Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Putek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Putek. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 listopada 2025

Święto Ludowe w Choczni w 1936 roku - część II

 We wcześniejszej notatce (link), ilustrowanej zdjęciem, została przedstawiona relacja "Zielonego Sztandaru" z wielkich obchodów Święta Ludowego w Choczni w 1936 roku.

Sprawozdanie z tej uroczystości pod tytułem "Święto Ludowe w Wadowickiem" zamieścił też tygodnik "Piast" w numerze z 7 czerwca 1936:

 Obchód „Święta Ludowego" w ziemi wadowickiej wypadł imponująco. Jeszcze nie było tu nigdy tak imponującej uroczystości. O godzinie 11-tej napływać zaczęły ze wszystkich stron powiatu pochody. Pierwszy przybył do Wadowic kilkutysięczny pochód, grupujący uczestników z okolic: Lanckorony, Kalwarji, Barwałdu. Za nim wszedł do Rynku pochód chłopów z Suchej, Mucharzu, Ponikwi, wreszcie za nimi trzeci pochód grupujący uczestników od strony: Pobiedra, Brzeźnicy, Zatora, Spytkowic, Witanowic i Tomic. Pochody wszystkie przeszły ulicami Wadowic i Rynkiem poczem skierowały się do Choczni. O rozmiarze pochodu świadczy to, że gdy czoło pochodu było w Choczni na placu Domu Ludowego, to koniec pochodu znajdował się jeszcze w rynku wadowickim, odległym o trzy kilometry od miejsca wiecu w Choczni. Do tych pochodów dołączył się jeszcze pochód czwarty uczestników od strony Andrychowa, Wieprza, Inwałdu i Choczni, który przeszedł ku Wadowicom i utworzywszy front, przepuścił przed sobą tamte trzy pochody. Obszerny plac Domu Ludowego w Choczni szczelnie byt zabity tłumami. Sześć orkiestr przygrywa, a co chwila też odzywa się tłum potężną pieśnią ludową. O godz. 12 w-prezes Pow.  Zarządu S. Oleksy otworzył stosownem przemówieniem wiec, zapraszając do prezydjum honorowego ludowców:. Ob. Świergułę, Malatę, Pytla, Smazę, Bojka, Świadka, Kudłacika, Jezierskiego a nadto prezesa P.P.S. z Andrychowa Pękalę, oraz prezesa Związków Zawodowych Kokoszkę, którzy na czele delegacji robotniczej. przybyli na naszą uroczystość. Orkiestra odegrała „Gdy naród do boju" i „Marsyljankę" poczem śpiewał chór z Zygodowic, a okolicznościowe deklamacje, przeważnie własne utwory, wygłosili młodzi ludowcy: Goczał, Jucha, Rzycki oraz przedstawicielka Koła „Wici" z Marcyporęby i przedstawiciel tegoż Koła z Trzebola. Satyryczny djalog na temat „Święto Ludowe" wygłosiły „wiciarki" z Zygodowic: Świadkówna Bizoniówna. Imieniem P.P.S. powitał zebranych obywatel Pękala, a imieniem Zarządu Powiatowego S. L. ob. Świadek. Uroczystość za kończyło godzinne przemówienie polityczne Dr. Putka, uchwalenie przedłożonych przez niego rezolucji 1 odśpiewanie przez ogół uczestników hymnu Stronnictwa Ludowego, Licząc i długości pochodu, wzięło udział w uroczystości conajmniej 12 tys. uczestników.


Obie relacje tworzą spójny obraz masowego, patriotycznego wiecu ludowego, z identycznymi kluczowymi postaciami (Oleksy, Putek, Świadek, Pękala) i elementami programu. To sugeruje, że reporterzy bazowali na podobnych obserwacjach, wzmacniając propagandę SL. Podobny jest również ich styl i ton - entuzjastyczny i propagandowy, podkreślający dyscyplinę, jedność, wzrost potęgi Stronnictwa Ludowego.

Różnice są głównie w szczegółach (wymienione miejscowości, imiona, kolejność), co może wynikać z różnych perspektyw (np. jedna relacja bardziej lokalna, druga bardziej organizacyjna) lub redakcyjnych edycji. Żadna nie wprowadza istotnych sprzeczności, ale Tygodnik Piast jest nieco bardziej precyzyjny w opisach przestrzennych i bardziej podkreśla udział sojuszników (robotnicy). W kontekście 1936 r., obie relacje służyły mobilizacji ludu przed wyborami.


środa, 27 sierpnia 2025

Trudności młodych chocznian z początku XX wieku z uzyskaniem średniego wykształcenia

 

Dlaczego młodzi chocznianie na początku XX wieku po skończeniu miejscowej szkoły powszechnej niezbyt chętnie podejmowali dalszą edukację?

Przyczyny tego stanu rzeczy były złożone. Część powodów przedstawił w swoich niepublikowanych wspomnieniach Józef Putek, zwracając uwagę na przestarzały i nieżyciowy program gimnazjalny oraz brak perspektyw na uzyskanie konkretnego i cenionego zawodu (np. inżyniera, lekarza, czy prawnika):

Młodzi uczniowie szkoły „normalnej” w Choczni nie garnęli się do dalszej nauki w gimnazjum, widzieli bowiem nie raz, jak sąsiad-student przez naukę tylko swoją dolę pogorszył. A dola studenta ze wsi podmiejskiej była najgorsza. Takiego bowiem studenta nie umieszczano w mieście na stancji, ale musiał z górnej Choczni, czy Kaczyny, dwukrotnie codziennie odbywać podróż do szkoły i ze szkoły, co razem było nawet 14 kilometrów, „per pedes apostolorum” (czyli pieszo – uwaga moja). Gdy zaś w godzinach popołudniowych spożył lichy obiad, trzeba było być pomocnym przy gospodarce. To wodę trzeba było przynieść bydłu, to na tragarzu przywieźć ściernionkę, to kury, czy świnie wypędzić ze szkody. Pół biedy, jak w domu było jeszcze rodzeństwo, bo to brata-studenta czasem zastąpiło. Gdy jednak rodzina była nieliczna, student musiał obowiązki wypełniać – i gospodarski i szkolny. Że na tym nauka cierpiała, to niewątpliwe. W moich latach szkolnych z wadowickich wsi podmiejskich: Choczni, Gorzenia, Jaroszowic, Tomic i Kleczy 17 chłopskich synów rozpoczęło „na piechotę” pielgrzymować do wadowickiego gimnazjum. Ani jeden z nich nie zdołał dobić do matury. Pięciu z nich naukę przerwała śmierć w domu, jeden zginął na wojnie, trzech wyjechało do Ameryki, trzech na wojnie awansowało na oficerów zawodowych, reszta pięciu pozostała na roli. Spośród tych ostatnich jeden został w sąsiedniej Kaczynie wójtem, a drugi kolega z Choczni był moim zastępcą na stanowisku wójta przez jedną kadencję (Antoni Romańczyk – uwaga moja). Żaden z tych rolników-studentów nie wspominał, aby mu nauka w niższym gimnazjum jakiś pożytek społeczny w życiu przyniosła. (…) Student – mówili – po dwóch latach nauki nic nie wie o własnym społeczeństwie, jego życiu, ale za to wie, jak było w Atenach, czy też w Rzymie przed dwoma tysiącami lat. Nie potrafi prostego podania napisać, a jak jakieś bramy pozdobywa kopaniem balona (grą w piłkę nożną – uwaga moja) to chodzi dumny, jak co najmniej Montecucculi (książę i wybitny teoretyk wojskowy – uwaga moja) albo Radetzky (marszałek austriacki, wybitny dowódca – uwaga moja). Cepa i kosy za nic w świecie do ręki by nie wziął. Cała rodzina wysila się na koszty szkoły, a tu taki jej wychowanek po skończeniu 2, 3, czy 4 klas nieraz mniej wie od tego, co skończył szkołę normalną w Jaroszowicach, czy też w Choczni. Potrafi wziąć na plecy gitarę lub na bandolinie „trumbaj-trumbaj-trumbajlować”, czasem wypić coś trzeba, to na taki cel trzeba coś w pularesie ojcowskim „wyśniuchać”. (…) Zreformujcie gimnazjum tak, ab dało wsi zastęp potrzebnych ludzi na stanowiska kierownicze w gminie, w Kółku Rolniczym, w Kasie Raiffeisena, w czytelni! Mogą mniej wiedzieć o tym, jak greckie boginie cudzołożyły z faunami, za to niech więcej mają wiadomości o poważnych sprawach życia codziennego. Niech niższe gimnazjum przygotowuje młodzież wiejską tak, by pokochała wieś, z niej nie uciekała na posady woźnych i pisarczyków, zupaków wojskowych i żandarmów i tym podobnych amatorów „letkiego chleba”. (…) Na wyłożenie nakładu na szkolenie na lekarza, adwokata, inżyniera, nikt nie mógł sobie pozwolić, bo to „koszta wielgie”. Wójt Malata miał zamiar syna szkolić na lekarza. Interweniowałem u profesora Godlewskiego, by go przyjęto na studia. Nic nie wskórałem. Profesor odpowiadał, że obowiązuje „numerus clausus” (dyskryminacyjne ograniczenie liczby osób chłopskiego pochodzenia przy przyjmowaniu na studia – uwaga moja). Młody Malata został prawnikiem i wytwórcą pasty do butów (mowa o Tomaszu Malacie – uwaga moja).

Na inny aspekt tej sprawy zwraca uwagę w swoich wspomnieniach Józef Turała, opierając się o własne doświadczenia. Jego zdaniem niczym nieuzasadniona dyskryminacja uczniów chłopskiego pochodzenia zaczynała się już w gimnazjum (w jego przypadku w wadowickim), co dla wielu z nich powodowało problemy z uzyskiwaniem kolejnych promocji z klasy do klasy i zdaniem egzaminu maturalnego.

