Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1940. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1940. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 grudnia 2023

Choczeńska kronika sądowa - część VIII

 "Dziennik Cieszyński" z 9 listopada 1921 roku informował między innymi o wykazie kar nałożonych przez Urząd Walki z Lichwą w Bielsku:

  • Wójcik Marya z Choczni za lichwę mlekiem otrzymała karę 3 dni aresztu i 3.000 marek grzywny,
  • Brusik Elżbieta z Choczni (później po mężu Wider - uwaga moja) za lichwę mlekiem otrzymała karę 2 dni aresztu i 2.000 marek grzywny,
  • Paluś Rozalia (właściwie Baluś Rozalia, później po mężu Odribec - uwaga moja) za lichwę mlekiem otrzymała karę 3 dni aresztu i 3.000 marek grzywny,
  • Guzdek Anna z Choczni za lichwę mlekiem otrzymała karę 12 godzin aresztu i 3.000 marek grzywny,
  • Woźny Stanisław z Choczni za lichwę masłem na 5.000 marek grzywny.

Urząd Walki z Lichwą i Spekulacją utworzono przy Ministerstwie Aprowizacji na wniosek Rady Ministrów RP dekretem z 11 stycznia 1919 roku. Miał za zadanie walkę ze wszelkimi przejawami lichwy oraz spekulacją artykułami pierwszej potrzeby. Przysługiwało mu prawo konfiskaty mienia i nakładania kar do 3 miesięcy aresztu oraz grzywien do 50.000 marek. 

----

"Kurier Wieczorny" z 29 września 1936 roku zamieścił notatkę pod tytułem "3 lata więzienia za pobicie woźnego" o następującej treści:

"Do właściciela nocnego lokalu "Eden" w Białej zawitał 23 czerwca bieżącego roku woźny urzędu skarbowego Mikołajczyk z Białej, celem wręczenia mu edyktu licytacyjnego. Ponieważ właściciel 27-letni Władysław Guzdek nie chciał przyjąć niemiłego dokumentu, woźny pozostawił mu pismo na stole i w księdze pokwitowań zanotował, że pismo zostało przymusowo doręczone. Za wychodzącym woźnym wybiegł Guzdek, schwycił w najbliższej bramie domu Mikołajczyka za gardło i groził mu pobiciem. Przy powstałej szarpaninie krewki restaurator podarł woźnemu ubranie. Za znieważenie urzędnika w służbie odpowiadał obecnie Guzdek przed sesją wyjazdową wadowickiego Sądu Okręgowego w Białej, który po przesłuchaniu poszkodowanego i świadków skazał właściciela nocnego lokalu na 7 miesięcy więzienia z warunkowym zawieszeniem kary na 3 lata oraz na zapłacenie kosztów sądowych."

Skazany Władysław Guzdek urodził się w 1907 roku w Czańcu, był więc nieco starszy, niż podano w artykule. Przynależał do Choczni jako syn chocznianina Karola Guzdka. Rok później będąc wdowcem poślubił w Choczni Elżbietę ze Ścigalskich, a ich wesele należało do najgłośniejszych wydarzeń towarzysko-rodzinnych w międzywojennej Choczni. Wyrzucony przez Niemców z Białej zamieszkał w 1939 roku w Choczni, skąd wysiedlono go do Krakowa. Po wojnie powrócił do Bielska.

----

Wychodzący w okupowanym przez Niemców Krakowie "Dziennik Poranny" w numerze z 22 maja 1940 roku podał,  że:

"Za oszustwo skazany został przed sądem grodzkim w Wadowicach Stanisław Guzdek z Choczni na 3 miesiące więzienia. Oskarżony wniósł apelację i sąd karny na rozprawie apelacyjnej zniósł wyrok pierwszej instancji, wydając wyrok uniewinniający."

Ponieważ nie podano wieku wymienionego w powyższej notatce Stanisława Guzdka, to nie wiadomo, czy chodziło o Stanisława Guzdka, urodzonego w 1889 roku, męża Marianny z Widrów, czy też o Stanisława Guzdka, który przyszedł na świat w 1908 roku i był mężem Salomei z domu Burzej.

czwartek, 1 września 2022

Wspomnienia z wysiedlenia w 1940 roku

 Wspomnienie o wysiedleniu autorstwa chocznianki Marii Latocha (1931-2003), które ukazało się w piśmie "Carolus" w 2001 roku:

