W galicyjskiej Choczni
służba stanowiła jedną z najliczniejszych warstw społecznych. Setki jej mieszkańców
tej zarabiało na życie jako parobkowie, służący, woźnice czy pasterze,
zatrudniani zarówno w lokalnych gospodarstwach, jak i w odległym Krakowie, a
nawet poza granicami Galicji.
Już w pierwszej
połowie XIX wieku źródła parafialne i gminne odnotowują obecność licznej grupy
służących wśród mieszkańców Choczni. W 1806 roku podczas epidemii tyfusu zmarł
12-letni Jan, służący u Klemensa Wójcika,[1]
a w 1820 roku wśród osób wnoszących zwyczajowy dar za przywilej przebywania na
chórze podczas mszy świętej znalazł się Maciej Janczakowski, sługa bogatego
gospodarza Jana Ścigalskiego.[2]
Samo pojawienie się nazwiska służącego w tym kontekście pokazuje, że
przynajmniej część tej grupy społecznej mogła aspirować do pewnego miejsca w
lokalnej hierarchii.
Szczególnie
cenne są zapisy z Księgi Towarzystw Trzeźwości i Wstrzemięźliwości, które
pozwalają poznać imiona i nazwiska konkretnych służących. W 1844 roku do tych Towarzystwa
przystąpili służący: Mateusz Graca, Jędrzej Sabuda, Bartłomień Cibor, Antoni
Sabuda i Franciszek Hanusiak. Rok później dołączył do nich Franciszek Wyka. W
latach sześćdziesiątych XIX wieku szeregi członków Towarzystwa zasilili kolejni
służący: w 1862 roku Tomasz Wójcik, rok później Michał Kręcioch, a w 1864
Wojciech Bielański.[3]
Życie służących
bywało krótkie i pełne niedostatku. W 1847 roku zmarł w Choczni służący
Franciszek Pawlica z Inwałdu oraz Franciszek Wyka z Gorzenia – ten sam, który
zaledwie dwa lata wcześniej przystąpił do Towarzystwa Trzeźwości.[4]
Władze
galicyjskie i lokalny samorząd dostrzegały potrzebę regulacji prawnej statusu
służących oraz ich ochrony przed najgorszymi formami wyzysku. W 1867 roku
władze zwierzchnie zalecały utworzenie w Choczni kasy oszczędności dla
służących, która mogłaby stanowić dla nich wsparcie w chorobie czy zubożeniu.[5]
Tego samego roku, na siódmym posiedzeniu Rady Gminnej w dniu 30 czerwca,
ustanowiono Regulamin Gminny zawierający przepisy policyjne obowiązujące na
terenie gminy. Szczególną uwagę poświęcono w nim kwestii służby najemnej.
Obowiązkiem mieszkańców było zgłaszanie w ciągu trzech dni do zwierzchności
gminnej pobytu obcych służących nieposiadających książeczek służbowych.
Książeczka służbowa stanowiła w ówczesnym systemie prawnym podstawowy dokument
tożsamości osób zatrudnionych jako służba domowa – jej brak wzbudzał
uzasadnione podejrzenia co do uczciwości danej osoby.
Z kolei Punkt
39. Regulaminu dotyczył stosunków między pracodawcami a służbą najemną i
zawierał dwa istotne zakazy: namawiania służących do podjęcia pracy przed 15
listopada oraz wydalania ich z pracy, gdy ustaną pod jesień paść bydło.[6]
Przepisy te odzwierciedlały specyfikę wiejskiego rynku pracy, opartego na
rocznym cyklu zatrudnienia, rozpoczynającym się tradycyjnie w dniu świętego
Marcina, czyli 11 listopada, lub w jego okolicach. Namawianie służących do
wcześniejszej zmiany pracodawcy zakłócało ten ustalony porządek i mogło
prowadzić do zrywania umów w trakcie ich obowiązywania. Zakaz wydalania
służących po zakończeniu sezonu pastwiskowego chronił pracowników przed
pozbawieniem ich zatrudnienia i dachu nad głową w przededniu zimy.
Mimo tych
regulacji ochronnych, problemy na rynku pracy służących wcale nie ustały. Wręcz
przeciwnie – pod koniec wieku nasiliły się do tego stopnia, że wymusiły
interwencję Rady Gminnej. W 1891 roku podjęto uchwałę dotyczącą bardzo
konkretnego problemu: samowolnego porzucania pracy przez służących oraz
odpowiedzialności gospodarzy, którzy takich zbiegów przyjmują. Relacje
między służbą a gospodarzami regulowała wówczas tzw. Ustawa Służebna, a lokalne
rady gminne doprecyzowywały ją, by ukrócić chaos na rynku pracy, szczególnie
przed końcem roku.
