Pokazywanie postów oznaczonych etykietą parafia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą parafia. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 września 2026

Nietypowe losy byłego choczeńskiego wikariusza ks. Franciszka Jabłońskiego

 

Ks. Jabłoński u schyłku życia

Ksiądz Franciszek Józef Jabłoński, zapamiętany m.in. jako wikariusz w Choczni, był postacią o niezwykle barwnym i skomplikowanym życiorysie, w którym gorliwa praca duszpasterska i społeczna przeplatała się z dramatycznymi, życiowymi zawirowaniami. Urodził się 14 września 1864 roku w Sieniawie, w zaborze austriackim (dzisiejsze województwo podkarpackie), jako syn majstra murarskiego Ludwika Jabłońskiego i jego żony Marii. Swoją drogę ku kapłaństwu rozpoczął od studiów filozoficznych na Uniwersytecie Lwowskim, które kontynuował do 1890 roku, by następnie przenieść się na wydział teologiczny Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Święcenia kapłańskie przyjął w 1894 roku, rozpoczynając wieloletnią służbę w galicyjskich parafiach.

Jako młody, pełen energii kapłan pracował kolejno jako wikariusz we Frydrychowicach (1894-95), Chrzanowie (1895-98), Czańcu (1898-1902, gdzie pełnił również obowiązki katechety), Andrychowie (1902-1903) i Skawinie (1905-1906). We wrześniu 1906 roku przybył do Choczni, gdzie sprawował funkcję wikariusza przez niespełna rok, do końca sierpnia 1907 roku. Następnie został przeniesiony do Cięciny. Ksiądz Jabłoński dał się poznać w tamtym okresie nie tylko jako oddany duszpasterz, ale przede wszystkim jako rzutki społecznik. Z pasją zakładał kółka rolnicze i czytelnie ludowe, podnosząc poziom oświaty i kultury wśród wiejskiej ludności, a także gorąco wspierał działalność patriotycznego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”.

Doskonałym świadectwem jego poglądów i głębokiego zaangażowania w sprawy narodowe była przemowa, którą wygłosił 5 maja 1907 roku w Wadowicach podczas uroczystych obchodów rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 Maja. W szczelnie wypełnionej sali wadowickiego „Sokoła”, w obecności przedstawicieli wszystkich stanów, ks. Jabłoński skierował do zgromadzonej młodzieży słowa pełne troski o przyszłość ojczyzny. Apelował, by ich największym czynem patriotycznym była nauka, gdyż „Polska potrzebuje uczonych”. Z dużą odwagą i przenikliwością poruszał najtrudniejsze kwestie ówczesnej rzeczywistości. Wzywał do rozwiązania problemów socjalnych poprzez wzajemną miłość wszystkich klas społecznych. Odnosząc się do napiętych relacji z Rusinami (Ukraińcami), z jednej strony twardo bronił polskości Uniwersytetu Lwowskiego, a z drugiej przypominał, że należy dążyć do zgody, widząc w nich braci. W sposób nieszablonowy jak na tamte czasy poruszył również kwestię żydowską, sugerując, że brak wzajemnego zrozumienia i izolacja tej społeczności mogą wynikać z faktu, iż Polacy okazali Żydom „za mało serca”. Zachęcał do badania i lepszego poznania tego narodu w imię przyszłej harmonii.

Niestety, mimo wielkich zasług społecznych i patriotycznego oddania, kariera duszpasterska ks. Jabłońskiego w ojczyźnie zakończyła się nagłym i bolesnym kryzysem. Kiedy otrzymał nominację do Lanckorony, odmówił jej przyjęcia, mimo groźby suspensy ze strony władz kościelnych. Powody tej odmowy pozostają tajemnicą, choć sam zainteresowany tłumaczył swoją decyzję o wyjeździe z kraju tym, że był „udręczony fałszywymi oskarżeniami".

W 1909 roku ksiądz Jabłoński podjął samowolną decyzję o emigracji do Kanady. Był to krok desperacki dla czterdziestopięcioletniego kapłana, który musiał zostawić za sobą piętnaście lat pracy duszpasterskiej i społecznej. Pierwsze miesiące za oceanem były okresem ciężkiej próby – wykształcony duchowny pracował fizycznie przy budowie kolei i prał bieliznę w szpitalu w Vancouver. Te poniżające doświadczenia nie złamały go jednak, a wręcz przeciwnie – zahartowały i przygotowały do kolejnego etapu posługi.

Jego los odmienił się w 1910 roku, kiedy to 20 stycznia przybył pociągiem z Kanady do Stanów Zjednoczonych, przekraczając granicę w Blaine w stanie Waszyngton. Wkrótce powrócił do swojego powołania, stając się duszpasterzem dla Polaków i Litwinów w domu św. Józefa w Chicago, a następnie w Nowym Jorku. Zachowana Deklaracja Zamiaru z 1912 roku, dokumentująca jego proces naturalizacyjny w Bostonie, pozwala nam dokładnie wyobrazić sobie, jak wówczas wyglądał. W wieku 48 lat Francis Joseph Jablonski – bo pod takim imieniem funkcjonował w USA – był drobnym mężczyzną o wzroście około 165 centymetrów (5 stóp i 5 cali) i wadze niespełna 62 kilogramów (136 funtów). Posiadał ciemną cerę, czarne włosy i brązowe oczy, a w rubryce „zawód” ponownie z dumą wpisał: duchowny.

Po uzyskaniu amerykańskiego obywatelstwa w 1912 roku, ks. Jabłoński osiadł na stałe w stanie Massachusetts, gdzie odnalazł życiową stabilizację i pole do dawnej, społecznej aktywności. To właśnie tam rozpoczął swoją 14-letnią posługę w miejscowości Maynard, zapisując się w lokalnej historii jako założyciel polskiej parafii św. Kazimierza. Swoje ostatnie lata spędził jako wikariusz w polskim kościele St. Mary w Bostonie (mieszkając przy 655 Dorchester Ave. w South Boston). 

Zmarł 16 czerwca 1929 roku. Spoczął z dala od rodzinnej Sieniawy i galicyjskiej ziemi, na New Calvary Cemetery w Mattapan, pozostawiając po sobie pamięć niestrudzonego społecznika, wybitnego mówcy i duszpasterza, który mimo życiowych burz do końca służył swoim rodakom.


Nagrobek w Mattapan


poniedziałek, 30 marca 2026

Budowa plebanii pod koniec XIX wieku

Decyzja o budowie nowej, murowanej plebanii w Choczni zapadła 8 grudnia 1887 roku. Rada Gminna postanowiła wówczas nie tylko przystąpić do realizacji tej inwestycji, ale także corocznie wspierać ją środkami gminnymi oraz dostarczać niezbędne materiały budowlane. Na początku planowano wykorzystać między innymi fundusze pozostałe po zbiórce na ukończenie wieży kościelnej, przeznaczając je na sprowadzenie kamienia.

Kolejnym krokiem była uchwała z 2 grudnia 1888 roku, na mocy której wprowadzono dodatek w wysokości 40% do wszystkich podatków opłacanych w gminie. Uzyskane w ten sposób środki miały zostać przeznaczone na zgromadzenie materiałów potrzebnych do remontu starej plebanii lub budowy nowej.