Rok 1940 dobiegał końca. Czarna noc okupacji niemieckiej osnuwała Polskę coraz to głębszymi cieniami, gasząc resztki nadziei odzyskania utraconej wolności. Miałam wtedy lat 9 i byłam drobną, chudziutką dziewczynką, patrzącą na otaczający świat szeroko otwartymi oczami zdziwionego dziecka, któremu życie wydaje się, pomimo wszystko, bardzo ciekawe i pociągające, godne przeżycia do końca, mimo tej rozpętanej pożogi wojennej, po przebytym rok temu froncie wojennym i trzy tygodnie trwającej ucieczce przed wkraczającymi do Kraju wojskami okupanta. Obecnie po powrocie z tej tułaczki i po powrocie ojca z niewoli niemieckiej żyliśmy skromnie i cicho na swoim małym gospodarstwie rolnym. Od dawna już po wsi krążyły ciche, niepokojące pogłoski o mającym nastąpić wysiedleniu mieszkańców Choczni, ale tak naprawdę nikt w to do końca nie wierzył na serio, lub nie chciał uwierzyć w taką możliwość. Bo niby dlaczego mieliby nas Niemcy wywłaszczać i usuwać, skoro jesteśmy lojalnymi obywatelami, płacimy nałożone podatki i daniny i nie drażnimy okupanta swoim utajonym patriotyzmem. A jednak stało się i oto w jeden z mroźnych grudniowych poranków, osnutych jeszcze półmrokiem długiej zimowej nocy, do naszego domku zapukało dwóch niemieckich żandarmów, Ślązaków z pochodzenia i łamaną polszczyzną zmieszaną z żargonem niemieckiej mowy dali nam rozkaz, by do pół godziny stawić się w komplecie w punkcie zbornym w centrum wsi /koło Sokoła/. Równocześnie poinformowali nas, że można zabrać ze sobą rzeczy najpotrzebniejsze - tyle, ile zdołamy unieść w rękach, czy na plecach. Nasza rodzina składała się z 5-ciu członków tj. z rodziców i nas trojga /rodzeństwo starsze ode mnie o parę lat -brat i siostra/. Z powodu dużego mrozu włożyliśmy na siebie ciepłe ubrania i ciepłe obuwie, zabierając ponadto koce, pierzynę i trochę żywności do przetrwania przez kilka najbliższych dni. W punkcie zbornym czekały na nas furmanki -podwody, które niebawem miały nas przewieźć wraz z rzeczami do Szkoły Nr 2 w Wadowicach na Plantach przy ul. Sienkiewicza. Obserwując wszystko wnikliwie byłam świadkiem, jak ludzie z płaczem rzucali się sobie nawzajem w ramiona, żegnając się ze sobą przed tą podróżą w nieznane. Widziałam jak znana mi starsza kobieta z płaczem przepraszała sąsiadów za te niepotrzebne swary o miedzę, garść trawy lub przyorany zagon, czy skibę ziemi. Teraz wydało się to nawet śmieszne, bo oto wszyscy zostaliśmy pozbawieni niemal wszystkiego zrządzeniem wyższym, wszystko trzeba zostawić i iść na poniewierkę bez pewności jutra. Tymczasem domy nasze zajmowała w tym czasie sprowadzona przez Niemców ludność pochodzenia niemieckiego z Bukowiny, tak zwani bauerzy. W Szkole Podstawowej Nr 2 w Wadowicach przetrzymywano nas przez dwie doby. Z powodu mnóstwa ludzi zapchała się kanalizacja i ścieki szeroką strugą spływały po schodach wejściowych z piętra na dół. Spotkała nas tutaj miła niespodzianka, bo oto jeden z bauerów nadzorujący między innymi nasz mały domek - przysłał nam tu do szkoły paczkę z żywnością, sporządzoną z pozostawionych przez nas zapasów twierdząc, że ci ludzie zostawili wszystko, należy im zatem coś posłać na drogę. Po dwóch dniach postoju, pod nadzorem konwoju niemieckiego odstawiono nas do stacji kolejowej w Wadowicach. Po drodze pewien starszy człowiek zasłabł i osunął się na ziemię, ale pod wpływem głośnego dopingu ze strony niemieckiego żołdaka zmuszony był ostatkiem sił podnieść się i słaniając się szedł razem z innymi do celu. Na stacji wtłoczono nas wraz z tobołami do podstawionych wagonów, jak przysłowiowe śledzie do beczek i pod osłoną nocy pociąg przeładowany wysiedlonymi ruszył w stronę Bielska. Nocą przejeżdżaliśmy przez Chocznię. Od strony opustoszałej wsi wiało straszliwym smutkiem i grozą, które wsączały się w dusze wywożonych mieszkańców. Ludzie zaczęli szlochać i lamentować coraz głośniej, ale oto gdzieś z kąta wagonu podniósł się nieśmiały zrazu, potem coraz głośniejszy śpiew znanej pieśni maryjnej: Serdeczna Matko, Opiekunko ludzi Niech Cię płacz sierot do litości wzbudzi, Wygnańcy Ewy do Ciebie wzdychamy, Zlituj się, zlituj, niech się nie tułamy! A następnie: Boże, coś Polskę przez tak liczne wieki Otaczał blaskiem potęgi i chwały. Niektórzy z wysiedlonych uciszali te śpiewy w obawie przed represjami od Niemców. Jednak nie słyszałam, aby interweniowali konwojenci. Widocznie było ich niewielu i obawiali się drażnić zbuntowanego tłumu wysiedlonych. Złączyłam swój głos i swoje serce ze śpiewem zbuntowanych i cały pociąg głośno śpiewał: Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy, Bo niby dlaczego mielibyśmy zamilknąć, skoro sprawując się lojalnie wobec okupanta zostaliśmy przez nie-go tak źle potraktowani, to teraz przynajmniej damy upust swemu patriotyzmowi i umiłowaniu wolności. Szczęściem minęliśmy Oświęcim i pociąg z tym dziwnym „żywym towarem" skierowano do Generalnej Guberni i, wożąc nas po całej tamtejszej Polsce w poszukiwaniu miejsca na rozładunek, co widocznie nie zostało uzgodnione wcześniej. Podróż ta, bardzo męcząca przy trzaskającym mrozie trwała dni kilka. Otulona w matczyną  chustkę wychuchałam w oblodzonej szybie wagonu mały otwór, przez który patrzyłam na pozostawiany w tyle zewnętrzny świat. W ciągu nocy chustka przymarzła do szyby, widocznie temperatura była grubo poniżej zera stopni. Przez Warszawę zawieziono nas do miasta Łodzi, gdzie konwojenci skonfiskowali Żydowi przewożone mleko i każde z nas dzieci otrzymało po szklance zimnego napoju. Był to odruch zdrętwiałego serca okupanta. Stamtąd skierowano nas do województwa lubelskiego, gdzie nareszcie na stacji Nałęczów 3 w pobliżu wsi Piotrowice znaleźliśmy punkt rozładunku. Na stacji czekały już na wysiedlonych chłopskie furmanki z okolicznych wsi. Naszą rodzinę wraz z sąsiadką wdową z dwojgiem dzieci przywieziono do odległej o 4 km wsi Paulinów i wprowadzono do sołtysa. Wieś była mała, liczyła kilkanaście numerów, zamieszkiwali ją chłopi posiadający po kilkanaście ha pola, ale byli też biedniejsi. W ciasnej kuchennej izbie sołtysa, śmiertelnie zmęczona podróżą położyłam się na podstawionej leżance i przez sen słyszałam i czułam, jak nad naszą rodziną odbywa się przetarg. Rodzinę rozdzielono w zależności od potrzeb gospodarzy i przydatności wysiedlonych. I tak ojciec będący jeszcze w sile wieku został zatrudniony w charakterze parobka do „obrządzania" krów i koni, starsza siostra przydała się, jako niańka do bawienia 2-letniej dziewczynki, brat przydzielony został bogatemu gospodarzowi do pasienia 6-ciu krów w lecie i do karmienia tego stada w oborze zimą. Mama została służącą u następnego gospodarza, a ja jako mocno niepełnoletnia zostałam przy mamie do różnych posług. I tak rozpoczął się w naszym życiu nowy rozdział. Było to życie trwające kilka lat na tzw. wysiedleniu, życie w skrajnym ubóstwie, o głodzie i chłodzie, bez uczęszczania do szkoły, przepełnione pracą ale czasem i zabawą z tamtejszymi rówieśnikami, wszak dzieciństwo i młodość mają swoje prawa. Dużo też było wspólnej, rodzinnej modlitwy. Bogu Najwyższemu niech będą dzięki za to, że nie zginęliśmy, jak te ponad 50 milionów istnień ludzkich, które pochłonęła II wojna światowa. Za to, że pozwolił nam wrócić do domu, uzupełnić wykształcenia, odbudować zniszczenia, choć na zdrowiu do dziś czujemy mocne braki. Pomimo wszystko dzięki Bogu i Opiece Matki Bożej - żyjemy!

