Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Józef Kmiecik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Józef Kmiecik. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 maja 2024

Odezwa w sprawie budowy Domu Katolickiego w Choczni

 




W 1928 roku choczeński wikariusz ks. Józef Kmiecik przygotował odezwę w sprawie budowy Domu Katolickiego w Choczni, którą wydrukowano w Krakowie w nakładzie 3.000 egzemplarzy.

Po ogólnym wstępie dotyczącym wychowania młodzieży i działalności organizacji katolickich autor przeszedł do spraw choczeńskich, pisząc:

Jednem z najbardziej czynnych stowarzyszeń młodzieży są Katolickie Stowarzyszenia Młodzieży Polskiej w Choczni. Ich zapał i usilna praca zdziałała, że Chocznia, niedawno jeszcze niezdobyta twierdza ciemnych postaci „dobroczyńców chłopa polskiego", centrala nowinek partyjnych i zakusów antykościelnych, dziś znowu promieniuje miłością Ojczyzny, wiernością przy katolicyzmie. Jednak wspomniane  Stowarzyszenia walczyć muszą z wielkiemi trudnościami, wobec niechęci kilku osobników, którzy głos i myśl swoją, uważać chcą za głos i myśl ogółu, którym praca Kat. Stowarzyszeń Młodzieży w Choczni nie jest na rękę, gdyż podrywa im coraz więcej grunt z pod nóg. Przede wszystkiem brak choczeńskim Stowarzyszeniom, odpowiadającego ich żywotności, liczbie stowarzyszonej młodzieży i chęciom do pracy nad sobą pomieszczenia, tak dalece, że dumniejsze zebrania odbywać się muszą pod gołem niebem. Istnieje wprawdzie w Choczni Dom Ludowy, zbudowany kosztem całej gminy, ale tutejsze władze gminne wolą w kilku jego ubikacjach tolerować szynk i pijaństwo, w jego sali przedstawieniowej pokazy różnych wydrwigroszów, niż dopuścić tutaj młodzież, która kocha Ojczyznę naprawdę po chrześcijańsku. Aby pracę Katolickim Stowarzyszeniom Młodzieży w Choczni ułatwić, zapewnić im trwały, niezależny byt i niejako przykuć do miejsca, powstała myśl wybudowania dla Katolickich Stowarzyszeń Młodzieży Polskiej w Choczni własnego budynku. Zawiązany w tym. celu Komitet, ciesząc się cennem i zaszczytnem poparciem Najprzewielebniejszego Księcia Arcybiskupa Adama Stefana Sapiehy, Metropolity Krakowskiego, postanowił myśl tę jak najszybciej w czyn wprowadzić. Zapoczątkowane jednak w tym celu fundusze, w żadnym stosunku nie pozostają do wydatków, jakie to wielkie przedsięwzięcie musi pochłonąć. Wyczerpawszy wszelkie możliwości ich powiększenia, Komitet zwraca się do wszystkich obywateli, naprawę miłujących katolicką młodzież, by choć najskromniejszym datkiem przyczynili się do tego zbożnego dzieła, za co już naprzód z serca płynące, staropolskie "Bóg zapłać!' składa ofiarodawcom Komitet budowy własnego budynku dla Katolickich Stowarzyszeń Młodzieży Polskiej w Choczni.

Pod odezwą podpisali się członkowie wyżej wymienionego Komitetu Budowy:

- ks. kanonik Józef Dunajecki, choczeński proboszcz,

- ks. Józef Kmiecik, choczeński wikariusz i opiekun stowarzyszeń katolickich młodzieży,

- dyr. Andrzejowie Gondkowie, czyli ówczesny kierownik szkoły w Choczni Andrzej Gondek i jego żona Maria,

- Roman Niezabitowski, nauczyciel (wówczas w Wieliczce), działacz katolicki, niezwiązany z Chocznią,

- inż. Paweł Talaga, górnik, niezwiązany z Chocznią,

- A. Zrazikówna, czyli Anna Zrazik, nauczycielka języka polskiego w Choczni i działaczka katolicka,

- J. Kaczmarczykówna, czyli mieszkająca w Choczni Józefa Karczmarczyk, szwagierka kierownika Gondka, działaczka katolicka,

- W. Talagowie, czyli choczeński nauczyciel Wincenty Talaga i jego żona Bronisława z Bieleninów,

- J. Pamułowie, czyli Jan Pamuła, kierownik szkoły w Choczni Górnej i jego żona Waleria, ucząca wtedy w Ponikwi,

- T. Bursztyńscy, czyli Tomasz Bursztyński, mieszkający w Choczni emerytowany żandarm austriacki i jego żona Maria z Sikorów,

- A. Wcisłowie, czyli Andrzej Wcisło, prezes Straży Ogniowej i choczeński piernikarz oraz jego żona Waleria z domu Batko, 

- E. Woźniakowa, czyli Elżbieta Woźniak, wdowa po poecie ludowym Janie Woźniaku, matka przyszłego księdza i przyszłej zakonnicy, 

- W. Woźnowie, czyli choczeński organista Władysław Woźny i jego żona Maria z Dąbrowskich,

- M. Bąkowa, J. Turała i W. Wcisło, postaci trudne do jednoznacznej identyfikacji. Być może chodzi tu np. o Józefa Turałę, wówczas studenta w Krakowie lub jego ojca Jana, mistrza murarskiego, Władysława Wcisłę oraz Marię Bąk (później Bałys), młodzieżowych działaczy katolickich.

-  Józef Janik i Jan Świątek (prawidłowo powinno być Świętek), czyli prezes i sekretarz Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej w Choczni,

- Salomea Świątkówna (prawidłowo powinno być Świętkówna) i Maria Janikówna, czyli prezeska i sekretarka Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Żeńskiej w Choczni.




środa, 21 lipca 2021

Konflikt między proboszczem a wikariuszem w 1932 roku

Gdy ksiądz Józef Kmiecik rozpoczął 1 lipca 1925 roku posługę wikariusza w parafii choczeńskiej, miał za zadanie odciążyć miejscowego proboszcza ks. Józefa Dunajeckiego- już wówczas prawie siedemdziesięcioletniego i coraz częściej niedomagającego na zdrowiu. Dynamiczny ks. Kmiecik wyręczał proboszcza w licznych obowiązkach duszpasterskich, katechetycznych i związanych z bieżącym funkcjonowaniem parafii. Choć proboszcz i wikary w toczonych wtedy gorących sporach z władzami gminy pod przywództwem Józefa Putka prezentowali zawsze to samo stanowisko i przez swoich oponentów postrzegani byli jako zgodny tandem, to w rzeczywistości narastał między nimi konflikt, którego apogeum przypadło na początek 1932 roku.

