Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaczyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaczyna. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 maja 2026

Kim był twórca ołtarza w Choczni?

Na stronie parafii choczeńskiej w zakładce historia można przeczytać: 

Kronika parafialna wzmiankuje, że w r.1787 na uroczystość odpustową św. Jana Chrzciciela wystawił -Jan Lewicki, stolarz polański, ołtarz nowy za cenę 500 złp.

Z innych źródeł wiadomo, że wymieniony wyżej barokowy ołtarz znajduje się obecnie w kaplicy pw. św. Małgorzaty w Kaczynie.

W świetle zapisu, na który powołuje się autor historii parafii, sprawa autorstwa ołtarza wydaje się jednoznacznie wyjaśniona. Właściwie należałoby ustalić tylko, z jaką Polanką powiązany był ów Jan Lewicki - czy chodziło o okoliczną Polankę Wielką, Polankę Haller, Polankę koło Myślenic, czy inną miejscowość noszącą tę popularną nazwę.

Tymczasem uważna lektura zapisu w Kronice Parafialnej nasuwa pewne wątpliwości. 

Zastanawia na przykład, dlaczego wzmianka z 1787 roku o wykonaniu ołtarza znalazła się między wcześniejszymi informacjami z 1805 roku i późniejszymi z 1808 roku, czyli nie została zachowana kolejność chronologiczna zapisów. W archiwalnych materiałach z Choczni takie niekonsekwencje jednak zdarzają się, na przykład w Księgach Sądowych pewnych notatek dokonywano po prostu w wolnym miejscu, nie przejmując się kolejnością.

Sprzeczność można odkryć dopiero w kompletnym zapisie o obchodach święta patrona parafii w 1787 roku, który brzmi:

Na to święto wystawił ołtarz nowy Jan Lewicki ku chwale Pana stolarz Polański, który  z pobożności zapłacił Jaśnie Wielmożny Wincenty Bobrowski, kolator łaskawy, wyliczywszy reńskich 500.

I nie chodzi tu o to, że Lewicki otrzymał 500 złotych reńskich, a nie polskich, czyli 4 razy więcej. To po prostu błąd, czy nieuważność.

Sprzeczność tkwi natomiast w zestawieniu daty 1787 i osoby kolatora Wincentego Bobrowskiego.

W 1787 roku Bobrowski nie miał nic wspólnego z Chocznią, z wyjątkiem osoby swojego wuja Jana Biberstein Starowieyskiego, ówczesnego właściciela wsi i kolatora, czyli osoby mającej wpływ na obsadę probostwa.

Jeżeli więc Lewicki otrzymał 500 złotych reńskich od Bobrowskiego, to nie mogło stać się to w 1787 roku.

Powiększenie zeskanowanej strony z Kroniki Parafialnej pozwala zauważyć, że na pierwszych dwóch cyfrach z daty rocznej 1787 znajduje się jakby plama lub kleks z atramentu, trzecia cyfra (8) sprawia wrażenie przerabianej/poprawianej, a pewna jest tylko ostatnia cyfra (7). Wygląda to tak, jakby autor zapisu próbował przekreślić pierwsze dwie cyfry i zmienić trzecią z 8 na 0. To sugeruje, że prawdopodobnie chodzi tu o datę 1807, a nie 1787, która jest zgodna chronologicznie z wcześniejszymi i późniejszymi wzmiankami oraz nie budzi wątpliwości co do osoby kolatora - hrabia Wincenty Bobrowski w 1807 roku był następcą wuja jako właściciel wsi i kolator.

Oczywiście bardziej logiczne jest, że nowy ołtarz zamówiono po wybudowaniu nowego kościoła, czyli w 1807 roku, a nie w 1787 roku, gdy poprzedni kościół chwile świetności miał za sobą i należało myśleć o budowie nowej świątyni, a nie inwestycjach w ołtarz.