Fotografia autorki wspomnień


czwartek, 21 lipca 2022

Ilustrowane wspomnienia Jana Latochy z wysiedlenia

Coraz częściej dochodziły sygnały o wysiedleniu ludności z terenów przyłączonych do Rzeszy. Tak się złożyło, że żona naszego wujka Filka Jana / brata mamy/ była siostrą żony dr Putka, a ten jak wiadomo jako polityk, pisarz i prawnik miał rozległe kontakty i sondował, co Niemcy zamierzają robić. W późniejszym okresie był aresztowany i siedział w Oświęcimiu, ale to po pierwszej fali wysiedlenia. Mieliśmy więc dostęp do tych złowrogich nowinek, które nam przekazywał wujek, a mieszkał również w Choczni opodal domu Putka. Te wiadomości pozwoliły nam na poczynienie pewnych przygotowań, a więc pakowanie odzieży, bielizny, przygotowanie toreb, zgromadzenie trochę suchego chleba, cukru, suszonej słoniny itp. Wszyscy się łudzili, że może do tego nie dojdzie, ale niestety nadzieja prysła 12.12.1940r. ok. 5-tej, kiedy to rozległ się łomot do drzwi i okien.  Niemcy w mundurach, niektórzy mówiąc łamaną polszczyzną, nakazali nam, aby do pół godziny przygotować się do wymarszu. Zabrać ze sobą można było tylko taki bagaż, aby nie przeszkadzał w marszu do punktu zbiórki. Trudno opisać wrażenie, jakie to polecenie wywołało na nas, zapanowało milczenie, pamiętam pobladłe twarze i w oczach rozpacz. Nie wiadomo było, co brać ze sobą, odzież, pościel, garnki czy żywność. Mama nie zapomniała o zwierzętach, zadała im paszy i zaniosła pożywienie psu do budy. Był to duży, kudłaty pies Bukiet i bardzo przywiązany do nas, o podpalanej maści. Wyznaczony czas na pakowanie minął szybko i wyruszyliśmy z domu, jak się okazało na cztery lata.  Popędzani przez Niemców, razem z sąsiadami, posypywał śnieg, ziemia była zamarznięta. W drodze spotkaliśmy grupki ludzi z wiadrami i miotłami, a byli to chyba Żydzi, którzy mieli za zadanie posprzątać po nas i przygotować miejsce dla nowych lokatorów, bauerów, sprowadzonych ze wschodnich kresów. Na zbiórkę wyznaczono plac obok starej remizy, nieopodal kościoła. Tam odbyło się sprawdzenie obecności i załadunek na ciężarowe samochody. Nie obyło się bez poszturchiwań, krzyków, nie zawsze bowiem mieściły się całe rodziny do jednego samochodu. Przewieziono nas do szkoły podstawowej w Wadowicach na Plantach. Mieszkańcy Wadowic przyglądali się całej operacji ze zdziwieniem. Czasem ktoś przywiązał jakąś kartkę do kamienia i sprytnie rzucił poza płot w celu przekazania rodzinie jakiejś ostatniej wiadomości. W szkole tej przesiedzieliśmy 3 doby. Trzeba wspomnieć o okropnych warunkach, jakie wytworzyły się po zajęciu sal i korytarzy przez tyle osób.  Nie dość, że było zimno, to jeszcze zapchała się kanalizacja i wszystkie nieczystości lały się z górnych pięter schodami w dół. Na trzeci dzień w środku nocy nastąpiła ewakuacja aleją w kierunku stacji PKP. Cała operacja była przeprowadzona pod osłoną nocy i w sposób dość brutalny. Popychaniom, a nawet uderzeniom kolbami karabinów nie było końca aż do załadowania nas do pociągu osobowego. Pamiętam, że nasz i sąsiadów dobytek był pokładziony byle jak, a my siedzieliśmy na tych tobołkach niemal pod samym dachem. Wyruszyliśmy tej samej nocy w nieznanym kierunku. Jechaliśmy przeważnie nocą – w kierunku Krakowa – do Radomia – Łodzi – Dęblina i znów do Łodzi a stamtąd do stacji docelowej – Nałęczowa. Wędrówka ta trwała 4 lub pięć dni. Jedynym ciepłym posiłkiem była woda z tzw. tundra czyli zbiornika lokomotywy. Sam zapach tej wody wystarczył, by zrezygnować z użycia jej. Był taki przypadek, że gdy pociąg nad ranem zatrzymał się przed semaforem jakiejś stacji, to Niemcy, którzy nas konwojowali, zatrzymali Żyda wiozącego bańki z mlekiem. Zabrali mu to mleko i zachęcali dzieci, by się posiliły. Mało kto korzystał z tej oferty. W Nałęczowie przed stacją też był przygotowany dla nas posiłek, była to jakaś zupa w kotle, ale niestety gotowana dzień wcześniej. W pobliżu stało szereg sań zaprzężonych w konie, śnieg bowiem był duży. Pojazdy te były   przeznaczone na rozwożenie nas po okolicznych wsiach. Kilka godzin trwało rozdzielanie wysiedlonych pomiędzy sołtysów. Nas zabrano do wsi Paulinów, pojechała tam też sąsiadka Ligęzowa (właściwie Ligięzowa- uwaga moja) z dwójką dzieci w naszym wieku. Ojciec ich po kampanii wrześniowej przedostał się do Armii Andersa i powrócił dopiero po wojnie. 