3 lutego 1889 roku Rada Gminna ponownie potwierdziła zamiar wzniesienia nowej plebanii. Proboszcz ks. Józef Komorek nie nalegał na rozpoczęcie budowy, pozostawiając decyzję radnym. Z kolei wójt Czapik uważał, że w pierwszej kolejności należałoby przeznaczyć środki na przyozdobienie wnętrza nowo wybudowanego kościoła. Wskazywał on jednak, że pozostałe po budowie kościoła wapno, cegły i piasek można wykorzystać przy budowie plebanii, pod warunkiem zwrotu ich wartości Funduszowi Budowy Kościoła. Fundusz ten bowiem wcześniej wykorzystał legaty Stanisława Żaka i rodziny Balonów, zapisane pierwotnie na inne cele, takie jak poprawa organów i rozszerzenie ołtarza, i był zobowiązany do ich zwrotu w wysokości około 600 złotych reńskich.

17 grudnia 1889 roku radni uchwalili kolejny dodatek do wszystkich podatków w wysokości 40%, tym razem już wyraźnie z przeznaczeniem na trwającą budowę plebanii. Szacowano, że przyniesie on 989 złr. Wkrótce inwestycja zaczęła nabierać tempa. Podczas posiedzenia 9 lutego 1890 roku wójt Czapik przedłożył sprawozdanie, z którego wynikało, że z Funduszu Kościelnego wydano na budowę nowej plebanii 744 złr i 74 centy. Radni przyjęli je z uznaniem, podkreślając, że dzięki rozsądnemu kierowaniu pracami budowa posunęła się znacznie naprzód przy stosunkowo niewielkich kosztach.

W 1891 roku budowa była kontynuowana. Gmina przeznaczyła na ten cel 994 złr, uzyskane z podwyższenia podatku gruntowego i domowego o 40%. Dodatkowo postanowiono, że nadwyżki z wydatków gminnych za ten rok będą kierowane na budowę w formie zwrotnych pożyczek.

Również w 1892 roku prace budowlane trwały nadal. Na budowę nowej, murowanej plebanii przeznaczono 1030 złr, pochodzące z tego samego, 40-procentowego dodatku do podatku gruntowego i domowego. Inwestycji nie można było odkładać, ponieważ stara plebania znajdowała się w bardzo złym stanie technicznym — jej dach był dziurawy i woda lała się do wnętrza budynku. Z powodu rosnących kosztów uchwalono zaciągnięcie dodatkowych prywatnych pożyczek: najpierw 200 złr obok wcześniej zaciągniętych 500 złr, a w połowie 1892 roku kolejnych 300 złr, oprocentowanych rocznie na 5%, gdy dotychczasowe środki okazały się niewystarczające.

Pod koniec 1892 roku budowa plebanii, prowadzona od 1889 roku, była już na ukończeniu. Całkowity koszt inwestycji oszacowano na 8100 złr. W tej sumie mieściły się koszty projektu (10 złr), kamienia z Gorzenia na fundamenty i wapna, zakup 125 tysięcy cegieł, drewna — w tym desek, drewna dębowego na futryny i materiału na więźbę dachową — o łącznej wartości 1447 złr, elementów żelaznych za 815 złr, szkła i szklenia za 130 złr, robót murarskich za 1312 złr oraz pomocy murarskiej za 235 złr. Ponadto uwzględniono koszty robót ciesielskich (297 złr), stolarskich (237 złr), kowalskich (335 złr), trzciny, piasku i naczyń budowlanych (95 złr), blach, rur i robót malarskich (76 złr), a także robót konnych mieszkańców gminy, oszacowanych na 695 złr, oraz robót pieszych o wartości 420 złr. Koszty ubezpieczenia wyniosły 169 złr i 95 centów.

Znaczący wkład w budowę wnieśli także darczyńcy. Ksiądz proboszcz ofiarował na ten cel 1000 złr, Albina Dunin przekazała drewno warte 300 złr, Adolf Bichterle z Sołtystwa drewno o wartości 40 złr, a Foltyn z Wadowic wykonał prace warte 50 złr. Wykorzystano również materiały pozostałe po budowie kościoła, których wartość oszacowano na 450 złr. Pozostałe koszty pokrywała Gmina Chocznia.

Przez cztery lata budowy gmina przeznaczyła na ten cel niemal 3845 złr. Po uwzględnieniu istniejącego zadłużenia oraz przewidywanych dochodów ze sprzedaży starej plebanii i wikariówki, do spłaty pozostawało jeszcze około 750 złr. Kwotę tę zamierzano pokryć w 1893 roku z dodatku do podatków gminnych, ustalonego na poziomie 30% od każdej wpłacanej złotówki podatku.

Budowa nowej plebanii w Choczni była więc przedsięwzięciem rozłożonym na kilka lat, wymagającym znacznego wysiłku finansowego i organizacyjnego całej gminy. Dzięki wspólnemu zaangażowaniu władz lokalnych, mieszkańców, proboszcza i ofiarodawców udało się doprowadzić tę ważną inwestycję niemal do końca pod koniec 1892 roku. 

Budynek  ten po licznych remontach pełni swoją funkcję do dziś.


środa, 4 lutego 2026

Koszty pogrzebu w Choczni przed 1918 rokiem

 Akta spraw spadkowych i opiekuńczych z archiwum Sądu Powiatowego w Wadowicach stanowią bezcenne źródło do poznania życia codziennego mieszkańców Choczni w XIX i na początku XX wieku. Wśród licznych informacji o stanie majątkowym zmarłych, strukturze gospodarstw i stosunkach rodzinnych, szczególnie interesujące są dane dotyczące kosztów pogrzebu. Analiza kilkudziesięciu spraw spadkowych z Choczni pozwala na rekonstrukcję zwyczajów pogrzebowych oraz oszacowanie, jak duże obciążenie finansowe stanowiła ostatnia posługa dla rodzin chłopskich.

Badając koszty pogrzebu w Choczni należy uwzględnić zmiany systemu monetarnego w monarchii habsburskiej. Do 1892 roku obowiązywał floren, zwany też złotym reńskim lub guldenem, który następnie został zastąpiony koroną austriacko-węgierską w relacji 1 floren = 2 korony.

Najwcześniejsze zachowane dane dotyczą połowy XIX wieku. W 1844 roku pogrzeb Antoniego Ścigalskiego kosztował 24 floreny. W 1860 roku za pochówek Katarzyny Cibor wydano 17 florenów – była to stosunkowo skromna suma, co może wynikać z jej statusu majątkowego. W 1874 roku na pogrzeb Apolonii Leśniak przeznaczono 50 florenów, co stanowiło już poważny wydatek. Dla porównania – połowa jej gospodarstwa (dom drewniany kryty słomą, stodoła i 15 morgów gruntu) wyceniona została na 900 florenów, zatem koszt pogrzebu stanowił około 5,5% wartości tej części majątku.

W 1886 roku pogrzeb Franciszka Pindla kosztował 35 florenów, przy czym cały stan czynny jego majątku wynosił zaledwie 481 florenów, a stan bierny (długi) znacznie go przewyższał. Przypadek ten ilustruje sytuację, gdy koszt pogrzebu dodatkowo obciążał i tak już zadłużoną schedę spadkową.

Po reformie walutowej z 1892 roku koszty pogrzebu zaczęto wyrażać w koronach. W 1888 roku za pogrzeb Jana Kożucha zapłacono 30 koron, a za pogrzeb szesnastoletniego Jana Romańczyka – jedynie 20 koron. 

 Na przełomie XIX i XX wieku zaobserwować można znaczne zróżnicowanie kosztów pogrzebowych. W 1900 roku wydatki wahały się od 70 koron (Michał Woźniak, Ignacy Bryndza) przez 100 koron (Józef Góralczyk) aż do 300 koron w przypadku Jana Guzdka – zamożnego gospodarza posiadającego 9 morgów ziemi i murowany dom. Ta rozpiętość odzwierciedlała zarówno różnice majątkowe, jak i zróżnicowaną „okazałość" ceremonii pogrzebowej.