Dokładnego przyjrzenia się wymaga także nazwisko twórcy ołtarza. Dokonujący zapisów ks. proboszcz Majeranowski zapisywał tak samo L i Ł, więc mogło równie dobrze chodzić o Łewickiego. Kolejne litery po L lub Ł zapisane są niewyraźnie, ale moim zdaniem drugą literą z pewnością nie jest e. Gdyby przeanalizować charakter pisma ks. Majeranowskiego, to zamiast "e" zapisał on "a".

Mamy więc Jana Ławickiego, a nie Lewickiego, co wiele zmienia.

O ile w żadnym znanym mi zapisie metrykalnym nie występuje Jan Lewicki powiązany z jakąkolwiek Polanką, to przy Janie Ławickim mamy "trafienie".

Otóż w 1801 roku 41-letni stolarz i kawaler Jan Ławicki poślubił w Polance Wielkiej Agnieszkę z Dobrowolskich, a w 1803 roku ochrzcił tamże syna Walentego.

Istniał w takim razie Jan Ławicki, stolarz polański (mieszkaniec Polanki Wielkiej w 1803 roku), który w 1807 roku mógł zainkasować 500 złr. za wykonanie ołtarza dla nowego kościoła w Choczni.

Co ciekawe, istnieje także kolejny dowód na powiązanie z Chocznią Jana Ławickiego, a nie Jana Lewickiego. W pierwszej Księdze Zmarłych z lat 1784-1839 odnotowano, że 22 lipca 1830 zmarł w Choczni 75-letni arcularius (cieśla/stolarz) Jan Ławicki, mieszkaniec środkowej części wsi (przy obecnej ul. Głównej) i wdowiec.

To nie może być przypadek, autor ołtarza dla kościoła w Choczni najprawdopodobniej mieszkał pod koniec życia właśnie w tej miejscowości.

Oczywiście pozostają małe wątpliwości - nie zgadza się się data urodzenia obliczona według metryk z Polanki (1760) i z Choczni (1755), ale to w tamtych czasach niemal norma - w metrykach zgonów podawano wtedy bardzo przybliżony wiek, dlatego bardziej prawdopodobna wydaje się roczna data urodzenia około 1760 roku.

Niestety w metrykach z Polanki Wielkiej nie znalazłem żadnego Jana Ławickiego, ani osoby nazywającej się podobnie, która urodziłaby się około 1760 roku, ani w całym XVIII wieku.

Miejsce urodzenia polańskiego twórcy ołtarza w Choczni (obecnie w Kaczynie) pozostaje nieznane.

Ponieważ ołtarz Ławickiego wykazuje duże walory artystyczne, to biorąc pod uwagę jego późne miejsce zamieszkania, można go zaliczyć do grona twórców powiązanych z Chocznią.




poniedziałek, 26 sierpnia 2024

Zabawa w Kaczynie, która skończyła karierę choczeńskiego milicjanta (1954)

 