Młody Turała, już po kilku latach nauki zorientował się, że oceny bywają wystawiane niesprawiedliwie. Podaje przykład profesora języka niemieckiego,  który bardzo źle traktował synów chłopskich, a gdy nie był w humorze, to niesłusznie dwóje dawał, jedną za drugą. Do odpowiedzi zawsze wtedy wywoływał synów chłopskich. Nierzadko zdarzały się sytuacje, gdy syn miejscowego urzędnika, czy kupca zostaje oceniony wyżej od syna chłopskiego, mimo że faktycznie opanował materiał w stopniu znacznie gorszym. O tego drugiego jego rodzice nie mieli jednak odwagi się upomnieć, a ich ewentualne zastrzeżenia wyśmiewano i na wywiadówkach nie dopuszczano ich do głosu. Natomiast zamożniejsze pochodzenie oznaczało zdaniem Turały, że łatwiej było  „przemówić profesorowi do kieszeni lub w knajpie do gardła”. Co ciekawe, negatywny stosunek do uczniów pochodzenia chłopskiego („chamów”) mieli częściej ci profesorowie, którzy sami wywodzili się ze wsi.

Gdy Turała zaczął podnosić te kwestię na zebraniach klasowych, ściągnął na siebie przykre następstwa. Chociaż był bardzo dobrym i pilnym uczniem jego oceny w niewytłumaczalny pozornie sposób zaczęły się pogarszać. Niektórzy profesorowie zaczęli go inaczej odpytywać, zadając często dodatkowe i podchwytliwe pytania. Przy przedłużającym się odpytywaniu każde jego zastanowienie lub odpowiedź nie po myśli profesora były interpretowane na jego niekorzyść i oceniane na stopień niedostateczny. Doszło do tego, że został oblany na egzaminie maturalnym – ze wszystkich przedmiotów miał odpowiedzieć pozytywnie, ale końcowy, łączny wynik był inny. Ostatecznie egzamin ten złożył pół roku później.

Podsumowując można stwierdzić, że trudności młodych chocznian w uzyskaniu średniego wykształcenia na początku XX wieku wynikały z połączenia czynników ekonomicznych, społecznych i systemowych. Ograniczenia finansowe, konieczność łączenia nauki z pracą na roli oraz nieprzystosowany do potrzeb wiejskiej młodzieży program nauczania skutecznie zniechęcały do kontynuowania edukacji. Do tego dochodziła dyskryminacja uczniów pochodzenia chłopskiego, która dodatkowo utrudniała awans społeczny. Wspomnienia Putka i Turały ukazują, jak głęboko zakorzenione bariery uniemożliwiały młodym ludziom z Choczni i okolicznych wsi pełne wykorzystanie możliwości edukacyjnych, pozostawiając ich często na marginesie systemu oświaty.

środa, 9 października 2024

Gdzie mieszkał w Choczni Józef Putek?

 Dr Józef Putek nie był rodowitym chocznianinem i w Choczni - rodzinnej miejscowości jego matki - zamieszkał dopiero jako człowiek dorosły. Powszechnie jest znany jego dom, usytuowany w pobliżu szkoły podstawowej w dolnej części wsi, na tak zwanej Dąbrowszczyźnie, Obecnie okoliczne osiedle nosi zresztą nazwę Józefa Putka. 

Ten dom nabył na początku lat 20. XX wieku, gdy został wybrany wójtem Gminy Chocznia. Był wtedy jedynym wójtem w Polsce, który nie posiadał własnego domostwa ("numeru"), czyli według ówczesnej terminologii zaliczał się do komorników. Jak sam pisze: "Tu i ówdzie pokpiwano z chocznian, że kumornika wybrali wójtem, że teraz torba rządzić będzie dziadem. Doradzono mu "by jakiś numer zakupił, bo się pyski niewyparzone ludziom pozamyka i gmina będzie miała większy honor, że oto jej wójt pokaże światu, że gmina nie dziad, a wójt nie torba."

W tym czasie obowiązująca w Polsce marka bardzo traciła na wartości, sytuacja polityczna w związku z toczoną wojną z bolszewikami była niepewna, toteż pewien emeryt postanowił sprzedać Putkowi swój czteroizbowy murowany domek z niewielkim ogródkiem za 1.400.000 marek polskich. Była to kwota, którą udało mu się zaoszczędzić z diet poselskich. Kupując własny dom spełnił też marzenie swojej matki, która całe życie marzyła "by mieć własny dach nad głową" i "nie poniewierać się po cudzych progach". Chocznianie pomogli swojemu wójtowi w remoncie (pod kierunkiem majstra murarskiego Turały) i zwózce niezbędnych materiałów budowlanych, tak że wkrótce dom ten nadawał się do zamieszkania. Do dziś pozostaje w rękach spadkobierców dr. Putka.

Natomiast niewiele osób wie, gdzie Putek i jego matka mieszkali wcześniej przez około 10 lat. Ten budynek również nadal istnieje, ale od czasów zamieszkiwania w nim Putka został kilka razy przebudowany i zmodernizowany. Usytuowany jest przy granicy z Wadowicami, w pobliżu obecnego marketu "Stop". Na początku XX wieku należał do Maurycego Münza, który prowadził w nim karczmę. Gdy Münz zginął tragicznie w 1906 roku, przygnieciony beczką spirytusu we własnej piwnicy, jego spadkobiercy sprzedali dom Wojciechowi Rokowskiemu, reemigrantowi z Ameryki. Ponieważ dom po Münzu był jak na potrzeby nowego nabywcy zbyt obszerny, to z chęcią zgodził się wynajmować Putkowi jedną z izb. W ten sposób Putek został sąsiadem np. choczeńskich Kumalów i Zająców.

piątek, 27 września 2024

Remont kościoła w 1924 roku

 31 sierpnia 1924 odbyło się w Choczni wspólne posiedzenie rad gminnych Choczni i Kaczyny przy udziale Komitetu Parafialnego, którego jedynym tematem była sprawa odnowienia budynku kościoła i przyległego do niego parkanu.

Na wstępie Józef Putek, naczelnik gminy Chocznia, przedstawił zebranym plan wykonania robót i ich kosztorys, sporządzony przez inżyniera Alojzego Golasowskiego z Mysłowic. Proponowany zakres prac obejmował:

- wykonanie rusztowania na wieży kościelnej, aż po sam krzyż,

- wykonanie rusztowań wokół budynku kościoła, 

- otynkowanie na nowo kościoła i wieży od gzymsów po cokół,

- oczyszczenie cokołu,

- wymianę spróchniałych i zgnitych belek na wieży,

- wymianę spróchniałych i zgnitych desek na dachu wieży,

- zdjęcie pokrycia dachowego z wieży,

- pokrycie wieży nową blachą cynkową, zaś wieżyczek bocznych blachą odzyskaną z dachu wieży głównej,

- sporządzenie okienek wieżowych, nakrycie gzymsu blachą i poprawę rynien,

- wykonanie trzech, jak to określono pawązów wewnątrz wieży (czyli inaczej kotwi - poziomych prętów ściągających przeciwległe mury, chroniących je przed rozchyleniem lub obrotem),

- oszklenie wszystkich okien, w których są braki,

- pokrycie farbą framug okien, drzwi i krat żelaznych,

- rozebranie większej części starego parkanu i wykonanie w jego miejsce nowego ogrodzenia betonowego,

- naprawę pozostałej części parkanu (od strony wschodniej) i przykrycie go płytą betonową,

- naprawę magazynu koło kościoła.

Zebrani jednogłośnie upoważnili dr Józefa Putka do zawarcia umowy o reparację kościoła i parkanu w granicach zaproponowanego kosztorysu, to jest 22.000 złotych. 

Następnie rady gminne Choczni i Kaczyny zawarły ugodę, regulującą rozkład kosztów tej inwestycji. Ustalono, że gmina Chocznia poniesie 7/8 kosztów i świadczeń w naturze, a gmina Kaczyna 1/8, czyli koszty przypadające na Chocznię miały wynieść 19.750 zł, a na Kaczynę 2.750 zł. Kwoty te miały być ściągnięte w dwóch równych ratach: jesienią 1924 i w lutym 1925 roku.

Na pokrycie tych wydatków obie gminy zamierzały podwyższyć płacone przez ich mieszkańców podatki: gruntowy, domowy, przemysłowy i dochodowy. Zarząd zebranymi funduszami w każdej gminie mieli prowadzić ich naczelnicy, decydujący wspólnie o wzajemnych obrachunkach i pokrywaniu rachunków wystawionych przez wykonawcę. 

Do celów kontrolowania postępu i jakości robót obie rady gminne delegowały: Jana Turałę, Wita Górę, Józefa Twaroga, Franciszka Skowrona i Maksymiliana Malatę.

Rady gminne zastrzegły sobie, iż wykonawca robót powinien udzielić gwarancji na trwałość i solidność wykonania.

Pod protokołem posiedzenia podpisali się:

- naczelnicy gmin, to znaczy dr Józef Putek z Choczni i Jan Byrski z Kaczyny,

- radni z Choczni: Antoni Styła, Jan Woźniak, Stanisław Wójcik, Józef Zając, Franciszek Dąbrowski, Jan Turała, Jan Byrski, Józef Twaróg, Franciszek Płonka, Karol Guzdek, Wawrzyniec Żurek, Wojciech Rokowski, Józef Kolber, Antoni Romańczyk, Antoni Cap, Tomasz Szczur, Antoni Widlarz, Andrzej Kręcioch, Franciszek Ramenda, Józef Ramenda, Kacper Legut, Andrzej Zając, Franciszek Ścigalski, Maksymilian Malata i Karol Wójcik,

- radni z Kaczyny: Andrzej Smaza, Maciej Byrski, Tomasz Smaza, Wit Góra i Andrzej Gawęda.

Uchwała ta została oprotestowana przez radnego Józefa Książka z Kaczyny, jednak jego sprzeciw został odrzucony przez starostwo w Wadowicach, jako bezzasadny.

Umowa z inż. Golasowskim została zawarta i już 1 września 1924 (czyli na następny dzień po uchwale) przystąpiono do pierwszych prac. 

Gmina Chocznia zastrzegła sobie, iż przy robotach mieli być zatrudniani w pierwszej kolejności mieszkańcy tej wsi. Kierownictwo robót objął majster Piotr Bandoła, a wszystkie prace murarskie, ciesielskie, betoniarskie i kowalskie wykonali miejscowi fachowcy. Również zwózki materiałów budowlanych dokonali za darmo choczeńscy furmani. 

