koniec wieku nasiliły się do tego stopnia, że wymusiły interwencję Rady Gminnej. W 1891 roku podjęto uchwałę dotyczącą bardzo konkretnego problemu: samowolnego porzucania pracy przez służących oraz odpowiedzialności gospodarzy, którzy takich zbiegów przyjmują. Relacje między służbą a gospodarzami regulowała wówczas tzw. Ustawa Służebna, a lokalne rady gminne doprecyzowywały ją, by ukrócić chaos na rynku pracy, szczególnie przed końcem roku.

Uchwała przewidywała kary za porzucenie służby przed terminem, czyli przed upływem sześciu tygodni przed końcem roku służby. Służący, którzy brali zadatek – zaliczkę na poczet przyszłej pracy – a potem porzucali służbę bez słusznej przyczyny, podlegali karze. Co jednak szczególnie istotne, Rada Gminna chciała ukarać także gospodarzy, którzy przyjmowali do służby osoby zbiegłe od innego gospodarza przed rozwiązaniem ich poprzedniego stosunku pracy. Zarówno służący, jak i nowi gospodarze mieli być karani grzywną w wysokości od 1 do 5 złotych reńskich. Pieniądze z tych grzywien przeznaczano na ubogich – była to powszechna praktyka w Galicji, gdzie kary administracyjne zasilały fundusz ubogich danej gminy. W sporach o zadatek rolę arbitra pełnił wójt, który rozstrzygał, czy doszło do złamania prawa gminnego.[7]

Ten zapis świadczy o tym, że w Choczni pod koniec XIX wieku istniał duży problem z tzw. podkupywaniem służby lub jej ucieczkami. Gospodarze byli zdesperowani, by utrzymać ręce do pracy, a służący często szukali lepszych warunków, nie zważając na zawarte umowy. Rada Gminna, wprowadzając kary finansowe, próbowała wymusić lojalność i porządek prawny w relacjach pan-sługa. Regulacja ta ujawnia istotny aspekt społeczny galicyjskiej wsi – obecność warstwy ludzi najemnych, których sytuacja ekonomiczna była na tyle niepewna, że wymagała ochrony prawnej przed wyzyskiem ze strony zamożniejszych gospodarzy.

Konkretne losy poszczególnych służących z Choczni pokazują różnorodność ich karier życiowych. Ludwik Ramza w 1889 roku pozostawał w służbie u starosty Dunajewskiego w Żywcu[8] – była to zapewne prestiżowa posada u wysokiego urzędnika administracji austro-węgierskiej. Antoni Romańczyk (ur. 1839), rozpoczął karierę jako służący, ale udało mu się awansować społecznie – został kupcem solnym w Krakowie i zamieszkał przy ulicy Garncarskiej. Ten przykład pokazuje, że dla niektórych służba była jedynie etapem na drodze do lepszego życia. Inny przedstawiciel tego rodu - Piotr Romańczyk (ur. 1879 w Inwałdzie), przez wiele lat pracował jako woźnica hrabiego Adama Romera. Zamieszkiwał w domu Romera w Nowym Jiczynie oraz w dworze w Inwałdzie, gdzie spędził znaczną część swojego życia u boku arystokratycznej rodziny.[9] Służącym w choczeńskim dworze sołtysim w 1871 roku był pochodzący spod Bańskiej Bystrzycy na Słowacji Wojciech Woryś.[10]

Niektórzy choczeńscy służący związali swoje życie z instytucjami kościelnymi. Józef Kręcioch (ur. 1869), przez 30 lat pracował w gospodarstwie rolnym klasztoru ojców karmelitów w Wadowicach. Gdy zmarł, został pochowany w kwaterze klasztornej na cmentarzu parafialnym w Wadowicach[11] – ten szczególny przywilej świadczy o tym, że był ceniony przez zakonników i traktowany niemal jak członek wspólnoty. Z kolei Ignacy Nowak (ur. 1867) w 1910 roku był służącym u bonifratrów w Krakowie.[12] W Krakowie służył w tym czasie również Ludwik Szczepaniak, a w Białej Józef Pindel (ur. 1888).[13]

Nierzadko całe rodziny wchodziły na drogę służby – przykładem może być zapis w aktach spadkowych zmarłego w 1906 roku Józefa Widlarza,  z którego wynika, że obaj jego dorośli bracia byli służącymi: Piotra Widlarz u Franciszka Malaty, a Franciszek Widlarz u Ludwika Malaty, brata ww. Franciszka.[14]

Najcenniejszym źródłem do poznania codziennego życia służących są wspomnienia Józefa Sępka, który w przejmujący sposób opisał swoje doświadczenia jako dziecko-służący.[15] Józef miał zaledwie około 11 lat, gdy bieda zmusiła go do podjęcia pracy. Jego ojciec pracował poza domem i nie wspierał rodziny finansowo. Gdy matka robiła mu wyrzuty, że zapomina o dzieciach, które cierpią głód, odpowiadał, że dzieci niech idą służyć, że on od sześciu lat służył. Jako pierworodny Józef Sępek rozpoczął iście krzyżową drogę, jak sam ją nazywał. Z początku uciekał ze służby do domu, ale to nic nie pomagało – trzeba było zostać. Gospodyni posyłała go do szkoły tylko dwa razy w tygodniu, ot tak aby kary tylko za mnie nie zapłacić. Trzeba było pracować, a nie uczyć się. Chociaż formalnie miał tylko paść krowy, w rzeczywistości był do wszystkiego. Jako uposażenie miał otrzymać 25 reńskich na rok. Miał straszny kłopot z czterema krowami, które musiał paść na powrozie, gdyż pastwisk było niewiele – tylko wzdłuż drogi polnej, po której obu stronach rosły ziemniaki i zboże.

Dzień pracy zaczynał się o trzeciej rano. We znaki dawało się szczególnie noszenie wody w drewnianych konewkach, które próżne były ciężkie, a co dopiero z wodą. Mozolne było także mielenie zboża na żarnach dla świń i na mąkę na chleb. Zimą, oprócz tego, musiał wstawać wcześnie rano i iść młócić zboże w stodole razem z dorosłymi parobkami wynajętymi do tego celu. Zamiast pieniędzy za jego pracę matka pobierała zwykle na przednówku żyto lub ziemniaki, których brakowało dla wyżywienia reszty rodzeństwa, a on sam musiał chodzić w łachmanach.

Józef Sępek ze smutkiem konstatował: Ileż to dzieci dziś żyje w podobnych warunkach, a może w jeszcze gorszych. Co za piękna rola humanitaryzmu byłaby do spełnienia i ile łez przez to można by obetrzeć! Te same koleje przeszli jego dwaj młodsi bracia. Gdy tylko trochę odrośli, musieli i oni iść na służbę, nie skończywszy nawet szkoły. Józef uważał się za szczęściarza, ponieważ ukończył wszystkie cztery klasy szkoły ludowej.

Wspomnienia Sępka pokazują, że mimo regulacji prawnych i deklarowanych troski władz o los służących, rzeczywistość była brutalna. Dzieci w wieku szkolnym musiały pracować ponad siły, pozbawione możliwości edukacji i normalnego dzieciństwa. System służby opierał się na wykorzystywaniu najsłabszych – ubogich rodzin, które nie mogły wyżywić swoich dzieci, oraz samych dzieci, które za ciężką pracę otrzymywały jedynie wyżywienie, często nawet nie w postaci pieniędzy, ale produktów żywnościowych przekazywanych rodzicom.