13 lipca 1954 awansowany właśnie na stopień chorążego milicjant A. przyjechał na urlop do rodzinnej Choczni. Dziewięć dni później zostawił żonę w domu swoich rodziców, by udać się na rowerach wraz ze szwagrem K. do Kaczyny, gdzie K. zamówił drewno na budynek gospodarczy. Akurat tego dnia obywała się w tamtejszym Domu Ludowym zabawa z okazji 22 lipca, czyli największego święta państwowego w PRL. Ponieważ A. i K. nie zastali w domu osoby, u której K. zamówił budulec, to udali się w jej poszukiwaniu właśnie do Domu Ludowego. Tam również jej nie znaleźli, ale spotkali na zabawie kilku znajomych z Choczni. Między 20.00 a 23.30 wypili w czwórkę pięć ćwiartek wódki i po kilka kufli piwa. Około północy, gdy zabawa dobiegała końca, A. i K. wyszli na zewnątrz. K. udał się po zostawione w sąsiedztwie rowery, a A. właśnie wtedy zauważył niedaleko Domu Ludowego wymiotującą kobietę. Podszedł do niej i śmiejąc się zapalił zapałkę, by lepiej się jej przyjrzeć. To nie spodobało się koleżance wymiotującej (S.), która zwróciła mu uwagę, że nie ma się tu z czego śmiać i powinien zgasić zapałkę. Ta uwaga zdenerwowała nietrzeźwego A. Podbiegł za odchodzącą S. i kopnął ją w pośladek. Zaskoczona jego ordynarnym zachowaniem S. rozpłakała się i wróciła do Domu Ludowego w poszukiwaniu swojego ojca. Po drodze spotkała swojego kolegę M., któremu opowiedziała o całym zajściu. Ten poszedł na miejsce zdarzenia, gdzie zauważył dwóch nieznanych sobie mężczyzn (K. dołączył już do A.). W chwilę potem dotarła tam cała grupa młodych mężczyzn z Kaczyny, zaalarmowanych przez S. Dwóch spośród nich – L. i O. podeszli jeszcze bliżej i zapytali A., dlaczego napastował niewinną kobietę. A. zwymyślał ich „używając słów powszechnie uważanych za obraźliwe”, zagroził, by się do niego nie zbliżali, bo wyciągnie pistolet, po czym znienacka uderzył O. pięścią w twarz, a L. w głowę. Wtedy pozostali miejscowi mężczyźni rzucili się na niego, wywrócili go na ziemię i obezwładnili. Następnie zaciągnęli go na salę taneczną, by w świetle zorientować się, z kim mają do czynienia. Zakrwawiony A. oprzytomniawszy nieco wykrzykiwał, że jest milicjantem i mają mu natychmiast oddać broń, którą stracił w szamotaninie. Miejscowy sołtys J. wsiadł na rower i pojechał na posterunek MO, by zameldować o całej awanturze i poprosić o wylegitymowanie A. oraz wyjaśnić sprawę zaginięcia broni palnej. Broni tej bezskutecznie poszukiwał na podwórzu K., ale odnalazł tylko poszarpaną marynarkę A. i magazynek z amunicją. Po przybyciu oficera dyżurnego z Komendy Powiatowej MO w Wadowicach wszczęto oficjalne dochodzenie. Nie zdołano jednak ustalić, kto rozbroił A. i przywłaszczył sobie jego pistolet. Sam A. został doprowadzony do komendy w Wadowicach. Zajście było szeroko komentowane przez mieszkańców Kaczyny. Panowała powszechna opinia, że dobrze się stało, że ktoś odebrał broń A., bo gdyby ten zaczął rzeczywiście strzelać, mogłoby dojść do tragedii. Wstępnie przesłuchany chorąży A. nie przyznał się do swojego chuligańskiego zachowania. Twierdził, że niesłusznie jest podejrzewany o kopnięcie S., zaś pistolet odebrano mu, gdy leżał na ziemi w trakcie bójki i nie jest w stanie wskazać, kto tego dokonał. Część winy zrzucono przy tym na szefa A., porucznika Z., który nie dopilnował oddania broni przed pójściem A. na urlop. Przy wyznaczeniu kary dla A. brano natomiast pod uwagę, że:

- był on już karany dyscyplinarnie za samowolne oddalanie się ze służby i romans z „elementem niepewnym politycznie” (żoną jednego z członków grupy zbrojnej Mieczysława Spuły „Felusia”), ale poręczyła wówczas za niego macierzysta organizacja PZPR,

- całego zajścia nie udało się zawczasu wyciszyć i było ono szeroko omawiane w całej okolicy,

- awantura wywołana przez A. miała miejsce akurat w najważniejsze święto PRL,

- był to już w krótkim czasie piąty przypadek utraty broni służbowej przez milicjanta z woj. Krakowskiego.

Ostatecznie komendant wojewódzki MO w Krakowie postanowił wydalić A. ze służby w MO, pozbawić praw nabytych i ukarać 14-dniowym aresztem, a także wszcząć postępowanie sądowe, którego finałem miał być pokazowy proces.