O tym, że taki konflikt w ogóle zaistniał, a także co było jego podłożem i jakie zarzuty w stosunku do wikarego formułował proboszcz, można się dowiedzieć z niedatowanego pisma ks. Dunajeckiego, sporządzonego przez niego najprawdopodobniej w lutym 1932 roku i kierowanego do Kurii Arcybiskupiej w Krakowie.

Pretekst do ujawnienia całej sprawy był właściwie błahy i dotyczył drewna na podłogi do budowanego wówczas w Choczni Domu Katolickiego. Ksiądz Kmiecik, który patronował tej inicjatywie ze strony parafii, uważał, że otrzymał na ten cel od proboszcza zbyt mało drzewa z lasu plebańskiego i dlatego w styczniu 1932 roku udał się na skargę do Kurii, dezinformując wcześniej ks. Dunajeckiego, że wybiera się nie do władz kościelnych, a do jednego z krakowskich lekarzy.

Z pisma proboszcza Dunajeckiego wynika, że do wybrania stosownych sosen z lasu plebańskiego na podłogi do Domu Katolickiego wyznaczył on swojego zaufanego człowieka Tomasza Bursztyńskiego, który miał także dopilnować, by niepotrzebne na podłogi szczyty ściętych drzew zwieziono na plebanię, gdzie po wyschnięciu miały służyć na opał. Jak czytamy w piśmie:

Powyższy wybrał się z ks. Km. i ludźmi do tejże roboty dobranymi do lasu, gdzie już powstała sprzeczka między B. a Km. co do wierchów drzew ściętych, do których ks. Km. rościł sobie pretensje, natomiast B. obstawał przy…przekazanemu poleceniu i wierchy kazał zwieźć na plebanię.

Przy dalszych działaniach ks. Kmiecik dobrał sobie do pomocy Stanisława Kryjaka, miejscowego sklepikarza, o którym proboszcz Dunajecki był jak najgorszego zdania, uważając go za zdecydowanego wroga duchowieństwa…w roku 1928 przy wyborach agitował za trójką (PSL Wyzwolenie Putka), całą ścianę miał wylepioną karykaturami przedstawiającymi księdza katolickiego dosiadającego krowę.

Ks. Kmiecik i Kryjak nawiązali kontakt z żydowskim handlarzem z Wadowic i dokonali z nim zamiany ściętego w Księżym lesie drewna sosnowego na gotowe deski jodłowe i świerkowe. Nie dość, że zdaniem proboszcza zamieniono drewno twardsze - bardziej odpowiednie na podłogi, na mniej przydatne w tym celu deski z drewna miększego, to transakcji miano dokonać ze szkodą dla probostwa, przez przyjęcie niekorzystnego przelicznika ściętych pni na gotowe deski. Ks. Dunajecki przedstawił w piśmie wyliczenia, z których wynika, że handlarz miał zarobić na tym interesie na czysto 1044 złote.

Następnie B. przedstawił to ks. Km. lecz ten z oburzeniem zauważył, że jemu nie ma nikt prawa mieszać się do roboty, bo gdy dotychczas nie potrzebował nikogo i niczyjej zgody, to teraz też zrobi jak mu się będzie podobało.

Ks. Dunajecki uznał to postępowanie za nieodpowiednie i nietaktowne, po czym próbował zapobiec niekorzystnej dla parafii zamianie drewna na deski. Docierały do niego ponadto informacje z Wadowic, że ks. Kmiecik skarży się tamtejszemu proboszczowi ks. Zającowi na zarządzanie choczeńską parafią, które mu się nie podoba.

W kolejnym fragmencie swojego pisma proboszcz Dunajecki przeszedł do zarzutów obyczajowych w stosunku do wikarego Kmiecika. Nie do zaakceptowania było dla niego zbytnie spoufalanie się ks. Kmiecika z chłopakami z Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej, nad którym sprawował nadzór: pozwalają mówić między sobą „chodźmy do Józka”, a w parafii utarło się zdanie, że nie ma lepszego wyszynku i restauracji, jak u wikarego na plebanii.

Mimo upomnień wikary Kmiecik nadal chłopaków ze Stowarzyszenia nocami u siebie utrzymuje, którzy przez swoje się hałaśliwe zachowanie…spokój nocny mi zakłócają (...) widać dobrze, jak mu się w Choczni źle powodzi, gdy chłopakom ze Stowarzyszenia kupuje drogie ubrania, jednemu kupił 1,5 morgi pola za blisko 3000 złotych, łoży na jego wykształcenie, ale gdy potrzebuje na własne poratowanie zdrowia, to żąda zapomogi od Konsystorza (...) jest lekkomyślny, nie uważa wcale na siebie, ani na Stowarzyszenie, jak go powinien prowadzić, co dowodzi ten fakt, że ks. Kmiecik tak dalece się już zapomina, że podczas festynu w Domu Stowarzyszenia w jesieni 1931 roku wódką kazał szynkować, mimo iż w Choczni istnieje prohibicja.

Dalej proboszcz Dunajecki odnosi się do skarg ks. Kmiecika, że jest bardzo przepracowany, gdyż musi wszystko za mnie robić i to za darmo, a  jedzenie ma na plebanii na jakiś fałszywych tłuszczach nie do zjedzenia. Więc wyjaśniam - pisze ks. Dunajecki- że to wszystko jest kłamstwem i nie przystoi na księdza takich kłamliwych wieści rozpowiadać, gdyż nic nie robi za mnie za darmo, wynagradzam go jak nigdy żadnego innego nie wynagradzałem, gdyż wszystkie msze jakie miałem jemu oddałem, nie zachowując sobie nic, a jedzenie ma lepsze ode mnie…o ile co tylko zażąda z kuchni plebańskiej wszystko dostaje tak samo jak i wikt bezpłatnie, więc bardzo mi to przykro. Niechby ks. Kmiecik tylko co nocy w swoim czasie udał się na spoczynek, to nie czułby się przeciążonym, niestety nie ma prawie nocy, by szedł wcześniej spać, jak w 12 w nocy.

Ponadto proboszcza Dunajeckiego bolało bardzo, że jak pisze: ks. Kmiecik uważa mnie nie za swego przełożonego, ale za człowieka mu obojętnego, starego, zdziecinniałego niedołęgę, ale się bardzo w tym względzie grubo pomylił, gdyż świadom jestem mego czynu...ks. Kmiecik nie pozwoli sobie na nic uwagi zwrócić, gdyż on powiada ma uniwersytet ukończony, jest księdzem, nie ma nikt prawa do jego zarządzeń się wtrącać.

Jak bardzo się pomylił ks. Kmiecik w swoich ocenach proboszcza, świadczy ostatni fragment pisma, w którym ks. Dunajecki stwierdza, że wikary przez swoje postępowanie zupełnie stracił zaufanie w parafii i składa wniosek o jego przeniesienie z parafii. 