[1] Liber Mortuorum I 1806 s. 74-77

[2] Kronika Parafialna s. 14

[3] Archiwum Parafialne w Choczni, Księga Towarzystw Trzeźwości i Wstrzemięźliwości

[4] Liber Mortuorum II 1847 s. 126, 114

[5] Księga Protokołów Posiedzeń Gromadzkich s. 10

[6] Księga Protokołów Posiedzeń Gromadzkich s. 11-12

[7] Księga Protokołów Posiedzeń Gromadzkich s. 166

[8] Protocollum Gestorum 1872-90, wpis z 12.05.1889

[9] P. Malata, W Choczni i z Choczni. Kto był kim? s. 274, 276, 178

[10] Liber Baptisorum V wpis z 21.12.1871

[11] P. Malata, W Choczni i z Choczni. Kto był kim? s. 178

[12] AN w Krakowie, Spis ludności miasta Krakowa z r. 1910 syg. 29/90/0

[13] P. Malata, Dzieje dawnych choczeńskich rodów, s. 220

[14] AP w Katowicach o. w Bielsku-Białej, C.K. Sąd Powiatowy w Wadowicach, Akta pertraktacji spadkowej po Józefie (Józef) Widlarz z Choczni syg. 13/667/0/2.4/443 

[15] J. Turała, Kronika wsi Chocznia t II cz I r. 24

poniedziałek, 13 lipca 2026

Własność pańska w Choczni i sąsiednich miejscowościach w 1858 roku

 W 1858 roku, a więc 10 lat po uwłaszczeniu chłopów, w Choczni większość gruntów ornych, łąk i pastwisk nie należała już do dworu (spadkobierców Bobrowskich, ostatnich właścicieli Choczni). Natomiast choczeńskie lasy pozostawały w niewielkiej większości (57% : 43%) przy dworze.

Biorąc pod uwagę ogół gruntów dwór posiadał nadal prawie 10% powierzchni Choczni, a pozostałe nieco ponad 90% należało do chłopów, plebana i Piotra Dunina (majątek sołtysi).

Struktura własnościowa w Choczni w 1858 roku była zupełnie inna, niż w 3 sąsiadujących z nią większych wsiach: Inwałdzie, Frydrychowicach i Ponikwi (liczonej łącznie z Kaczyną i Kozińcem), co pokazuje poniższy wykres:


W Choczni udział gruntów dworskich był najmniejszy, w Ponikwi i Inwałdzie także mniejszościowy, ale odpowiednio o 8 i 15% wyższy niż w Choczni. Zupełnie inaczej wyglądało to we Frydrychowicach, gdzie dominowały grunty należące do tamtejszych dworów.

Jeżeli chodzi o grunty orne, to w stosunku do powierzchni wsi najwięcej było ich w Choczni (78%), a niewiele mniej we Frydrychowicach (74%) i w Inwałdzie (73%). Zdecydowanie najmniej było ich w Ponikwi - zaledwie 33%, ale za to w 100% należały one do chłopów. W Choczni udział gruntów ornych dworskich też był niewielki (4,5%), w Inwałdzie wynosił 18,5%, a we Frydrychowicach większość gruntów ornych należała do dworów.


Podobnie struktura własnościowa istniała w przypadku łąk - w Choczni było ich najmniej, ponieważ zajmowały tylko 2,4% powierzchni wsi.


Pastwiska stanowiły aż 32% powierzchni Ponikwi, w Inwałdzie i w Choczni było ich znacznie mniej - odpowiednio 11% i 9,5%, a najmniej we Frydrychowicach (6,4%). Połowa pastwisk frydrychowskich należała do dworów, a w pozostałych wsiach było ich mniej niż 10%.


W Choczni lasy zajmowały najmniejszą część powierzchni (niecałe 10%), podczas gdy w Ponikwi prawie 30%. We wszystkich czterech analizowanych miejscowościach większość lasów posiadały dwory, najmniej w Ponikwi i w Choczni.



środa, 8 lipca 2026

Choczeńscy tkacze w okresie galicyjskim

 Choczeńskie tkactwo posiadało tradycje sięgające końca XVI wieku, jednak z czasem zupełnie podupadło, o czym świadczy opinia wyrażona w książce Bolesława Marczewskiego Powiat wadowicki pod względem geogr., statystycznym i historycznym z 1897 roku:

Dawnymi czasy trudniono się tkactwem, dzisiaj nie ma już tu ani jednego nawet tkacza. 

W drugiej połowie XVIII wieku, aż do lat 30. XIX wieku przeżywało jednak okres koniunktury, o czym świadczy duża liczba tkaczy odnotowywanych w miejscowych księgach metrykalnych. Było to typowe zajęcie chałupnicze, nierozerwalnie związane z rytmem życia na wsi i cyklem pór roku. W warunkach galicyjskich opierało się ono niemal wyłącznie na lokalnych surowcach – lnie i konopiach, które chłopi sami uprawiali na swoich polach. Proces obróbki był niezwykle żmudny i w całości ręczny: po zbiorach rośliny poddawano roszeniu, międleniu i czesaniu, by uzyskać włókno. Następnie kobiety na kołowrotkach przędły z niego nici, z których z kolei mężczyźni – zazwyczaj w okresie jesienno-zimowym, gdy ustawały prace polowe – tkali na drewnianych krosnach zgrzebne płótna. Ostatnim etapem było bielenie utkanych płócien. W Choczni znane bielidło - miejsce gdzie wystawiano płótna na słońce w celu ich wybielenia - znajdowało się na brzegach stawu przy młynie Szczurów w dolnej części wsi (dziś teren lądowiska helikopterów).

Wyroby te służyły początkowo zaspokajaniu własnych potrzeb na odzież czy worki, jednak z czasem zaczęły stanowić cenne źródło gotówki, a płótno sprzedawano na lokalnych targach i przez wędrownych handlarzy. Tkactwo rzadko było jedynym źródłem utrzymania - rzemiosło to powszechnie łączono z pracą na roli.  Słowa związane z tkactwem znalazły się w choczeńskiej gwarze – np. w  inwentarzu po zmarłym w 1829 roku Janie Ścigalskim wymieniono między innymi dzierglec, czyli grzebień służący do oddzielania główek z nasionami od łodyg lnu. 

Ogromny wpływ na okres rzemieślniczej koniunktury w Choczni miało sąsiedztwo prężnie działającego, dużego ośrodka tkackiego w Andrychowie.  To właśnie stamtąd promieniowała wiedza, a także napływali nowi osadnicy, którzy w poszukiwaniu rynków zbytu i miejsca do życia osiedlali się w okolicznych wsiach. Najlepszym tego przykładem jest historia rodziny Brandysów, która była obecna w Choczni przez 152 lata. Protoplastą rodu był tkacz Maciej Brandys, który przybył z Andrychowa i w 1748 roku wziął za żonę miejscową pannę, Katarzynę Dziadek. Maciej był rzemieślnikiem, ale i rolnikiem – z subrepartycji z 1775 roku dowiadujemy się, że posiadał krowę oraz grunt. Rzemieślnicze tradycje z powodzeniem kontynuował jego syn, Gabriel Józef Brandys (ur. 1753). Ten zamożny tkacz z Niwy Zakościelnej (dzisiejsza Biała Droga) wybił się na pozycję lokalnego lidera – posiadał duży majątek, a w latach 1792–1793 pełnił zaszczytną funkcję wójta choczeńskiego. 

Z kolei na początku XIX wieku do cechu tkackiego w Andrychowie wstąpił choczeński przekupień Franciszek Kręcioch (syn Kazimierza), który z żoną Franciszką z Kadłubickich doczekał się w Andrychowie co najmniej pięciu potomków, począwszy od syna Jakuba urodzonego w 1808 roku. 

Księgi metrykalne z przełomu XVIII i XIX wieku dowodzą, że tkactwo było we wsi zawodem niezwykle popularnym, a społeczność rzemieślników sukcesywnie się powiększała. Dołączali do niej zarówno miejscowi, jak i kolejni przybysze, tacy jak Franciszek Wawer, tkacz z Andrychowa, który osiadł w Choczni po ślubie w 1829 roku, Jan Syrek przybyły z Myślenic w 1828 roku, czy Wojciech Biel z Tomic, który zamieszkał we wsi w 1810 roku w domu nr 58 przy obecnej Białej Drodze.  Wśród choczeńskich tkaczy w omawianym okresie odnotowano przedstawicieli wielu rodzin. Znaczącą rolę odgrywali Ciborowie – m.in. zmarły w 1834 roku w wieku 86 lat Kacper Cibor, który podawany był jako tkacz już w 1783 roku,  Wojciech Cibor (ur. 1776), który cieszył się na tyle dużym zaufaniem społecznym, że w latach 1819–1824 pełnił funkcję przysięgłego  oraz Sebastian i Jakub Cibor.  W starych aktach można odnaleźć także tkaczy: Macieja Stankowicza,  Klemensa Piątka, przedstawicieli  rodu Pietruszków (Szczepana, Marcina oraz Antoniego), Jana Burego, Józefa Matlaka, Andrzeja Pysza, Jana Adamskiego, Józefa Szczura, Macieja Kolbera, czy Wojciecha Bąka. 