W pierwszej dekadzie XX wieku przeciętny koszt pogrzebu oscylował między 60 a 160 koronami. Pogrzeb Julii Leszczyńskiej, dwunastoletniej dziewczynki zmarłej w 1906 roku, kosztował 60 koron. Tyle samo wydano na pochówek dwudziestosześcioletniego Józefa Widlarza, wyrobnika, do czego doszły jeszcze koszty choroby w wysokości 70 koron. Pogrzeb Elżbiety Wcisło w 1905 roku pochłonął aż 160 koron przy majątku wartym 1704 korony.

 Szczególnie interesujący przypadek stanowi pogrzeb Jana Ruły, który zmarł w 1909 roku w wieku 27 lat. Był on osobą niepełnosprawną – "niemową i niedołęgą" – a koszt jego pochówku wyniósł zaledwie 24 korony. Co znamienne, przez dziewięć lat utrzymywała go siostra z mężem, co sąd wycenił na 547 koron (licząc 15 halerzy dziennie).

Wyjątkowo cenny dokument stanowi szczegółowe rozliczenie pogrzebu Jana Widlarza zmarłego w 1913 roku. Całkowity koszt wyniósł 185 koron, choć sąd uznał za „odpowiednie stanowi i majątkowi zmarłego" jedynie 150 koron. Zestawienie wydatków przedstawia się następująco:

Koszty związane z przygotowaniem ciała i trumną:

- Trumna („trugła") – 7 złr (14 koron)

- Ubranie – 4 złr (8 koron)

- Koszula – 1 złr (2 korony)

- Trzewiki – 40 centów (80 halerzy)

- Świece – 2 złr (4 korony)

- Przybranie – 60 centów (1,20 korony)

 Opłaty kościelne:

- Księdzu – 24 złr (48 koron)

- Wikaremu – 5 złr (10 koron)

- Kościelnemu – 2 złr (4 korony)

- Śpiewakowi – 1 złr (2 korony)

- Na ofiarę – 7 centów (14 halerzy)

 Wynagrodzenia i datki:

- Gróbarzowi – 5 złr (10 koron)

- Tym, co nieśli trumnę – 4 złr (8 koron)

- Tym, co nieśli chorągiew – 50 centów (1 korona)

- Chłopom – 50 centów (1 korona)

- Furmanom – po 30 centów

 Poczęstunek (w tym stypa):

- Pogrzebiny (piwo, gorzałka, arak) – 7 złr (14 koron)

- Chleb – 60 centów (1,20 korony)

- Cukier i herbata – 60 centów (1,20 korony)

- Gorzałka rano – 1 złr (2 korony)

Inne wydatki:

- Telegrafy (powiadomienie rodziny) – 3 złr (6 koron)

Struktura ta pokazuje, że największą pozycję stanowiły opłaty kościelne (łącznie około 64 koron, czyli ponad jedną trzecią całości). Znaczący udział miały również koszty stypy oraz wynagrodzenia dla osób pomagających przy ceremonii.

Analiza stosunku wydatków pogrzebowych do całkowitej wartości spadku pozwala ocenić, jak duże obciążenie stanowił pogrzeb dla rodziny zmarłego:


Zmarły Rok Pogrzeb Majątek czynny Udział %
Jan Guzdek 1900 300 k 6530 k 4,6%
Józef Widlarz 1902 200 k 4607 k 4,3%
Józef Góralczyk 1900 100 k 2267 k 4,4%
Maria Kamińska 1909 120 k 1280 k 9,4%
Elżbieta Wcisło 1905 160 k 1704 k 9,4%
Anna Burzej 1914 120 k 1295 k 9,3%
Ignacy Bryndza 1900 70 k 1203 k 5,8%

Dla zamożniejszych gospodarzy koszt pogrzebu stanowił 4–5% wartości majątku, podczas gdy dla biedniejszych rodzin mógł sięgać niemal 10%. W skrajnych przypadkach pogrzeb dodatkowo pogłębiał zadłużenie spadku – tak było w przypadku Franciszka Pindla czy siedemnastoletniej wdowy Anny Garżel, która nie mogła udźwignąć ciężaru długów po mężu Antonim (w tym kosztów pogrzebu wynoszących jedynie 20 koron) i musiała sprzedać gospodarstwo teściowi.

Nie wszystkie rodziny były w stanie pokryć koszty pogrzebu. Gdy w 1911 roku zmarł Józef Pindel, jego gospodarstwo znajdowało się „w tak marnym stanie, że nie było nawet na pogrzeb funduszu". Koszty w wysokości 79 koron pokrył sąsiad Franciszek Kręcioch. Dom Pindla był „drewniany kryty słomą w lichym stanie", wyceniony zaledwie na 300 koron, a stodoła na 50 koron.

 Jakub Bylica, zmarły w 1909 roku, figuruje w dokumentach jako „gminny żebrak" – w jego przypadku nie odnotowano żadnych kosztów pogrzebowych, co sugeruje pochówek na koszt gminy lub dobroczynności parafian.

Marianna Łopata zmarła w 1906 roku „nie pozostawiła żadnego majątku" i „pozostawała na utrzymaniu córki Marianny Fajfer". W takich sytuacjach obowiązek pokrycia kosztów pogrzebu spadał na rodzinę, nawet jeśli sama żyła w ubóstwie.

Dokumenty pozwalają dostrzec wyraźne zróżnicowanie kosztów pogrzebowych w zależności od statusu społecznego i majątkowego zmarłego. Najdroższe pogrzeby (200–300 koron) urządzano zamożnym gospodarzom posiadającym murowane domy i kilkanaście morgów ziemi. Pogrzeby za 100–150 koron odpowiadały średniozamożnym rodzinom z domami drewnianymi i kilkoma morgami gruntu. Najskromniejsze ceremonnie (20–60 koron) przypadały biedocie wiejskiej, dzieciom, wyrobnikom i osobom pozostającym na utrzymaniu rodziny.

Sąd w Wadowicach kontrolował, czy wydatki pogrzebowe były „odpowiednie stanowi i majątkowi zmarłego". W przypadku Jana Widlarza rodzina wydała 185 koron, ale sąd uznał jedynie 150 koron za uzasadnione. Ta praktyka miała chronić interesy spadkobierców, zwłaszcza małoletnich, przed nadmiernymi wydatkami.

Dla lepszego zrozumienia skali kosztów pogrzebowych warto zestawić je z innymi wydatkami z epoki. Koszt przeciętnego pogrzebu (100 koron) odpowiadał mniej więcej wartości jednej krowy lub konia, natomiast pogrzeb zamożnego gospodarza (300 koron) równał się cenie morgi średniej jakości ziemi.



piątek, 30 stycznia 2026

Wizytacja parafii w 1602 roku

 

W Choczni, wsi królewskiej położonej niedaleko Wadowic, w 1602 roku przeprowadzono szczegółową wizytację kościelną. Ówczesny kościół – drewniana, konsekrowana świątynia pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela prezentował się solidnie. Miał mocne ściany, nienaruszone okna, strop z desek (malowany jedynie w prezbiterium), solidne drzwi z porządnymi zamkami. Pośrodku nawy, na drewnianej belce, wisiał okazały krzyż z figurą Ukrzyżowanego, a ambona znajdowała się w wygodnym, dobrze widocznym miejscu.

Wnętrze zdobiły trzy murowane ołtarze: główny – najprawdopodobniej konsekrowany – oraz dwa boczne, które wizytator uznał za nieużywane do celów liturgicznych. Najświętszy Sakrament przechowywano w rzeźbionym, wieżowym cyborium (tabernakulum) po prawej stronie ołtarza, choć jedna z puszek była już pęknięta, a Hostie leżały w zwykłym, czystym woreczku. Brakowało naczynia na oleje święte, a chrzcielnica – drewniana, z miedzianym kociołkiem – stała pusta, bez wody.