Odnowienie kościoła i wieży wsparł kwotą 1.800 zł hrabia Romer z Inwałdu, a mniejsze kwoty na ten cel zadeklarowali także dobrowolnie niemal wszyscy choczeńscy rzemieślnicy, kupcy, handlarki nabiałem i przemysłowcy: Maria Bylica, Aleksy i Tekla Bryndza, Wiktoria Nowak, Honorata Bąk, Aniela Bryndza, Magdalena Siepak, Waleria Skoczylas, Wiktoria Mrzygłód, Maria Kucia, Wiktoria Bryndza, Ludwika Szafran, Katarzyna Bryndza, Balbina Kolber, Helena Brusik, Balbina Wcisło, Maria Pindel, Franciszka Wójcik, Helena Świętek, Antoni Główka, Helena Balon, Honorata Zaremba, Maria Studnicka, Bronisława Mastek, Jan Pędziwiatr, Józef Dąbrowski, Stanisław Targosz, Maria Wojtas, Józef Ruła, Karol Janoszek, młynarz Antoni Styła, Antoni Sikora, akuszerka Maria Kręcioch, Maria Zając, Ludwik Woźniak (po 30 zł), Stanisław Skowron, Ludwik Warmuz (po 20 zł), Andrzej Kolber, sklepikarz Andrzej Byrski i Maria Widlarz (po 10 zł), Franciszek Ogiegło (45 zł), Andrzej Wcisło (50 zł), Jan Wcisło (60 zł), Jan Fujawa, Ludwik Porębski i Roman Jarczak (po 200 zł).

Zbiórka podwyższonych podatków przebiegła sprawnie, mimo że większość mieszkańców wsi utrzymująca się z rolnictwa odczuła w 1924 roku znaczne skutki nieurodzaju plonów. 

Ostateczny koszt remontu wyniósł 29.000 zł. Został on zakończony wiosną 1926 roku. W trakcie prac spłonęła plebańska wozownia, w której składowano wapno na budowę.

23 maja 1927 grupa parafian (Tomasz Bursztyński, Jan Taborski, Jan Augustynek, Kazimierz Gawęda, Aleksander Wcisło, Szczepan Pietruszka, Antoni Hatłas, Władysław Woźny) przesłała pisemną prośbę do arcybiskupa Sapiehy, by ten skłonił Komitet Kościelny, nadzorujący remont kościoła w latach 1924-26, do publicznego rozliczenia się z zebranych pieniędzy publicznych.

Autorzy listu "nie zarzucają Komitetowi czynu karygodnego", ale podnoszą różne wątpliwości, co stało się z pieniędzmi uzyskanymi ze sprzedaży: starej blachy cynkowej z wież kościelnych, 14 stacji Drogi Krzyżowej umieszczonych w parkanie kościelnym, wyciętych kilku jesionów, rosnących wcześniej od północnej strony kościoła, kamieni i cegły ze starego ogrodzenia i drewna ze spalonej wozowni oraz z uzyskanego od ubezpieczalni odszkodowania po pożarze wozowni. Sugerują ponadto, że na remont wieży użyto zbyt wiele nowego drewna, zamiast użyć drewna z rozbiórki, które z braku dozoru zabierał sobie za darmo kto chciał. Informują także, że Komitet Kościelny działał podczas remontu na własną rękę, bez najmniejszego porozumienia z proboszczem Dunajeckim.

Arcybiskup krakowski interweniował zapewne w tej sprawie w krakowskim Urzędzie Wojewódzkim, ponieważ 12 maja 1928 Józef Putek skierował swoją odpowiedź na zarzuty zawarte w "prośbie grupy parafian" właśnie do tej instytucji.

Wójt choczeński zaprzeczył, jakoby podczas remontu kościoła sprzedawano drogą licytacji stacje Męki Pańskiej, czy też konfesjonały, a jedynie spróchniałe i przegniłe deski, zetlałe framugi obrazów umieszczonych w zdemontowanych parkanie i inne "rupiecie" "z powodu ich bezużyteczności i bezwartościowości". Podkreślił także, że przed dokonaniem licytacji "wszystkie te przedmioty oglądnął wspólnie z proboszczem i proboszcz sam wskazał, które kwalifikują się do wyrzucenia z magazynu, względnie sprzedaży". W dalszej części swojej odpowiedzi przedstawił sprawozdanie finansowe, z którego wynika, że ze sprzedaży starych blach, gontów, rupieci, wyciętych jesionów i figury św. Józefa (Józefowi Świętkowi) uzyskano kwotę 677 zł i 30 gr, a z ubezpieczalni 479,35 zł, które to sumy zostały użyte na zapłacenie kosztów remontu.

Tego tematu dotyczy również artykuł "Kapsuła czasu - dokument z 1924 roku"

czwartek, 5 września 2024

Schroniska turystyczne w Choczni

 Schroniska turystyczne w Choczni nigdy nie powstały, choć istniały plany ich urządzenia. Józef Putek, podsumowując w jednym z niepublikowanych maszynopisów swoją działalność jako wójta, wspomina o zamiarze wybudowania przez gminę w Choczni dwóch obiektów do celów turystycznych.

Pierwszy z nich miał być typowym schroniskiem turystycznym, usytuowanym na "Germatce" i przeznaczonym dla turystów i narciarzy zmierzających ze stacji kolejowej w Choczni na Leskowiec lub Gancarz. W celu realizacji tego przedsięwzięcia Gmina Chocznia zakupiła kilka morgów lasu. Data tej transakcji nie jest znana - w grę wchodzą dwa okresy, w których Putek sprawował władzę nad gminą, to znaczy lata 1920-29 (bardziej prawdopodobne) lub 1946-50. Nie jest też jasna lokalizacja tego schroniska - używając nazwy "Germatka" Putek mógł mieć na myśli zarówno należącą częściowo do Choczni dwuszczytową górę Bliźniaki w Beskidzie Małym, jak i mało wybitne wzniesienie w paśmie między Bliźniakami a Łysą Górą.

Drugi z obiektów, które zamierzała wybudować choczeńska gmina, miał mieć szersze przeznaczenie. Zakładano, że będzie to podmiejska restauracja z kręgielnią i ogrodem, posiadająca dodatkową funkcję schroniska turystycznego. Potencjalnymi klientami tego kompleksu mieli być mieszkańcy Choczni i Wadowic oraz przyjezdni turyści, zmierzający z Wadowic lub z Choczni w kierunku Łysej Góry. Z maszynopisu Putka wynika, że zamierzano go wybudować w "Księżej Sośninie". Nie wiadomo jednak, czy oprócz planów poczyniono jakiekolwiek inne działania w celu realizacji tej inwestycji.

Dr Putek zdawał sobie sprawę z dużych kosztów i pracochłonności budowy tych obiektów. Pisząc o tym latach 50. XX wieku nie wierzył już, że kiedykolwiek zostaną one zbudowane.

poniedziałek, 1 kwietnia 2024

Powsinoga swatem - satyra z udziałem Józefa Putka

Krakowski tygodnik ilustrowany "Lud Katolicki" w numerze z 15 lutego 1931 roku zamieścił satyrę polityczną "Powsiniga swatem", której bohaterem był Józef Putek z Choczni:

Dwa są kawaliry nałogowe w naszej Polsce. Jeden to niewyczytający ja, a drugi pon Putek z Choczni. Ja, to jak ja, moje kawalerstwo osładzam se śmiechem, ale gorzej z moim kolegą. W przezposelskim i kawalerskim stanie do cna skwaśniał i jacy śliną na ludzi za przeproszeniem pluje, nic mu się nie podoba, ani rząd, ani nijaka niewiasta do stanu małżeńskiego sposobna. Siedliśmy se kiesi to w choczniańskiej karczmie i popłakali się nad naszem kawalerskiem sieroctwem.

— Syćka twoja Józuś złość — rzekę mu — to z onej żółci, co ci się po wnątrzu rozlała, od tej samotności. Mięsopust teraz — mówię — to się żeń bracie — i tak nic lepszego do roboty nimos i jacy bąki zbijasz i papier gazetowy psujesz na swoje „Wyzwolenie"1. Ożeń się bracie, to cie złość ominie! Jak ręką odjął. Być może, że ci cyrwona łepetyna wtej osiwieje, ale to będzie fajniej i honorniej, niż tak byki i indory choczniańskie straszyć2.

— Nie chcom mnie — mruknął Józuś — nie chcom, bo ja ślubu ani księdza nie uznaję, a głupich bab teraz mało.

— Sam jesteś se winien, kiej tak — rzekę mu — ale się nie trap! I gorszym wisieluchom dały baby radę to i ciebie z onego strapienia wyratujom. Tak zwykle dzieje się, że kiej kto ze mną dłużej gwarzy to musowo na końcu musi się popłakać. Płakał już na mojej piersi Wicuś3, płakał Jantoś z Bugaja4 i do tej pory z onego płakania nie uspokoił się, nie dziwota więc, że i Józuś zmięknął, jako ten wiośniany śnieg i ślozy mu z ocu i z noska na mój kabat jęły kapać!

— Nie płac — mówię mu — bo mi samemu miętko na sumieniu, nie płac i siedź se jesce ze dwie niedziele w Choczni, a już moja w tem głowa, żeby cie jaka zefciała.

— Ja — mówię dalej — mam do bab wielgie szczęście, co na chtórą spojrzę, to mi się uwidzi i zobacys, że ci taką babę wybiorę, jak Madera.

Ucałował mię Józuś w gębę z obu stron, chciał i gdzieindziej, alem go zmitygował, że to jacy Dziadka godzi się tak całować, a nie mnie śmiertelnika i tak rozstaliśmy się.

A teraz mam kłopot. Post niedaleko a baby dla Józusia jesce nimom. Niechcom i basta.

Za ciebie się Powsinogo wydom — mówi kużda — a za niego nie!

Z tego syćkiego to ja jesce ożenię się, a on ostanie w kawalerskim stanie, na strapienie całej Polski. Ratujcie więc mnię ludzie dobre, nie dajcie zginąć skrony pana Putka i wynajdzie mu jakowąś niewiastę odpowiedzialną, coby wygoniła zeń syćkie humory i złości i coby kole niej odpokutował za syćkie zbereźeństwa. Lepiej przecie na tym niż na tamtym świecie! Prawda?

Nolepiej kiej będzie gdowa po trzech chłopach i czytelniczka „Wyzwolenia”, to jej ani jancykryst rady nieda, a duszę Putkową pewnikiem zbawi przez cierpienie.

Ino się bracia pośpieszcie, zróbcie to dla mnie, proszę was pieknie, bo post za pasem, a nie chciałbym robić z gęby cholewę, niechże choć jeden zazna scęścia z mojej ręki.