W trakcie formalnego dochodzenia O., L., M. i inni uczestnicy bójki potwierdzili przedstawiony wyżej przebieg wydarzeń, doprecyzowali pewne szczegóły, ale żaden z nich nie wiedział, co się stało z pistoletem A. Okazało się także, że świadkiem prawie całego zdarzenia był milicjant P. z jednej z komend wojewódzkich, który przyjechał do Kaczyny na urlop i twierdził, że stanął w obronie bitego A., ale sam został przez to poturbowany – oberwał kuflem w głowę i otrzymał kilka kolejnych uderzeń w twarz. Dochodzenie wykazało jednak, że P. będąc pod wpływem alkoholu nie zapamiętał dokładnie, co się wówczas działo. Rzeczywiście wdał się tamtego wieczoru w bójkę z miejscowymi, ale stało się to jeszcze przed zajściem z A. Część świadków wskazywała, że to on właśnie przechowywał pistolet odebrany A. P. zdecydowanie temu zaprzeczył.

23 sierpnia prowadzący śledztwo oficer postanowił je umorzyć. Wskazał, że zła wola sprawcy (A.) była nieznaczna i bezcelowym jest wszczynać proces sądowy, skoro A. poniósł już konsekwencje dyscyplinarne.

Część z podanych wyżej informacji została odtajniona przez policję dopiero w tym roku.

Z uwagi na to, że niektórzy uczestnicy i świadkowie tej awantury sprzed 70 lat jeszcze żyją, nie podaję w artykule pełnych danych osobowych.

poniedziałek, 19 kwietnia 2021

Poświęcenie krzyża na Gancarzu w 1931 roku

Ukazująca się w Cieszynie "Gazeta Rolnicza" w wydaniu z 31 sierpnia 1931 roku zamieściła relację z poświęcenia krzyża na Gancarzu- najwyższym wzniesieniu parafii choczeńskiej:

Wielkie uroczystości na górze "Gancarz"

Kaczyna. W naszej małej wiosce obchodzono wielką uroczystość na górze "Gancarz". Ponieważ drewniany krzyż na wierzchołku tej góry potrzaskały burze i pioruny (podobno 3 lata wcześniej- uwaga moja), przeto znaleźli się ofiarodawcy, którzy sprawili nowy krzyż żelazny. Na uroczystość poświęcenia tego krzyża zjechali się przedstawiciele społeczeństwa z różnych organizaycyj, a nawet rząd był reprezentowany przez komisarza gminnego Bursztyńskiego, byłego wachmistrza austrjackiej żandarmerji. Ludzi przybyło też sporo, bo przy sposobności modlitwy można było zażyć rozkoszy górskiej wycieczki. Pogoda dopisała, ludzie się modlili i cieszyli, dopiero gdy ks. proboszcz Kmiecik, znany egzekutor kollektowy i tam na Gancarzu swoim zyczajem zarzadził kollektę, zepsuło to ludziom humor, zmąciło poważny nastrój uroczystościowy i wypędziło ludzi do domów.

Tytułem uściślenia należy dodać, że wspomniany w relacji ks. Józef Kmiecik nie był proboszczem, lecz wikariuszem w parafii choczeńskiej w latach 1925-1932. Podczas uroczystości poświęcenia krzyża na Gancarzu zastępował ks. proboszcza Józefa Dunajeckiego, który miał już wtedy 75 lat i niedomagał na zdrowiu. Natomiast Tomasz Bursztyński, druga postać wymieniona przez korespondenta "Gazety Rolniczej", rzeczywiście był emerytowanym wachmistrzem austriackiej żandarmerii pochodzenia ukraińskiego. Trudno go jednak uznać za reprezentata rządu, jak napisano, czy nawet jakiegoś miejscowego samorządu - był jedynie zarządcą komisarycznym choczeńskiej gminy w latach 1929-1931, do której nie należał przecież wierzchołek Gancarza, usytuowany na granicy Rzyk i Kaczyny. 