 


Jechaliśmy saniami jakieś 3 km. Dokuczał mróz i wiał przykry wiatr. Wspomnianą Ligęzową zabrał w całości z dziećmi gospodarz – Komsta, a my pod wieczór dotarliśmy do sołtysa, - Usarka. Zaraz zwołano zebranie i naradzano się kilka godzin, co z nami zrobić. Była to mała wioska licząca ok. 23 gospodarstwa, domy położone wzdłuż drogi na odcinku ok. pół km. Zabudowania ogrodzone płotem z desek. Wielkość gospodarstw wahała się od kilku do kilkunastu ha. Wcześniej przydzielono im już wysiedlonych z poznańskiego – wdowę z 3 dzieci. Nie trzeba dodawać, że nam po takiej poniewierce o głodzie i chłodzie było wszystko jedno, byle się ogrzać i przespać. Poczęstowano nas zaraz ciepłym posiłkiem. Po naradzie zapadły decyzje. Mnie zabrali Zasadowie, u których był już syn tej Maćkowiakowej. Siostrę starszą Janinę zabrał brat sołtysa Usarek, uzasadniając, że przyda się do bawienia dzieci. Mamę z najmłodszą siostrą zabrali Szeleźniakowie, uznali bowiem, że siostra jest za mała by oddzielać ją od matki. Najdłużej dyskutowano nad tatą. W końcu zabrał go Ginalski. Tata nieraz wspominał ten przykry moment, że nie było na niego chętnych, a gdy wszedł do tych Ginalskich, to dość długo stał przy drzwiach nim właściciel dość obcesowo powiedział: „choć pan dalej, co pan tak do cholery stoi przy drzwiach”. W ten sposób rozładował napięcie i potwierdził, że pogodził się z przyjęciem taty do swego domu. Byliśmy w zupełnie nieznanym terenie i u obcych nam ludzi. Mowa ich była śpiewna, końcówki wyrazów na „ta” i „wa” np. „chodźta”, „idziewa”. Początkowo mieli powody, by przypuszczać, że wysiedleni to jacyś ludzie, którzy zostali tu przysłani za karę, ale stopniowo sytuacja stawała się jasna, tym bardziej, iż napływały w tę okolicę nowe transporty wysiedlonych z różnych rejonów Polski. Zasadowie – to starsze małżeństwo, gospodarujące na kilkunastu ha gruntów przy pomocy 2 dorosłych synów: Henryka młodszego i Olka starszego. Trzeci Władysław był w Niemczech od kampanii w 39r. Tam pozostał i ożenił się później z Niemką – wdową. Był u nich, jak już wspominałem, chłopak Tadek Maćkowiak – wysiedlony z poznańskiego oraz Hela – służąca czy pomoc domowa, nieduża, korpulentna dziewczyna. Posiadali ładny dom, drewniany, kryty blachą, z zewnętrznymi okiennicami, podwórko zabudowane w kwadrat, dom  - stodoła, spichlerz, stajnia, obora, studnia a na środku piorunochron, wysoki słup – zakończony metalowym prętem. Byłem z natury nieśmiały i wszelkie zmiany otoczenia działały na mnie niekorzystnie. Wspomniałem o tym przy okazji zmiany szkoły. Tutaj też nie zadomowiłem się od razu. Do szybszego zaaklimatyzowania – przynajmniej częściowego – przyczynił się brak wolnego czasu. Razem z tym Tadkiem, starszym ode mnie – pomagaliśmy synom i tej Heli przy jak to tam określano „obrządzaniu” inwentarza. Hodowali 5-6 krów, 3 konie, świnie i drobny inwentarz. W południe krowy i konie wypuszczano na podwórko. Całe to towarzystwo biegało, piło wodę z koryta przy studni i wracało na swoje miejsca. Wpływało to dodatnio na kondycje zwierząt. Niebawem zatrudniono mnie przez jakieś 3 tygodnie przy omłotach. Odbywało się to za pomocą kieratu. Moim obowiązkiem było poganianie koni lub odgarnywanie zboża sprzed czyszczalni tzw. wialni, która poruszana była ręcznie. Chodzenie w kółko za koniami przez kilkanaście godzin dziennie było bardzo nużące. 

 