Kościół posiadał jednak przyzwoite wyposażenie liturgiczne: srebrny, pozłacany kielich z pateną, pięć ornatów w różnych kolorach liturgicznych, dwa jedwabne antependia (zasłony dolnej części ołtarza), trzy alby oraz Mszał Rzymski. Wszystkie te przedmioty, wraz z korporałami, puryfikaterzami i obrusami ołtarzowymi, zostały dokładnie spisane i podpisane przez wizytatora w inwentarzu.

Niestety, mimo tych względnych bogactw, parafia borykała się z poważnymi problemami. Nie miała własnego, rezydującego proboszcza – opiekę nad nią sprawował ks. Mikołaj Wrzaskowicz, pleban wadowicki, mieszkający w odległości 15 stajań (około 2,5–3 km). To właśnie brak stałego duszpasterza na miejscu przyczynił się do tragicznego wydarzenia: tuż przed Zielonymi Świątkami kościół został obrabowany. Złodzieje włamali się do cyborium, rozsypali po posadzce Najświętszy Sakrament, zabrali oleje święte i inne rzeczy. Świątynia pozostawała bez należytej opieki.

Plebania była w opłakanym stanie – w dużej części już zrujnowana. Jedynie rektor tutejszej szkoły (nauczyciel) mieszkał godnie, mając własny domek i ogródek przy kościele. Mieszkańcy płacili meszne (podatek kościelny) plebanowi w Wadowicach.

Wizytator, widząc zaniedbania i skutki poprzednich, niewykonanych zaleceń, wydał konkretne nakazy naprawcze:

  • natychmiast wzmocnić i lepiej zabezpieczyć zamknięcie cyborium, które zostało uszkodzone przez włamywaczy;
  • przenieść srebrny kielich z domu witryka (kościelnego) na plebanię w Wadowicach – nie mógł on dłużej stać w prywatnym domu;
  • zakupić brakujące naczynia: cynowe na oleje święte oraz dwie mniejsze cynowe puszki do przechowywania Najświętszego Sakramentu, wraz ze stosowną szkatułką;
  • Do końca roku rozliczyć witryka – rachunki finansowe parafii nie były sporządzane od kilku lat.

wtorek, 22 lipca 2025

Choczeńscy wikariusze - ksiądz Teofil Papesch

 Ks. Teofil Antoni Papesch (1872–1937) to postać, która dobrze zapisała się w historii Gilowic, Czańca i wielu innych miejscowości, gdzie pełnił posługę kapłańską. Urodzony 29 lutego 1872 roku w Krakowie-Wesołej, syn krawca Józefa i Reginy z domu Rapta, był nie tylko duchownym, ale także organizatorem życia społecznego, patriotą i administratorem, który w trudnych czasach zaborów i powojennej odbudowy inspirował lokalne społeczności do działania.


Teofil Papesch ukończył III Gimnazjum im. Sobieskiego w Krakowie, zdając maturę w 1890 roku. Następnie podjął studia teologiczne na Uniwersytecie Jagiellońskim (1890–1894), które zwieńczył święceniami kapłańskimi w 1894 roku w Krakowie. Swoją posługę rozpoczął jako wikariusz w Dobczycach (1894–1900), gdzie już w 1895 roku otrzymał pochwałę Rady Szkolnej Okręgowej w Wieliczce za pracę katechetyczną. Kolejnym etapem jego drogi była praca w Bobrku (1900–1901), a następnie w Choczni (1901–1903), gdzie pełnił funkcję wikariusza i katechety.

W kolejnych latach ks. Papesch służył w Cięcinie (1903–1905), Andrychowie (1905–1908), gdzie założył Stowarzyszenie „Gwiazda” dla robotników i rzemieślników, a także w Chrzanowie (1908–1909) i Jaworznie (1909–1911). Jego zaangażowanie w życie parafialne i społeczne było widoczne na każdym z tych etapów.

W 1911 roku ks. Papesch przybył do Gilowic jako ekspozyt, a od 1925 roku, po erygowaniu parafii przez metropolitę krakowskiego kard. Adama Stefana Sapiehę, pełnił funkcję proboszcza. To w Gilowicach jego działalność osiągnęła szczególny rozkwit.  Stał się nie tylko duszpasterzem, ale także liderem społeczności, który mobilizował mieszkańców do aktywności kulturalnej, społecznej i patriotycznej.

Z jego inicjatywy powstała parafia w Gilowicach (1925), co było wydarzeniem kluczowym dla lokalnej wspólnoty. Ks. Papesch organizował Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Męskiej i Żeńskiej, które angażowało młodych w przedstawienia patriotyczne, uroczystości upamiętniające ważne wydarzenia z historii Polski oraz wycieczki krajoznawcze i pielgrzymki. Te działania nie tylko wzmacniały tożsamość narodową, ale także otwierały mieszkańców na świat poza granicami wsi.

Jako człowiek o zdolnościach organizacyjnych, ks. Papesch założył Kółko Rolnicze, Kasę Stefczyka oraz pocztę w Gilowicach. Był inicjatorem powstania orkiestry dętej przy Ochotniczej Straży Pożarnej, której przez krótki czas był prezesem. Po I wojnie światowej przyczynił się do powstania OSP w Rychwałdzie oraz budowy nowego budynku szkolnego w Gilowicach. Jego działania miały trwały wpływ na rozwój infrastruktury i życia społecznego w regionie.

W 1930 roku, po konflikcie z częścią mieszkańców Gilowic dotyczącym prerogatyw proboszcza (sprawa lasu należącego do parafii), ks. Papesch został przeniesiony do Czańca, gdzie objął urząd proboszcza. Tam kontynuował swoją aktywną działalność. W 1931 roku założył Kasę Stefczyka i został jej pierwszym prezesem. Doprowadził do wybudowania organistówki i plebanii, odnowienia kościoła oraz organizacji bractw religijnych, które wzmacniały życie duchowe parafii.

Ks. Teofil Papesch zmarł 28 sierpnia 1937 roku w Czańcu, gdzie został pochowany na miejscowym cmentarzu.

W Czańcu z ks. misjonarzami (1932)


W Czańcu ze stowarzyszeniami 
katolickimi młodzieży (1937)
Źródło -
Stowarzyszenie Sympatyków Czańca


piątek, 4 lipca 2025

Ksiądz Jan Nowak o Choczni w książce "Boży komandos"



W 50-lecie święceń kapłańskich księdza Jana Nowaka z Zagórnika ukazała się książka „Boży komandos”, w której wspomina on między innymi o swojej posłudze w parafii w Choczni w latach 1978-83.

Do Choczni został skierowany z Poronina, by jako wikariusz wspierać w pracy duszpasterskiej księdza proboszcza Bronisława Michalskiego. W książce określa ks. Michalskiego człowiekiem wielkiej kultury i modlitwy, głoszącego solidnie przygotowane kazania. Doceniał również jego kaligraficzne zapisy w księgach parafialnych i kronice parafii.

Początek pobytu ks. Nowaka w Choczni zbiegł się z wyborem pochodzącego z Wadowic Karola Wojtyły na papieża. W 1979 r. ks. Nowak brał udział w przygotowaniach do pielgrzymki Jana Pawła II do Wadowic. Wraz z lektorem Markiem Kręciochem (późniejszym księdzem) postanowili udekorować 3-kilometrowy odcinek drogi z Choczni do Wadowic. Z obawy przed represjami ze strony aparatu bezpieczeństwa PRL cały projekt był tajny – młodzież w ciągu dnia przygotowywała elementy dekoracji, a nocami wywieszano je wzdłuż drogi. Milicja wypytywała podejrzanych i próbowała ich zastraszyć, ale nikogo nie udało się złapać na gorącym uczynku. W dniu przyjazdu papieża ks. Nowak był odpowiedzialny ze strony kościelnej za porządek na placu przed kościołem w Wadowicach i udało mu się zapobiec potencjalnemu wypadkowi, gdy tłum pielgrzymów napierał na liny rozpięte wzdłuż ulicy, którą miał przejeżdżać papieski pojazd.