Jednakże to, co napędzało rozwój tkactwa Choczni jeszcze w pierwszych dekadach XIX wieku, z biegiem lat zaczęło tracić na znaczeniu. Rewolucja przemysłowa, powstanie w Galicji i na Śląsku wielkich, zmechanizowanych fabryk włókienniczych oraz produkcja masowa sprawiły, że żmudne, domowe tkactwo przestało być opłacalne. Ręcznie tkane płótna nie mogły konkurować z tańszymi i delikatniejszymi materiałami fabrycznymi. 

Umiejętność wytwarzania przędzy i płócien na własny użytek nie zanikła jednak zupełnie, o czym świadczy fakt, że w czasie I wojny światowej, Tekla Turała (ur. 1900) zajmowała się przędzeniem lnu na kołowrotku, a z wyprodukowanej przędzy tkano w Ponikwi płótno, które po prowizorycznym uszlachetnieniu służyło do szycia różnego rodzaju wyrobów, zaspokajając w ten sposób potrzeby rodziny w trudnych warunkach braku innych materiałów. 


poniedziałek, 22 czerwca 2026

Spór między mieszkańcami Choczni, Jaroszowic i Barwałdu Dolnego a Janem Biberstein Starowieyskim w 1792 roku

 Na początku lat 90. XVIII wieku gminy Chocznia, Jaroszowice i Barwałd Dolny złożyły skargę na ich wspólnego właściciela Jana Biberstein Starowieyskiego. Sprawa rozgrywała się  w okresie intensywnych reform austriackiego cesarza Józefa II, którego patenty z lat 1781–1782 dotyczące zniesienia poddaństwa osobistego (Leibeigenschaft) i regulacji pańszczyzny stały się prawnym fundamentem dla włościańskich skarg.

Chłopi wymienionych wyżej wsi, zdesperowani nadużyciami i nieprawnymi ich zdaniem wymaganiami swojego dziedzica, postanowili złożyć skargę do urzędu cyrkularnego i Wysokiego Gubernium we Lwowie. W napisaniu skargi i sformułowaniu 15 zarzutów pomógł im odpłatnie niejaki Jan Szulc. Gdy wieść o tym dotarła do Starowieyskiego złożył on swoje odwołanie, żądając by:

- aresztować Szulca, określanego przez niego jako "budziciel poddanych", którego uważał winnym buntowania poddanych i wyłudzania od nich pieniędzy, 

- przeprowadzić śledztwo na jego koszt przez urzędników z Wiednia,

-  sądzić sprawy według jego „kupnego prawa" (umów prywatnych) zamiast cesarskich patentów,

- cofnąć niekorzystne dla niego rozporządzenia gubernialne.

Cesarz Józef II zlecił rozpatrzenie sprawy specjalnemu komisarzowi królewskiemu, określonemu w dokumentach sprawy jako Baron de Margelick, który z kolei powierzył śledztwo staroście cyrkularnemu Jakubowskiemu.

W dokumentach przechowywanych przez kolejnych wójtów choczeńskich zachowało się zarówno rozstrzygnięcie sporu, który stanowił dekret cesarski z 22 lipca 1792, jak i obwieszczenie cyrkularne z 20 maja 1795, dotyczące egzekwowania wyroku. 

Najpoważniejszym zarzutem wobec Starowieyskiego było zmuszenie chłopów barwałdzkich do kupowania gruntów, które od pokoleń uprawiali jako dziedziczni użytkownicy. Dziedzic twierdził, że po przejęciu majątku cała ziemia jest jego własnością, a chłopi mogą ją użytkować tylko po wykupieniu.

W praktyce wyglądało to tak:

  • 26 poddanych zmuszono do podpisania „kontraktów kupna",
  • nie określono w nich granic ani rzeczywistej wartości ziemi,
  • chłopi nie otrzymali nawet dokumentów tego „zakupu",

Wyrokiem cesarza nakazano gubernialnemu geometrze dokonać oficjalnego pomiaru gruntów w obecności komisarza cyrkularnego, a wszystkie bezprawnie ściągnięte opłaty nakazano zwrócić in duplo (podwójnie).

Bulwersujący przypadek dotyczył sześciu chłopów z Choczni, którym dziedzic odebrał kawałek gruntu, płacąc śmiesznie niskie „odszkodowanie" – 8 florenów. Na zabranej ziemi wybudował karczmę, a resztę zamienił w ogród karczemny. Na podstawie cesarskiego dekretu nakazano Starowieyskiemu zwrot ziemi, wydzielenie ekwiwalentu z gruntów pańskich lub wypłatę pełnego odszkodowania według wyceny urzędowej (słusznej Taxy).

Choczni dotyczyły też inne punkty skargi:

  • Wymuszanie dalekiej pieszej pańszczyzny. Gromada z Choczni skarżyła się na zmuszanie ich do odrabiania pieszej pańszczyzny (pracy fizycznej bez użycia zwierząt pociągowych) w dobrach Państwa Rudze, które były oddalone aż o "dwie mile" (ówczesna mila austriacka to ok. 7,5 km). Ustalono, że 2 dni pańszczyzny odbytej w Rudzach będzie się liczyło za 2,5 dnia pracy.
  • Pobieranie nienależnych podatków  Wymieniona jest sytuacja, kiedy to gromada Chocznia w 1790 roku zapłaciła 20 florenów (złotych reńskich) podatku. Wyszło na jaw, że pieniądze te były od chłopów "pod pozorem... nienależnie brane i zatrzymane". Nakazano zwrócić te kwoty do "podatkowej Kassy";
  • Chłopi z Choczni zmuszani byli do bezpłatnego pełnienia nocnej straży w folwarku Zaskawie po drugiej stronie rzeki Skawy, z dala od własnych gospodarstw. Po rozpatrzeniu zniesiono bezpłatną straż w odległych folwarkach i wprowadzono ekwiwalent - miał być to równoważnik 1 dnia pańszczyzny pieszej;
  • Dziedzic Starowieyski zamiast przepisanej pańszczyzny pieszej (pracy ludzkimi rękami) wymuszał pańszczyznę czworokonną (najcięższą formę robót zaprzęgowych), za którą płacił mniej, niż powinien oraz wysyłał furmanki z Choczni do Bielska, czy Rabki, nie płacąc wcale za te dalekie trasy lub płacąc niewiele. Nakazano mu nadgrodzenie in duplo wszystkich wymuszeń, a na przyszłość ścisłe stosowanie się do Patentu z 1781 r., który precyzyjnie określał rodzaj i wymiar pańszczyzny;
  • Odbywanie pańszczyzny za karę, za co Starowieyski miał złożyć 20 florenów do Kasy Podatkowej,
  • Zakaz wyrąbywania drzewa w lasach pańskich (dawnych gromadzkich) na potrzeby budowlane, który nakazano znieść.

Jeden z punktów skargi dotyczący zapłaty dla wójta choczeńskiego Michała Kręciocha został w trakcie dochodzenia komisyjnego przez niego wycofany, jak twierdził oficjalnie - po porozumieniu się ze Starowieyskim.

Wszystkie trzy skarżące gminy dotknięte były przez czynsze pobierane od gruntów oddanych przez nie w 1791 roku na drogę cesarską, których nie odliczono od wysokości obciążeń pańszczyźnianych. Starowieyski został zobowiązany, by odpisać te nadwyżki wraz z odsetkami od przyszłych czynszów.

Dramatyczne były losy poddanych Sebastyana Gołąba i Feliksa Gołąba:

  • zmuszono ich do wykupienia za znaczną kawałka gruntu zwanego Nawsie, który tradycyjnie należał do gromady,
  • nałożono na nich zawyżony czynsz: 4 floreny 30 krajcarów rocznie,
  • zobowiązano do odrabiania 6 dni pańszczyzny pieszej,
  • następnie dziedzic ponownie odebrał im część tego gruntu i przekazał innemu poddanemu.

Po rozpatrzeniu tego punktu nakazano zwrot wszystkich kosztów, oddanie ziemi Feliksowi Gołąbowi, a Sebastyanowi Gołąbowi nadgrodzenie za 10 lat (po 2 dni pańszczyzny rocznie = 20 dni × 3 floreny).