Z moich butów wyrosłem i chodziłem w gumowcach również ciasnawych. Aby je ocieplić co chwilę wkładałem do środka słomę. W późniejszym okresie pojawiło się okupacyjne obuwie na spodach drewnianych. Było w tych drewniakach cieplej, ale chodzenie okropne. Przyklejał się do drewna śnieg, a na piętach powstawały rany. Do dnia dzisiejszego mam na nogach pamiątkę po tym niemieckim wynalazku. Święta Bożego Narodzenia były bardzo smutne, choć trzeba przyznać, że zapraszano nas do wspólnego stołu wigilijnego. Nowością w tym okresie było dla mnie wyścielanie kuchni słomą na okres świąt. Zauważyłem, że ktokolwiek ze znajomych przyszedł w odwiedziny do tych Zasadów, to był przyjmowany bardzo gościnnie. A jeżeli to była pora obiadowa to obowiązkowo zapraszany był do wspólnego spożycia posiłków. Przychodził tam dość często syn Szeleźniaków – Tadeusz – zwany Dziadkiem, u których była mama z moją siostrą. Co ciekawe, że był w wieku Olka, ale kolegował z młodszym synem Zasadów Henkiem. Grywał na skrzypcach. Później zainteresował się mną i wypożyczył mi takie robione przez niego skrzypce i uczył na nich gry. Nawet byłem dość pojętny i opanowałem ze słuchu kilka piosenek i skocznych oberków. Dobrze podobno grałem walca „Nad pięknym, modrym Dunajem”. Umiejętności tej nie miałem okazji rozwijać w późniejszym okresie i poprzestałem na graniu w Paulinowie dla potrzeb moich rówieśników. Nazywano mnie nawet czasem Jankiem Muzykantem. W niektórych domach jak np. u Komstów, gdzie przebywała wspomniana Ligęzowa, była ładna biblioteka, a on sam często odwiedzał Zasadów i zapamiętałem go jako poważnego i kulturalnego pana. Był zatroskany o losy Polski. Zasadowie starali się go jak najlepiej ugościć. W okresie letnim powierzono mi jako główny obowiązek pasienie krów. Pędziłem je dwa razy dziennie na pastwisko, gdzie chodziły luzem. Wprawdzie na ogół krowy na pastwisku były tam wiązane na kołkach, ale skoro ja byłem do dyspozycji, to zrezygnowano z tej metody. Najtrudniej było to stado zagnać na miejsce przeznaczenia, a następnie upilnować jak wyskubywały ładniejszą trawę. Ciągnęło je wówczas do buraków i zboża, a ewentualne spustoszenie w tych uprawach byłoby dla mnie bardzo przykre. Mama doglądała nas i widząc, że to rozdzielenie nie jest najlepszym rozwiązaniem zaproponowała, by nam przydzielić jakieś mieszkanko i będziemy razem. Tata akurat znalazł pracę na stacji w Nałęczowie przy przeładunkach towarów. Stacja Nałęczów połączona była kolejką wąskotorową z cukrownią w Garbowie i dla potrzeb tej cukrowni robotnicy przeładowywali różne towary z wagonów szerokotorowej kolei na wąskotorową. Chodziło o węgiel, buraki, cukier itp. 



 Przyznano nam małą izdebkę u Mańków, po sąsiedzku Zasadów. Było niesamowicie ciasno, ale razem. Mieliśmy kartki na żywność. Po zakupy chodziło się do Nałęczowa – miasta oddalonego od Paulinowa o 5 km. a od stacji Nałęczów o 3 km. Nałęczów to pięknie położone na wzgórzach miasteczko uzdrowiskowe. Dużo zieleni, wille i woda mineralna, którą nawet obecnie reklamuje się w telewizji. Tam jeździł Prus i mieszkał Żeromski. Obecnie w jego „chacie” zorganizowano muzeum, poświęcone jemu. Po wojnie natomiast, jak nam pisano, ów Usarek brat sołtysa zakupił willę Oktawię /od żony pisarza/ i przeniósł ją do Paulinowa.  Do kościoła w niedzielę uczęszczaliśmy do Bochotnicy, na pograniczu Nałęczowa. Paulinów natomiast należał do parafii w Wąwolnicy, oddalonej o 8 km. Kupując chleb na kartki trzeba było od wczesnych godzin rannych odstać w długiej kolejce przed piekarnią. Drożdże były towarem deficytowym z uwagi na wykorzystywanie ich do nagminnie pędzonego bimbru. Piło się tam dość dużo nie tylko bimbru, ale i wódki, którą okupant oferował za kontyngenty zbożowe i mięsne. Na kartki nabywało się margarynę, marmoladę i inne towary. Ziemia była tam lżejsza do uprawy niż w naszych stronach, orkę można było wykonać jednym  koniem bez użycia kolców czyli wózka pod pług. Dlatego też uprawiano sporo pszenicy i buraków cukrowych., które przerabiała wspomniana już cukrownia w Garbowie /8 km/. Tata też czasem dojeżdżał do pracy w tej cukrowni. Z tego była pewna wymierna korzyść, bo przywoził w bańce cukier zalany kawą. W takiej formie można było wynosić z fabryki cukier, bo dla strażnika na bramie była to kawa. My też podejmowaliśmy się uprawy buraków cukrowych. Umowa była taka, że my wykonamy ręczne prace na kawałku o pow. ok. 30 arów to jest: sadzenie, pielenie, przerywanie, gracowanie, saletrowanie, wyrywanie, oczyszczanie i ułożenie w pryzmy, a w zamian otrzymamy 50 kg pszenicy i 20 kg cukru. Najgorzej było z końcowymi robotami, bo jeżeli harmonogram przewidywał dostawę buraków do cukrowni np. w grudniu, to rolnicy nie pozwalali wyrywać buraków zbyt wcześnie, a listopadzie były już przymrozki a niejednokrotnie śnieg. Trzeba było ustawiać maty i dobrze chuchać w ręce. 

 