W czasie jego posługi w Choczni powstawała też kaplica i salki katechetyczne w górnej części wsi, nie bez trudności związanych z wylewaniem fundamentów w grząskim gruncie i oporem ze strony władzy komunistycznej. Wszystkie te problemy udało się przezwyciężyć dzięki ludzkiej ofiarności i zaangażowaniu.

W Choczni budowana była też Oaza, w katechezie uczestniczyła niemała liczba młodzieży, a w wystawianej Męce Pańskiej brało udział 40 osób. Na terenie parafii wprowadzono Krucjatę Modlitwy w Obronie Nienarodzonych Dzieci, której współtwórcą był ks. Edward Staniek.

W 1983 roku ks. Nowak został przeniesiony do parafii św. Józefa w Bielsku-Białej na Osiedlu Złote Łany, ale zachował serdeczny kontakt z choczeńską parafią i niektórymi jej mieszkańcami.

 

 

piątek, 28 marca 2025

Nieznany dotąd wikariusz choczeński

 W aktach Oficjalatu i Wikariatu Generalnego Krakowskiego, zachowanych w Archiwum Kurii Metropolitalnej w Krakowie, znajduje się dokument datowany na środę 10 lipca 1697 w którym zapisany został nieznany dotąd wikariusz choczeński. Chodzi o Klemensa Tomańskiego, który wymienionego wyżej dnia stawił się przed podanymi w dokumencie dostojnikami kościelnymi i zażądał umożliwienia mu objęcia parafii w Witanowicach, na co miał poparcie patronów miejscowego kościoła, czyli osób, które dysponowały prawem do przedstawienia biskupowi kandydata na wakujące przy tej parafii beneficjum (urząd i dochody z nim związane). Do rozstrzygnięcia tej sprawy i ustanowienia Klemensa Tomańskiego proboszczem w Witanowicach jednak tego dnia nie doszło, gdyż okazało się, że ma on kontrkandydata do objęcia tej parafii. Był nim Dominik Lgocki, wikariusz w Spytkowicach, który także dysponował poparciem patronów kościoła w Witanowicach.



Podany w dokumencie rok 1697 to jednocześnie data śmierci długoletniego proboszcza choczeńskiego ks. Kacpra Sasina, któremu Klemens Tomański mógł pomagać w posłudze pod koniec jego życia lub zastępować go po jego śmierci w oczekiwaniu na nominacją kolejnego proboszcza. 

Rok później Klemens Tomański nadal starał się o objęcie parafii w Witanowicach, ale już jako wikariusz w Ryczowie. W tym samym roku administratorem parafii w Witanowicach został nowy proboszcz choczeński ks. Wojciech Ciołkowicz. Dalsze (i wcześniejsze) losy ks. Klemensa Tomańskiego wymagają przeprowadzenia kwerendy w dokumentach kościelnych z tego okresu.

poniedziałek, 18 listopada 2024

O parafii choczeńskiej na podstawie wizytacji biskupiej z 1729 roku

 

W aktach wizytacji biskupich, zachowanych w Archiwum Kurii Metropolitalnej w Krakowie, znajduje się także między innymi zapis dotyczący wizytacji parafii Chocznia, która odbyła się 14 listopada (9bris) 1729 roku.

Parafia, do której należały Chocznia i Kaczyna, wchodziła wówczas w skład dekanatu zatorskiego. Patronem parafii był św. Jan Chrzciciel, a odpust parafialny odbywał się w pierwszą niedzielę po 24 czerwca, w którym przypada liturgiczne wspomnienie Narodzenia św. Jana Chrzciciela. Proboszczem parafii był wtedy Wielebny Jan Bylina, który objął to stanowisko niedawno, bo we wrześniu poprzedniego roku. Parafia posiadała dobra rolne w dwóch lokalizacjach:

- pierwsza rola rozciągała się pomiędzy kościołem a granicą wsi Zawadka i sąsiadowała z gruntami Franciszka Komana (Francisci Kuman) z jednej strony (wschodniej) oraz Wojciecha Guzdka (Adalberti Guzdek) z drugiej (zachodniej),

- druga rola rozciągała się od rzeki Choczenki (fluvio Choczenka) do granicy z Frydrychowicami i sąsiadowała z jednej strony z gruntami karczmarza Franciszka Turały (Francisci Turala Tabernatoris), a z drugiej Walentego Wójcika (Valentini Woycik), a jej szerokość wynosiła około 36 bruzd.

Pomiędzy polami plebańskimi (ich południowej części) znajdowały się trzy spuszczone stawy, należące w przeszłości do plebanów, które za poprzedniego proboszcza ks. Wawrzyńca Adamkiewicza były jeszcze przez trzy lata obsiewane. Stawy te odnowił Piotr Szembek, kasztelan oświęcimski i starosta barwałdzki, po czym zagarnął je dla siebie. W obrębie pierwszej roli usytuowany był ponadto jeszcze jeden mały stawek osuszony i dwa stawki rybne.

Parafia pobierała missalia (meszne), stanowiące rodzaj daniny w zbożu. W czasie wizytacji było to 60 korców miary wadowickiej żyta i owsa od kmieci z Choczni oraz trzy korce żyta i owsa, pobierane od właściciela sołtystwa (Scultetia), usytuowanego na terenie wsi, którego właścicielem był Generosi (Szlachetny) Antoni Maieranowski. Część chłopów płaciła meszne w gotówce, a dochody parafii z tego tytułu wynosiły 12 groszy. Natomiast mieszkańcy Kaczyny z nowym ról zwanych zarębkami musieli dostarczać 9 wozów drewna i 18 groszy.

Dłużnikami parafii choczeńskiej byli właściciele dóbr Zawadka i Gorzeń oraz miasto Wadowice, z tytułu pożyczek zaciągniętych w różnych latach XVII wieku u ówczesnego proboszcza choczeńskiego ks. Kacpra Sasina. Spłaty z tych pożyczek stanowiły także dochód parafii:

- 15 florenów od kapitału 300 florenów (Zawadka)

- 10 florenów od kapitału 200 florenów (Zawadka),

- 25 florenów od kapitału 500 florenów (Zawadka),

- 50 florenów od kapitału 1000 florenów (Gorzeń z 1674 r.),

-  50 florenów od kapitału 1000 florenów (Gorzeń z 1682 r.),

- niewyszczególniona kwota od kapitału 1800 florenów (Wadowice).

Do nieruchomości parafialnych należał także dom plebana, zbudowany niedawno, z kuchnią, pomieszczeniami dla plebana i robotników plebańskich, obora, stajnia i stodoła. Pleban posiadał również małą pasiekę, a w niej pięć uli pszczelich. W oborze przebywało 7 krów i jedna jałówka, a w stajni jeden koń. Pleban posiadał ponadto jeszcze jedną krowę, tak zwaną inwentarską, wypożyczoną przez jednego z parafian w zamian za czynsz. Do prac gospodarskich służyły dwa pługi, trzy brony, jedno radło i wóz kowany (o kołach z metalowymi obręczami).

Osobny dom zamieszkiwał organista.

Liczba wiernych wynosiła 700 osób.