1- czasopismo redagowane przez Józefa Putka, organ PSL Wyzwolenie,
2- nawiązanie do koloru włosów Józefa Putka,
3- Wicuś to Wincenty Witos, polityk ludowy,
4- Jantoś z Bugaja, właściwie Antoni Kucharczyk, ludowiec, autor wierszy, satyr, felietonów

czwartek, 4 stycznia 2024

„Szopka Republiki Choczeńskiej” Józefa Putka

„Szopka Republiki Choczeńskiej” z 1950 roku, to jedyny znany wierszowany utwór Józefa Putka (napisany pod pseudonimem Józef Choczyński), znanego raczej ze swojej publicystyki politycznej, historycznej i społecznej.

O okolicznościach jej wystawienia i wyjaśnieniu tytułu przeczytać można we wcześniejszej notatce (link). Natomiast jeżeli chodzi o samą „Szopkę” to:

- jej zachowany maszynopis z odręcznymi poprawkami autora liczy 21 stron formatu A4,

- integralną jej częścią jest zapis nutowy partii śpiewanych oraz plan usytuowania postaci na scenie,

- składa się z prologu i dziewięciu scen.

Miejscem akcji jest szopa w choczeńskim Domu Ludowym „za panowania wicekróla Heroda Bąka Iszego w Roku Pańskim 1950, a w drugim roku zawieszenia w królowaniu króla Kajfasza Babińskiego”. Józef Putek nawiązuje tu do dwóch autentycznych postaci - zawieszonego wójta Choczni Władysława Babińskiego i jego zastępcy, a zarazem p.o. wójta Leona Bąka.

O podkład muzyczny miała zadbać „Orkiestra IV Brygady i V Kolumny pod dyrekcją Diabła Kuternogi", czyli Franciszka Zięby, pierwszego powojennego kapelmistrza choczeńskiej orkiestry amatorskiej.

W szopce role mówione ma 15 postaci:

  • Marysia Poczciwa,
  • Chachuła słomiany,
  • Woźny Gminny Jan Bladolica,
  • Herod Bąk Iszy, wicekról Republiki,
  • Brzdącek, trzeźwokrata,
  • Kominiarz Prosiątko,
  • Strażak Zalewacz,
  • Mleczarka Pośpieszna,
  • Ksiądz Żeniadło (Katabas), patriota z Korytasu,
  • Dziad z Kalwarii Zebrzydowskiej,
  • Obywatel Pietruszka,
  • Mieszko Aktywista z Wadowic,
  • Zmurszałek z powiatu,
  • Żandarm Sprawiedliwy,
  • Anioł Biały.

Autor wymienił również we wstępie nie wypowiadających ani słowa: Kota Selum i Szczura Peselum, Babcię Prezeskę, skomasowanego Michała Hulaka, Inżyniera Dulskiego, Skoczybruzdę, Organistę Kołchoźnego, Diabła kapelmajstra, Wernyhorę, Śmierć bezplanową i Anioła Czarnego.

Ponadto niektóre kwestie wygłaszają wszyscy lub głosy (w jednym przypadku pojedynczy głos), jako „mnóstwo luda z Choczni, Niwołda (Inwałdu), Frydrychowic, Kaczyny i Zawady (Zawadki)”.

Jak już wspomniano wcześniej, Herod Bąk Iszy, wicekról Republiki to stolarz Leon Bąk, pełniący wówczas obowiązki wójta Choczni, postać Woźnego Gminnego Jana Bladolicy należy utożsamiać z choczeńskim „sługą gromadzkim” Janem Bylicą, a aktywista Mieszko z Wadowic to tamtejszy profesor liceum Tadeusz Śmieszek, propagandzista władzy ludowej. Sam Putek podaje ponadto w treści szopki, że Zmurszałek powiatu (starosta?) miał używać nazwiska Kasper Majchrowic.

Nieodzywający się Kot Lelum i Szczur Peselum to ówcześni radni Henryk Kot i Tomasz Szczur, a Organista to rzeczywiście wykonujący ten zawód w Choczni Władysław Woźny.

W treści „Szopki” pojawia się sam Putek, wymienieni już: Władysław Babiński, Henryk Kot i Tomasz Szczur, a także inni autentyczni mieszkańcy Choczni: ksiądz proboszcz Bolesław Sarna, kierownik szkoły Tadeusz Nowak oraz takie nazwiska choczeńskie, jak: Bryndza, Drożdż, Wróbel, Zając, Świętek, Styła i Twaróg. Spoza Choczni wymieniani są między innymi: dyrektor LO w Wadowicach Jan Królikiewicz, działacz ludowy i przewodniczący Powiatowej Rady Narodowej Franciszek Świadek z Zygodowic, ksiądz proboszcz Leonard Prochownik z Wadowic, odsunięty od władzy były przewodniczący Polskiej Partii Robotniczej Władysław Gomułka, działacz Marian Spychalski, czy były prezes Rady Ministrów Edward Osóbka-Morawski.

„Szopka Republiki Choczeńskiej” Józefa Putka nawiązuje oczywiście to tradycyjnych choczeńskich przedstawień kolędniczych z okresu noworocznego, w których występowali najczęściej Herod, Śmierć, Żandarm, Żyd, Diabeł, Anioł i Kominiarz. Putek dodatkowo inspirował się rzeczywistością choczeńską z 1950 roku i „Weselem” Wyspiańskiego - stąd postacie Chachuły (chochoła) i Wernyhory, zaś nazwisko inżyniera Dulskiego wziął od Gabrieli Zapolskiej (być może chodziło tu o inżyniera Górskiego, prowadzącego wtedy w Choczni komasację gruntów). Dla wyjaśnienia należy dodać, że Chachuła to jedno z alternatywnych nazwisk używanych w Choczni w XVIII wieku przez rodziną Stankiewiczów/Stankowiczów.

Prolog

Orkiestra pod batutą Djabła Miejskiego gra marsza

Przed kurtynę wchodzi:

 Chachuła

Ktoś mnie wołał

czegoś chciał

zebrałem się

w com ta miał.

Jestem w szopce ku radości

przyjedzie tu wiele gości

byle każdy auto miał!

Kto na chórze śpiewa źle

kto w orkiestrze kiepsko gra

co kto widzi w swoich snach

czy to grzech

czy to śmiech

czy to kapcan, czy to pan

czy to Chocznian, Wadowian

ten do szopki przyjdzie w tan!

Marysia

Aj, aj, aj, aj, aj, aj

A cóż to za śmieć!

Chachuła

Tatusiowi powiadaj

że tu gości będzie miał

czy ich chciał, czy nie chciał

Marysia

A ty mi się przepadaj

Śmieciu jakiś, chochole

huś, ha, na pole!

Chachuła

Tatusiowi powiadaj…

Marysia

Huś, ha, na pole

głupi śmieciu, chochole!

Chachuła

Szepnij w ucho mamusi…

Marysia

Wynocha paralusie!

Chachuła

Kto mnie wołał

czego chciał…

Marysia

A słomiany nygusie

wynocha paralusie!

Chachuła

Ubrałem się w centrali

sami na mnie to wdziali

kiedy cennik dźwigali

w tej sławetnej centrali.

Kto mnie wołał

czego chciał…

Wychodzi

Marysia

Ah! Chachuła

ku radości

śle nam tutaj

kierdel gości!

Trza zrobić porządek planowy

szopkę zamieść w ten Rok Nowy!

Mówią w gminie, że szopkę tę

chcą zburzyć bez reszty

a w jej miejsce wybudują

wójtowskie areszty!

cdn

poniedziałek, 18 września 2023

"Putek, jakiego nie znacie" - walka z Józefem Putkiem na łamach „Ludu Polskiego” w latach 20. XX wieku

 

Działalność polityczna choczeńskiego wójta i posła Józefa Putka była w latach 20. XX wieku krytykowana nie tylko przez zwolenników partii chrześcijańsko-narodowych, ale także przez ludowców, których sam przecież reprezentował w Sejmie RP. Echa tej krytyki znaleźć można w tygodniku „Lud Polski”, sprzyjającym Wincentemu Witosowi, przewodniczącemu PSL Piast. Ta partia polityczna, w przeciwieństwie do PSL Wyzwolenie, w której działał Putek, miała program bardziej konserwatywny i prokatolicki. Redaktorzy „Ludu Polskiego” i anonimowi korespondenci tego pisma z Choczni stawiali Putkowi nie tylko rzeczowe zarzuty, ale także atakowali go pozamerytorycznie, opisując faktyczne i rzekome jego cechy, czy postępowanie.

Gdyby przyjąć w 100% za prawdziwe, to co pisano o Putku w „Ludzie Polskim”, to okazałby się on między innymi tchórzem i dekownikiem uciekającym przed służbą wojskową, nieudolnym muzykantem, który uczył się grać na klarnecie, by uniknąć służby na froncie, alimenciarzem, bolszewikiem, filosemitą, człowiekiem chorobliwie wścibskim i rudzielcem o posturze niewiele większej od fraka, w którym występował w Sejmie.

Oczywiście działalność polityczną Józefa Putka można różnie oceniać, dla wielu był on i jest postacią kontrowersyjną. Jednak posuwanie się przez jego ludowych oponentów do ataków ad personam świadczy o braku ich rzeczowych argumentów i bezsilności w walce ze skutecznie oddziaływującą na wyborców retoryką Putka. Zresztą tę skuteczność Putka jako trybuna ludowego, przyczyniającego głosów Wyzwoleniu kosztem Piasta,  z pewną zawiścią sami zauważają.

Już 21 lutego 1921 roku, a więc jeszcze przed wyborami, dostrzeżono kandydaturę Putka i ostrzeżono przed nim wyborców, pisząc między innymi:

Takim lisem w ludzkiej postaci jest tak zwany Putek, warchoł, wieczny kandydat adwokacki, kandydat na komisarza bolszewickiego i jedyna podpora Jasia Stapińskiego, pana na Klimkówce i wiertacza w cudzej nafcie. W okręgu wadowickim poznali się już chłopi na jego bolszewickiej robocie, szuka więc ten lis polityczny innego okręgu, gdzie go jeszcze nie znają. Tym razem chce Putek uszczęśliwić swą osobą okolice Chrzanowa. (…) W niedzielę dnia 13 b. m. zjechał Putek cichaczem do Domagalskiego do Chrzanowa i tu zrobili przy udziale 50 cierpliwych słuchaczów zgromadzenie, wybrawszy na przewodniczącego arcybigota i księżowskiego lizołapę. (…) Na tem tak licznem zgromadzeniu szkalowali wszystkich, skazując co drugiego na powieszenie. Nie zapomnieli i o żydach, jako podporze bolszewizmu. Zwymyślali każdego, ktoby myślał o odrodzeniu handlu i przemysłu, który — zdaniem ich — ma wyłącznie pozostać w rękach żydowskich, gdyż żaden Polak handlem trudnić się nie może. Zakończyli zaś ten „wiec” rezolucją, według której Putek ma być polskim premjerem na miejscu Witosa, a Domagalski ministrem skarbu.