W czasie takich prac mimo woli byłem przyczyną zamieszania i chwilowego zmartwienia moich najbliższych. Wysłano mnie bowiem z pola po jakieś cieplejsze ubranie do domu. Ja nie mając klucza wszedłem do tej izdebki przez okno i chcąc się ogrzać zasnąłem. Po dość długich poszukiwaniach znaleziono mnie w domu. Ja w okresie letnim nadal pasałem bydło u tych Zasadów i pomagałem w innych pracach polowych lub w obrządku. Wspomniana Hela zatrudniała mnie nawet do dojenia krów, za co wystawiała mi jak najlepszą opinię. Tam panował taki zwyczaj, że mężczyźni doili krowy. Nie jest to trudna i ciężka praca o ile krowa nie kopie i jest „miękka” w dojeniu. Mleko w baniach woziło się do mleczarni w Piotrowicach, oddalonych ok. 1,5 km. Była tam mała mleczarnia, gdzie ręcznie odciągało się śmietanę a chude mleko wracało do dostawcy, masło robiono tam w ręcznie napędzanej maselnicy. Niejednokrotnie pomagałem zatrudnionym tam kobietom w obracaniu tą beczką ze śmietaną, za co nalano mi maślanki z krupami maślanymi. Za pasanie krów u Zasadów mogłem otrzymać 50 kg pszenicy i lniane spodnie lub pozostać u nich na zimę. Wybierałem oczywiści pszenicę i te spodnie. Pozostając tam na zimę musiałbym tam też pracować. W porównaniu z naszymi warunkami produkcja rolna stała tam na nieco wyższym poziomie. Były przede wszystkim gospodarstwa o większym areale i ziemia była znacznie urodzajniejsza, łatwiejsza w uprawie, rolnicy posiadali tam więcej sprzętu /żniwiarki, snopowiązałki, kultywatory/. Uprawiano rośliny u nas nie spotykane, przynajmniej przed wojną. Np. tatarkę, proso, mak, konopie, len, soczewicę. Z konopi kręcono sznurki a z lnu po odpowiedniej obróbce przędzono na kołowrotku nici i tkano płótno na bieliznę, spodnie, worki, oczywiście sposobem chałupniczym. Wyciskało się też olej z rzepaku lub maku. Makuchy były przeznaczane na paszę. Wyciskanie oleju było zakazane przez okupanta. Taka olejarnia znajdowała się w sąsiedniej wsi Gutanowie. Miałem okazję przekonać się jaka to jest ciężka praca nim z tego ziarna wyciśnie się olej. Najciężej jest takie ziarno zemleć, później podgrzać i wycisnąć za pomocą prasy ręcznej. Olej taki nie był rafinowany i używanie go w kuchni do smażenia dawało ostry zapach. Na szczęście były tam nad kuchniami okapy.



 

poniedziałek, 4 kwietnia 2022

Wspomnienia Kazimierza Ścigalskiego - część I

 W 2012 roku Anna Wolanin z Choczni napisała pracę magisterską pod tytułem "Opowieści z życia mieszkańców Choczni koło Wadowic". Znalazły się w niej wspomnienia pięciu osób, w tym emerytowanego stomatologa Kazimierza Ścigalskiego (1925-2019). Dzięki uprzejmości autorki mamy możliwość zapoznać się ze zredagowanymi fragmentami jego reminiscencji. 

Część pierwsza dotyczy wybuchu i początku II wojny światowej:

(…) Potem w miarę jak upływały lata, nadszedł czas (lata trzydzieste siódme, ósme i dziewiąte) gdzie już zaczęło mówić się o wojnie. Wszystkie objawy na to wskazywały, że wkrótce wybuchnie w Europie wojna. Już zajęte zostały na przykład Austria przez Niemcy, potem Czechosłowacja. I w końcu nadszedł rok trzydziesty dziewiąty — wrzesień, kiedy wybuchła wojna w Polsce między Niemcami i Polską. No i cóż ci tu więcej powiedzieć? Jeszcze wcześniej, na krótko przed wybuchem samej wojny, była taka czynność ze strony urzędów: miasta i gminy, wraz z jednostką wojskową, która wtedy stacjonowała w Wadowicach, żeby wszystkie konie, które były młode, i zdolne do jakichś większych, trudniejszych rzeczy, były po prostu zabrane, zarekwirowane ludziom. Nie było to zabranie bez pieniędzy, ale nie płacili, tylko wydawali za takiego konia kwit, za który ewentualnie po wojnie... no można było dostać ekwiwalent pieniądze. My akurat w domu mieliśmy pięknego konia młodego. I tego konia nam między innymi zabrano. Chociaż w okolicach najbliższych sąsiedztwie te konie wszystkie pozostawały, bo już były stare, nie nadawały się do wojska. Bardzo żałowaliśmy tego konia. No ale co było robić? Potem coraz więcej zaczęło stacjonować wojska, ponieważ już zbliżał się ten okres - pewnego wybuchu wojny. (…)

(…) Oczywiście, że nie było telewizji, ani prasy, tam nikt na wsi specjalnie nie prenumerował. Jedynie radio było w niektórych domach. Myśmy to radio mieli (na szczęście) i z niego można się było dość dużo dowiedzieć. No ale głównie o naszych dużych siłach zbrojnych, o niezwyciężoności armii. Także było więcej propagandowe. Aż nadszedł dzień pierwszy września kiedy wybuchła ta wojna. (…)  Ja wtedy miałem...to był 39 rok, ja byłem z dwudziestego piątego, to miałem czternaście lat. (…)