Akta wizytacji przynoszą również opis wnętrza kościoła i jego wyposażenia oraz inwentarz ornatów i sreber kościelnych.  Czytamy w nim, że na stanie parafii choczeńskiej były między innymi: stara monstrancja pozłacana, trzy srebrne kielichy, duży srebrny krzyż, srebrna lampa na trzech łańcuszkach i wykonane ze srebra drobne sprzęty i naczynia liturgiczne. Obraz Matki Bożej w głównym ołtarzu był ukoronowany dwiema pozłacanymi koronami. Korona srebrna znajdowała się także nad głową Boga Ojca, na wiszącym wyżej obrazie, Syn Boży posiadał srebrne promienie, a figura Ducha św. była cała ze srebra. Trzy srebrne pozłacane korony zdobiły ponadto obraz św. Anny, a obraz P. Jezusa srebrna sukienka, berło i jabłko. W kaplicy na obrazie Najśw. Maryi Panny „sukienka po bokach srebrna, corpus zaś na złotogłowie chawtowane kwiatami złocistemi, korony dwie srebrne pozłociste, łubków srebrnych dwa, pasek iedwabny chawtowany, korali nitek 20, przy nich krzyżyk srebrny.” Kolejnym obrazem ukoronowanym dwiema koronami był wizerunek patrona parafii św. Jana Chrzciciela.

Jeżeli chodzi o stroje kościelne, to księża sprawujący posługę w Choczni mieli do dyspozycji: 9 ornatów białych, 4 czerwone, 3 zielone, 2 fiołkowe i 5 czarnych, 6 kap, 1 albę i 5 komży, w tym 3 w dobrym stanie oraz duże ilości obrusów, korporałów, puryfikatorów i innej bielizny kościelnej.

Księgozbiór parafialny stanowiły trzy stare mszały, "reguialnych dwa", antyfonarz, psałterz, graduał i dwie agendy.

W kościele parafialnym znajdowało się sześć ołtarzy: Chrystusa Ukrzyżowanego (główny), św. Jana Chrzciciela (po prawej stronie głównej nawy), św. Anny (po lewej stronie głównej nawy), Najświętszej Maryi Dziewicy (w kaplicy przy wejściu), św. Trójcy (pod dzwonnicą od strony południowej) i św. Antoniego (pod dzwonnicą z drugiej strony). Świątynia posiadała drewniany, malowany chór, na którym umieszczone były organy, zwane pozytywem (alias pozytyw) i zakrystię (po lewej stronie patrząc od wejścia). We wnętrzu znajdowała się kamienna chrzcielnica (baptyserium). Wszystkie siedem ścian było pokrytych malowidłami. Podłoga wykonana była z kamienia. Do wnętrza można było dostać się trzema wejściami: głównym pod dzwonnicą, od strony południowej i prowadzącym na chór, przeznaczonym dla śpiewaka/organisty. Na drewnianej, krytej gontem dzwonnicy wisiały trzy dzwony. Do kościoła przylegał cmentarz parafialny z ogrodzeniem drewnianym, krytym gontem. Znajdowała się na nim nowo wybudowana kostnica.

czwartek, 27 lipca 2023

Uroczyste powitanie nowego proboszcza w 1895 roku

 

Po śmierci wieloletniego choczeńskiego proboszcza ks. Józefa Komorka (9 lipca 1895 roku), który sprawował posługę  w Choczni łącznie przez  56 lat (jako wikary i proboszcz), administratorem choczeńskiej parafii został od 29 sierpnia 1895 roku ksiądz Alfons Majcher z zakonu paulinów. Pełnił tę funkcję do 2 listopada, to jest do przybycia nowo mianowanego proboszcza ks. Józefa Dunajeckiego, do tej pory wikariusza w Bochni i dyrektora szkoły  żeńskiej przy klasztorze sióstr benedyktynek w Staniątkach. Wcześniej nosił on nazwisko Babiarz i pochodził z chłopskiej rodziny z niewielkiej wsi Kupienin położonej w obecnym powiecie dąbrowskim przy granicy województw małopolskiego i świętokrzyskiego.

23 października 1895 roku Rada Gminna w Choczni na wniosek 8 radnych podjęła uchwałę o uroczystym powitaniu nowego proboszcza. O terminie przybycia i powitania mieli być powiadomieni wszyscy mieszkańcy gminy poprzez ogłoszenie z ambony oraz wysłanie do nich gminnych posłańców.

Do współudziału w uroczystości zaproszono gminę Kaczyna, tworzącą z Chocznią jedną parafię.

Co najmniej 40 gospodarzy miało utworzyć asystę konną, która miała wyjechać przed nowego proboszcza i towarzyszyć mu w drodze do wsi. Ustalono, że na drodze wiodącej do kościoła zostanie ustawiona brama powitalna z odpowiednimi napisami, a sama droga zostanie „obmajona” (co było dość trudne na początku listopada). Działające w Choczni bractwa religijne (Apostolstwa Modlitwy, Towarzystwa Trzeźwości i Wstrzemięźliwości oraz  Bractwo Różańcowe) miały wyjść ze świecami ku bramie powitalnej, niosąc swe oznaki, chorągwie i święte obrazy. W uroczystym pochodzie ku kościołowi nowemu plebanowi towarzyszyć mieli także najstarsi mieszkańcy gminy oraz młodzież szkolna pod kierunkiem nauczycieli. Planowano także oddanie salw z moździerzy, używanych zwykle przy mszach rezurekcyjnych i odpustach oraz „stosowną” muzykę graną na żywo przez miejscowe kapele. Kolator parafii – Stanisław Dunin z Głębowic – miał na przywitanie wręczyć ks. Dunajeckiemu tacę z chlebem, solą i wodą w karafce.

Słowa przywitania miał wygłosić w imieniu władz gminy wójt Józef Czapik, a w imieniu szkoły jej kierownik Franciszek Wiśniowski.

Co do szczegółów poproszono o konsultację z ks. administratorem Majcherem.

Koszty powitania uchwalono pokryć z kasy gminnej. Wszyscy radni gminni „mieli przyczynić do przygotowania potrzebne przedmioty i kierować porządkiem”.

Początki posługi nowego proboszcza, jak i jego późniejsza praca w Choczni nie zostały opisane w Kronice Parafialnej, ponieważ ks. Dunajecki w przeciwieństwie do swoich poprzedników zaniechał dokonywania w niej wpisów. W Choczni przebywał przez ponad 38 lat, aż do swojej śmierci w 1934 roku.

poniedziałek, 29 sierpnia 2022

Choczeńscy wikariusze- ksiądz Stanisław Walter

 


Trzyletnia posługa w Choczni księdza Stanisława Waltera jest pamiętana do dziś przez najstarszych mieszkańców, których uczył religii i przygotowywał do I Komunii w szkole w górnej części wsi. Postać tego kapłana zmarłego po wojnie w tragicznych okolicznościach w wieku zaledwie 35 lat opisał jego rodak z Cięciny koło Żywca Wawrzyniec Ficoń w książce "Stanisław Walter. Harcerz, Kapłan, Męczennik. Wspomnienie w 100-lecie urodzin".