Bardziej szczegółowe sprawozdanie z poświęcenia krzyża na Gancarzu w 1931 roku znalazło się w pamiątkowym dokumencie, przechowywanym w choczeńskiej kancelarii parafialnej. Możemy przeczytać w nim, co następuje:

Na górze Gancarz o wysokości 880 m n p.m, która znajduje sie w Beskidach Zachodnich pomiędzy trzema górskimi wioskami; Kaczyna, Ponikiew i Rzyki- stał krzyż drewniany, oświecany rokrocznie lampką oliwną w każdy Wielki Piątek. Jak starzy ludzie głoszą ponad kilkadziesiąt lat temu - gospodarz wsi Chocznia - niejaki Jakób Sikora, dziś liczący 90 lat życia z pomocą gospodarzy wsi Kaczyna - krzyż ten ufundował. Poświęcenie wspomnianego krzyża miano obchodzić bardzo uroczyście i z procesją. W skład procesji wchodziła ludność z wsi Chocznia, Ponikiew, Inwałd oraz z miasta Andrychów i Wadowic. Jednakowoż ząb czasu - burze - wichry i pioruny Krzyż wspomniany zniszczyły doszczętnie tak, iż by pottrzymać dawną tradycje - zaszła konieczna potrzeba wystawienia nowego krzyża .Toteż mieszkańcy okolicznych wiosek - Choczni, Kaczyny, Ponikwi i Rzyk przy poparciu Przewielebnego ks Józefa Kmiecika, JWP. Jana Świętka, Franciszka Zawiłe, Jana Sikorę, Zenona Olbrychta, majora Aleks. Gazdy Sudniawskiego, Jarosława Dittych-z Wadowic, Wincenta Mikołajka, T Smazów, Władysława Mikołajka, Jana Malinka - z Andrychowa- Tomasza Bursztyńskiego z Choczni, Józefa Książka z Kaczyny; postanowili w miejsce Krzyża Drewnianego postawić na szczycie góry GANCARZ Krzyż żelazny osadzony w betonie, a to na Chwałe Bożą z intęcją by Krzyż ten chronił okoliczne wioski od burz nawałnic i klęsk żywiołowych. Piękny i pogodny dzień sierpniowy zgromadził na powyższą uroczystość poświęcenia Krzyża - parę tysiecy osób z okolic miast Wadowice i Andrychów jak równiez z okolicznych wiosek. Wsród tychże uczestników można było zauwazyc wycieczkowiczów oraz letników z Górnego Sląska; ba nawet korpus oficerski III/12p.p. stacjonowany w Krakowie a wtenczas znajdujący sie z batalionem na strzelnicy bojowej w Ponikwi - zjawił sie w komplecie. Samą uroczystośc zapoczątkowano wystrzałami z mozdzierzy, a echo wystrzałow rozchodzące się milami po górach -głosiło, że rozpocznie się wkrótce poświęcenie Krzyża. Następnie orkiestra ,,Byłych Wojskowych z Andrychowa'' odegrała hejnał. Dzwięki orkiestry sprawiły, iz turysci bawiący w okolicy również poczeli tłumami się jawic. W końcu poczeła się zbliżac procesja z parafi CHOCZNIA - prowadzona przez Przewielebnego ks Józefa Kmiecika w asyście wikarego. Po chwilowym wypoczynku procesji u stóp wspomnianego Krzyża nastąpił akt poświęcenia Krzyża przez Ks Józefa Kmiecika i wygłoszone okolicznościowe kazanie. Podczas całej uroczystości przygrywała orkiestra byłych wojskowych z Andrychowa. Następnie by częściowo pokryc koszta połączone z wzniesieniem tegoż Krzyża, Przewielebny Ks Józef Kmiecik poczoł pośród uczestników zbierac kolektę. Po poswięceniu Krzyża i spożyciu posiłku improwizowanego na powyższym szczycie, przy dzwiękach wspomnianej orkiestry rozpoczeły się pląsy i zabawy, które przeciągneły się do póznego wieczoru. Humor i wesołośc panowała ogólnie. Inni natomiast przyglądali sie okolicznym górom i wzgórzą, podziwiając prześliczną naturę i okolice rozkoszując się przecudnym wokoło roztaczającym się krajobrazem. W końcu uczestnicy tej uroczystości poczeli się rozchodzic do swych domów - a był to iście wspaniały obraz tych różnobarwnych grup zdążających do swych domostw rozradowanych i zadowolonych tak z powodu wzięcia udziału w niezwykłej uroczystości jako tez i z tego iż mogli zwiedzic jeden z większych szczytów Beskidu Zachodniego, zaczerpnąc świeżego i zdrowego  powietrza, jako też ujrzec piękno naszej rodzimej natury. Kazdy z powracających miał z sobą pamiątke z tegoż szcytu w postaci wrzosu lub badjaków. Poświęcenie tegoż Krzyża odbyło się dnia szesnastego sierpnia Roku Pańskiego tysiąc dziewięcset trzydziestego pierwszego (16.VIII.1931) za czasów kiedy Prezydentem Rzeczypospolitej był Profesor Inż. Ignacy-Mościcki, Ministrem Spraw Wojskowych; Pierwszy Marszałek Polski Józef Piłsudzki.