Natomiast 10 kwietnia 1921 roku anonimowi „chłopi z Choczni” tak przedstawiali życiorys Putka na łamach wyżej wymienionego pisma:

P. Putek, pomimo młodego wieku, ma już za sobą przeszłość bardzo burzliwą. Jadł chleb z niejednego pieca, wszelakiego szczęścia próbował i niejednego rzemiosła się uczył. W pierwszej młodości, za czasów studenckich, trudnił się kolportażem „Przyjaciela Ludu“, potem zadarł z władzami szkolnemi i wyleciał za to ze szkoły, jak to mówią — na łeb, na szyję! Wreszcie stał się stałym naganiaczem Stapińskiego (wydawcy Przyjaciela Ludu i przywódcy PSL Lewica – uwaga moja) i w tym „fachu" pracował dość długo, bo aż do wybuchu wojny. W czasie ogólnej mobilizacji w r. 1914 zamiast iść do wojska lub do legjonów wstąpić — jak ta wielu jego kolegów uczyniło — przebrał się w skórkę tchórza i schował się gruntownie w swojej wsi Choczni, wydreptawszy wpierw w starostwie i gminie synekurę pisarza gminnego. W ten sposób dzisiejszy poseł, wówczas młodzieniec dwudziestokilkuletni, „zadekował się” odważnie przed wojskiem — wtedy, gdy krew przelewali jego rówieśnicy, ludzie siwi i ojcowie rodzin. Razu pewnego dowiedział się skądś p. Putek (on ma zawsze dobry węch), że może być krucho z jego sekretarstwem, a nawet mógłby być przeniesiony z frontu wadowickiego na inny (o zgrozo!) odcinek wojenny, gdzie głośno strzelają i dziurawią ludzkie ciała. Taki los się p. Putkowi nie uśmiechał, odwagi nijakiej w sobie nie czuł, na wspomnienie o wojsku i karabinie dostawał t. zw. „wielkiej choroby”, więc zdecydował się na pomysł genjalny, godny zaiste tylko Putka. Jeśli już mam iść do wojska — pomyślał z goryczą w sercu —to niechże przynajmniej idę do muzyki, poczem zrobił silne postanowienie wyuczenia się gry na klarnecie. Ponieważ jednak klarnetu nie posiadał, a gotówka się go stale nie trzymała — pobiegł „w dyrdy" do pewnego aptekarza w Wadowicach, prosząc go na wszystkie świętości, aby mu wypożyczył klarneta. Aptekarz na razie nie chciał się zgodzić, ale widząc łzy w oczach Patka — zmiękł; od tego czasu p. Putek zaawansował na lirnika i wyrabiał w sobie powoli muzykalne zdolności. Wprawdzie mieszkańcy Choczni nie poznali się nigdy na jego muzycznych zdolnościach, chociaż im codziennie bezpłatnie serenady wygrywał, ale za to okoliczne psy na dźwięk jego klarnetu przeraźliwie wyły, a dzieci robiły taki harmider, że nawet później, gdy przestał grać i klarnet trzymał — „wszystkim się zdawało, że to Putek gra jeszcze, a to echo grało...”. Edukacja była jednak bezcelowa, grać się bowiem nie nauczył, ale i do wojska nie poszedł. Za to lekcja gry na klarnecie przydała mu się bardzo w Warszawie, gdzie, jak wiadomo, Putek posłuje. Tam to obecnie popisuje się znowu, w braku klarnetu, który musiał oddać, dzwonkiem, piszczałką, gwizdkiem, przed obliczem Sejmu. Słuchy dochodzą, że ma nawet zamiar stworzyć specjalną orkiestrę sejmową, w której zostanie dyrygentem, czy nawet kapelmistrzem, ku chwale jego wyborców, Sejmu i ojczyzny. Jakiego fachu chwyci się jeszcze w swojem życiu p. Putek — Bóg raczy wiedzieć, bo już prawie że wszystkiego się uczył, choć nie wiele umie. W każdym razie skończy „wysoko", a być też może, że się znajdzie jaki wielbiciel jego wszechstronnego talentu, ćo uwieczni jego imię i przekaże historji, „braciom na otuchę". Szkoda tylko, że H. Sienkiewicz nie żyje, bo miałby temat do świeżej nowelki p. t.: „Putek muzykant”. A ta chwała p. Putkowi bezsprzecznie się należy.

Należy docenić błyskotliwość i złośliwość tego tekstu, ale też wiedzieć, że Putek sekretarzem gminy Chocznia był już przed wojną, podobnie jak muzykiem – członkiem orkiestry gimnazjalnej, a w czasie I wojny światowej donosy, że unika służby w armii austriackiej, słał do władz jego przeciwnik z Choczni - Tomasz Bursztyński - emerytowany żandarm ck. Sprawdziło się też wyrażone wyżej przeczucie, że Putek daleko zajdzie (bo aż do ministerialnych gabinetów).

19 czerwca tego samego roku podobne zarzuty powtórzono, tym razem w formie wierszowanej pod tytułem „Putek z klarnetem”:

Dzisiaj wam, moi mili czytelnicy,

Opowiem rzeczy, o których nie wiecie,

Lecz to musicie trzymać w tajemnicy,

By nie rozeszła się ta wieść po świecie...

.Bo by pan Putek, „bohater z Tamowa",

Pęknął ze złości — i heca gotowa...

On już przeróżne koleje przechodził:

„Przyjaciel Ludu" za młodu sprzedawał,

A Jaś Stapiński robił mu nadzieje,

Że będzie z niego... polityka kawał.

I tak mu przyszłość śniła się świetlana

Pod opiekuńczą dłonią pana Jana

A potem w Choczni był pisarzem gminnym,

Tam też przeróżne robił interesu,

A choć cyganił -— był zawsze niewinnym,

Bo miał spryt koci, a zmysł, jak u biesa.

Dobrze mu było, bo blagować umiał,

A nikt się na nim w Choczni nie rozumiał,..

Lecz i to rzucił i pomyślał sobie:

Co ja tu będę prostej służył gminie,

Lepszą w starostwie karjerę zrobię,

Tam więcej zysku do kieszeni wpłynie...

No i pan Putek z gminnego pisarza

Zasiadł w starostwie w krześle sekretarza.

Sekretarz przecież ma znaczenie w mieście,

Lecz i dla znacznych jest chwila przeklęta.

A że się kochał tam w pewnej niewieście,

Płacił jej, biedak, za to alimenta,

Bo, trudna rada... przyjemności chwilka...

Lecz, że wilk nosił — ponieśli i wilka...

Ale to wszystko furda, mości panie,

Co alimenta... zapłacę i basta.

Ale tu wojna — wszystko na wulkanie-—

Idą do wojny i wioski, i miasta,

Blady strach przejął Putka do żywego,

Bo się bał frontu, jak czart święconego.

Więc co tu robić... myśli mu się mnożą,

Aże wymyślił na ostatku przecie —

i do muzyki poczuł iskrę bożą —

A więc zaczął się uczyć... na klarnecie,

Ażeby nie iść w ten wir walki dziki,

Więc do wojskowej chciał wstąpić muzyki...

To nie są żarty, prawda oczywista,

Bo to tchórz straszny z tego pana Putka —

Lecz dziś jest posłem i z tego korzysta,

Bo kogo może — wystrychnie na dudka...

Jest ekonomem Jasia Stapińskiego,

Razem z nim skórę drze z chłopa biednego-,

Jeszcze wam dużo opowiem nowości,

Bo do pisania chęć mnie wielka bierze,

A chociaż Putek będzie klął ze złości —

Ciąg dalszy będzie w następnym numerze...

Nowością są tu zarzuty alimentacyjne, na które pewne światło rzuca dopisek w akcie chrztu Tadeusza, urodzonego w 1919 roku syna choczeńskiej nauczycielki, o brzmieniu „pater putativus Joseph Putek” (przypuszczalny ojciec Józef Putek).

W wydaniu z 8 października 1922 roku odbył się w „Ludzie Polskim” sąd nad Putkiem, określanym jako szkodnik:

Jednym z takich nałogowych rozbijaczy i zboczonych polityków jest w pow. wadowickim p. Putek, młodzieniaszek o ciemnej i burzliwej przeszłości, nieokiełzanej naturze i malej wartości moralnej. Już młodzieńcem będąc, miał rogatą duszę, więcej się oddawał polityce, niż nauce, to też ze szkoły został przepędzony. Nic ze szkoły nie wyniósł, ani się nie nauczył - pozostał t. zw. „rozpapranym" czy żelaznym studentem, stając się ciężarem biednych rodziców, a utrapieniem rodziny. Miernie od natury uposażony, mało co większy od fraka, w którym między chłopami paraduje, o twarzy lisa, który czycha na ofiarę — ma jednak, jak to mówią, „pysk wykuty", to też po tchórzliwem ukrywaniu się w czasie wojny, pokazał się jak mysz z dziury na widownię z chwilą powstania Polski i odrazu zakandydował podczas wyborów do Sejmu w r. 1918 i posłem wybrany został. W Warszawie wstąpił od razu do grupy Stapińskiego, jako „radykalny" ludowiec i działalność swoją rozpoczął od walki z piastowcami, ze zdrowym rozsądkiem i ze wszystkimi, co nie po studencku myśleli. —Poza tem walczył na zęby i noże z duchowieństwem, o czem jedynie w Sejmie gadał, sympatyzował jawnie z bolszewikami, a żydom gdzie i jak mógł, szedł na rękę. Sławna była swego czasu jego interpelacja w Sejmie  „z powodu, ograniczenia praw żydowskich w Polsce", na której podpisali się sami Żydzi i jeden jedyny Polak, p. Putek. Oczywiście, że na to, co robi p. Putek nie patrzą się dobrze jego wyborcy, to też w powiecie wadowickim utracił zupełnie grunt pod nogami i karjera jego jest, właściwie w tym powiecie skończona.