Stanisław Walter urodził się w Cięcinie 30 października 1913 roku jako syn Franciszka Waltera i Marii z domu Skrzypek. Trzy dni później został ochrzczony w miejscowym kościele parafialnym pod wezwaniem św. Katarzyny Aleksandryjskiej. Gdy miał trzy lata, zmarł jego ojciec i odtąd wychowaniem małego Stanisława i jego siostry Anny zajmowała się tylko matka. Sytuacja materialna, w jakiej się znaleźli Walterowie, była bardzo ciężka, a dalsze przetrwanie zawdzięczali pomocy dziadków Stanisława- Franciszkowi i Marii Skrzypkom, którzy łożyli na ich utrzymanie. Dzieciństwo Stanisława Waltera przypada na okres I wojny światowej i początków kształtowania się niepodległej Polski. Początkowo uczęszczał do szkoły powszechnej w Cięcienie, gdzie jak pisze Wawrzyniec Ficoń:

Z latami z nieśmiałego ucznia stał się uczniem bardziej ciekawym – żądnym wiedzy. Na efekty nie trzeba było długo czekać – za dobre wyniki w nauce odbiera nagrody, a na końcu roku wyróżnienia. Już w podstawówce zauważono, że ma wrodzony talent do rysowania i malowania.

Dalsza edukacja zdolnego chłopca stanęła pod znakiem zapytania ze względu na wspomnianą wyżej trudną sytuację materialną Walterów i by ulżyć matce, Stanisław rozważał podjęcie pracy fizycznej w odlewni w Węgierskiej Górce. Jednak i tym razem z pomocą pośpieszyli dziadkowie, przez co ich wnuk mógł podjąć naukę w żywieckim gimnazjum. Wcześniej uczęszczali do niego dwaj bracia jego matki.  Młody gimnazjalista uczył się dobrze, był uczniem pilnym i zdyscyplinowanym pomny nakazom babci, która wprowadziła go w progi gimnazjum - pisze Wawrzyniec Ficoń. I dalej: Stanisław będąc dla otoczenia przykładem pracowitości i koleżeńskości, miał wrodzony talent do rysunków i malowania farbami wodnymi. (...) Z pasją oddał się artysta swojemu hobby, aby i tu osiągnąć dobre rezultaty. Spod jego ręki wychodziły portrety znanych ludzi, pejzaże oraz sceny z życia górali. W wolnych chwilach pomagał matce w prowadzeniu niewielkiego gospodarstwa rolnego.

W latach szkolnych

Duży wpływ na kształtowanie się charakteru Stanisława Waltera miało harcerstwo, z którym zetknął się w gimnazjum, ale wstąpił do niego dopiero w 1933 roku, gdy ukończył już 19 lat. Został  członkiem I Męskiej Drużyny Harcerskiej im. Adama Mickiewicza w Węgierskiej Górce, pełniąc później funkcje bibliotekarza, kronikarza, chorążego, zastępowego drużyny "Rysiów", a w końcu przybocznego drużyny. Uczestniczył w zlotach harcerskich i obozach z łatwością nawiązując kontakt z innymi druhami, którzy podziwiali jego żywiołowość, odwagę i dużą sprawność fizyczną. Oprócz wędrówek górskich pasjonowało go też morze, które zobaczył po raz pierwszy w 1934 roku oraz lotnictwo, na temat którego gromadził wycinki prasowe i zdjęcia.

W 1938 roku po ukończeniu gimnazjum Stanisław Walter podjął decyzję o rozpoczęciu studiów teologicznych na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Studia te ukończył w 1943 roku, mimo problemów związanych z wybuchem II wojny światowej. 19 grudnia 1943 roku z rąk arcybiskupa krakowskiego księcia Adama Stefana Sapiehy otrzymał święcenia kapłańskie w kościele św. Anny, natomiast w Boże Narodzenie odprawił mszę prymicyjną w rodzinnej Cięcinie. 

Jako diakon

Jako neoprezbiter został skierowany do Choczni, do pomocy księdzu proboszczowi Józefowi Dybie. Trafił tam dokładnie 28 stycznia 1944 roku i niedługo później był świadkiem wysiedlenia proboszcza przez Niemców do organistówki i pozbawienia go wpływu na majątek parafii. Sam zamieszkał w wynajętej od parafian izbie i oprócz obowiązków duszpasterskich zajmował się nauką religii w działającej szkole w górnej części wsi. W Choczni pozostał do 5 lutego 1947 roku. Jak w 2011 roku wspominał Kazimierz Dziedzic z Cięciny, ksiądz Walter udzilił mu w Choczni schronienia, gdy trafił tam jako uciekinier z przymusowych robót: 

Wracaliśmy z Blachowni Śląskiej k. Kędzierzyna, gdzie przebywaliśmy na przymusowych robotach. Musieliśmy się zatrzymać w Kętach u kolegi, który z nami pracował, gdyż w naszych terenach trwały walki frontowe. Z braku jedzenia musieliśmy z Kęt przenieść się w inne miejsce. Wybraliśmy Chocznię
gdyż wiedzieliśmy, że jest tam na parafii nasz krajan Ks. Stanisław Walter, sąsiad od Szczuroni. Najpierw zostaliśmy zatrzymani przez „bezpiekę” jako ludzie podejrzani. Przebywaliśmy w areszcie przez cztery dni. Tłumaczyliśmy się tym, że wracamy do domu, a z powodu trwania frontu chcieliśmy się zatrzymać u znajomego. Wtedy to przyprowadzono Ks. Stanisława Waltera, który poręczył za nas i ulokował u znajomego parafianina o nazwisku Pytel. 
Przebywaliśmy tam przez przeszło dwa tygodnie. W Choczni odwiedzała nas matka Ks. Jana Bryndzy (ówczesnego wikariusza w Cięcinie i przyszlego proboszcza- uwaga moja), mieszkanka tej miejscowości. Była bardzo życzliwa – z troską interesowała się i dbała o nas czasowy pobyt. W czasie pobytu w Choczni zauważyliśmy, że tamtejsi mieszkańcy darzą dużym zaufaniem Ks. Stanisława Waltera.

Pamiątką z okresu pobytu ks. Waltera w Choczni była też (jest?) kapliczka pod Łysą Górą, którą miał postawić osobiście w miejscu, w którym odprawiał polową mszę wigilijną w 1946 roku dla partyzantów walczących z nową władzą. 

W Choczni lub w Niedźwiedziu

W 1947 roku ksiądz Walter został przeniesiony na krótko do parafii pod wezwaniem św. Sebastiana  w Niedźwiedziu koło Mszanny Dolnej,  by jeszcze w tym samym roku trafić do Wilkowic. Przyczyną przeniesienia miało być grożące mu niebezpieczeństwo ze strony ówczesnych władz. Młody ksiądz, nie mógł się zgodzić z nowym porządkiem politycznym i przeciwstawiał mu się otwarcie z ambony w głoszonych kazaniach. W Wilkowicach ks. Walter skupił się na pracy z dziećmi i młodzieżą i oprócz nauki katechizmu organizował dla nich różnego rodzaju zajęcia, zabawy  i wycieczki turystyczne.

W Wilkowicach- siedzi pierwszy z prawej

Kilkakrotnie był wzywany na przesłuchania przez Urząd Bezpieczeństwa, którego funkcjonariusze podejrzewali go o kontakty z działającym w podziemiu środowiskiem Narodowych Sił Zbrojnych. Na przełomie listopada i grudnia 1948 roku, gdy wracał wieczorem z cmentarza, został napadnięty i pobity przez nieznanych sprawców. Na pomoc pośpieszył mu proboszcz. ks. Przeworski, który został uderzony w głowę kamieniem. Księdza Waltera w ciężkim stanie przewieziono do szpitala w Białej Krakowskiej, skąd wypisano go po doraźnym podleczeniu. Jednak po kilku dniach stan jego zdrowia znacznie się pogorszył, trafił ponownie do tego samego szpitala i zmarł w nim 19 grudnia 1948 roku, co wywołał wielki smutek żałobę w Wilkowicach i w Cięcinie. Jednocześnie rozpuszczano pogłoski, że przyczyną śmierci księdza był atak serca. 21 grudnia trumna z ciałem kapłana konwojowana przez strażaków dotarła do jego rodzinnego domu w Cięcinie. Na drugi dzień odbył się uroczysty pogrzeb, na którym zgromadziły się tłumy ludzi.