W efekcie w czerwcu 1932 roku Kuria udzieliła miesięcznego urlopu ks. Kmiecikowi, polecając "jak najrychlejszy wyjazd z parafii" (informacja z pracy magisterskiej Adriana Kędzierskiego), a 17 sierpnia 1932 roku przeniesiono go do Jeleśni.


poniedziałek, 19 kwietnia 2021

Poświęcenie krzyża na Gancarzu w 1931 roku

Ukazująca się w Cieszynie "Gazeta Rolnicza" w wydaniu z 31 sierpnia 1931 roku zamieściła relację z poświęcenia krzyża na Gancarzu- najwyższym wzniesieniu parafii choczeńskiej:

Wielkie uroczystości na górze "Gancarz"

Kaczyna. W naszej małej wiosce obchodzono wielką uroczystość na górze "Gancarz". Ponieważ drewniany krzyż na wierzchołku tej góry potrzaskały burze i pioruny (podobno 3 lata wcześniej- uwaga moja), przeto znaleźli się ofiarodawcy, którzy sprawili nowy krzyż żelazny. Na uroczystość poświęcenia tego krzyża zjechali się przedstawiciele społeczeństwa z różnych organizaycyj, a nawet rząd był reprezentowany przez komisarza gminnego Bursztyńskiego, byłego wachmistrza austrjackiej żandarmerji. Ludzi przybyło też sporo, bo przy sposobności modlitwy można było zażyć rozkoszy górskiej wycieczki. Pogoda dopisała, ludzie się modlili i cieszyli, dopiero gdy ks. proboszcz Kmiecik, znany egzekutor kollektowy i tam na Gancarzu swoim zyczajem zarzadził kollektę, zepsuło to ludziom humor, zmąciło poważny nastrój uroczystościowy i wypędziło ludzi do domów.

Tytułem uściślenia należy dodać, że wspomniany w relacji ks. Józef Kmiecik nie był proboszczem, lecz wikariuszem w parafii choczeńskiej w latach 1925-1932. Podczas uroczystości poświęcenia krzyża na Gancarzu zastępował ks. proboszcza Józefa Dunajeckiego, który miał już wtedy 75 lat i niedomagał na zdrowiu. Natomiast Tomasz Bursztyński, druga postać wymieniona przez korespondenta "Gazety Rolniczej", rzeczywiście był emerytowanym wachmistrzem austriackiej żandarmerii pochodzenia ukraińskiego. Trudno go jednak uznać za reprezentata rządu, jak napisano, czy nawet jakiegoś miejscowego samorządu - był jedynie zarządcą komisarycznym choczeńskiej gminy w latach 1929-1931, do której nie należał przecież wierzchołek Gancarza, usytuowany na granicy Rzyk i Kaczyny. 

Bardziej szczegółowe sprawozdanie z poświęcenia krzyża na Gancarzu w 1931 roku znalazło się w pamiątkowym dokumencie, przechowywanym w choczeńskiej kancelarii parafialnej. Możemy przeczytać w nim, co następuje:

Na górze Gancarz o wysokości 880 m n p.m, która znajduje sie w Beskidach Zachodnich pomiędzy trzema górskimi wioskami; Kaczyna, Ponikiew i Rzyki- stał krzyż drewniany, oświecany rokrocznie lampką oliwną w każdy Wielki Piątek. Jak starzy ludzie głoszą ponad kilkadziesiąt lat temu - gospodarz wsi Chocznia - niejaki Jakób Sikora, dziś liczący 90 lat życia z pomocą gospodarzy wsi Kaczyna - krzyż ten ufundował. Poświęcenie wspomnianego krzyża miano obchodzić bardzo uroczyście i z procesją. W skład procesji wchodziła ludność z wsi Chocznia, Ponikiew, Inwałd oraz z miasta Andrychów i Wadowic. Jednakowoż ząb czasu - burze - wichry i pioruny Krzyż wspomniany zniszczyły doszczętnie tak, iż by pottrzymać dawną tradycje - zaszła konieczna potrzeba wystawienia nowego krzyża .Toteż mieszkańcy okolicznych wiosek - Choczni, Kaczyny, Ponikwi i Rzyk przy poparciu Przewielebnego ks Józefa Kmiecika, JWP. Jana Świętka, Franciszka Zawiłe, Jana Sikorę, Zenona Olbrychta, majora Aleks. Gazdy Sudniawskiego, Jarosława Dittych-z Wadowic, Wincenta Mikołajka, T Smazów, Władysława Mikołajka, Jana Malinka - z Andrychowa- Tomasza Bursztyńskiego z Choczni, Józefa Książka z Kaczyny; postanowili w miejsce Krzyża Drewnianego postawić na szczycie góry GANCARZ Krzyż żelazny osadzony w betonie, a to na Chwałe Bożą z intęcją by Krzyż ten chronił okoliczne wioski od burz nawałnic i klęsk żywiołowych. Piękny i pogodny dzień sierpniowy zgromadził na powyższą uroczystość poświęcenia Krzyża - parę tysiecy osób z okolic miast Wadowice i Andrychów jak równiez z okolicznych wiosek. Wsród tychże uczestników można było zauwazyc wycieczkowiczów oraz letników z Górnego Sląska; ba nawet korpus oficerski III/12p.p. stacjonowany w Krakowie a wtenczas znajdujący sie z batalionem na strzelnicy bojowej w Ponikwi - zjawił sie w komplecie. Samą uroczystośc zapoczątkowano wystrzałami z mozdzierzy, a echo wystrzałow rozchodzące się milami po górach -głosiło, że rozpocznie się wkrótce poświęcenie Krzyża. Następnie orkiestra ,,Byłych Wojskowych z Andrychowa'' odegrała hejnał. Dzwięki orkiestry sprawiły, iz turysci bawiący w okolicy również poczeli tłumami się jawic. W końcu poczeła się zbliżac procesja z parafi CHOCZNIA - prowadzona przez Przewielebnego ks Józefa Kmiecika w asyście wikarego. Po chwilowym wypoczynku procesji u stóp wspomnianego Krzyża nastąpił akt poświęcenia Krzyża przez Ks Józefa Kmiecika i wygłoszone okolicznościowe kazanie. Podczas całej uroczystości przygrywała orkiestra byłych wojskowych z Andrychowa. Następnie by częściowo pokryc koszta połączone z wzniesieniem tegoż Krzyża, Przewielebny Ks Józef Kmiecik poczoł pośród uczestników zbierac kolektę. Po poswięceniu Krzyża i spożyciu posiłku improwizowanego na powyższym szczycie, przy dzwiękach wspomnianej orkiestry rozpoczeły się pląsy i zabawy, które przeciągneły się do póznego wieczoru. Humor i wesołośc panowała ogólnie. Inni natomiast przyglądali sie okolicznym górom i wzgórzą, podziwiając prześliczną naturę i okolice rozkoszując się przecudnym wokoło roztaczającym się krajobrazem. W końcu uczestnicy tej uroczystości poczeli się rozchodzic do swych domów - a był to iście wspaniały obraz tych różnobarwnych grup zdążających do swych domostw rozradowanych i zadowolonych tak z powodu wzięcia udziału w niezwykłej uroczystości jako tez i z tego iż mogli zwiedzic jeden z większych szczytów Beskidu Zachodniego, zaczerpnąc świeżego i zdrowego  powietrza, jako też ujrzec piękno naszej rodzimej natury. Kazdy z powracających miał z sobą pamiątke z tegoż szcytu w postaci wrzosu lub badjaków. Poświęcenie tegoż Krzyża odbyło się dnia szesnastego sierpnia Roku Pańskiego tysiąc dziewięcset trzydziestego pierwszego (16.VIII.1931) za czasów kiedy Prezydentem Rzeczypospolitej był Profesor Inż. Ignacy-Mościcki, Ministrem Spraw Wojskowych; Pierwszy Marszałek Polski Józef Piłsudzki.