Ta skończona kariera zaowocowała w kolejnych wyborach z 1928 roku poparciem w Choczni 75% wyborców i zwycięstwem  między innymi w Rzykach (81,6% głosów), Barwałdach, Radoczy, Wieprzu, Ponikwi, Głębowicach, Sułkowicach, Tarnawie i Zembrzycach. Putek był już wtedy od 8 lat doktorem praw, a nie wiecznym studentem i mieszkał w Choczni we własnym domu, utrzymując schorowaną matkę (a nie odwrotnie).

23 marca 1924 roku ponownie wyciągnięto na światło dzienne między innymi sprawę domniemanych alimentów i zarzucono Putkowi nadmierne wścibstwo wobec kolegów posłów ludowych:

Niejaki Józef Putek od Wadowic, naprzód pisarz gminny, wójt w Choczni, potem wyzwolony kandydat adwokacki, a wreszcie z łaski swej dość tęgo wykłapanej jadaczki także i poseł, miewa dość często dziwne skłonności do szpiclowania swoich kolegów sejmowych i węszenie po Sejmie, co też który z posłów, przede wszystkiem z Piastowców, jada, gada, jak się goli, kicha, spełnia swe naturalne potrzeby itp. Ponieważ zaś przy tych wszystkich „czynnościach" ma zwykle niesamowity wygląd rozgorzałego z namiętności i wściekłości sadysty, wszyscy posłowie unikają jak mogą Putka, woląc w każdym razie spotkać na swej drodze wściekłego psa czy inne obrzydłe zwierzę. (…) Może i Putek wścibić swój nos, a nawet całą rudą głowę jeszcze do innego dyskretnego saloniku, z którego posiłkując się, może i Putek dokonać owego „masarzu" i „manikirów", o które tak zazdrośnie p. Cielucha (posła PSL Piast – uwaga moja) posądzał. Korzyści z tego będzie wiele. Naprzód dogodzi swym wybujałym i zwierzęcym namiętnościom, po tem „masarzowaniu” przybierze koloru jeszcze więcej bronzowego, z którym mu ponoć tak do twarzy — ponadto ów „masarz” zastąpi mu wodę kolońską i francuskie mydełko, których przecie jako wiecznie wyfrakowany „dżentelmen" używa. Przez to będzie mógł zaoszczędzić bardzo dużo miljonów na spłacenie alimentów, bowiem pod tym względem jest Putek, jak słychać nigdy niewypłacalnym.

Wreszcie 15 kwietnia 1926 roku Józef Kołodziej tak kreślił sylwetkę przeciwnika politycznego:

Syn praczki z Choczni, z nędzą się borykał,

Był często w biedzie, wie co znaczy smutek,

Dziś chłopów, księży, nie cierpi radykał.

Żydów miłuje za to — rudy Putek.

Dla pełnej jasności warto dodać, że i Putek nie pozostawał dłużny wobec swoich oponentów politycznych, używając podobnych chwytów, co i oni. Te polemiki wykraczają jednak poza obszar zainteresowania historią chocznian i Choczni.

poniedziałek, 31 lipca 2023

Zaproszenie na "Szopkę Republiki Choczeńskiej" z 1950 roku

 21 lutego 1950 roku na oficjalnym papierze posła na Sejm Ustawodawczy dr Józefa Putka ukazało się zaproszenie o następującej treści:

Zaproszenie

Niniejszym zapraszam na tradycyjną "śledziówkę" Zespołu Naszej choczeńskiej Orkiestry Amatorskiej i architektów amatorskiego zespołu teatralnego, która odbędzie się dzisiaj o godzinie 18 w sali "Sokoła", t.j. 21 lutego 1950 r.

Jedzenia i napitków nie trzeba brać ze sobą, bo na miejscu za złożeniem zaliczki jest przygotowany "Korytas".

Przybycie Szanownych zaproszonych w towarzystwie ich Żon będzie mile widziane. Dziatki niech zostaną w domu. Nie odnosi się to do takich dziadków, co są już pełnoletni.

Chocznia dnia 21 lutego 1950 r.

Obywatele:

  1. Tomasz Szczur
  2. Władysław Babiński
  3. Józef Malata
  4. Ignacy Szczur
  5. Franciszek Szczur
  6. Tomasz Malata
  7. Kazimierz Szczur
  8. Michał Stuglik
  9. Drożdż Aleksander
  10. Mlak Jan
  11. Józef Piegza
  12. Józef Pindel
  13. Jan Bylica
  14. Klemens Guzdek
  15. Władysław Świętek
  16. Bąk Leon
  17. Pietruszka Stanisław
  18. Widrowa Franciszka
  19. Dębak Stanisław
  20. Wider Franciszek
  21. Oleksowa Maria
  22. Drapianka Maria
  23. Gazda Józef
  24. Zając Eugeniusz
  25. Franciszek Dąbrowski
  26. Franciszek Ramenda z góry
  27. Bąk Barbara
  28. Brońka Franciszek
  29. Józef Guzdek
  30. Kot Henryk
  31. Gazdówna Adolfina
  32. Twarożanka Justyna
  33. Stypuła Franciszek
  34. Ramenda Franciszek z dołu
  35. Gzelowa Aleksandra
  36. Stanaszkowa Helena
  37. Kosowska Bronisława
  38. Franciszek Świadek
  39. Zając Bolesław
  40. Wider Karol
  41. Maj Józef
  42. Malata Jan
  43. Gazda Jan
  44. Widlarz Antoni
  45. Nowak Tadeusz
  46. Guzdek Klemens II
  47. Legut Kasper
  48. Paterakowie
  49. Karkulewska Aniela
  50. Justyna Ścigalska
  51. Franciszek Frączek
  52. Tabak Andrzej
  53. Kazimierz Ścigalski
  54. Urszula Ścigalska
Autorem satyrycznej szopki był oficjalnie Józef Choczyński, ale pod tym pseudonimem ukrywał się sam Putek. To jedyny znany jego utwór wierszowany, zdecydowanie inny w charakterze, niż uprawiana przez niego na co dzień publicystyka polityczno-społeczno-historyczna.

Wymieniona w tytule "Republika Choczeńska" to nawiązanie do w miarę niezależnej polityki choczeńskiej gminy w stosunku do odgórnych zaleceń i nacisków władz powiatowych, centralnych i aparatu bezpieczeństa publicznego. 

Szopka została wystawiona na kilka miesięcy przed aresztowaniem Józefa Putka, pozbawieniem go mandatu posła i wykluczeniem go ze Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Ponadto Putek i jego zwolennicy (wymienieni powyżej) stracili wtedy władzę w Choczni, co oznaczało koniec "Republiki Choczeńskiej".

Treść szopki jest bardzo ciekawa, ale zrozumienie zawartej w niej satyry wymaga gruntownej znajomości ówczesnej sytuacji. Dlatego jej ewentualna publikacja będzie wymagała dodania licznych przypisów i wyjaśnień.

Tytułem uzupełnienia można dodać, że scenografię do szopki budował w Domu Ludowym Tadeusz Twaróg, postacie "rzeźbił i ekwipował" Władysław Babiński, a elektryfikację sceny wykonał autor szopki, czyli Jóżef Putek. 

Ilustrację muzyczną dał zespół Choczeńskiej Orkiestry Amatorskiej (wtedy jeszcze niepowiązanej z OSP) pod batutą kapelmistrza Franciszka Zięby a ponadto 14-letni harmonista Edward Drożdż.



czwartek, 20 lipca 2023

Choczeńskie dokumenty - plakat z 1929 roku


 Oryginalny plakat z 1929 roku - obwieszczenie o plebiscycie dotyczącym zakazu sprzedaży i wyszynku w Choczni napojów alkoholowych.

Więcej o tej sprawie można przeczytać we wcześniejszej notatce - link




czwartek, 4 maja 2023

Historia Choczni według sztucznej inteligencji

 Sztuczna inteligencja (AI) to dziedzina nauki i technologii, która zajmuje się tworzeniem oraz wykorzystywaniem systemów i urządzeń, potrafiących wykonywać zadania związane z inteligencją ludzką. Przykłady takich zadań to rozpoznawanie obrazów, mowy i języka naturalnego, rozwiązywanie problemów, uczenie się i twórczość.

AI jest jednak także źródłem wielu wyzwań i zagrożeń, na przykład poprzez to, że może generować fałszywe informacje i manipulować ludźmi.

Gdy poprosiłem AI o napisanie krótkiej historii Choczni, otrzymałem tekst, który jest mieszanką prawd, półprawd i zmyśleń, z przewagą tych ostatnich.

Oto pełna treść tego wypracowania:

"Historia Choczni w Małopolsce jest bogata i ciekawa. Chocznia to wieś położona w powiecie wadowickim, nad rzeką Skawą. Pierwsze wzmianki o niej pochodzą z XIII wieku, kiedy to należała do klasztoru benedyktynów z Tyńca. W późniejszych wiekach była własnością szlachecką, a także miejscem działalności patriotycznej i kulturalnej. W XIX wieku Chocznia była ośrodkiem ruchu ludowego i niepodległościowego. Tu urodził się Józef Putek (1884-1942), działacz ludowy, poseł na Sejm Ustawodawczy i Sejm II RP, minister rolnictwa i reform rolnych, ofiara zbrodni katyńskiej. W Choczni działał także „Sokół”, organizacja gimnastyczno-sportowa o charakterze patriotycznym. W 1914 roku w Choczni powstała pierwsza polska szkoła ludowa, która była wzorem dla innych placówek oświatowych na terenie zaboru austriackiego. W okresie międzywojennym Chocznia była miejscem konfliktu między władzami gminnymi a probostwem parafialnym. Spór dotyczył m.in. budowy nowego kościoła i cmentarza, a także podziału majątku gminnego. Konflikt przybrał na sile po objęciu probostwa przez ks. Jana Dunajeckiego (1878-1957), który był zwolennikiem sanacji i przeciwnikiem ruchu ludowego. W czasie II wojny światowej Chocznia była miejscem zbrodni hitlerowskich i walk partyzanckich. W lasku przy drodze do Księżej Barci Niemcy rozstrzelali ponad 30 osób, głównie członków ruchu oporu. W 1944 roku oddział Armii Krajowej pod dowództwem por. Jana Koziołka „Korwina” stoczył tu zwycięską bitwę z niemieckim oddziałem SS. Po wojnie Chocznia rozwijała się jako wieś rolnicza i przemysłowa. Powstały tu zakłady przetwórstwa owocowo-warzywnego, fabryka mebli i tartak. W 1975 roku Chocznia została włączona do miasta Wadowice. Obecnie jest jedną z największych dzielnic tego miasta, licząc ponad 6 tysięcy mieszkańców. Historia Choczni w Małopolsce jest więc historią zmagań o wolność, oświatę i rozwój. To historia ludzi, którzy kształtowali swoją małą ojczyznę i przyczyniali się do budowy państwa polskiego."