Matka, siostra i szwagier przy trumnie ze zwłokami ks. Waltera

W 53 rocznicę śmierci, 18 grudnia 2001 roku odbyła się w parafii Cięcina, w kościele pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego, uroczysta msza święta za duszę śp. Ks. Stanisława Waltera. Następnego dnia w kościele pod wezwaniem św. Michała Archanioła w Wilkowicach odsłonięto tablicę z inskrypcją: Śp. Czcigodnemu Ks. Stanisławowi Walterowi wikariuszowi tutejszej parafii w latach 1947 – 48, który został napadnięty i pobity przez nieznanych sprawców ze skutkiem śmiertelnym. Zmarł 18. 12. 1948 r. Pamiętający w modlitwie parafianie.

Zachowane grafiki autorstwa ks. Waltera:

Adam Mickiewicz

Ignacy Mościcki



Józef Piłsudski

Św. Jerzy


Wszystkie wykorzystane ilustracje pochodzą z książki p. Ficonia.

poniedziałek, 9 maja 2022

O Choczni w Kronice parafii Frydrychowice

Niektóre zapisy z Kroniki parafii Frydrychowice, w których wzmiankowana jest Chocznia:

1850 rok

Lato suche i przyjemne. W lipcu 14 i 15 burze, grzmoty, także w Choczni dnia 15 człowieka drożnego zabiło i pieron spalił chałupę. 

1865 rok

Dnia 25 czerwca 1865 odprawiła się z Frydrychowic procesja jubileuszowa do Choczni, gdzie się odprawiało nabożeństwo (niby odpustowe) św. Jana Chrzciciela, na które przybyło prócz Frydrychowic jeszcze innych 5 procesji: z Wieprza, Inwałdu, Witanowic, Radoczy i Ponikwi – ludu mnóstwo, podczas kazania na cmentarzu przez ks. Michała Szczurowskiego, wikarego ekspozyta z Ponikwi, miane, padał deszczyk, ale się dosyć rozerwało i z pogodą powróciliśmy do Frydrychowic o 6. wieczór – a tu po błogosławieństwie lud się do domów rozszedł.

1875 rok

Byliśmy z procesją jubileuszową pierwszą w Choczni, gdzie pleban Reklewski przybył z swą procesją i miał tam 4. stację i sumę, ludu było masa, kazanie powiedział miejscowy ksiądz Józef Komorek, poddziekan i proboszcz w Choczni – 29 czerwca 1875. Do Frydrychowic przybyła procesja jubileuszowa 4 lipca 1875 z Choczni, deszcz ich na drodze trochę skropił, a w Frydrychowicach miał sumę ks. Józef Komorek, proboszcz tamtejszy, a kazanie na cmentarzu powiedział Reklewski, pleban miejscowy, odeszła jego procesja do Choczni koło 1. z południa, bez deszczu, stąd tutaj ludu było bardzo wiela.

II wojna  światowa

Liczba parafian wzrosła znacznie, ponieważ Niemcy sprowadzili ze wschodu z Rosji, z Bukowiny i Rumunii swoich prawych i nieprawych pobratymców i zaczęli ich osiedlać z tej 134 strony, tj. ze strony zachodniej Skawy, wyrzucając bez litości przy pomocy wojska i gestapowców spokojnych polskich gospodarzy z ich domów i gospodarstw, przy czym dopuszczali się gwałtów na ludziach, w haniebny sposób znieważali obrazy święte, burzyli figury i pustoszyli przydrożne kaplice. Wielu z tych biedaków wysiedlonych wywieźli do Niemiec – do obozów na powolną śmierć i do ciężkich robót. Wielkiej też liczbie z nich pozwolili przenieść się do innych wsi jeszcze niewysiedlonych. Z tego powodu przybyli i do naszej parafii wysiedleni z Choczni, z Tomic, z Radoczy, z Wieprza, z Gierałtowic i z innych jeszcze parafii. Tu trzeba przyznać, że nasi parafianie przyjęli ich gościnnie – jak braci i siostry i otoczyli ich chrześcijańską miłością i opieką.

Udostępnił KS- dziękujemy !

czwartek, 10 lutego 2022

Obowiązki i wynagrodzenie choczeńskich organistów

 Obowiązki i wynagrodzenie choczeńskich organistów na przykładzie umowy zawartej w dniu 27 stycznia 1909 roku między choczeńskim proboszczem ks. Józefem Dunajeckim a obejmującym posadę organisty Stanisławem Partyką:

  1. W dni świąteczne grać na organach i przewodzić w śpiewie podczas: prymaryi1, sumy, nieszporów, nabożeństwa dodatkowego.
  2. Wteż dni śpiewać przed sumą godzinki, przed nieszporami różaniec.
  3. Grać i śpiewać podczas nabożeństw, jakie się w kościele w Choczni odprawiać zwykły w maju i październiku lub jakieby władza kościelna na przyszłość zarządziła.
  4. Grać i śpiewać podczas nabożeństw cesarskich i szkolnych.
  5. W dni podrzędne za osobnem wyszczególnionem wynagrodzeniem:
- grać na mszy św. ile tego proboszcz lub wikary zażąda,

- brać udział w śpiewaniu,

- w nabożeństwach żałobnych,

- w pogrzebach i wszystkich czynnościach liturgicznych według zwyczaju miejscowego.

6. Utrzymać w porządku kościół, ołtarze i aparata kościelne, przygotowywać codziennie do mszy św. i dostarczyć hostyi i komunikantów. W razie potrzeby posłużyć do mszy św., przy chrzcie lub wywodzie2 . 

Za to organista miał pobierać następujące wynagrodzenie:

  1. Mieszkanie składające się z 4 pokoi, kuchenki, sionki, stajenki i stodoły.
  2. Używanie gruntu około 7 morgów z fundacyi śp. Franciszka Cibora w Choczni pod nr 58 położonej, lecz z tego gruntu musi organista zamówić corocznie za duszę śp. Fundatora 4 msze św. śpiewane i wypominek za 8 dusz wymienionych w akcie fundacyjnym i za dusze wypomniane w sobotę grać i śpiewać litanię do Najświętszej Maryi Panny Loretańskiej z Antyfoną i stosowną modlitwą oraz uiszczać datek do rady szkolnej miejscowej w rok 20 koron.
  3. 80 koron rocznie za granie mszy św.
  4. 20 koron rocznie za dostarczanie hostyi i komunikantów.
  5. 1 koronę za granie ślubu.
  6. 1/6 korony za granie do pogrzebu.
  7. Ze mszy św. fundacyjnych według aktu fundacyjnego.
  8. 12 koron za granie zaduszek.
Umowę można było zerwać z miesięcznym terminem wypowiedzenia.

Proboszcz mógł także zerwać umowę bez wypowiedzenia, gdyby organista nie spełniał przyjętych zobowiązań, oddawał się pijaństwu, szulerce, życiu niemoralnemu i czynom wymienionym w austriackim kodeksie karnym.

Urlopu udzielał organiście ks. proboszcz. Organista musiał wyznaczyć zastępcę na czas urlopu lub dłuższej choroby.

W razie śmierci organisty pozostała po nim wdowa miała prawo do pobierania jego dochodów przez miesiąc i zamieszkiwania przez ten sam czas w organistówce, ale musiała utrzymywać na swój koszt zastępcę.


1 prymaria- pierwsza poranna msza święta
2 wywód- błogosławieństwo udzielane kobiecie (położnicy), która urodziła dziecko