(…) Ale wracając jeszcze do samego wybuchu wojny... nastąpiło to w piątek, pamiętam dokładnie. I w niedzielę na trzeci dzień już po wybuchu wojny (każdy żył tak niespokojnie co to będzie?) gromadziły się takie liczne grupy ludzi które szły szosą. I jak dowiedzieliśmy się byli to tak zwani uciekinierzy którzy uciekali przed Niemcami, ponieważ taka pogłoska wtedy szła, że Niemcy mordują wszystkich ludzi zdolnych do noszenia broni. No i wtedy dużo ludzi uciekało na Wschód. Między innymi z Choczni tyż dużo ludzi się podłączyło do tych uciekinierów, całe tłumy. Rozumisz? Z wozami z tobołkami, z dobytkiem, z mieniem, które udało się zabrać, uciekało na Wschód. I była to niedziela późnym popołudniem. Nastąpił pierwszy nalot niemieckich Luftwafe na Chocznie. Akurat szła wtedy kawaleria polska -żołnierzy na koniach no i bombardowanie rozpoczęło się. Ja byłem wtedy poza domem, bo byłem ciekaw, co tam się dzieje na tej ulicy, na tej szosie. Ale wracałem już do domu kiedy rozpoczęło się to bombardowanie (i co tu zrobić?) wtedy huk ogromny, wybuchy bomb. Ja wpadłem do pobliskiego domu. (…) Kiedy zaczął się tam było parę osób już w tym domu. Ale tak ziemia zaczęła drgać, że zaczął się sypać z sufitu tynk, to wapno na nas. Ja wtedy bałem się że ten dom zawali się mi na głowę. Uciekłem z tego domu. I wpadłem w pobliskie krzewy (…) Olszyna taka rosła. No i położyłem się na ziemi i ze strachu zacząłem się żarliwie modlić. No i po upływie kilku minut, przeszła ta fala nadlatujących i bombardujących samolotów. Wtedy wstałem i szybko pobiegłem do domu. Po przyjściu do domu, zauważyłem że jeszcze moi domownicy wszyscy byli w piwnicy schowani przed tym bombardowaniem. (…) W tej piwnicy byli zgromadzeni, nawet sąsiedzi przyszli, między innym znalazły się tam dwie Żydówki, które też uciekały przed Niemcami. No i dziwne było, że one zwracały się do tych dzieci naszych: módlcie się do waszej Matki Boskiej, żeby się nic nie stało. No tak mi przynajmniej oni mówili, bo mnie tam nie było wtedy. I tak się dziwili, dlaczego to Żydówki w ten sposób się modlą, przecież mają swojego Boga, więc mogły się do niego tak samo modlić. No więc po przejściu tej fali się już trochę uspokoiło. Jeszcze wcześniej (jeszcze wtedy, kiedy leżałem w tych krzakach) to słyszałem tylko tętent tych koni, rozszalałych ze strachu, bo wtedy szła kawaleria ułanów. Część ułanów na tych koniach jeszcze siedziała i biegała razem z nimi, ale większość koni to było samych, pozostawionych i one tak biegały po całej wsi. Po przejściu całej fali, kiedy się uspokoiło, po tym nalocie, po ochłonięciu z tego pierwszego wrażenia, poszliśmy z kolegami w stronę szosy zobaczyć, jak to tam wygląda. To mniej więcej miejsce, gdzie padały tę pociski te bomby. No więc zobaczyliśmy straszny widok, bo było pięćdziesiąt jeden koni zabitych. A wyżej, tam na tych choczeńskich dziołach, jak się to mówiło, widzieliśmy trupów ludzi. Zginęło tam trzynastu żołnierzy - ułanów i czternastu cywili z tych uciekinierów. Przecież oni nie wybierali. Były widoki makabryczne. Widzieliśmy tam żołnierza, który leżał obok leja po bombie z urwaną całą nogą. Drugi był oparty o drzewo... trzymał kurczowo w rękach karabin, bo strzelał do Niemców, ale był bez głowy. To było rzeczywiście straszne. No i po tym wszystkim poszliśmy do domu. Przeżywałem to bardzo, nie mogłem nawet w nocy spać. No ale cóż miałem robić? Nie wiem, czy ja ci nie mówię zbyt chaotycznie. I tak pomyślałem sobie wtedy o micie naszej niezwyciężonej armii, którą wpajano nam. I w szkole, i w radiu, i w ogóle w rozmowach potocznych. Jak mogła nasza kawaleria przeciwstawić się takiej potędze, (na przykład sile powietrznej i na froncie armii niemieckiej zmotoryzowanej), gdzie czołgi jechały przeciwko koniom? (…) Z karabinów nie ma żadnej siły rażenia przeciwko czołgom. To muszą być działa przeciwpancerne, a nie zwykły karabin. To jest walka z wiatrakami. Wtedy sobie uzmysłowił człowiek, że politycznie byliśmy okłamywani. No po prostu! No i po wkroczeniu wojsk niemieckich... wojska niemieckie wkroczyły tu na drugi dzień. To już było w poniedziałek. W piątek wojna zaczęła się, w niedzielę był nalot, i te wszystkie wypadki, a w poniedziałek wkroczyła armia niemiecka. I myśmy z początku bali się, bo były te słuchy różne, co oni tam robią z Polakami, z młodymi ludźmi. A to wszystko jednak była plotka. Zresztą puszczana przez samych Niemców, żeby zrobić chaos na tych drogach, żeby oni mieli po prostu mniej kłopotów z tym wszystkim. To wojsko rozlokowane było mniej więcej w szkole podstawowej, do której chodziłem w Choczni i w większych budynkach publicznych, takich jak Sokół, dom katolicki, to tam oni (rozumisz?) nocowali. Z czasem my jako młodzi chłopcy zbliżaliśmy się, z ciekawości, ku tym żołnierzom niemieckim, widząc że przecież nie dzieje się nam z ich strony żadna krzywda. Wręcz przeciwnie, dawali im cukierki, rozumisz? Takie jakieś łakocie, żeby ich tak po prostu przyjacielsko nastawić. (…) W stosunku do ludności cywilnej nie było żadnej agresji. Przeciwnie nawet bardzo dobrze się obchodzili, a zwłaszcza lubili dzieci. Nawet mówili wtedy (jak później się dowiedziałem), że bardzo im się podobają polskie dzieci. A to słyszałem (wtedy jeszcze człowiek nie umiał po niemiecku) od ludzi starszych. Mówili: podobacie się Niemcom. No więc, po tych dramatycznych dniach nastąpiło pewne uspokojenie. Jak gdyby sytuacja została w pewnym stopniu opanowana. Szkoła rozpoczęła swój (proszę ja ciebie) program nauczania, kiedy Niemcy się już wyprowadzili, bo to front szedł. Szkoła podstawowa rozpoczęła naukę. Natomiast szkoła średnia, w której ukończyłem pierwszą klasę, została nieotwarta. Już z chwilą wojny była zamknięta i po wyjściu wojska niemieckiego nie została otwarta, bo już była zabroniona nauka w szkole średniej. W szkole podstawowej tak, ale nie na długo, bo potem kiedy wysiedlono gospodarzy z Choczni i przyszli na ich miejsce osadnicy niemieccy, to ich dzieci zajęły tą szkołę podstawową dla swoich potrzeb, a dzieci mieszkańców uczyły się w Sokole. (…)Tam była taka sala i na górze takie dwie salki, bo tej mleczarni obok nie było, jeszcze nie była wystawiona. Potem zmieniali kilkakrotnie naukę dzieci w innych budynkach, ale tego to już nie pamiętam, bo ja byłem wywieziony do Niemiec. W czterdziestym pierwszym roku (zaraz w czterdziestym to było wysiedlenie Choczni) przyszli osadnicy niemieccy. Część mieszkańców Choczni było wysiedlona do kieleckiego a część do lubelskiego. Ja z rodziną zostałem na miejscu, z tym że z domu rodzinnego nas również wysiedlono. Przenieśliśmy się do rudery takiej starej (starego domu), której Niemcy - ci osadnicy nie zajęli. Oni zajmowali domy lepsze murowane, a te gorsze mieli jako... powiedzmy takie domy gospodarcze, przeznaczali pod obory, szopy, stodoły. No więc myśmy mieszkali w tym domu niedaleko własnego domu, jakiś czas.(...)