W tym sprawozdaniu również można dostrzec pewną nieścisłość- otóż 
Jakób Sikora, fundator poprzedniego (millienijnego) krzyża, w 1931 roku nie liczył 90 lat, ponieważ zmarł osiem lat wcześniej (15 maja 1923 roku). Ten kowal z zawodu, syn Kazimierza i Teresy z domu Kobiałka, był starszym bratem byłego wójta choczeńskiego Antoniego Sikory, również trudniącego się kowalstwem. Jeszcze przed ufundowaniem krzyża na Gancarzu Jakób Sikora dał się poznać jako ofiarodawca na zakup i przeróbkę dzwonów dla parafii choczeńskiej (1875), po czym brał udział w ich montażu na dzwonnicy. Był także członkiem komitetu budowy aktualnego kościoła parafialnego (1880-1886) oraz współwykonawcą elementów metalowych użytych podczas jego budowy. Działał aktywnie w choczeńskiej gminie jako asesor (radny) i w Komitecie Kościelnym  (1904-1908), brał udział w posiedzeniach ck Sądu Obwodowego w Wadowicach jako ławnik (przysięgły i przysięgły zastępca). Błędnie podano także wysokość Gancarza nad poziomem morza.

Oprócz Sikory, Bursztyńskiego i Kmiecika w powyższym tekście pojawia się jeszcze jedna osoba związana z Chocznią.  To Jan Świętek, urodzony w Choczni w 1894 roku, jako syn Józefa i Anny z domu Guzdek, który prowadził w Wadowicach skład węgla, drewna i materiałów budowlanych. Po II wojnie światowej był radnym Miejskiej Rady Narodowej w Wadowicach z ramienia Stronnictwa Demokratycznego. Dwukrotnie żonaty- z Apolonią z domu Drapa i Joanną z domu Łapka, doczekał się pięciorga dzieci.  Zmarł 23 lutego 1968 roku w Wadowicach.

Krzyż ufundowany przez Jakóba Sikorę stał jeszcze na Gancarzu w połowie lat. 20. XX wieku, o czym świadczy fragment artykułu Kazimierza Sosnowskiego w 'Wierchach" z 1925 roku:

Jako punkt widokowy rywalizuje z Jawornicą jej sąsiad od wschodu, Gancarz 802 m, z drugiej strony szerokiej doliny Rzyk, od Leskowca w tym samym kierunku wysunięty, podobno wygasły wulkan, także goły na szczycie, dużym krzyżem przez amerykańskiego reemigranta uświęcony.

Nie wiadomo skąd Sosnowski zaczerpnął informacje o owym amerykańskim reemigrancie (nie ma żadnych dowodów na wyjazdy Sikory za "Wielką Wodę") i wulkanicznym pochodzeniu Gancarza,  co stoi w sprzeczności z badaniami geologicznymi.

Sosnowski podaje wysokość Gancarza jako 802 metry nad poziomem morza, natomiast według aktualnych danych geoportalu góra ta mierzy 798 metrów nad poziomem morza. Różnica może brać się stąd, że poziom mórz w Europie nie jest taki sam- w czasach austriackich za punkt odniesienia brano poziom Adriatyku w Trieście, a później wysokości w Polsce obliczano od poziomu Morza Bałtyckiego w Kronsztadzie w Zatoce Fińskiej (do 2019 roku) i w Amsterdamie na Morzu Północnym (do dziś).

Pochodzenie nazwy Gancarz nie jest jednoznacznie wyjaśnione. Oprócz Gancarza między Rzykami i Kaczyną istnieje jeszcze nieodległy Gancarz nad Targoszowem o wysokości około 808 m n p m. Według Aleksego Siemionowa, autora monografii turystyczno-krajoznawczej "Ziemia Wadowicka", nazwa Gancarz może pochodzić od słowa garncarz (wytwórca naczyń glinianych) lub nazwiska Gancarz. Dokładnie takie i podobne nazwiska występowały w Choczni od dawna. Już w 1652 roku odnotowano tu ślub Krzysztofa Gancorka i Ewy Guzdek, w 1654 roku Paweł Gancorek poślubił Reginę Kleśniak (Turała), a w 1663 roku Walenty Gancorek ożenił się z Reginą Prorok. Krzysztof i Walenty byli stałymi mieszkańcami parafii choczeńskiej, o czym świadczą chrzty ich dzieci. W 1690 roku zapisano natomiast chrzest Macieja, syna Jana i Agnieszki Gancarzów. Gancorkowie mieszkali zapewne na pograniczu Choczni i Kaczyny, a przynajmniej z tego pogranicza wywodzili się świadkowie ich ślubów i rodzice chrzestni ich dzieci. 

Z kolei Artur Oboza- historyk z Rzyk - uważa, że należy wziąć pod uwagę jeszcze inne pochodzenie nazwy Gancarz- od słowa gonciarz (wytwórca gontów, czyli drewnianych deseczek do wykonywania pokryć dachowych). Wyrób gontów był bardzo rozpowszechniony w Rzykach, a surowca do ich wykonywania dostarczały między innymi lasy porastające górę Gancarz. Już w 1564 roku każdy z 23 osadników z Rzyk musiał dostarczać rocznie 10 kop gontów do zamku zatorskiego. Według Artura Obozy nazwa Gancarz pojawia się po raz pierwszy na wojskowej mapie von Miega z lat 1779-1784 (w formie Gaincarz).

Co ciekawe Artur Oboza odszukał w kronice parafialnej z Rzyk informację o trzecim krzyżu na Gancarzu, postawionym 27 czerwca 1937 roku, a więc zaledwie po 6 latach od poświęcenia poprzedniego krzyża. Ten trzeci krzyż wykonany był z dębiny i przewyższał rozmiarami metalowy krzyż z 1931 roku, ponieważ mierzył 10 m, a umieszczony na nim napis głosił:

Akcja Katolicka parafii Rzyki staraniem ks. proboszcza Karola Gelaty ku czci i chwale Jezusa Chrystusa ten znak zbawienia umieściła. Przechodniu popatrz na mnie z miłością, uszanuj mnie, nie pisz na mnie swego nazwiska, ja cię zachowam w pamięci, chcę długo królować nad okolicą i jej mieszkańcom błogosławić. Rzyki 27 VI 1937 roku.