W tym sprawozdaniu również można dostrzec pewną nieścisłość- otóż 
Jakób Sikora, fundator poprzedniego (millienijnego) krzyża, w 1931 roku nie liczył 90 lat, ponieważ zmarł osiem lat wcześniej (15 maja 1923 roku). Ten kowal z zawodu, syn Kazimierza i Teresy z domu Kobiałka, był starszym bratem byłego wójta choczeńskiego Antoniego Sikory, również trudniącego się kowalstwem. Jeszcze przed ufundowaniem krzyża na Gancarzu Jakób Sikora dał się poznać jako ofiarodawca na zakup i przeróbkę dzwonów dla parafii choczeńskiej (1875), po czym brał udział w ich montażu na dzwonnicy. Był także członkiem komitetu budowy aktualnego kościoła parafialnego (1880-1886) oraz współwykonawcą elementów metalowych użytych podczas jego budowy. Działał aktywnie w choczeńskiej gminie jako asesor (radny) i w Komitecie Kościelnym  (1904-1908), brał udział w posiedzeniach ck Sądu Obwodowego w Wadowicach jako ławnik (przysięgły i przysięgły zastępca). Błędnie podano także wysokość Gancarza nad poziomem morza.

Oprócz Sikory, Bursztyńskiego i Kmiecika w powyższym tekście pojawia się jeszcze jedna osoba związana z Chocznią.  To Jan Świętek, urodzony w Choczni w 1894 roku, jako syn Józefa i Anny z domu Guzdek, który prowadził w Wadowicach skład węgla, drewna i materiałów budowlanych. Po II wojnie światowej był radnym Miejskiej Rady Narodowej w Wadowicach z ramienia Stronnictwa Demokratycznego. Dwukrotnie żonaty- z Apolonią z domu Drapa i Joanną z domu Łapka, doczekał się pięciorga dzieci.  Zmarł 23 lutego 1968 roku w Wadowicach.

Krzyż ufundowany przez Jakóba Sikorę stał jeszcze na Gancarzu w połowie lat. 20. XX wieku, o czym świadczy fragment artykułu Kazimierza Sosnowskiego w 'Wierchach" z 1925 roku:

Jako punkt widokowy rywalizuje z Jawornicą jej sąsiad od wschodu, Gancarz 802 m, z drugiej strony szerokiej doliny Rzyk, od Leskowca w tym samym kierunku wysunięty, podobno wygasły wulkan, także goły na szczycie, dużym krzyżem przez amerykańskiego reemigranta uświęcony.

Nie wiadomo skąd Sosnowski zaczerpnął informacje o owym amerykańskim reemigrancie (nie ma żadnych dowodów na wyjazdy Sikory za "Wielką Wodę") i wulkanicznym pochodzeniu Gancarza,  co stoi w sprzeczności z badaniami geologicznymi.