cdn

O sprawach poruszonych w tym fragmencie wspomnień Kazimierza Ścigalskiego  można przeczytać również we wcześniejszych artykułach:

- Początek września 1939 roku w Choczni,

- Bombardowanie 3 września 1939 roku,

- Ofiary bombardowania we wrześniu 1939 roku,

- Exodus września.




wtorek, 23 stycznia 2018

Spółdzielnia Mleczarska w Choczni w świetle dokumentów niemieckich

Po nastaniu okupacji niemieckiej Główny Urząd Powierniczy (Haupttreuhandstelle- HTO) przystąpił do systematycznej konfiskaty majątku należącego do Polaków na ziemiach wcielonych bezpośrednio do Rzeszy Niemieckiej.
Przedmiotem zainteresowania HTO stała się również Spółdzielnia Mleczarska w Choczni.
27 kwietnia 1940 roku urzędnicy HTO z Katowic dokonali rekonesansu na miejscu w Choczni, a następnie sporządzili raport/sprawozdanie, w którym znalazły się interesujące dane na temat choczeńskiej mleczarni. To sprawozdanie jest o tyle ciekawe, że nie zachowały się przedwojenne akta polskie, z których można by zaczerpnąć podobne informacje.
Spółdzielnia Mleczarska spółka z ograniczoną odpowiedzialnością (Molkereigenossenschaft eGmbH) w Choczni została założona w 1930 roku i tego samo roku rozpoczęła swoją działalność. W momencie sporządzania raportu liczyła 466 członków, którzy posiadali 501 udziałów, o wartości 15 złotych (7,5 reichsmarek) od krowy.
W zarządzie SM zasiadali wówczas:
  • Władysław Świętek (przewodniczący),
  • Tomasz Szczur (skarbnik),
  • Józef Piegza.
W marcu 1940 roku do mleczarni dostarczono 17066 litrów mleka od 120 dostawców. Dostawy mleka systematycznie spadały z miesiąca na miesiąc. Dla porównania w 1939 roku 204 dostawców dostarczyło aż 29480 litrów mleka. Autorzy raportu tłumaczyli ten spadek zwiększonym indywidualnym obrotem mlekiem i masłem oraz brakiem dostępu do wydajnych pasz dla krów.
Codzienna dostawa około 600 litrów mleka była w całości przerabiana na masło, a odtłuszczone pozostałości zwracano rolnikom. Wyprodukowane masło przeznaczano dla potrzeb lokalnego rynku wadowickiego.
Masło wytwarzano za pomocą urządzeń ręcznych, czyli niewymagających napędu siłowego. Niemcy ocenili je jako prymitywne, ale dobrze zachowane i utrzymywane. Teoretyczne możliwości przerobu mleka na masło wynosiły 8000 litrów dziennie.
Spółdzielnie posiadała 4 zlewnie- oprócz Choczni także w Zawadce, Tomicach i Wilamowicach. Zatrudniała na stałe tylko trzy osoby: fachowego kierownika i dwóch robotników fizycznych. Prowadzeniem księgowości zajmował się członek zarządu Tomasz Szczur.
Mleczarnia działała w pomieszczeniu przy Domu Ludowym (dawnym Sokole) rozbudowanym w 1936 roku. Oprócz pomieszczenia do odbioru i przeróbki mleka znajdowało się tam też laboratorium i biuro. Na jej wyposażeniu znajdowały się między innymi kadzie na mleko, beczki na masło, wanny, wirówki, chłodziarki i sprzęt laboratoryjny o łącznej wartości wycenionej na ponad 656 reichsmarek (na koniec 1940 roku).
Spółdzielnia posiadała również niewielki budynek w Tomicach, w którym znajdowała się zlewnia.
Ogólny stan spółdzielni oceniono jako dobry.
Na koniec 1939 roku aktywa spółdzielni (27.949,03 złotych) były zbilansowane z pasywami.
Do aktywów zaliczały się między innymi papiery wartościowe na kwotę 200 złotych oraz akcje o wartości 110 złotych. W pasywa wchodziły przede wszystkim fundusz zapasowy i amortyzacja, a także kredyt bankowy w wysokości 2300 złotych.
Dłużnicy byli winni spółdzielni 765,86 RM – najwięcej, bo 266,40 RM armia niemiecka, 174,93 RM Franciszek Brońka (kierownik) i po 100 RM obrona przeciwlotnicza  oraz Józef Piegza (członek zarządu).
Ostatecznie Urząd Powierniczy przekazał choczeńską mleczarnię pod zarząd komisaryczny, na którego czele stał dr Huettner z Wrocławia.
Do 15 października 1944 roku nie została nikomu sprzedana, o czym świadczy ostatnie zachowane pismo z tą właśnie datą.
Podporządkowano ją mleczarni w Wieprzu, podobnie jak spółdzielnie mleczarskie z Frydrychowic, Inwałdu, Mucharza, Bachowic i Gierałtowic.