Poszkodowany był też Michał Banaś z Jaroszowic, który za odkupiony przez niego grunt zwany Bykowina miał otrzymać inną parcelę, ale przyobiecanego gruntu nie mógł się doczekać oraz grupa 16 poddanych, którym odebrano po kawałku gruntu, by oddać je Żydowi.

Ostatecznie dziedzic Starowieyski oprócz wymienionych wcześniej konsekwencji został skazany na grzywnę w wysokości 200 florenów, z której miały być pokryte koszty procesowe i wypłacone odszkodowania, a za pozostałą kwotę postanowiono wybudować spichlerz gromadzki - magazyn zbożowy na wypadek głodu.

"Buntujący" chłopów Szulc nie został aresztowany, natomiast na karę 3 dni aresztu skazano wójtów, którzy bez zezwolenia ogłosili składkę na jego opłacenie.

Urząd Cyrkularny podał dekret do wiadomości ogólnej 28 lipca, a Komisję Egzekucyjną wyznaczono na 28 sierpnia 1792. Starowieyski uchylał się jednak od dokonania wyznaczonych płatności, o czym świadczy dekret z 20 maja 1795, w którym określono ostateczny termin jednego miesiąca, po upływie którego, w przypadku braku zapłaty, miała zostać wszczęta egzekucja i sekwestr (zajęcie majątku).


środa, 3 czerwca 2026

Budowa Domu Ludowego w Choczni

 Pierwsza wzmianka o potrzebie wybudowania osobnego domu dla działalności społecznej pojawiła się już w 1891 roku. Antoni Styła młodszy, członek miejscowego kółka rolniczego, postawił przed zarządem wniosek o wystawienie obszernego budynku, w którym mieściłby się sklep z towarami oraz przestronna sala pełniąca funkcję czytelni. Pomieszczenie to miało służyć również posiedzeniom rady gminnej oraz, w razie potrzeby, zabawom weselnym dla członków. Choć propozycja spotkała się z zainteresowaniem, obecni postanowili odłożyć sprawę do czasu, gdy wszyscy członkowie będą mogli wziąć udział w obradach.

 Minęło siedemnaście lat, zanim idea powróciła z nową siłą. Potrzeba wybudowania Domu Ludowego stawała się coraz bardziej paląca. Brak miejsca do zebrań dawał się bardzo odczuwać w gminie, która rozwijała liczne inicjatywy społeczne i gospodarcze. W planowanym budynku miały znaleźć pomieszczenie czytelnia, teatr, kasa Raiffeisena, sklepik kółkowy, a być może także wiejski Sokół.

W 1908 roku zarząd Kółka Rolniczego w Choczni rozpoczął oficjalne starania o budowę domu. Co ciekawe, pierwsze wsparcie finansowe przyszło od wychodźców zarobkowych przebywających w Ameryce. Mimo trudnych warunków, w jakich się znaleźli wskutek zastoju w fabrykach i braku zarobku, za pośrednictwem Franciszka Wcisły przesłali kwotę 46 koron. Wśród ofiarodawców znaleźli się Jakób i Wojciech Budzowie, Jan Marek z Gronia, Walenty Mąka z Leśnicy, Jan Maciaszek z Jordanowa, Józef Pawelak z Nowej Wsi, Stanisław Bandoła oraz sam Franciszek Wcisło z Choczni.

Lokalny komitet organizacyjny nie poprzestał na zbiórkach pieniężnych. Odbyły się dwa festyny, które przyniosły razem przeszło 400 koron dochodu. Drugi z nich, zorganizowany 6 września, miał program bardzo urozmaicony i odbył się na polu, które darmo oddał na ten cel Teodor Zając. Zabawa miała służyć nie tylko zebraniu funduszy na budowę domu dla zawiązać się mającego Sokoła, czytelni i kółka rolniczego, ale też odegrać ważną rolę kulturową. Oprócz zwykłych rozrywek, takich jak muzyka, kosze szczęścia czy ognie sztuczne, komitet przygotował prawdziwą atrakcję – odtworzenie staropolskich tańców wspominanych przez Jana Kochanowskiego i Wincentego Pola, takich jak cenar, drabant i stryjanka. Organizatorzy postanowili ze ścisłością historyczną odtworzyć te zapomniane formy taneczne, licząc na ich ponowne wprowadzenie do ludowych zabaw.

Istotnym momentem w historii budowy był 24 maja 1910 roku, kiedy podczas "Grunwaldzkiego wiecu oświatowego" ideę domów ludowych omawiał Stanisław Stączek z Krakowa. Jego wystąpienie spotkało się z dużym zainteresowaniem, gdyż Chocznianie mieli już zgromadzone pewne środki na budowę. We wrześniu tego roku zarząd Kółka Rolniczego zorganizował kolejny festyn na pomnożenie funduszu, który zakończyły śpiewy dziewcząt i tańce przy obecności licznych gości z pobliskich Wadowic.

Rok 1911 przyniósł znaczące przyspieszenie działań. Gmina Chocznia wyróżniała się jako jedna z najbardziej postępowych w powiecie wadowickim. Składały się na to oświata chłopów, energia miejscowej inteligencji, dostatek, a przede wszystkim rozgałęzione na wielką skalę czytelnictwo pism i książek. W takich warunkach każda dobra myśl padała na podatny grunt. Powstało wiele instytucji oświatowych i gospodarczych: czytelnia ludowa, teatr i chór włościański, kółko rolnicze, kasa Raiffeisena, spółka drenarska, straż ogniowa oraz koło Ligi pomocy przemysłowej. Specjalny komitet pod przewodnictwem Adama Rulińskiego krzątał się około zbierania funduszów, które do tego czasu przekroczyły już cyfrę 3500 koron.

W niedzielę 30 lipca 1911 roku komitet zwołał wiec oświatowy, którego celem było lepsze poinformowanie ogółu o wartości i znaczeniu Domu Ludowego oraz ufundowanie włościańskiego Sokoła. Zebrał się spory tłum. Zebranie zagaił Ruliński, po czym wybrano prezydium, do którego weszli poseł Styła, kierownik szkoły Ryłko i Putek. Referat wypowiedział profesor Białkowski, podnosząc przede wszystkim konieczność stworzenia ogniska dla lepszego rozwoju istniejących w gminie stowarzyszeń. O Sokole mówił Ruliński, poseł Styła poparł wywody referentów, zwracając uwagę na znaczenie oświaty jako czynnika podtrzymującego egzystencję narodową i ekonomiczną. Malata zachęcił do ofiarności, a Putek podkreślił znaczenie domu w walce z karczmą i ciemnotą. Natychmiast wpisało się do Sokoła około 40 osób, wielu dopisało się na członków komitetu budowy, kilku zadeklarowało znaczniejsze kwoty, a za przykładem Rokowskiego i Turały kilku zaoferowało bezpłatną robociznę.

Zaledwie tydzień później, 6 sierpnia 1911 roku, Komitet Budowy urządził kolejny festyn, podczas którego miejscowy teatr ludowy wystawił sztukę "Chłopi Arystokraci". Komitet zwracał się do mieszkańców Choczni, by przy każdej okoliczności pamiętali o składkach, a rodaków w Ameryce prosił o dalszą pamięć o wiosce rodzinnej, zachęcając do przesyłania datków pod adresem Adama Rulińskiego.

Luty 1912 roku przyniósł przełomową wiadomość – oprócz zebranych środków komitet posiadał już parcelę pod budowę, którą podarował Franciszek Malata. Nie wszyscy jednak patrzyli przychylnie na tę inicjatywę. Budowę Domu Ludowego z powodów politycznych zwalczał ksiądz wikariusz Franciszek Miśkowiec. Pomimo tego wsparcie napływało nadal, także zza oceanu. W 1912 roku w Ameryce złożyli datki: Józef Pawelak, Bronisława Ruła, Helena Ramenda, Klemens Sablik, Jan Fluder i Jan Matyjasik po jednym dolarze, Jan Łapka, Michał Graca, Józef Smukiewicz i Jan Naglik po dwa dolary, Franciszek Wcisło siedem dolarów, a Stanisław Moll pięćdziesiąt centów – razem 21 dolarów i 50 centów, czyli 106 koron austriackich. Skarbnik komitetu Maksymilian Malata i prezes Sokoła Adam Ruliński podziękowali za nie na łamach "Przyjaciela Ludu". Łapka, Graca, Fluder, Matyjasik, Naglik i Wcisło zostali przyjęci jako zagraniczni członkowie choczeńskiego Sokoła.