Poświęcenia tego krzyża dokonał ks. dziekan Leonard Prochownik z Wadowic w obecności ks. kanonika Klemensa Tatary, proboszcza z Andrychowa, ks. Karola Gelaty i przy udziale licznych rzesz wiernych z Rzyk i okolicy.


Poświęcenie krzyża w 1931 roku- zdjęcie z archiwum Marii Kręcioch



czwartek, 15 kwietnia 2021

Wtargnięcie na chór kościelny w 1928 roku

 Jednym z epizodów w historii sporów i zatargów pomiędzy choczeńską gminą a probostwem w latach 20. XIX wieku było wtargnięcie na chór zwolenników Józefa Putka i zakłócenie przebiegu mszy odprawianej w dniu 8 kwietnia 1928 roku.

Do tego bulwersującego wydarzenia doszło w gorącym okresie po wyborach do Sejmu i Senatu (4 i 11 marca 1928 toku) oraz w trakcie choczeńskiej "afery dzwonowej", w wyniku której wójt Józef Putek został obłożony interdyktem przez arcybiskupa krakowskiego ks. Adama Sapiehę (pismo z 16 kwietnia 1928 roku, odczytane w Choczni z ambony w dniu 22 kwietnia 1928 roku).

Chór kościelny został zamknięty dla osób postronnych, z wyjątkiem kilku śpiewaków kościelnych, po sytuacji jaka miała miejsce w dniu wyborów sejmowych (4 marca). Według proboszcza ks. Dunajeckiego i wikariusza ks. Kmiecika "parobcy znajdujący się na chórze rzucali kartki wyborcze na dół kościoła", a ponadto znajdujące się tam osoby zachowywały się głośno i dobiegające z chóru hałasy oraz śmiechy zakłócały przebieg modlitw. Zauważono również przypadki palenia papierosów na schodach koło samej wieży.

Mimo to w niedzielę 8 kwietnia podczas uroczystej sumy doszło do otworzenia przemocą bocznych drzwi wiodących na chór i wtargnięcia tam grupy dorosłych mężczyzn i młodzieży. Według zeznań świadków otwarcia drzwi na chór miał dokonać Teofil Bąk (ur. w 1903 roku, syn Antoniego i Wiktorii). Zostały wyważone drzwi prowadzące bezpośrednio na chór, które podpierał i podtrzymywał organista Władysław Woźny, a klamkę do nich ukręcono. O zajściu organista natychmiast poinformował ks. Kmiecika, który klęczał przy ołtarzu podczas adoracji. Po jej zakończeniu ks. wikariusz zawiadomił o tym z kolei uczestników nabożeństwa, podkreślając, że "chór był zamknięty, na chór nie wolno było nikomu wchodzić, drzwi zostały wyważone, to jest bandytyzm- tak robią bandyci."

Na to odezwał się głos spod chóru:

- "Tu nie ma bandytów !" 

Wykrzykującego te słowa zidentyfikowano na podstawie relacji studenta Józefa Turały jako szewca Michała Sabudę (ur. około 1891 roku we Frydrychowicach).

- "Milcz ! Milcz !" zawołał na to ks. Kmiecik- "Ksiądz kanonik tam pójdzie, wszyscy z chóru zejść muszą, inaczej mszy św. nie będę odprawiał ! Schowam Pana Jezusa, wezmę kielich i tak jak jestem, pójdę do Wadowic i tam mszę św. dokończę ! W kościele ksiądz jest gospodarzem i ksiądz rządzi - ja czekam !"

Wtedy ks. proboszcz Dunajecki rzeczywiście wszedł na chór i nakazał opuszczenie tego miejsca. Część obecnych zeszła już wcześniej, inni dopiero po wezwaniu proboszcza, który nakazał organiście spisywanie schodzących. Reakcją na to były ich okrzyki " Hańba !"

Ponieważ chór wszyscy opuścili, to msza była kontynuowana i dokończona.

Lista uczestników zamieszania, spisanych przez organistę, przedstawiała się następująco:

  • Teofil Bąk, syn Antoniego, ur. 1903,
  • Józef Świętek, syn Józefa, ur. 1903,
  • Jan Mlak, syn Jana, ur. 1894,
  • Wojciech Nowak,
  • Aleksy Wcisło, syn Franciszka, ur. 1878,
  • Stanisław Wójcik,
  • Ludwik Ramenda, syn Tomasza, ur. 1894,
  • Józef Malata, syn Franciszka, ur. 1911,
  • Józef Wójcik, syn Jakuba, ur. 1901,
  • Jan Ramenda, syn Teodora, ur. 1904,
  • Jan Gazda,
  • Józef Trzaska, syn Franciszka, ur. 1903,
  • Jan Kręcioch.

piątek, 11 maja 2018

Stare fotografie z Choczni

5 maja 1929
Dzieci komunijne (rocznik 1920) przed szkołą w Choczni Dolnej
W środku siedzi ks. Józef Kmiecik, w ostatnim rzędzie stoją: z prawej strony Andrzej Gondek (kierownik szkoły), z lewej strony Jan Pamuła, nauczyciel, były i przyszły kierownik szkoły w Choczni Górnej.
Jedyną żyjącą jeszcze osobą utrwaloną na tej fotografii jest Józef Widlarz (drugi z lewej w pierwszym rzędzie),  z którego archiwum pochodzi to zdjęcie