Pozornie dużo się w tym tekście zgadza - są wymienione autentyczne osoby związane z Chocznią (Józef Putek i ks. Dunajecki, choć z błędnym imieniem Jan, zamiast Józef), jest mowa o rzeczywiście działającym w Choczni "Sokole" i pierwszej szkole ludowej, konflikcie między gminą, a probostwem w okresie międzywojennym, czy rozstrzeliwaniu członków ruchu oporu w Księżej Barci w czasie II wojny światowej.

Problem zaczyna się, gdy wchodzimy w szczegóły:

- Chocznia nie leży nad rzeką Skawą i nie są znane wzmianki o tym, że w XIII wieku należała do benedyktynów z Tyńca (została założona zresztą prawdopodobnie dopiero w XIV wieku),

- Józef Putek nie urodził się w Choczni, żył w innych latach, niż podano (1892-1974, a nie 1884-1942), nie był przedwojennym ministrem rolnictwa i ofiarą zbrodni katyńskiej (!),

- konflikt władz gminnych i choczeńskiego probostwa nie dotyczył budowy nowego kościoła i cmentarza oraz podziału majątku gminnego,

- w 1914 roku nie powstała w Choczni pierwsza szkoła ludowa, ponieważ takowa istniała już wcześniej, natomiast wybudowany kilka lat wcześniej nowy budynek szkolny był o tyle przykładem dla innych placówek oświatowych w zaborze austriackim, że powstał niejako w czynie społecznym samych chocznian, 

- błędne jest nie tylko imię ks. Dunajeckiego, ale także lata jego życia (powinno być 1856-1934); trudno określić go także jako zwolennika sanacji, a raczej ruchu chrześcijańsko-narodowego,

- rzekoma bitwa AK z oddziałem SS w Choczni w 1944 roku oczywiście nie miała miejsca,

- nic mi nie wiadomo, jakoby w Choczni w okresie PRL powstała fabryka mebli (choć istniały i istnieją zakłady stolarskie produkujące meble), czy zakłady przetwórstwa owocowo- warzywnego,

- w 1975 roku Chocznia nie została wcielona do Wadowic, jako dzielnica tego miasta i jest nadal osobną miejscowością (sołectwem).

AI pytana o inne kwestie związane z historią Choczni w gładkich słowach potrafiła "wyjaśnić", że:

- tradycyjną potrawą bożonarodzeniową jest w Choczni "karp wigilijny", smażony z mąki i jajek.

- Chocznia leży 20 km od Wadowic, a przepływająca przez Chocznię Skawa oddziela ją od Chełmka,

- biskup krakowski Józef Guzdek pełnił swą posługę od 1979 roku, w 2002 roku przeszedł na emeryturę i zmarł w 2009 roku,

- z Choczni pochodzili lub w niej mieszkali między innymi: kompozytor Jerzy Maksymiuk, malarz Józef Lompa, poseł Ignacy Kopeć, działacz "Solidarności" Edward Madej, piłkarz Wojciech Szczęsny, pisarz Władysław Orkan, aktor Krzysztof Dracz, czy rosyjski bokser Artur Beterbiev,

- od 1994 roku wydano co najmniej sześć książek o historii Choczni o tytułach: "Dzieje miasta Chocznia", "Dzieje Choczni", "Dzieje Choczni i okolic", "Chocznia wczoraj i dziś", "Historia parafii Chocznia" i "Dzieje miasta i gminy Chocznia".

Potwierdzeniem kreatywności Open Chat GPT było wygenerowanie w ciągu 2 sekund typowych według niego nazwisk choczeńskich: Półchłopek, Ryś, Kokot, Pająk, Kowalik, Jurkiewicz, Łętowski, czy wskazanie wyrażeń gwarowych, używanych w Choczni (zupełnie fikcyjnych):

- gońdolić - szaleć, biegać,

- kopyntować - stąpać, kroczyć,

- mordokleja - chuligan,

- morga - stodoła,

- pińczować - szczypać,

- błedzik - niewielka ilość, odrobina,

- bolec - chleb,

- czupa - zupa.

Co pocieszające, sztuczna inteligencja dostrzega zainteresowanie wśród chocznian własną historią. Pytana o to odpowiada w ten sposób:


Nie mogę odpowiedzieć z pełną pewnością, ale wydaje się, że mieszkańcy Choczni interesują się historią swojej miejscowości. Przykładem może być istnienie bloga "Chocznia kiedyś", na którym publikowane są artykuły dotyczące historii Choczni oraz okolic. 

czwartek, 15 grudnia 2022

Choczeńska kronika sądowa - odcinek VII

Dziennik "Naprzód" z 23 kwietnia 1931 roku podał obszerną relację ze sprawy sądowej przed Sądem Grodzkim w Wadowicach, w której oskarżonych było aż 67 mieszkańców Choczni:

Niezwykle charakterystyczna dła naszych teraźniejszych stosunków politycznych rozprawa sądowa, będąca echem Brześcia, odbyła się onegdaj przed sądem grodzkim w Wadowicach. Rozpatrywał ją sędzia sądu okręgowego dr. Zembaty. Na ławie oskarżonych zasiadło 67 obywateli gminy Choczni, między nimi były poseł i b. więzień brzeski dr. Putek. Wszyscy oni oskarżeni zostali przez prokuratora o przestępstwo z § 283 ustawy karnej, popełniony przez to, że w dniu 14 grudnia 1930 r„ gdy dr. Putek po wypuszczeniu z więzienia brzeskiego, tłumnie, w pochodzie odprowadzili go do domu, nie usłuchawszy wezwania komendanta posterunku policji państwowej do rozejścia się, przez co mieli się stać winnymi występku zbiegowiska.
Nadto dr. Putek oskarżony został także o występek z § 284 austr. ustawy karnej, polegający na tem, że z okazji tego zbiegowiska prowadził sprzeczkę z policjantem, nadto oskarżono go jeszcze o przekroczenie przepisów austr. ustawy o zgromadzeniach, popełnione wygłoszeniem do tłumu przemówienia pod gołem niebem bez posiadania na takie zgromadzenie konsensu starosty.

Rozprawa sądowa wykazała, że doniesienie sfabrykowano w sposób lekkomyślny, albowiem spośród 67 oskarżonych, czwarta część nawet krytycznym momencie nie wiedziała o przyjeździe dra Putka i przebywała bądź w domu, bądź też nawet poza gminą Chocznią.