W styczniu 1913 roku Wydział Sokoła i Komitet Budowy złożyły specjalne podziękowania druhnowi Franciszkowi Wciśle, który aktywnie organizował zbiórki w Ameryce. Na gwiazdkę przesłał 16 koron: 6 od Karola Książka i po 5 od siebie oraz Jana Naglika jako członków zagranicznych Sokoła. W tym czasie trzy sale domu były już wybudowane.

Wybuch pierwszej wojny światowej spowolnił prace budowlane, ale nie zatrzymał ich całkowicie. W 1915 roku Kasa Raiffeisena podjęła uchwałę, że część czystego zysku zgodnie ze statutem przeznaczono na fundusz rezerwowy, resztę zaś, czyli dywidendę, w trzech czwartych przeznaczono na wykończenie Domu Ludowego w Choczni, a w jednej czwartej na poratowanie nieszczęśliwych ofiar wojny.

Rok 1917 przyniósł doniosłe wydarzenia. Zarząd miejscowego Kółka Rolniczego zwołał zebranie członków w celu uczczenia rocznicy zgonu Tadeusza Kościuszki. Obszerna sala Domu Ludowego zapełniła się ludem. Obrady zagaił Józef Putek okolicznościowym przemówieniem o znaczeniu Tadeusza Kościuszki, po czym zarząd Kółka złożył sprawozdanie z działalności Towarzystwa, które w tym roku kończyło 25-letni okres swojej pracy. Nad sprawozdaniem wywiązała się długa dyskusja, której głównym tematem była sprawa upamiętnienia rocznicy zgonu Tadeusza Kościuszki. Zabierali głos poseł Styła, wójt Malata, Ścigalski, Sordyl, Rokowski, Wójcik, Siwiec, Jurecki, Widlarz, Ruła i Mirowicz. Jednomyślnie uchwalono przystąpić do wykończenia przerwanej wojną budowy, a po jej zakończeniu nazwać dom "Domem Ludowym imienia Tadeusza Kościuszki". Wszyscy członkowie Kółka Rolniczego pobierający zasiłki za powołanych do służby wojskowej zobowiązali się składać co miesiąc pewien procent z kwoty zasiłkowej na fundusz budowy. Dom stał już wtedy pod dachem, składał się z ośmiu pomieszczeń, w tym jednej obszernej sali na zebrania ludowe. Planowano, że po wykończeniu budowy i zasadzeniu obok niej ogrodu, gmina, która posiadała wspaniały kościół i dwa okazałe budynki szkolne, zyska jeszcze czwarty stylowy budynek – żywy pomnik poświęcony Tadeuszowi Kościuszce, a zarazem pierwszy w okolicy Wadowic okazały Dom Ludowy.

piątek, 22 maja 2026

Nieplanowane wydatki w budżetach gminnych 1867-1906

 

W latach 1867-1906 budżet Gminy Chocznia był narzędziem jednocześnie sztywnym i elastycznym. Choć musiał być formalnie uchwalany i ściśle przestrzegany, to w praktyce jednak wiele rzeczywistych potrzeb społecznych, religijnych i inwestycyjnych realizowano poza ramami przyjętego budżetu, pokrywając ich koszty z rezerwy budżetowej, funduszy celowych, specjalnych składek i ze zwiększonych realnych dochodów.

Najłatwiej było znaleźć pieniądze na sprawy związane z Kościołem. W 1867 roku Rada przeznaczyła 30 złotych reńskich na nowe organy. W 1872 upoważniła przełożonego gminy do zakupu oliwy, aby przed Najświętszym Sakramentem przez cały rok paliło się światło. W 1896 roku na instalację nowego proboszcza i połączony z nią odpust uchwalono 20 złr – głównie na proch do salwy honorowej i bramę triumfalną.

W tym samym roku zakupiono w Wadowicach zegar na wieżę kościelną (82,8 złr + 50 złr za naprawę i zawieszenie). W 1897 roku gmina zapłaciła 2,5 złr za krzyż misyjny, na który drewno dębowe podarował Jakub Sikora z żoną.

Zdarzało się też wykorzystanie funduszu budowy kościoła do finansowania inwestycji o charakterze pośrednio kościelnym. Ten największy wydatek pozabudżetowy (700 złr) dotyczył budowy murowanego mostu koło kościoła, który był niezbędny do dowozu materiałów na budowę świątyni.

Drugim największym wydatkiem, nie ujętym w budżecie, był zakup w 1885 roku pola od Szymona Guzdka w celu powiększenia miejscowego cmentarza. Środki znów wzięto z funduszu budowy kościoła, a później zwrócono je przez powszechną zbiórkę po 10 krajcarów od mieszkańca parafii.

Dużym polem wydatków pozabudżetowych były próby ujarzmienia Choczenki. Rzeka regularnie niszczyła pola i drogi, przynosząc jednocześnie żwir przydatny do ich naprawy.

  • W 1891 roku nowo wybrana rada postanowiła zbudować kilka jazów na rzece, by zatrzymać spływ żwiru i wykorzystać go na drogi gminne oraz budowę mostków,
  • W 1903 roku przeznaczono 199 koron na umocnienie brzegów Choczenki i jej regulację w rejonie szkoły (Zagroda Wróblówka),
  • W 1889 roku uchwalono budowę mostku i szkarpki na Dąbrowszczyźnie (15 metrów długości, 2 metry szerokości),
  • W latach 1897–1898 wielokrotnie budowano i naprawiano drewniane ławy (kładki) przez Choczenkę – m.in. przy Zadorze, przy szkole, przy Bylicy i koło Wojciecha Styły.

Konsekwentnie poza budżetem rozwijano ochronę przeciwpożarową - już w listopadzie 1876 roku Rada przeznaczyła 81,41 złr jako zaliczkę na sikawkę, którą ostatecznie zakupiono rok później. W czerwcu 1896 roku uchwalono zakup 14 nowych osęk, a 1900 roku drugą sikawkę.

Gmina wspierała również działalność oświatową i kulturalno-rolniczą. W 1892 roku Rada Gminna przeznaczyła 2 złr na bursę dla ubogich uczniów wadowickiego gimnazjum, od 1900 roku regularnie płaciła 4 korony rocznie na Towarzystwo Ogrodnicze w Wadowicach, a w 1904 roku przekazała 2 korony na Towarzystwo Oświaty Ludowej w Krakowie.

W ten sposób w Choczni realizowano prawdziwy budżet, który tylko częściowo pokrywał się z tym, co formalnie uchwalano w urzędzie. Był to typowy kompromis między biurokratycznym porządkiem a chłopskim rozsądkiem.




czwartek, 29 stycznia 2026

Chocznianie w Austrii i Austriacy w Choczni w okresie galicyjskim

 

Dla wielu chocznian Austria nie była jedynie „zaborem”, lecz realną przestrzenią życiową, w której żyli, kształcili się, zakładali rodziny i umierali.

Pierwszym znanym Chocznianinem, który na dłużej przebywał w Austrii był Ignacy Wróblowski (ur. ok. 1793 w Dankowicach), syn choczeńskiego młynarza, który w latach 1820-22 studiował w Wiedniu w Augustineum - Wyższym Instytucie Kształcenia Księży Diecezjalnych. Niestety zmarł na gruźlicę przed święceniami.

Około 1852 roku Chocznianin Piotr Żak (ur. 1818), po zwolnieniu ze służby w 5. Pułku Szwoleżerów, zamieszkał w austriackiej miejscowości Fürstenfeld (w Styrii przy granicy z Burgenlandem), gdzie przez 35 lat pracował jako portier w lokalnej fabryce tytoniu. Działał aktywnie w miejscowym stowarzyszeniu weteranów, któremu zapisał w spadku 60 florenów. Ponieważ był powszechnie znany w Fürstenfeld i bardzo popularny, to na jego pogrzeb w dniu 9 czerwca 1887 przybyły tłumy osób, w tym także koledzy z pracy i weterani z muzyką i flagami.

W 1866 roku w wiedeńskim Szpitalu Wojskowym nr 11 zmarł Tomasz Styła (ur. 1841), żołnierz 13. Kompanii 56. Pułku Piechoty, ranny w bitwie pod Nachodem na froncie wojny austriacko-pruskiej. W tym samym roku w Bruck an der Leitha w Dolnej Austrii spoczął inny żołnierz 56. Pułku Piechoty – Jan Balon (ur. 1839), który zmarł na tyfus.