środa, 13 września 2017

Budowa Domu Katolickiego

Wraz z dużym rozwojem działalności Katolickich Stowarzyszeń Młodzieży w Choczni w połowie lat dwudziestych XX wieku powstała potrzeba zapewnienia lokalu dla: spotkań organizacyjnych, odczytów, szkoleń, przedstawień teatralnych i innych imprez publicznych.
Już w 1927 roku w Ilustrowanym Tygodniku Katolickim „Dzwon Niedzielny” zwracano uwagę, że działacze i działaczki katolickich stowarzyszeń w Choczni nie mogą liczyć na wsparcie lokalnych władz gminnych i udostępnienie lokalu w budynku Domu Ludowego, mimo że do jego powstania składkami i pracą przyczynili się wszyscy chocznianie, w tym również ojcowie i matki młodzieży skupionej w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży Żeńskiej i Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży Męskiej. W związku z tym na przykład uroczystość ku czci św. Stanisława Kostki musiała odbyć się pod gołym niebem.
Działacze gminni z wójtem Putkiem na czele widzieli w KSMM i KSMŻ naturalne zaplecze dla swojej konkurencji politycznej, głoszącej hasła narodowo- katolickie. Starali się oficjalnie pomniejszać znaczenie tych nowych organizacji, ale musieli mieć świadomość swoich zaniedbań w tworzeniu oferty dla choczeńskiej młodzieży i oddania inicjatywy w tym względzie zwalczanym klerykałom. Zaufania ludowców nie budziła również osoba patrona stowarzyszeń- dynamicznego księdza Józefa Kmiecika, otwarcie głoszącego w kazaniach wrogie dla ruchu ludowego treści. Rok 1927 to także początek sporu o dzwony kościelne pomiędzy władzą gminną i plebanią, a rozhuśtane z obu stron emocje nie służyły z pewnością zgodzie i porozumieniu, nawet w kwestiach użyczenia lokalu dla młodych katolików.
Działacze i działaczki KSMM I KSMŻ mogli liczyć natomiast na życzliwości kierownika szkoły Adama Gondka i nauczycielki Anny Zrazik, wspierających katolickie stowarzyszenia. Ale na ich decyzje z kolei wpływ wywierały sanacyjne władze powiatowe i inspektorat oświatowy, którzy lansowali własną organizację młodzieżową „Strzelec”.
Jedyną alternatywą pozostawały więc niewielkie salki użyczane przez plebanię i organistę.
Dlatego choczeńskie koło KSMM, którego czołowymi działaczami byli wówczas: prezes Józef Janik, skarbnik Bolesław Bandoła, sekretarz  Jan Ruła i wydziałowy Jan Turek wraz z ks. Kmiecikiem wysunęło pomysł budowy Domu Katolickiego, zgrabnie łącząc go z przypadającą na 1928 rok 10-tą rocznicą odzyskania niepodległości. Pomysł ten poparł również proboszcz ksiądz Józef Dunajecki.
O tej inicjatywie tak informował Ilustrowany Kurier Codzienny:

„W Choczni katolickie stowarzyszenie młodzieży powzięło myśl wybudowania niezbędnego dla opieki moralnej nad dziatwą i w ogóle nad wsią własnego budynku. Myśl ta cieszy się poparciem ks. Kardynała Kakowskiego (metropolity warszawskiego) i ks. Metropolity  Sapiehy.”

Dom Katolicki powstawał w systemie gospodarczym na parceli plebańskiej położonej w pobliżu kościoła i dawnej organistówki. Drewno na budowę zwożono z Księżego Lasu, a cegły wypalano na gruntach plebańskich. Na koszty budowy składały się datki i ofiary miejscowej ludności, dotacje z Kurii Biskupiej w Krakowie, przesyłane z Ameryki dolary od choczeńskich emigrantów oraz skromne dochody z urządzanych przez samą młodzież przedstawień i festynów z loterią, w której można było wygrać na przykład kury, podarowane przez choczeńskie gospodynie. Przy budowie pracowali bezinteresownie druhowie i druhny z obydwu katolickich stowarzyszeń, członkowie Katolickiego Koła Mężczyzn i Kobiet oraz niestowarzyszeni miejscowi gospodarze, wykonując szereg prac fizycznych, jak:  wypalanie cegły, jej zwózkę na plac budowy, lasowanie wapna, roboty murarskie, zwózkę dachówki i jej wnoszenie na dach, prowadzonych pod okiem mistrza murarskiego i nadzorem architekta.
Budowa Domu Katolickiego w Choczni- wnoszenie dachówek (1929)
Według Józefa Turały, autora „Kroniki wsi Chocznia” budowę w stanie surowym ukończono w 1929 roku. Prace wykończeniowe trwały jednak przez kolejne lata. W 1930 roku ksiądz Józef Kmiecik i komisarz gminny Tomasz Bursztyński zwrócili się o wsparcie finansowe budowy do księcia Habsburga w Żywcu, o czym informowało wydawane przez Putka „Wyzwolenie”, złośliwie dodając, że:

 (…) Chłopi dla siebie „dom” mają, a dla księżo- pańskich interesów wytężać się nie będą. Jak Sapieha, czy Habsburg chce mieć dom, niech go sobie własnym kosztem wybuduje.(…)

W 1931 roku fundusze przeznaczone na budowę uległy całkowitemu wyczerpaniu, dlatego na łamach prasy katolickiej pojawiły się artykuły zachęcające do wsparcia, w których podawano numer konta bankowego dla potencjalnych ofiarodawców. Fundusze pozyskiwano także nadal z przedstawień organizowanych przez młodzież skupioną w KSMM i KSMŻ. W grudniu 1932 roku takie dochodowe przedstawienie z życia św. Stanisława i Bolesława Śmiałego pod tytułem "Król a biskup" w reżyserii Józefa Kolbra wystawiono już w częściowo ukończonym budynku Domu Katolickiego, o czym informował „Dzwon Niedzielny”.
Do formalnego poświęcenia nowo wybudowanego obiektu przez arcybiskupa Sapiehę doszło dopiero 9 czerwca 1938 roku.
Ale już wcześniej Dom Katolicki był wykorzystywany do pracy z młodzieżą. Raz w miesiącu odbywały się w nim religijne zebrania formacyjne. Organizowano także:
  • amatorskie przedstawienia teatralne o treści historyczno- społeczno-religijnej (np. „Krakowiacy i górale”, „Skąpiec”, „Królowa przedmieścia”, "Kościuszko pod Racławicami”, „Krowoderskie zuchy”, „Zesłanie na Sybir”),
  • odczyty i prelekcje prowadzone często przez studentów wywodzących się z Choczni (np. o prześladowaniu chrześcijan w Meksyku),
  • próby chóru,
  • konkursy i szkolenia rolnicze, dotyczące na przykład wprowadzania nowych rodzajów upraw - kukurydzy i lnu oraz zakładania przydomowych ogródków warzywnych, czy chowu królików, 
  • opłatek, jasełka i obchody innych świąt religijnych,
  • szkolenia z gospodarstwa domowego dla dziewcząt- gotowania, pieczenia, wyszywania, szydełkowania, szycia, itp.,
  • szkolenia higieniczne i prozdrowotne, 
  • kursy nauki na instrumentach muzycznych (np. kółko mandolinistów).
Teren wokół Domu Ludowego służył zajęciom i grom sportowym- urządzono boisko do gry w siatkówkę oraz skocznie w dal i wzwyż.

poniedziałek, 12 października 2015

Dziesięciolecie Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży w Choczni w 1935 roku.