W obronie swojej, a pośrednio w obronie wszystkich oskarżonych przemówił na rozpraw ie dr. Putek i wykazał, że oskarżenie jest sztuczką policyjną i próbą wciągania sądów do sankcjonowania terroru policyjnego, zapoczątkowanego w czasiewyborów. Policja w ostatnich czasach zajmuje się polityką, tylko nie tem, co do niej należy. W gminie Choczni nieznani sprawcy dwa razy włamali się do sklepu Kółka rolniczego, raz zaś do Kasy Stefczyka, żadnego z nich policja nie umie wykryć, natomiast gdy oskarżony wracał z więzienia brzeskiego do domu, przybył do Choczni cały posterunek policyjny z Wadowic z komisarzem na czele, to też tymczasem złodzieje mogli bezkarnie okraść kościół wadowicki, położony obok posterunku policyjnego. Powrót oskarżonego do domu dał sposobność wadowickiemu staroście Wąsowi i komisarzowi policji Stankiewiczowi. do obmyślenia „pociągnięć", mających na celu sprowokowanie zwady i sprzeczek ludności z policją, by następnie był temat do oskarżenia ludności i użycia sądów za narzędzie zemsty policyjnej. Po wypuszczeniu z więzienia w Grójcu oskarżony przez dwa tygodnie w celach wypoczynkowych pozostał w Warszawie. Przez cały ten czas starosta i komisarz policyjny prowadzili stałą inwigilację wszystkich pociągów na stacji w Choczni, równocześnie zaś ludność masowo wychodziła ku każdemu pociągowi, spodziewając się powrotu oskarżonego. Nikt wówczas ludności nie ostrzegał, że tłumne wychodzenie na stację i przywitanie oskarżonego będzie jakimś czynem przestępnym. Oskarżony stawia dowód ze świadków starosty i komisarza na stwierdzenie, że wydali oni tajny rozkaz policjantom rozpędzania siłą ludności na wypadek manifestacyjnego witania się z oskarżonym w czasie przyjazdu do domu. Umyślnie ten rozkaz zatajony został przed ludnością, aby prowokacja lepiej się udała. W Choczni miało się stać to samo, co stało się w czasie przyjazdu więźnia brzeskiego b. posła Mastka do Krakowa. Te rosyjskie metody urzędowania spaliły jednak Choczni na panewce. Niespodziewany przyjazd okarżonego i to do stacji Inwałd, wydarł policjantom sposobność do zamanifestowania „silnej ręki" sanacyjnego systemu. Zanim policjanci spostrzegli, że oskarżony jest w Choczni, już tłumy ludności witały go w domu b. posła Styły, skąd następnie odprowadziły go do jego własnego domu. Komendant posterunku spostrzegłszy zdała pochód ludności, puścił się naprzełaj pędem przez pola kierunku tłumu, przewracając się po rowach. Gdy dobiegł, tłum już był przed domem oskarżonego. Tu rozpoczęło się wzywanie do rozejścia się, rozkaz zaś pozorowano uzasadnieniem, że na drodze ruchu tamować nie wolno. Słysząc to oskarżony zaprosił uczestników powitania do swego domu, podwórza i ogrodu, a gdy tam weszli, ze schodów domu podziękował uczestnikom za dobre serce, a na liczne zapytania o powodzenie w Brześciu, opowiedział w krótkości, jak skatowano jego kolegów Liebermana, Popiela i jak obchodzono się z resztą więźniów brzeskich. W toku przemówienia wtrącił się komendant posterunku, do którego w tej chwili zwrócił się oskarżony z oświadczeniem,  ludzie skarżyli mu się, że w Choczni skradziono 276 „siódemek", w całym zaś okręgu wyborczym sfałszowano na korzyść jedynki 26 tysięcy głosów, wobec czego winien cały ten meldunek 
przyjąć do wiadomości, udać się do starosty celem uzyskania pozwolenia na wyszukanie złodziejów i oszustów wyborczych, w czem mu zresztą oskarżony dopomoże. I to jest owa „sprzeczka", skwalifikowana jako występek z § 284 ust. karnej! Treść przemówienia oskarżonego, dotycząca Brześcia, pojawiła się w gazetach warszawskich, stamtąd przedrukowało ją wychodzące w Białej socjalistyczne „Wyzwolenie Społeczne". Tu już artykuł dosięgła ręka cenzora w osobie starosty bialskiego. Prokurator wadowicki postawił wniosek o utrzymanie konfiskaty w mocy, a Sąd okręgowy w Wadowicach jako prasowy konfiskatę zatwierdził. Wobec tego oskarżony dr. Putek zapytuje zastępcę prokuratora, dlaczego nie oskarża go o treść przemówienia, wygłoszonego o Brześciu w Choczni, skoro w postępowaniu konfiskacyjnem uznał treść tę za występną, oskarżono go zaś o sprawy nieistotne, jak zbiegowisko lub też nielegalny wiec. Oskarżony stawia wniosek o odesłanie protokołu, zawierającego przyznanie wygłoszenia takiego przemówienia do prokuratora, aby mógł swój akt oskarżenia i o to „przestępstwo" rozszerzyć. Następnie oskarżony analizując § 283 u. k„ będący spuścizną pojmowania zbiegowiska przez policyjną Austrię, przypomina, że mamy obecnie polską konstytucję, w świetle której policyjne pojęcia austriackiego „polizeistaatu" utrzymać się nie mogą. Sąd nie może być traktowany przez policję jako maszynka do zasądzania w każdej zameldowanej przez policję sprawie, wynikającej z nieposłuszeństwa dla policyjnych organów. Policjant czy starosta może być praworządnym urzędnikiem, może też być despotycznym gwałcicielem prawa, może być człowiekiem drym, albo głupim, trzeźwym lub pijanym i odpowiednio do tych stanów mogą wyglądać też jego rozkazy. Obowiązkiem sądu jest zbadać, czy rozkaz rozejścia się tłumu był aktem prawnym, czy też był samowolnym wybrykiem policyjnym, gdyż jeżeli każdemu rozkazowi policyjnemu miałoby towarzyszyć domniemanie prawności, nieszczęśliwymi byliby ci obywatele, którzy mieliby żyć pod taką „opieką" policji. Starosta Wąs i komisarz Stankiewicz gotowiby byli żądać, aby już nie tylko przywitanie, czy pożegnanie obywatela przez przyjaciół, sąsiadów, znajomych, dokonywane było jedynie na podstawie konsensu policyjnego, ale każdy objaw życia społecznego, rodzinnego, towarzyskiego podporządkowywaliby pod swoje nie wiedzieć gdzie pisane „prawo policyjne". Gotowi jeszcze żądać, aby pogrzeby czy pochody weselne, procesje i pielgrzymki, mowy starostów weselnych czy kaznodziejów pogrzebowych, gromadne siedzenie w kawiarni czy restauracji było od ich aprobaty zależne! Niedawno odbył się w Wadowicach bankiet pożegnalny ku uczczeniu od chodzącego na inną posadę prokuratora. Oskarżony dr. Putek zapytuje, ozy urządzający ten bankiet mieli zezwolenie od komisarza Stankiewicza i jak zabezpieczyli się przed uznaniem bankietu tego za zbiegowisko? Sprawa to niebagatelna. W Paryżu w r. 1848 nieporozumienia między policją a ludem paryskim na punkcie tak zwanej „akcji bankietowej", zastępującej publiczne wiece ludowe, doprowadziły do rewolucji i napędzenia z tronu Ludwika Filipa. Oskarżony przytoczył dalej cytaty z komentarza prawnego prof. Makowskiego, z których wynika, że nawet antyrządowe manifestacje nie mogą być traktowane jako przestępne zbiegowiska, bo dopiero zbiegowisko zagrażające spokojowi i porządkowi publicznemu mogłoby być uznane za przestępstwo. Przyjęcie oskarżonego przez ludność w niczem ani ładu, ani porządku nie naruszyło, a jedyny zarzut, że tamuje przechód na drodze, został przez tłum uwzględniony, gdyż ustąpił on z drogi na realność oskarżonego. Raczej zachowanie się policji, prowokującej spokojną ludność, było w stanie wywołać reakcję ludności, to też miejsce na ławie oskarżonych winien zająć starosta i komisarz policyjny, a nie 67 niewinnych obywateli. Witający oskarżonego ludzie, to wszystko obywatele nieskazitelni, niekarani, uświadomieni. W tłumie witającym oskarżonego żadnych przestępców nie było, gdyż ci powołani zostali do innych obowiązków. Z mocy dekretu krakowskiego wojewody tworzą sanatorzy radę przyboczną rządowego komisarza gminnego w Choczni. Wobec tego oskarżony dr. Putek stawia wniosek o uwolnienie od winy i kary.

Reszta oskarżonych tłumaczyła się w ten sam sposób. W postępowaniu dowodowem przesłuchał sędzia dwóch świadków Jaroszka i Dąbrowskiego, konfidentów policyjnych. Oskarżeni sprzeciwili się zaprzysiężeniu tych świadków, dowodząc, że skoro ci świadkowie brali udział w manifestacji, powinni też siedzieć na ławie oskarżonych, albowiem konfidentom z amatorstwa nie przysługuje przywilej nieodpowiedzialności. Sąd odebrał jednak przysięgę od obu tych świadków. Obaj zeznali, że mało co pamiętają i że między oskarżonymi poznają dwie lub trzy osoby, które brały udział w pochodzie. Następnie słuchani byli świadkowie komendant posterunku PP Kremer i posterunkowy Pach. Obaj zeznali, że tłum zachowywał się spokojnie i poprawnie i że oni dopatrywali się w przywitaniu dra Putka tylko manifestacji antyrządowej. Na pytanie jakie mieli rozkazy zachowania się w stosunku do ludności w czasie manifestacji z okazji przyjazdu dra Putka, obaj policjanci odmówili zeznań, zasłaniając się tajemnicą urzędową.
Po przeprowadzeniu tych dowodów sędzia dr. J. Zembaty wyłączył sprawę dra Putka, jako niepodlegającą właściwości sądu wadowickiego z uwagi na czynności sędziego dla spraw wyjątkowego znaczenia w Warszawie i przepis procedury karnej nakazujący przekazywanie spraw temuż sędziemu, następnie odmówił wnioskowi dra Putka o odesłanie protokołu prokuratorowi celem rozszerzenia oskarżenia przeciw wnioskodawcy treść przemówienia w sprawie zachowania się władz więziennych w Brześciu, odmowę zaś uzasadnił okolicznością, iż zastępca prokuratorabył przez cały czas obecny na rozprawie i wniosek słyszał, skoro zaś nie korzysta z praw oskarżyciela, bezcelowem byłoby odsyłanie aktów prokuratorowi, wreszcie resztę oskarżonych w liczbie 66 od winy i kary uwolnił, uzasadniając wyrok tem, że w tłumnem przyjęciu dra Putka po powrocie z więzienia brzeskiego nie można dopatrywać się znamion czynu przestępnego, albowiem przyjęcie to w niczem porządku j spokoju publicznego nie naruszyło. Wyrok powyższy stał się prawomocny.

----

Wydawany przez Niemców polskojęzyczny "Dziennik Poranny" z 9 marca 1941 roku informował o dwóch  wyrokach sądowych dotyczących mieszkanek Choczni:

- w stosunku do Bronisławy Michałek z domu Kaletka spod nr 351, urodzonej w Jaszczurowej w 1897 roku, Amtsgericht w Wadowicach orzekł karę miesiąca więzienia, 100 marek grzywny i 54 marek odszkodowania z tytułu pominięcia uiszczenia opłat za ubój i wykroczeniu "przeciw uregulowanej konsumpcji", "rozporządzeniu o publicznem zarządzaniu produktami rolniczemi" oraz ustawy o badaniu mięsa.

- w stosunku do: Anieli Wolas z domu Bryndza spod nr 461, urodzonej w 1901 roku we Frydrychowicach, Marii Trzaska z domu Balon spod nr 293, urodzonej w 1906 roku w Inwałdzie oraz Józefie Strzeżoń (w oryginale Szczerzon) z domu Kleszcz spod nr 132, urodzonej w 1888 roku w Barwałdzie Średnim ten sam Amtsgericht orzekł karę 6 tygodni więzienia i 50 marek grzywny z tytułu  naruszenia "rozporządzenia o publicznem zarządzaniu produktami rolniczemi" i "ustawy o gospodarce jajami (!)".

----

W 1962 roku niecodziennym "wyczynem" mógł pochwalić się 25-letni I. R. z Choczni, w ciągu trzech miesięcy dwukrotnie ukarany przez Kolegium ds. Wykroczeń.

Najpierw 8 marca grzywną w wysokości 2.000 zł z zamianą na 50 dni aresztu, za to, że zakłócał porządek publiczny podczas zabawy w Domu Ludowym, odbywającej się z 4 na 5 lutego. Będąc w stanie nietrzeźwym, używał słów wulgarnych, nawoływał do pobicia orkiestry, a wychodzących jej członków zaczepił pod budynkiem, wywijając trzymaną w ręku butelką piwa, którą następnie rzucił w ich kierunku.

7 czerwca Kolegium ukarało go ponownie  grzywną w wysokości 2.000 zł z zamianą na 50 dni aresztu, tym razem za to, że 29 kwietnia będąc w stanie nietrzeźwym, na ulicy 29 Stycznia w Wadowicach załatwiał potrzebę fizjologiczną wobec przechodniów, a następnie na Placu Armii Czerwonej (dzisiejszym Rynku) głośno śpiewał, używał słów wulgarnych oraz zaczepiał przechodniów.