Uchwała
przewidywała kary za porzucenie służby przed terminem, czyli przed upływem
sześciu tygodni przed końcem roku służby. Służący, którzy brali zadatek –
zaliczkę na poczet przyszłej pracy – a potem porzucali służbę bez słusznej
przyczyny, podlegali karze. Co jednak szczególnie istotne, Rada Gminna chciała
ukarać także gospodarzy, którzy przyjmowali do służby osoby zbiegłe od
innego gospodarza przed rozwiązaniem ich poprzedniego stosunku pracy. Zarówno
służący, jak i nowi gospodarze mieli być karani grzywną w wysokości od 1 do 5
złotych reńskich. Pieniądze z tych grzywien przeznaczano na ubogich –
była to powszechna praktyka w Galicji, gdzie kary administracyjne zasilały
fundusz ubogich danej gminy. W sporach o zadatek rolę arbitra pełnił wójt,
który rozstrzygał, czy doszło do złamania prawa gminnego.[7]
Ten zapis
świadczy o tym, że w Choczni pod koniec XIX wieku istniał duży problem z tzw.
podkupywaniem służby lub jej ucieczkami. Gospodarze byli zdesperowani, by
utrzymać ręce do pracy, a służący często szukali lepszych warunków, nie
zważając na zawarte umowy. Rada Gminna, wprowadzając kary finansowe, próbowała
wymusić lojalność i porządek prawny w relacjach pan-sługa. Regulacja ta ujawnia
istotny aspekt społeczny galicyjskiej wsi – obecność warstwy ludzi najemnych,
których sytuacja ekonomiczna była na tyle niepewna, że wymagała ochrony prawnej
przed wyzyskiem ze strony zamożniejszych gospodarzy.
Konkretne losy poszczególnych służących z Choczni pokazują różnorodność ich karier życiowych. Ludwik Ramza w 1889 roku pozostawał w służbie u starosty Dunajewskiego w Żywcu[8] – była to zapewne prestiżowa posada u wysokiego urzędnika administracji austro-węgierskiej. Antoni Romańczyk (ur. 1839), rozpoczął karierę jako służący, ale udało mu się awansować społecznie – został kupcem solnym w Krakowie i zamieszkał przy ulicy Garncarskiej. Ten przykład pokazuje, że dla niektórych służba była jedynie etapem na drodze do lepszego życia. Inny przedstawiciel tego rodu - Piotr Romańczyk (ur. 1879 w Inwałdzie), przez wiele lat pracował jako woźnica hrabiego Adama Romera. Zamieszkiwał w domu Romera w Nowym Jiczynie oraz w dworze w Inwałdzie, gdzie spędził znaczną część swojego życia u boku arystokratycznej rodziny.[9] Służącym w choczeńskim dworze sołtysim w 1871 roku był pochodzący spod Bańskiej Bystrzycy na Słowacji Wojciech Woryś.[10]
Niektórzy
choczeńscy służący związali swoje życie z instytucjami kościelnymi. Józef
Kręcioch (ur. 1869), przez 30 lat pracował w gospodarstwie rolnym klasztoru
ojców karmelitów w Wadowicach. Gdy zmarł, został pochowany w kwaterze
klasztornej na cmentarzu parafialnym w Wadowicach[11]
– ten szczególny przywilej świadczy o tym, że był ceniony przez zakonników i
traktowany niemal jak członek wspólnoty. Z kolei Ignacy Nowak (ur. 1867) w 1910
roku był służącym u bonifratrów w Krakowie.[12]
W Krakowie służył w tym czasie również Ludwik Szczepaniak, a w Białej
Józef Pindel (ur. 1888).[13]
Nierzadko całe
rodziny wchodziły na drogę służby – przykładem może być zapis w aktach
spadkowych zmarłego w 1906 roku Józefa Widlarza, z którego wynika, że obaj jego dorośli bracia
byli służącymi: Piotra Widlarz u Franciszka Malaty, a Franciszek Widlarz u
Ludwika Malaty, brata ww. Franciszka.[14]
Najcenniejszym
źródłem do poznania codziennego życia służących są wspomnienia Józefa Sępka,
który w przejmujący sposób opisał swoje doświadczenia jako dziecko-służący.[15]
Józef miał zaledwie około 11 lat, gdy bieda zmusiła go do podjęcia pracy. Jego
ojciec pracował poza domem i nie wspierał rodziny finansowo. Gdy matka robiła
mu wyrzuty, że zapomina o dzieciach, które cierpią głód, odpowiadał, że dzieci
niech idą służyć, że on od sześciu lat służył. Jako pierworodny Józef Sępek
rozpoczął iście krzyżową drogę, jak sam ją nazywał. Z początku uciekał
ze służby do domu, ale to nic nie pomagało – trzeba było zostać. Gospodyni
posyłała go do szkoły tylko dwa razy w tygodniu, ot tak aby kary tylko za
mnie nie zapłacić. Trzeba było pracować, a nie uczyć się. Chociaż formalnie
miał tylko paść krowy, w rzeczywistości był do wszystkiego. Jako uposażenie
miał otrzymać 25 reńskich na rok. Miał straszny kłopot z czterema krowami,
które musiał paść na powrozie, gdyż pastwisk było niewiele – tylko wzdłuż drogi
polnej, po której obu stronach rosły ziemniaki i zboże.