Kolejnym po Wróblowskim studentem teologii z Choczni na austriackiej uczelni był w 1881 roku Jan Guzdek (ur. 1857), edukujący się w Klagenfurcie.

Wieloletnią służącą w Austrii, według niepotwierdzonych wspomnień także w domu rodziców Adolfa Hitlera, była Wiktoria Spytkowska (ur. 1865).

Pod koniec XIX wieku, w 1898 roku, Benjamin Silberschütz (ur. 1874) ukończył czteroletni kurs w Teologicznym Seminarium Nauczycielskim dla Izraelitów w Wiedniu i zdał egzamin na nauczyciela religii w szkołach ludowych i powszechnych.

W 1905 roku kursów wieczorowy dla jednorocznych ochotników do armii c.k. w wiedeńskim Instytucie Friesza ukończył Szymon Rosenberg, syn choczeńskiej szynkarki.

Dwa lata później związek małżeński w Wiedniu zawarł stolarz Józef Widlarz (ur. 1869), który poślubił Annę z domu Krkoska.

W 1912 roku przed Sądem Rejonowym w Ried (Górna Austria) stanął wyrobnik Jan Gazda z Choczni (ur. 1890) pod zarzutem uchylania się od służby wojskowej. Gazda dotarł do Neuhofen koło Krems z Niemiec w sierpniu 1911 roku w poszukiwaniu pracy. Po ukończeniu 21 lat otrzymał wezwanie do poboru do armii c.k., lecz uchylał się od służby. Sąd skazał go na 14 dni aresztu w zawieszeniu.

W 1913 roku dzierżawcą kawiarni w Wiedniu był Georg Silbiger, wcześniej choczeński sklepikarz i producent mydła. Został ukarany grzywną 100 koron za tolerowanie w lokalu niedozwolonych gier hazardowych. Prawdopodobnie mieszkał z nim wtedy jego syn Zygmunt Silbiger (ur. 1894 w Choczni), wiedeński urzędnik bankowy w okresie międzywojennym.

Po wybuchu I wojny światowej w Wiedniu znaleźli schronienie wywodzący się z Choczni przedstawiciele żydowskiej rodziny Münz: Elvira Irena (ur. 1900), Dora (ur. 1895), Erich Aron (ur. 1894), Stefania (ur. ok. 1894) i Henryka (ur. 1888).

23 stycznia 1915 na wiedeńskim Cmentarzu Centralnym spoczął Karol Gawęda (ur. 1891), szeregowy 56. Pułku Piechoty, który po postrzale w miednicę przebywał w szpitalu w Wiedniu, gdzie zmarł na zapalenie opon mózgowych 20 stycznia

----

Bliskość Wadowic sprawiała, że austriaccy wojskowi, urzędnicy, handlarze i rzemieślnicy chrzcili w Choczni swoje dzieci i zawierali małżeństwa. Niekiedy również osiedlali się w niej na dłużej. Nie było to zjawisko masowe, ale wystarczająco zauważalne, by zostawić ślad w lokalnej pamięci, czy w aktach parafialnych.

W spisie choczeńskiej własności gruntowej z lat 1844-1852 widnieje znaczny majątek Tekli Letscher (16 morgów gruntu) i osobny Johana (Jana) Letschera o powierzchni nieco ponad 8 morgów, czyli łączna własność Letscherów w Choczni wynosiła wówczas 14 hektarów. Był to czwarty co do wielkości majątek ziemski w Choczni, po majątku sołtysim (Duninów), dworskim (Bobrowskich) i plebańskim. Niewiele przewyższał jednak największe majątki chłopskie (o 1-2 morgi). Posiadłość Letscherów była nazwana potocznie Lecierówka lub Leczerówka i obejmowała także dwa niesąsiadujące ze sobą domy o numerach 203 (Tekla) i 191 (Jan) w górnej części obecnej ulicy Zawale. Obcobrzmiące nazwisko Letscher przywędrowało w te okolice z austriackiego Voralbergu za sprawą Jana (Johana), męża Tekli, z zawodu cukiernika i piekarza. Mimo własności posiadanej w Choczni Letscherowie aż do 1858 roku chrzcili swoje dzieci w Wadowicach. Dopiero w 1859 roku odnotowano w Choczni zgon ich córki Ernestyny Letscher, a dwa lata później śmierć Jana.

W 1844 roku przyszedł na świat w Choczni Jan Jakub Hauer, nieślubny syn Jana Hauera i Wilhelminy z Pisarzewskich, a rok później jego siostra Adelina Wilhelmina Stefania. Jan Hauer senior, kapitan i wojskowy inspektor budowlany, miał austriackie pochodzenie po swoim ojcu Maksymilianie, drogomistrzu w Wadowicach.

Poprzez żonę i dzieci powiązany z Chocznią był inny oficer armii austriackiej - Georg Nicolaus Helm, który urodził się w niemieckiej rodzinie w Czechach. Helm poślubił w 1858 roku Emilię Kalikstę Dunin, córkę właściciela choczeńskiego Sołtystwa i miał z nią w Choczni troje dzieci: syna i dwie córki. Po śmierci Emilii w 1866 roku Georg Helm służył jako audytor sądów polowych w różnych garnizonach w obrębie monarchii austro-węgierskiej.

Austriakiem był również Leopold Schwarzmann (ur. około 1816 r.), choczeński sklepikarz i ojciec urodzonego w Choczni syna, który otrzymał po nim imię (1855). Leopold senior zmarł rok później, a pozostała w Choczni wdowa Johanna w 1858 roku wyszła drugi raz za mąż za Józefa "Brodę rectae Szczygiel", byłego żołnierza, nieślubnego syna Marianny Szczygiel z Olchowiec koło Sanoka.

Prawdopodobnie za Austriaka uważał się Andreas Zink z Prerova na Morawach, sklepikarz, podobnie jak Schwarzmann, który w 1836 roku ochrzcił w Choczni córki-bliźniaczki. Rok wcześniej mieszkał z żoną Teresą z domu Habermann w Bulowicach, gdzie urodziła się ich córka Matylda. Z tym rejonem (Bulowice, Kobiernice, Kęty) związane były też późniejsze losy Zinków (lata 50. XIX wieku).

Ostatnim faktem, o którym można tu wspomnieć (ale pierwszym chronologicznie) był chrzest w Choczni w 1821 roku Heinricha, syna Johannesa Kirschingera, medyka wojskowego z Wadowic. 

czwartek, 22 stycznia 2026

Emigracja z galicyjskiej Choczni do USA w liczbach

 Emigracja z Choczni do USA, tak samo zresztą jak sezonowe wyjazdy na "saksy", spowodowana była głównie względami ekonomicznymi. Przeludnienie wsi, skarłowacenie gospodarstw, słabo rozwinięty okoliczny przemysł, a więc brak możliwości godziwego zarobku na miejscu - wszystkie te czynniki skłaniały do wychodźctwa za lepszym chlebem. W 1898 roku ponad 500 osób z Choczni przebywało na robotach sezonowych  wspierając swoje rodziny kwotami od 300 do 500 złotych reńskich tygodniowo. W tym samym czasie zarobki na miejscu – przy pracach rolnych lub budowlanych wynosiło 35 centów dziennie, a w fabryce papieru w Wadowicach do 1 zł.

Dodatkowo na decyzję o wyjeździe mogły wpłynąć na przykład: chęć swobody i usunięcia się spod oka rodziców, czy proboszcza, przykład innych, którym powiodło się za granicą, a nawet nadzieja na łatwiejsze i lepsze wstąpienie w związki małżeńskie, czy też ucieczka przed wyrokiem sądowym, jak było w przypadku Chocznianina Władysława Komana. Werbunkiem emigrantów zainteresowani byli także pracodawcy za oceanem. Stąd wziął się rozwój biur pośrednictwa pracy i agencji emigracyjnych, których pracownicy dopuszczali się różnych nadużyć. W proces ułatwiania wyjazdów za granicę były zaangażowane także dwie osoby związane z Chocznią: agent emigracyjny Tomasz Płonka i Adolf Bichterle, były właściciel majątku sołtysiego w Choczni, który w 1907 roku był właścicielem agencji „Kancelaria podróży i pracy” w Dziedzicach.