Korespondencję na temat jubileuszu Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej w Choczni zamieścił "Dzwon Niedzielny" z 24 listopada 1935 roku:

"Chocznia. Dnia 20 paźdz. obchodziło nasze K. S. M. m. 10-lecie swego istnienia. W dniu tym wszyscy druhowie przystąpili do Komunji św. O godz. 10 oddział nasz i oddziały okoliczne uszykowane na placu przed Domem kat. wyruszyły w czwórkach przy dźwiękach orkiestry "Sokoła" miejsc. do kościoła na sumę, którą odprawił ks. prob. J. Dyba; kazanie wygłosił ks. Dyrektor gimnazjum XX. Pallotynów z Wadowic. 
Po sumie odbyła się przed Domem kat. uroczysta Akademja„ którą zagaił Ks. Proboszcz; akademję wypełniły: przemówienia Gości, sprawozdanie druha prezesa J. Świętka, śpiewy, deklamacje, utwory orkiestralne, referat ideowy komendanta w. f. p. J. Kotyzy z K. S. M. m. z Krakowa, oraz przemówienia ks. dyr. L. Bzowskiego, „Młodzi, mężnie stójcie pod Krzyża i Orla Białego znakiem". 
W sprawozdaniu druh prezes przedstawił wyniki pracy 10-letniej; i tak KSMm. w Choczni, liczące 48 druhów, odbyło zebrań plenarnych 243, posiedzeń kierownictwa 209, Komunji św. kwart. 32; referatów wygłoszono na zebraniach 243, z których sami druhowie wygłosili 139. Po Akademji druhowie spożyli obiad, przygotowany przez członkinie KSK, a podany przez druchny KSMż. 
Po południu odbyły się zawody w. f., po których zwycięzcy otrzymali dyplomy i nagrody indywidualne. (Druh. J. S.)."

Autorem korespondencji był ówczesny prezes K.S.M.M. w Choczni Jan Świętek (1912-1942), syn sołtysa Władysława Świętka.

Do rozwoju koła K.S.M.M. w Choczni przyczynił się w dużym stopniu ksiądz wikariusz Józef Kmiecik.
Celem stowarzyszenia była formacja religijna członków, polegająca na częstym korzystaniu z sakramentów, udziale w rekolekcjach, dniach skupienia oraz spotkaniach formacyjnych. Prowadzono również rozwiniętą działalność kulturalno-oświatową, charytatywną i społeczno-patriotyczną.
Do ważniejszych działaczy K.S.M.M. w Choczni w okresie międzywojennym należeli obok Jana Świętka: Jan Bryndza, Władysław Góralczyk, Józef Janik, Józef Ramęda, Jan Turek, Władysław Wcisło i Henryk Woźniak. 
Po odejściu z parafii ks. Kmiecika opiekę nad K.S.M.M. przejął ks. Leon Bzowski.

Drugim filarem Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży w Choczni było wspomniane w artykule Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Żeńskiej. Największe zasługi dla jego rozwoju miała nauczycielka Anna Zrazik i ks. wikariusz Józef Kmiecik. 
A do grona jego czołowych działaczek należały: Maria Wcisło, Julia Ramenda, Tekla Turała, Salomea Świętek, Maria Woźniak, Helena Biel, czy Bronisława Habina.

Obie te organizacje podporządkowane były Naczelnemu Instytutowi Akcji Katolickiej (NIAK), ale prowadziły własną działalność, posiadały własne władze i strukturę organizacyjną.
Ponadto K.S.M.M. i K.S.M.Ż. razem z Katolickim Związkiem Mężów i Katolickim Związkiem Kobiet wchodziły w skład jednej organizacji - Akcji Katolickiej. 

środa, 8 lipca 2015

Choczeńscy wikariusze- ksiądz Józef Kmiecik

Ksiądz Józef Kmiecik to ważna postać w Choczni okresu międzywojennego. Spędził w niej 7 lat jako wikariusz, zaangażowany nie tylko w życie religijne parafii, ale i w sprawy społeczno-polityczne wsi. Był przeciwnikiem ówczesnych władz gminnych, z wójtem Józefem Putkiem na czele, wspierając ich politycznych przeciwników, co znalazło swoje odbicie w karykaturze politycznej, opublikowanej wcześniej na chocznia-kiedys (LINK).

Józef Kmiecik, syn Jana,  urodził się 14 lutego 1894 roku w niewielkiej wsi Świerchowa koło Jasła.
Był absolwentem gimnazjum w Jaśle i żołnierzem armii austriackiej w czasie I wojny światowej.
19 października 1918  podjął studia teologiczne na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, które zakończył absolutorium w 1923 roku z postępem dobrym.
Już w trakcie studiów został wyświęcony na księdza, co miało miejsce w Krakowie 17 grudnia 1922 roku.
W latach 1923-25 ks. Kmiecik zdawał ponadto egzaminy na katechetę szkół średnich. 
Do Choczni trafił z Lubienia 1 lipca 1925 roku. Ponieważ choczeński proboszcz- ks. Józef Dunajecki miał już wówczas 70 lat i niedomagał na zdrowiu, dynamiczny wikary wyręczał go w wielu obowiązkach i wspierał w działalności duszpasterskiej oraz katechetycznej, a także w sporach z władzami gminy, pod kierownictwem Józefa Putka. 
Ks. Józef Kmiecik został opiekunem Katolickich Stowarzyszeń Młodzieży Męskiej i Żeńskiej, które pod jego patronatem intensywnie rozwijały się i przyciągały licznych członków. Z jego inicjatywy rozpoczęto budowę Domu Katolickiego, przewidzianego jako miejsce do prowadzenia działalności religijno - wychowawczej: zebrań i odczytów o tematyce wychowawczej, występów teatru amatorskiego, prób chóru, kursów rolniczych i gospodarstwa domowego.  W 1928 roku ks. Kmiecik był uczestnikiem zamieszania związanego z zakupem i zawieszeniem dzwonów kościelnych. (LINK).
W 1931 roku konsekrował stalowy krzyż na Gancarzu, wystawiony we współpracy z zarządem komisarycznym gminy. W 1932 roku atmosferze skandalu obyczajowego opuścił choczeńską parafię, żegnany przez tłumy kobiet.
W latach 1932 - 1937 roku pełnił posługę wikariusza w Jeleśni, a następnie został skierowany na krótko do Bolechowic, gdzie przebywał od 20 sierpnia do 16 grudnia 1937 roku.
Z Bolechowic trafił do Poręby Wielkiej koło Oświęcimia. W  parafii św. Bartłomieja Apostoła sprawował najpierw funkcję wikariusza, a później administratora.
W czasie II wojny światowej ukrywał na strychu kościelnym sztandar miejscowej OSP. Współpracował z Armią Krajową w akcjach udzielania pomocy więźniom Auschwitz, również po wyzwoleniu obozu, kiedy to gościł ich grupę u siebie na plebani. Jeden z więźniów, płk. Jaworski, dedykował ks. Kmiecikowi po wojnie swoją książkę „Wspomnienia z Oświęcimia”. Po II wojnie światowej proboszcz Kmiecik był nękany przez władze państwowe nadmiernymi podatkami i obowiązkowymi dostawami żywca i zboża z dużego gospodarstwa plebańskiego.
W 1959 roku został zarejestrowany przez WUSW w Krakowie jako tajny współpracownik o pseudonimie „Bartek”. 
Ks. Kmiecik pełnił posługę w Porębie Wielkiej do śmierci w wyniku wylewu w dniu 7 marca 1971 roku. Został pochowany przy zabytkowym, drewnianym kościółku w Porębie, na co uzyskał wcześniej osobistą zgodę kardynała Karola Wojtyły.