Sosnowski podaje wysokość Gancarza jako 802 metry nad poziomem morza, natomiast według aktualnych danych geoportalu góra ta mierzy 798 metrów nad poziomem morza. Różnica może brać się stąd, że poziom mórz w Europie nie jest taki sam- w czasach austriackich za punkt odniesienia brano poziom Adriatyku w Trieście, a później wysokości w Polsce obliczano od poziomu Morza Bałtyckiego w Kronsztadzie w Zatoce Fińskiej (do 2019 roku) i w Amsterdamie na Morzu Północnym (do dziś).

Pochodzenie nazwy Gancarz nie jest jednoznacznie wyjaśnione. Oprócz Gancarza między Rzykami i Kaczyną istnieje jeszcze nieodległy Gancarz nad Targoszowem o wysokości około 808 m n p m. Według Aleksego Siemionowa, autora monografii turystyczno-krajoznawczej "Ziemia Wadowicka", nazwa Gancarz może pochodzić od słowa garncarz (wytwórca naczyń glinianych) lub nazwiska Gancarz. Dokładnie takie i podobne nazwiska występowały w Choczni od dawna. Już w 1652 roku odnotowano tu ślub Krzysztofa Gancorka i Ewy Guzdek, w 1654 roku Paweł Gancorek poślubił Reginę Kleśniak (Turała), a w 1663 roku Walenty Gancorek ożenił się z Reginą Prorok. Krzysztof i Walenty byli stałymi mieszkańcami parafii choczeńskiej, o czym świadczą chrzty ich dzieci. W 1690 roku zapisano natomiast chrzest Macieja, syna Jana i Agnieszki Gancarzów. Gancorkowie mieszkali zapewne na pograniczu Choczni i Kaczyny, a przynajmniej z tego pogranicza wywodzili się świadkowie ich ślubów i rodzice chrzestni ich dzieci. 

Z kolei Artur Oboza- historyk z Rzyk - uważa, że należy wziąć pod uwagę jeszcze inne pochodzenie nazwy Gancarz- od słowa gonciarz (wytwórca gontów, czyli drewnianych deseczek do wykonywania pokryć dachowych). Wyrób gontów był bardzo rozpowszechniony w Rzykach, a surowca do ich wykonywania dostarczały między innymi lasy porastające górę Gancarz. Już w 1564 roku każdy z 23 osadników z Rzyk musiał dostarczać rocznie 10 kop gontów do zamku zatorskiego. Według Artura Obozy nazwa Gancarz pojawia się po raz pierwszy na wojskowej mapie von Miega z lat 1779-1784 (w formie Gaincarz).

Co ciekawe Artur Oboza odszukał w kronice parafialnej z Rzyk informację o trzecim krzyżu na Gancarzu, postawionym 27 czerwca 1937 roku, a więc zaledwie po 6 latach od poświęcenia poprzedniego krzyża. Ten trzeci krzyż wykonany był z dębiny i przewyższał rozmiarami metalowy krzyż z 1931 roku, ponieważ mierzył 10 m, a umieszczony na nim napis głosił:

Akcja Katolicka parafii Rzyki staraniem ks. proboszcza Karola Gelaty ku czci i chwale Jezusa Chrystusa ten znak zbawienia umieściła. Przechodniu popatrz na mnie z miłością, uszanuj mnie, nie pisz na mnie swego nazwiska, ja cię zachowam w pamięci, chcę długo królować nad okolicą i jej mieszkańcom błogosławić. Rzyki 27 VI 1937 roku.

Poświęcenia tego krzyża dokonał ks. dziekan Leonard Prochownik z Wadowic w obecności ks. kanonika Klemensa Tatary, proboszcza z Andrychowa, ks. Karola Gelaty i przy udziale licznych rzesz wiernych z Rzyk i okolicy.


Poświęcenie krzyża w 1931 roku- zdjęcie z archiwum Marii Kręcioch