Skala emigracji

W 1913 roku łączna liczba stałych wychodźców z Choczni wynosiła 800 (czyli o 100 więcej niż 6 lat wcześniej), a corocznie do pracy za granicę wyjeżdżało 700 Chocznian. Z okolicznych miejscowości więcej emigrantów zarobkowych odnotowano jedynie w Zawoi (2800), Krzeszowie (1500), Bulowicach i Mucharzu (po 1000), a mniej w ludniejszych od Choczni Wadowicach (500) i Andrychowie (400). Znaczna część z 800 wyżej wymienionych wychodźców przebywała w Stanach Zjednoczonych Ameryki, które były głównym celem emigracji zamorskiej (wyjazdy z Choczni do Kanady zaczęły się w okresie międzywojennym, a do Brazylii docierały tylko jednostki).

Na podstawie publicznie dostępnych amerykańskich zasobów archiwalnych – danych pasażerów statków przypływających do USA, spisów powszechnych, spisów poborowych, aktów urodzeń, małżeństw, zgonów i pochówków – liczbę emigrantów związanych z Chocznią można określić tylko w przybliżeniu. Wynika to z niekompletności tych zbiorów danych, a także powszechnej praktyki przekręcania imion i nazwisk emigrantów oraz miejscowości ich pochodzenia, co znacznie utrudnia poszukiwania. Ponadto miejscowość, w której urodzili się emigranci lub z której przybyli do Stanów Zjednoczonych była podawana tylko w części z wyżej wymienionych zasobów, a niektórzy chocznianie jako miejsce urodzenia wskazywali Wadowice.

Jeżeli wziąć pod uwagę jedynie dane pasażerów przypływających z Europy do Nowego Jorku, Bostonu, czy Baltimore i dane o emigracji ze spisów powszechnych, to udało mi się w nich odnaleźć 459 rekordów dotyczących osób związanych wcześniej z Chocznią, które wyemigrowały w okresie od 1887 do 1916 roku. Obejmują one 413 osób przyjeżdżających do USA tylko raz i 21 osób docierających tam dwa lub więcej razy (czyli łącznie 434 osoby).

Gdy zaś brać pod uwagę osoby, co do których udało się określić np. miejsce zamieszkania, zawód, obecność w spisach powszechnych, fakt urodzenia dzieci, zawarcia małżeństwa lub zgonu, czy pochówku to ich liczba wynosi 310. Tę drugą grupę można uznać za bardziej zakorzenionych emigrantów. Emigranci z drugiej grupy nie w każdym przypadku mają określony rok przyjazdu – występuje w niej też 26 osób, których brak w grupie pierwszej.

Istnieją także emigranci, nie figurujący w żadnej z tych dwóch grup, o których wyjazdach za ocean wiadomo na przykład z rodzinnych wspomnień, czy relacji.

Na określenie liczby emigrantów z Choczni mają również wpływ przyjęte założenia – czy należy do nich zaliczać wyłącznie osoby urodzone w Choczni, emigrujące z Choczni bez względu na pochodzenie, czy również byłych mieszkańców tej miejscowości, którzy w momencie decyzji o emigracji mieszkali gdzie indziej. Podane przeze mnie liczby dotyczą szerokiego rozumienia emigracji z Choczni, w oparciu o wszystkie wymienione kryteria, więc należy je rozumieć jako informacje o emigracji związanej z Chocznią, a nie o emigracji z Choczni.

Przebieg emigracji w czasie

Najwcześniejszym emigrantem z Choczni do USA według udokumentowanych źródeł był Franciszek Kręcioch, który dotarł tam w 1887 roku. Przed 1895 rokiem w Stanach Zjednoczonych pojawili się ponadto: Marianna Bryndza (w 1892 r.), Karol Wider (prawdopodobnie w 1892 r.), Aleksander Kobiałka (w 1892 r.), Wojciech Rokowski (w 1892 r.), Wojciech Kręcioch (w 1893 r.) oraz  Szymon Dąbrowski (w 1894 r.).

 Na podstawie zebranych danych można wyróżnić 4 fazy emigracji związanej z Chocznią w latach 1887-1918:

  • Faza pionierska (1887-1901), kiedy wyjazdy były pojedyncze i rozpoznawcze, z małym szczytem w 1897 roku;
  • Pierwsza fala masowa (1902-1907), w czasie której nastąpiła stabilizacja na poziomie kilkunastu osób wyjeżdżających rocznie;
  • Załamanie roku 1908 – tylko kilka wyjazdów, co mogło być spowodowane tak zwaną Paniką Bankową 1907 r., w wyniku której gospodarka amerykańska wpadła w recesję, a fabryki zwalniały ludzi. Jeżeli reakcją na te wydarzenia był drastyczny spadek wyjazdów, to świadczyłoby to o szybkim i sprawnym przepływie informacji między USA a Chocznią;
  • Gorączka emigracyjna (1909-1914) – szczególnie rekordowy był rok 1913 – w tym jednym roku wyjechał co piąty emigrant z Choczni. Można to określić także w inny sposób – w tymże roku z samej Choczni do USA wyjeżdżała średnio jedna osoba tygodniowo.

Z powodu wybuchu I wojny światowej począwszy od drugiej połowy 1914 roku emigracja ustała niemal całkowicie.

Analizując trend dekadowy widać aż 14-krotny wzrost intensywności wyjazdów  między ostatnią dekadą XIX wieku, a drugą dekadą XX wieku.

Miejsca zamieszkania

Na podstawie zebranych przeze mnie danych dotyczących 310 emigrantów można prześledzić główne kierunki i miejsca osiedlania się Chocznian w Stanach Zjednoczonych.

Rozmieszczenie według stanów:

Stan

Liczba emigrantów

Udział procentowy

Massachusetts

78

25,2%

Illinois

65

21,0%

Michigan

57

18,4%

Nowy Jork

47

15,2%

Pensylwania

28

9,0%

Minnesota

13

4,2%

Indiana

12

3,9%

Pierwszych pięć stanów w tabeli skupiało 86,3% wszystkich choczeńskich emigrantów. Widoczna jest dominacja Środkowego Zachodu (47,5% emigrantów) – region ten przyciągnął prawie połowę emigrantów, z Illinois i Michigan jako głównymi celami. Drugim biegunem osadnictwa była Nowa Anglia, a szczególnie stan Massachusetts, który mimo przynależności do mniejszego regionu, pojedynczo wyprzedził wszystkie inne stany.  Praktycznie brak jest wychodźców związanych z Chocznią w stanach południowych (wyjątkiem był Aleksander Kobiałka w Zachodniej Wirginii) i zachodnich (najdalej na zachód dotarł Józef Wider, osiadły w Dakocie Północnej).

Rozmieszczenie emigrantów w ważniejszych ośrodkach miejskich

Miasto

Liczba emigrantów

Udział procentowy

Chicago

48

15,5%

Detroit

46

14,8%

Holyoke w Mass.

41

13,2%

Nowy Jork

17

5,5%

Chicopee w Mass.

10

3,2%

South Bend w Indianie

9

2,9%

Streator w Illinois

8

2,6%

Buffalo

7

2,3%

Rochester w NY

7

2,3%


Chicago, Detroit i Holyoke to główne miejscowości, w których osiadali przybysze z Choczni. Prawie połowa całej choczeńskiej emigracji skupiła się w tych trzech ośrodkach i w Nowym Jorku (49%). Szczególnym fenomenem było niewielkie Holyoke w stanie Massachusetts, znane z przemysłu papierniczego i tekstylnego, które wraz z sąsiednim Chicopee przyjęło więcej chocznian, niż olbrzymie Chicago, czy Detroit

Struktura wiekowa

Wzmiankowany wcześniej Franciszek Kręcioch, Magdalena Ściera z Dąbrowskich i Elżbieta Cibor z domu Kręcioch byli  najwcześniej urodzonymi emigrantami – wszyscy troje przyszli na świat w Choczni w 1852 roku. W latach 50. XIX wieku urodzili się ponadto: Marianna Panek z domu Gancarz (1854), Franciszek Kręcioch (1857), Józef Guzdek (1858), Szymon Dąbrowski (1859), Wojciech Kręcioch (1859) i Wincenty Szklarski (1859 – w Zalasie).

Z ich grona pochodzą również najstarsi wiekiem emigranci. Magdalena Ściera w chwili dotarcia do amerykańskich brzegów miała rocznikowo 61 lat, Wincenty Szklarski 55 lat, a Elżbieta Cibor 50 lat. Natomiast najmłodsi emigranci nie ukończyli jeszcze 3 roku – byli to: Wiktoria Zając (ur. 1907),  Emilia Widera (ur. 1911) i Stanisław Guzdek (ur. 1911).

Średni wiek emigranta z Choczni wynosił 22,5 roku. Dominowali 20-latkowie (43,7%) przed nastolatkami (28,5%) i 30-latkami (15,1%). Ogółem w tych trzech przedziałach wiekowych mieściło się nieco ponad 87% wszystkich wyjeżdżających.

Płeć i stan cywilny

Spośród 310 emigrantów z grupy „zakorzeniowych” 171 osób było płci męskiej (55,2%) i 139 żeńskiej (44,8%). Natomiast w ówczesnym społeczeństwie choczeńskim te proporcje były inne – mężczyźni stanowili 46,8% mieszkańców, a kobiety 53,2%. To pokazuje, że emigracja chocznian do USA była zdominowana przez mężczyzn, którzy wyjeżdżali tam w poszukiwaniu pracy. Kobiety rzadziej emigrowały ze względu na tradycyjne role płciowe (opieka nad gospodarstwem, dziećmi i starszymi), większe trudności w podjęciu ciężkiej pracy fizycznej za oceanem, czy wyższe ryzyko samotnej podróży.

W gronie wyjeżdżających znajdowały się zarówno osoby stanu wolnego, jak i pozostające w związkach małżeńskich, posiadające już dzieci lub bezdzietne. W losowo wybranej 100-osobowej grupie emigrantów z Choczni przeważały osoby stanu wolnego (64) nad żonatymi/zamężnymi (36).

Działalność zawodowa

Głównym źródłem poznania zawodów przebywających w USA Chocznian płci męskiej są dane zawarte w ich kartach rejestracyjnych do poboru w armii amerykańskiej. Analiza zawodów wykonywanych przez emigrantów związanych z Chocznią daje jasny obraz charakteru tej emigracji. Była to przede wszystkim emigracja ludzi prostych, niewykształconych, podejmujących ciężką pracę fizyczną w fabrykach, kopalniach i warsztatach. Niemal jedna trzecia emigrantów (31,9%) wykonywała niskopłatne prace jako robotnicy niewykwalifikowani. Wraz z operatorami maszyn i pracownikami przemysłu przetwórczego, sektor przemysłowy zatrudniał ponad połowę emigrantów z Choczni. Wśród nich byli także pracownicy fabryk samochodów, czyli nowoczesnej gałęzi przemysłu: Walenty Garżel, Antoni Gzela i Antoni Łopata w zakładach Forda, Wojciech Rokowski – Buicka, a Józef Stuglik – Studebakera.

Mimo że Chocznia była wsią rolniczą, jedynie 5,2% emigrantów kontynuowało pracę na roli w Ameryce. Większość wybrała zatrudnienie w przemyśle wielkich miast przemysłowych Wschodniego Wybrzeża i Wielkich Jezior. Tradycyjne rzemiosło stanowiło istotny segment zatrudnienia (12,1%). Na liście poborowych znajdujemy: stolarzy (4), piekarzy (3), rzeźników (3), krawców (2) i murarza (1). Konkretnych umiejętności technicznych wymagały zawody wykonywane przez mechaników (5) i ślusarzy (4) i elektryka (1). Pięciu chocznian znalazło zatrudnienie w służbach miejskich i porządkowych (strażacy, strażnik przemysłowy i porządkowy). Również 5 emigrantów z Choczni pracowało w usługach (sklepikarze/sprzedawcy, kelner i szofer). Trzej ujęci w zestawieniu górnicy wydobywali surowce w Pensylwanii (Gallitzin) i Wirginii Zachodniej. Jednocześnie widzimy wyraźną ścieżkę awansu u części osób: z prostego „robotnika” na operatora maszyn, mechanika, brygadzistę (Piotr Góralczyk), a nawet asystenta inżyniera czy kierownika sprzedaży (Arnold Schmeidler). To pokazuje, że chocznianie nie tylko „harowali”, ale też dość szybko się kwalifikowali. Potwierdza to obecność na liście dwóch studentów - Maurycego Dunaja z New York College i Józefa Wcisły z jezuickiego Kolegium Ignacego Loyoli w Chicago – Wydziału Sztuk i Nauk. Absolutną elitę wśród zatrudnionych stanowili: ksiądz Jan Guzdek, proboszcz parafii Browerville w Minnesocie, który wcześniej studiował teologię na St. John’s University w Collegeville i w Seminarium św. Pawła w Minnesocie oraz nowojorski dentysta Izydor Schmeidler, który w 1914 r. uzyskał tytuł doktora na Nowojorskim Uniwersytecie Stanowym.

Spośród stających do poboru zaledwie ośmiu (7%) pracowało na własny rachunek, jako rolnicy (Franciszek Romańczyk, Józef Skoczylas, Józef Wider, Wojciech Bryndza) i rzemieślnicy lub drobni przedsiębiorcy (krawcy Stanisław Bandoła i Wacław Szczur, rzeźnik Stanisław Sikora, sklepikarz Piotr Ciejek), a jeden poborowych był bezrobotny (Jan Burzej).

Na liście poborowych nie ujęto dwóch pozostałych księży związanych z Chocznią – Szymona Dąbrowskiego i Franciszka Taborskiego, Wojciecha Kręciocha, prowadzącego sklep detaliczny w Fall River i jego bratanka Józefa Kręciocha, który podczas krótkiego pobytu w Detroit studiował w katolickim Seminarium Klasycznym św. Cyryla i Metodego i pracował jako sekretarz notariusza.

Jeżeli chodzi o kobiety – emigrantki z Choczni, to ustalenie ich zawodów w tym okresie nie jest łatwe. Te z nich, które ujęto w spisie powszechnych z 1910 roku były robotnicami, lub prowadziły gospodarstwo domowe. Znamienny jest przykład Marianny Kręcioch, która od 14 roku życia pracowała w fabryce. Do wyjątków można zaliczyć Franciszkę Bylica (ur. 1894), która po przyjeździe do USA w 1912 roku wstąpiła do zakonu sióstr franciszkanek

Przynależność etniczna

Rubryki formularza karty rejestracyjnej amerykańskich poborowych zawierały również pytania o ich status obywatelski: czy dana osoba była obywatelem USA (native born), naturalizowanym (naturalized), czy cudzoziemcem (alien). Jeśli cudzoziemcem – czy złożyła deklarację chęci bycia obywatelem (first papers) oraz jakiego państwa obywatelem jest aktualnie. W przypadku chocznian co piąty poborowy (dokładnie 21%) podawał, że uzyskał już obywatelstwo amerykańskie, a 79% uważało się za cudzoziemców, choć część z nich złożyło już deklarację chęci bycia obywatelem. Z kolei na pytanie o kraj aktualnego obywatelstwo padały następujące odpowiedzi: Polska (10,5%), Austria/Polska (16,7%), Austro-Węgry/Polska (1%), Niemcy/Polska (1%), Rosja/Polska (3,5%), Austria (45,6%), Austro-Węgry (3,5%), Rosja (1%), USA (1%).

Zwraca uwagę fakt, że prawie co trzeci poborowy z Choczni (32,5%) podawał jako jedyne lub łączone obywatelstwo państwa, które nie istniało od ponad 100 lat (czyli Polski).

Wśród poborowych znalazło się sześć osób (Henryk i Maurycy Dunajowie, Józef Goldberger, Edward Rosenberg, Arnold i Izydor Schmeidlerowie) z choczeńskiej społeczności żydowskiej, a według Ellis Island Fundation należeli do niej także: pozostali członkowie rodziny Dunaj (Emmanuel, Fanny, Róża i Regina).

W kontekście etniczności interesujące były losy Ferdynanda Brandstättera, murarza z Moraw, który założył rodzinę w Choczni, a w 1913 roku wyemigrował z Wadowic do stanu Pensylwania. W amerykańskim federalnym spisie  ludności z 1930 roku podawał, że przed przyjazdem do Ameryki posługiwał się w domu językiem polskim.