O tym, co sądzili na temat ks. Kmiecika jego polityczni oponenci z Choczni, można przeczytać w piśmie „Wyzwolenie” z 28 kwietnia 1930 roku:

(...) W parafii choczeńskiej mamy zaciekłego szermierza cnót wszelakich w osobie wikarego Kmiecika. (…) Ten świętobliwy, nieustraszony, nieubłagany rycerz kościoła stoczył już walkę z wyzwoleńcami 1 w dwóch klerykalnych gazetach. (..) W ten sposób „cichy pracownik w winnicy pańskiej" ogłosił, jako że on tylko jedyny jest źródłem cnót wszelakich na całą parafię,  że on mądry jak Salomon, miłosierny jak Samarytanin, nieustraszony jak lew, wymowny jak Bursztyńska 2, a pobożny, że za nic Zrazikówna 3.
(…) Że go jeszcze na urzędach kościelnych trzymają, to tylko dlatego, że żaden wikary nie umiał z takiem namaszczeniem i tak uroczyście ucałować Sapiehę w sam koniec trzewika, jak to uczynił on, Kmiecik. 
Że jest katecheta, to tylko dlatego, że władze szkolne idą na pasku klerykalnym. Bo żeby cierpieć na posadzie osobnika, znienawidzonego przez dziatwę, którą niemiłosiernie bije w szkole4, wyszydza i poniewiera, to dziwne. Dzieci wyuczył wzajemnego szykanowania się i donosicielstwa, Uczniów wysadzał na szafę szkolną i kazał im w zębach kij trzymać. Z nieletniego dziecka, które dla asekuracji przed skutkami bicia, troje spodni na siebie wdziało, zwlekł wszystkie spodnie w szkole na oczach dzieci i bił je. Słowem „szerzy wiarę świętą" jak na misjach u Kafrów afrykańskich. Za te misje w szkole pobierał wynagrodzenie nawet za takie godziny, których wcale nie odbył. Dopiero w ostatnich czasach ze strachu przed „wyzwoleńcami" tych manipulacyj zaniechał. O wszystkich tych faktach urzędowo zawiadomione zostały władze szkolne. 
Założył „Stowarzyszenie Młodzieży", które takiem cieszy się poparciem w parafii, że na „opłatek", zapowiedziany z ambony, nikt ze starszych nie przybył. W stowarzyszeniu urządził „ochranę", kazał bowiem do krupki wrzucać niepodpisane listy i pisma, w których wzajemnie się uczą chłopaki szpiclować i denuncjować. 
O! bo świętobliwy Kmiecik zna się na tej pracy, bo już się nawet sam zgłaszał do dowódcy 12 pułku piechoty Ćwiertniaka w Wadowicach z podobną służbą — „wywiadem" i „doradą", jak to dobrze byłoby na wybory posła Putka posłać w rekruty. Zbawienie wieczne obiecał za to całemu pułkowi.
(…) I do czego taki „wychowawca" doprowadził? Przecież już znane są fakty, że nieletnie chłopaki okradają rodziców, aby mieć pieniądz do „stowarzyszenia" na prezent imieninowy dla świętobliwego Kmiecika i wonnej lilii Zrazikównej. Dziewczętom ze związku katolickiego te dwie święte istoty zapowiedziały, że jeśli która wyjdzie za mąż, a do dziewięciu miesięcy po ślubie urodzi się jej dziecko, dostanie premię. Do tego czasu premiowano w Choczni klacze i krowy, teraz przybyło premiowanie „niewiast katolickich". Najgorzej na tern wychodzą te członkinie „stowarzyszenia", które bez mężów, powiły dziecko, bo te premii nie dostały.
Niezmordowany pracownik wikary Kmiecik na całą Polskę otrąbił, jako że buduje „Dom Katolicki".
(…) Ale ani Zebrzydowski klasztoru kalwaryjskiego tak długo nie budował, jak on buduje ten „dom". Parę dewotek, zwłaszcza tych, co mają mężów w Ameryce, dało mu po parę kur na festyn, ale na pierwsze szczęście „katolicy dobrzy" noże w siebie na tym festynie wbijali. Potem jakaś obszarniczka coś kapnęła, no i Sapieha też coś posłał. To jest wszystko. (…) To też teraz Kmiecik wraz z c. k. wachmistrzem Bursztyńskim5 złożyli pokorną prośbę o pomoc na budowę u Habsburga z Żywca. 
(…) Świadom nauk wielkich mężów kościoła szerzy też Kmiecik nauki te na ambonie (…) a poucza parafian, że zarządca cudzego majątku może sobie przywłaszczyć dochody z zarządzanego majątku (…) na usprawiedliwienie proboszcza, który pozbierał dochody z cmentarza gminnego, a gdy go na tern gmina przyłapała, ogłosił, że był zarządcą cmentarza. (…) 
Byłoby jeszcze sporo do pisania o naszym choczeńskim wikarym, ale szkoda czasu i papieru (…)

Natomiast opinię zwolenników ks. Kmiecika zamieścił "Dzwon Niedzielny" z 10 marca 1929 roku:

(...) Ile ks. Kmiecik (...) dał na biednych i chorych w naszej wiosce; ile dał takim, co nie mieli za co dokończyć swych nauk, aby mieć byt zapewniony i wielu innym; ile włożył pieniędzy rozpoczynając dopiero budowę domu dla Katolickich Stowarzyszeń, nie licząc różnych trudów jego i poświęcenia dla czyjegoś dobra; ile odprawił biednym bezpłatnych pogrzebów; ile mszy św. za takich, o których nie ma kto pamiętać; popostawiał taki swoim kosztem krzyże na cmentarzu, poozdabiał groby i wiele podobnych rzeczy. (...)

1 wyzwoleńcy to członkowie PSL Wyzwolenie, zwolennicy Putka,
2 Bursztyńska to Maria Bursztyńska z domu Sikora, żona tymczasowego komisarza gminy, 
Zrazikówna to Anna Zrazik, choczeńska nauczycielka i działaczka katolicka,
zarzuty stosowania niesprawiedliwych kar fizycznych potwierdzają żyjący do dziś jego uczniowie,
5 Bursztyński to Tomasz Bursztyński, tymczasowy komisarz gminy, po rozwiązaniu poprzedniego zarządu z Putkiem na czele.

Choczeńscy wikariusze - lista.