Dzień pracy
zaczynał się o trzeciej rano. We znaki dawało się szczególnie noszenie wody w
drewnianych konewkach, które próżne były ciężkie, a co dopiero z wodą. Mozolne
było także mielenie zboża na żarnach dla świń i na mąkę na chleb. Zimą, oprócz
tego, musiał wstawać wcześnie rano i iść młócić zboże w stodole razem z
dorosłymi parobkami wynajętymi do tego celu. Zamiast pieniędzy za jego pracę
matka pobierała zwykle na przednówku żyto lub ziemniaki, których brakowało dla
wyżywienia reszty rodzeństwa, a on sam musiał chodzić w łachmanach.
Józef Sępek ze
smutkiem konstatował: Ileż to dzieci dziś żyje w podobnych warunkach, a może
w jeszcze gorszych. Co za piękna rola humanitaryzmu byłaby do spełnienia i ile
łez przez to można by obetrzeć! Te same koleje przeszli jego dwaj młodsi
bracia. Gdy tylko trochę odrośli, musieli i oni iść na służbę, nie skończywszy
nawet szkoły. Józef uważał się za szczęściarza, ponieważ ukończył wszystkie
cztery klasy szkoły ludowej.
Wspomnienia
Sępka pokazują, że mimo regulacji prawnych i deklarowanych troski władz o los
służących, rzeczywistość była brutalna. Dzieci w wieku szkolnym musiały
pracować ponad siły, pozbawione możliwości edukacji i normalnego dzieciństwa.
System służby opierał się na wykorzystywaniu najsłabszych – ubogich rodzin,
które nie mogły wyżywić swoich dzieci, oraz samych dzieci, które za ciężką
pracę otrzymywały jedynie wyżywienie, często nawet nie w postaci pieniędzy, ale
produktów żywnościowych przekazywanych rodzicom.
[1] Liber
Mortuorum I 1806 s. 74-77
[2] Kronika
Parafialna s. 14
[3] Archiwum
Parafialne w Choczni, Księga Towarzystw Trzeźwości i Wstrzemięźliwości
[4] Liber
Mortuorum II 1847 s. 126, 114
[5] Księga
Protokołów Posiedzeń Gromadzkich s. 10
[6] Księga
Protokołów Posiedzeń Gromadzkich s. 11-12
[7] Księga
Protokołów Posiedzeń Gromadzkich s. 166
[8] Protocollum
Gestorum 1872-90, wpis z 12.05.1889
[9] P.
Malata, W Choczni i z Choczni. Kto był kim? s. 274, 276, 178
[10] Liber
Baptisorum V wpis z 21.12.1871
[11] P.
Malata, W Choczni i z Choczni. Kto był kim? s. 178
[12] AN w
Krakowie, Spis ludności miasta Krakowa z r. 1910 syg. 29/90/0
[13] P.
Malata, Dzieje dawnych choczeńskich rodów, s. 220
[14] AP w
Katowicach o. w Bielsku-Białej, C.K. Sąd Powiatowy w Wadowicach, Akta
pertraktacji spadkowej po Józefie (Józef) Widlarz z Choczni syg. 13/667/0/2.4/443
[15] J.
Turała, Kronika wsi Chocznia t II cz I r. 24
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz