Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Feliks Miś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Feliks Miś. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 czerwca 2025

Wspomnienia Feliksa Misia z powojennej wywózki do Związku Radzieckiego - część III

 W 1941 roku, podczas budowy magazynu w Choczni, Feliks Miś spotkał Niemca o nazwisku Schmelzer, który był osiedlonym w okolicy bauerem po wysiedleniu polskich gospodarzy. Ten sam Schmelzer, majster ciesielski w łagrze, nadzorował prace, był surowy i często krzyczał na robotników. Feliks Miś, mając problem z kopaniem rowków, skonfrontował się z nim, nazywając go „Szwabem”, po czym Schmelzer zniknął – podobno z powodu choroby żołądka trafił do szpitala, a później do innego obozu dla Niemców. W okolicy znajdował się obóz dla Niemców, skąd przyjeżdżali po prowiant. Byli oni w lepszej kondycji niż Polacy, lepiej odżywieni i pewni siebie.

W okresie od 10 kwietnia do 17 września 1946 roku Feliks Miś przebywał w obozie, a następnie został skierowany do pracy w kopalni węgla w Samocwietie. Pracował na tzw. „wtorajej szachcie” na głębokości około 180 metrów, do której schodziło się po stromych, śliskich drabinach. Winda, obsługiwana przez młodą Rosjankę, służyła tylko do transportu urobku. Warunki pracy były bardzo ciężkie – Miś opisuje cztery Rosjanki, które wywoziły węgiel wózkami, śpiewając mimo głodu i biedy. Jedna z nich opowiadała o trudnej sytuacji swojej rodziny – jej mąż był na wojnie, a ona sama utrzymywała siedmioro dzieci, dzieląc się z nimi skromnym przydziałem chleba (600 g dla niej, 100 g na dziecko).

Przydziały żywnościowe były minimalne i często rozkradane. Pracujący w kopalni dostawali teoretycznie 800 g chleba dziennie, ale w rzeczywistości było to bliżej 700 g. Normy żywnościowe były wywieszane na tabliczkach z hasłem „kto nie pracuje, ten nie je”. W skład przydziału wchodziło m.in. 100 g machorki miesięcznie, łyżka cukru tygodniowo, 0,5 l herbaty rano i wieczorem oraz rzadka zupa. Zupy były wodniste, a ich skład zależał od dostępnych zapasów – mąki, kaszy jaglanej lub ryb. Górnicy otrzymywali nieco więcej jedzenia, ale i tak było to niewystarczające. Głód zmuszał ludzi do jedzenia odpadów, a nawet pokrzyw, co prowadziło do chorób i śmierci. Miś unikał takich praktyk, co pomogło mu przetrwać.

Warunki w kopalni były ekstremalnie trudne. Pracownicy cierpieli na kurzą ślepotę z powodu braku światła słonecznego. Praca polegała na ręcznym kopaniu węgla kajołką, a normy wynosiły 80 cm postępu w węglu lub 40 cm w kamieniu dziennie. Po każdym wykopie należało zabezpieczać ściany stemplami i deskami, co było dodatkowym obciążeniem. Miś opisuje wypadek, gdy w chodniku, w którym pracował z kolegą, spadł głaz ze stropu. Na szczęście nikomu nic się nie stało, ale incydent ten wystraszył jego towarzysza. Inny wypadek dotyczył kolegi, który odciął sobie palce siekierą – śledztwo uznało to za celowe działanie, a poszkodowany trafił do karceru.

W obozie kwitło „organizowanie”, czyli kradzież i oszustwa w celu zdobycia jedzenia czy innych potrzebnych rzeczy. Handlowano wszystkim – od mydła po machorkę, wymieniano się z Rosjanami, którzy przynosili np. szczypior czy placki. Oszustwa były powszechne – Miś opisuje, jak Rosjanki mieszały machorkę z trawą, a Polacy produkowali fałszywe mydło z drewnianym wkładem. Handlowano także rzeczami osobistymi, jak zegarki czy buty, choć oficjalnie było to zabronione. Feliks Miś wspomina przypadek oszustwa, gdy zużyte buty naprawiono tak, by wyglądały jak nowe, i sprzedano je Rosjaninowi.

On sam próbował coś sobie zrobić, by nie iść do kopalni - postanowił sobie podłożyć nogę pod wózek z węglem, gdy przesuwał się pod szyb, ale gdy tylko usłyszał z daleka, to wyobraził sobie, jak się krew leje i zaniechał tego sposobu. Innym razem przed Świętami Bożego Narodzenia kombinował, żeby nie iść do roboty w święta. Kilka dni przed świętami, gdy pracował sam, uderzył się kilka razy szybko raz za razem kamieniem w wierzch lewej dłoni. Pierwszy raz zabolało, ale drugiego i trzeciego razu już-nie czuł, tylko gorąc w ręce. Po chwili ręka spuchła i zsiniała. Poszedł wtedy pod szyb do dziesiętnika i zgłosił, że spadł mu na rękę kamień ze stropu, a ten dał się nabrać.

Życie w łagrze było naznaczone głodem, ciężką pracą i brakiem nadziei na powrót do domu. Ludzie, by przetrwać, uciekali się do kradzieży i oszustw, tracąc często ludzkie odruchy. Miś przetrwał dzięki sprytowi, unikaniu skrajnych zachowań i umiejętności „organizowania”. Warunki obozowe wyniszczały fizycznie i psychicznie, a przetrwali tylko ci najbardziej odporni i sprytni.

wtorek, 13 maja 2025

Wspomnienia Feliksa Misia z powojennej wywózki do Związku Radzieckiego - część II

 Feliks Miś, zmuszony do pracy w głębi Związku Radzieckiego, wykazywał się sprytem i zaradnością, które wyniósł z wcześniejszych doświadczeń w niemieckim obozie w 1943 roku. Starał się wybierać lżejsze prace, zgłaszając się do zadań wymagających specjalizacji, takich jak murarstwo, szewstwo czy ciesielstwo. Choć nie miał formalnego wykształcenia w tych zawodach, uczył się od majstrów, a wcześniejsze obserwacje w domu ojca oraz konieczność radzenia sobie w trudnych warunkach były jego „najlepszymi profesorami”.

Na budowie kopalni początkowo skierowano go do kruszenia kamienia na hałaśliwej i zapylonej kruszarce. Gdy jednak poszukiwano murarzy, Feliks zgłosił się, twierdząc, że zna się na tej pracy. Pracował z dwoma murarzami przy wznoszeniu ściany, zajmując miejsce w środku, gdyż nie potrafił murować narożników. Ich praca przewyższała jakością robotę rosyjskich murarzy, co zauważył inżynier – Żyd z Krakowa, który biegle mówił po polsku, ale bezwzględnie poganiał robotników. Przy kopaniu fundamentów, sięgających dwa metry w głąb wiecznej zmarzliny, Feliks i jego towarzysze wymyślili system pośredniego pomostu do wyrzucania ziemi, co ułatwiało pracę. Inżynier, choć krytykował to rozwiązanie i sam próbował kopać, szybko się zmęczył i pozwolił im kontynuować po swojemu.

Za dobrą pracę brygada otrzymywała na stołówce tłustą zupę z baranim łojem. Początkowo, głodni, zjadali nawet łój odrzucany przez Rosjan, ale po tygodniu przestał im smakować. Rosyjskie łyżki, okrągłe jak chochelki, różniły się od polskich, podłużnych.

Cegły dostarczano wagonami na stację, a stamtąd przetaczano je bocznicą na plac budowy. Ruszenie ciężkiego wagonu było wyzwaniem, ale Feliks znalazł sposób, podważając koło łomem, co pozwoliło trzydziestu mężczyznom pchnąć wagon. Cegły były tak dobrej jakości, że nie pękały przy zrzucaniu i dzwoniły jak szkło.

Ziemia w wykopach miała warstwy różnych kolorów i była używana do malowania ścian oraz wyrobu garnków. W obozie pojawił się garncarz, który zbudował warsztat i formował gliniane naczynia. Feliks próbował tej sztuki, ale glina nie chciała trzymać kształtu. Później dołączył do słowackiej brygady leśnej, gdzie w trójkach ścinali drzewa, okrzesywali gałęzie i cięli na ośmiometrowe dłużyce. Norma wynosiła trzy drzewa na osobę. Ścięte drewno transportowano ciągnikiem na saniach. W lesie zostawiano co kilkadziesiąt metrów drzewa nasienne, głównie sosny i brzozy, które same się rozsiewały. Za ścięcie grubej sosny liczono normę dla trzech osób. Leśniczy kontrolował jakość dłużyc, mierząc ich długość i średnicę.

Do lasu chodzili siedem kilometrów piechotą, niosąc prowiant. Gotowali obiad na miejscu, dodając zebrane grzyby, a herbatę parzyli z ziela o smaku rumu i cytryny, przypominającego wrzos. Kolejka leśna, opalana brzozowym drewnem, kursowała po torach ułożonych na rusztowaniach z sosnowych dłużyc, co było konieczne na bagnistym terenie. Czasem wagoniki się wykolejały, ale nikomu nic się nie stało.

Komary na bagnach były plagą, nie dając wytchnienia nawet podczas załatwiania potrzeb. W barakach, gdzie okna były przybite gwoździami, panował zaduch. Gdy więźniowie wyjęli okna dla przewiewu, zabrano je do magazynu, a komary stały się jeszcze większym problemem. Próbowali je odpędzać dymem z palonych szmat, ale smród utrudniał sen.

Pewnego razu brygada leśna odkopała zakopanego źrebaka z kołchozu, zabierając mięso do obozu. Handlowano nim za machorkę i cukier, gotując w barakach. Dwóch więźniów zmarło po zjedzeniu, co doprowadziło do rewizji, choć mięso ukryto w kominach i pod podłogą. Po tym incydencie gotowanie kontynuowano, ale więcej zgonów nie odnotowano.

W Bułanaszu budowano kanał osuszający bagna, używając materiałów wybuchowych, które zostawiały ogromne wyrwy. Podobnie wysadzano pnie po wyciętym lesie. W innej pracy, przy kopaniu wapienia, Feliks i towarzysze odkryli sad z burakami i kapustą. Czołgając się przez dziurę w płocie, kradli warzywa. Jeden z więźniów, sikał na czerwono po zjedzeniu buraków, co wykorzystał, by dostać zwolnienie lekarskie. Gdy inni zaczęli zgłaszać podobne objawy, prawda wyszła na jaw i praca przy wapieniu się zakończyła.

W obozie jedzono wszystko, co nadawało się do spożycia – młode pędy sosny, liście pokrzyw zwijane z solą, a nawet herbatę z sosnowych igieł. W grudniu 1945 roku Feliks odmroził palec u nogi, mimo noszenia walonek, które były źle dopasowane. Ubrania, często z trupów, były podarte, pokrwawione, bez guzików. W szpitalu w Bułanaszu, gdzie trafił z odmrożeniem, opieka była minimalna – brudne bandaże, marne jedzenie. W styczniu 1946 roku przeniesiono go do Samoswietu, gdzie warunki były jeszcze gorsze: brak wody, opału, opieki lekarskiej, tylko jodyna na wszystko. W kwietniu 1946 roku trafił do obozu zdrowotnego w Reżu, gdzie warunki były lepsze – sienniki, koce, poduszki. Czterysta gram białego chleba dziennie, na drugie śniadanie szklanka kisielu i pączek (maleńka bułeczka). Na obiad zupa dosyć tłusta i kawałek mięsa. Na śniadanie i kolację po 200 gram chleba i po 0,5 litra lekko słodkiej kawy. Leżeli tam ludzie różnej narodowości: Polacy, Niemcy, Włosi, Grecy, Czesi, Słowacy, Ukraińcy. Był też jeden Cygan młody chłopaczek, może osiemnastoletni, który dostał się tam po odbyciu kary dwóch lat za nielegalne przekroczenie granicy z Rumunią. Był bardzo wesoły i chociaż jedna pięta mu gniła, bo miał odbitą to na palcach, to na drugiej nodze podskakiwał i tańczył. Niemcy byli z Prus Wschodnich obecne Pojezierze Mazurskie, ale po polsku nie umieli. Mieli fajki duże, porcelanowe z wizerunkiem na cybuchach kaisera Wilhelma. Brzuchy mieli obwisłe, jak kangurze torby, bo kiedyś musieli mieć duże brzuchy jak piwosze, ale w Rosji doprowadzono ich do formy człowieka socjalistycznego. Bez przerwy rozmawiali tylko o jedzeniu, co którego żona piekła, gotowała i spisywali sobie te recepty i przepisy na te smakowite potrawy, chociaż nie wiedzieli, czy wrócą jeszcze do domu. Miś był wściekły na te rozmowy o jedzeniu, gdyż wtedy kiszki jeszcze bardziej grały mu marsza. Obóz w Reżu zbudowali jeńcy niemieccy i podobno było ich początkowo tysiąc pięciuset, a gdy odjeżdżali stamtąd przed przybyciem Misia było ich tylko trzystu. Reszta wymarła z głodu, zimna i chorób. Nie byli przystosowani do tak niskich temperatur, nieraz poniżej 40 stopni C. Odmrażali sobie uszy, nosy, ręce i nogi, pomimo że zawijano się szmatami i tylko zostawały oczy na wierzchu. Śmiesznie wyglądała taka gromada stworów nie z tej ziemi. Wielu umierało na jakąś opuchlinę, bo całe ciało było obrzękłe. Inni marli z nostalgii lub dostawali pomieszania zmysłów i też po jakimś czasie umierali. Tak zmarł tam jeden z dwu braci Stanclików, starszy Jan. Młodszy Józef przeżył i wrócił. Miał w Wadowicach na Łazówce cegielnię, którą władza ludowa upaństwowiła. Jan stale płakał i rozpaczał, czy kiedykolwiek wróci do domu i później chodził jak nieprzytomny, nie rozmawiał i w końcu zmarł.

W Reżu Misiowi obcięto sterczącą kostkę z odmrożonego palca podczas prowizorycznej operacji. Stół operacyjny to był zwykły stół drewniany, do którego go przywiązano, na usta i nos położono mu jakąś szmatę, polewano eterem i kazano liczyć. Gdy doliczył do 24 przestał, poczuł jeszcze nagły ból i po tym już tylko obudził się bez obciętej kostki.

Sam gorod Reż położony był między dosyć wysokimi wzgórzami nad niedużym jeziorkiem czy zbiornikiem wodnym. W głównej części (starszej) były murowane tylko budynek administracyjny, fabryka amunicji i dwie cerkwie: jedna na dole, druga na wzgórzu biała. W tej dolnej była piekarnia, a w byłej cerkwi na wzgórzu mieścił się magazyn zbożowy. Reszta budynków była drewniana. Obok tego starszego Reża było nowsze osiedle. Domy stały rzędami wzdłuż ulicy, szczytami do ulicy. Przy każdym domku stała osobno bania, Wszystkie domy były jednakowe, parterowe i wzdłuż ulicy położony był chodnik z desek. Po drugiej stronie tej szerokiej na kilkanaście metrów ulicy stały takie same domki i banie. Ulice nie były brukowane tylko gliniasto-błotniste. Za tymi domkami mi były pola uprawne i tam pierwszy raz widział z daleka kombajn zbożowy .

W Reżu Miś pracował przy budowie garaży w fabryce amunicji, tynkując ściany i ucząc się tynkowania sufitów. Spotkał tam starca, wysiedlonego jako dziecko po powstaniach, który płakał, słysząc polską mowę i pieśń „Marsz Polonia”.

Autor wspomnień budował też drewniane magazyny, kopiąc fundamenty do wiecznej zmarzliny i wznosząc ściany z bali łączonych kołkami. Budynki te były ciepłe, szybkie w budowie i odporne na wilgoć.

wtorek, 6 maja 2025

Wspomnienia Feliksa Misia z powojennej wywózki do Związku Radzieckiego - część I

 


Chocznianin Feliks Miś w chwili wybuchu II wojny światowej miał 15 lat. W 1943 roku trafił do KL Auschwitz, skąd zwolniono go rok później. Kres wojny nie przyniósł w jego przypadku wyzwolenia, lecz oznaczał dla niego kolejne 3 lata niewoli i poniewierki. Swoje przeżycia z tego okresu zawarł w spisanych wspomnieniach, które przechowywane są w Archiwum Ośrodka Karta w Warszawie - poniżej omawiam pierwszą część z nich.

Po ucieczce Niemców i przejściu frontu 28 stycznia 1945 roku pojawili się Sowieci, którzy zrabowali wszystko, co wpadło im w ręce. 2 lutego, w święto Matki Boskiej Gromnicznej, Feliks wraz z ojcem udał się z Patryji, gdzie mieszkali, do kościoła we wsi. Z obawy przed łapankami na roboty zawrócili jednak do domu. Około godziny 10 czekało na niego dwóch funkcjonariuszy NKWD. Kazali mu zaprowadzić ich do miasta, lecz w rzeczywistości to oni zaprowadzili go do sądu w Wadowicach, gdzie przekazali go sowieckiemu oficerowi.

Oficer wypytywał Feliksa, czy był więźniem obozu w Auschwitz, jak wyglądał obóz i dlaczego go zwolniono. Sugerował, że musiał podpisać volkslistę lub zobowiązać się do współpracy z Niemcami. Naciskał, by się do tego przyznał, choć Feliks nie miał nic na sumieniu. Sporządzono protokół z jego opowieści oraz zapisano coś na kartce, której treści nie znał. Feliks odmawiał podpisania dokumentu, ponieważ nie rozumiał rosyjskiego, a tłumaczeniu nie ufał. Po groźbach pistoletem i jego rezygnacji ostatecznie złożył podpis.

Zamknięto go w ciasnej celi, gdzie przebywało już dwóch Francuzów schwytanych pod Oświęcimiem oraz niejaki Kublin z Wadowic. Do poniedziałku trzymano ich w tej celi, po czym przeniesiono na dużą salę, gdzie było więcej aresztowanych. Feliks spotkał tam Podgórczyka, Józefa Ogiegłę z Wadowic, Elżbieciaka z Ponikwi i wielu innych, głównie z okolic Bielska. Po trzech dniach głodu otrzymali 30 dekagramów chleba i ciepłą wodę z kiszonej kapusty.

Do 5 marca 1945 roku spali na podłodze, w ubraniach. Co noc wzywano ich pojedynczo na przesłuchania. Feliks przeszedł jeszcze jedno, podczas którego przez dwie godziny musiał powtarzać swój życiorys. Kontakt ze światem zewnętrznym utrzymywano przez grypsy wysyłane procą przez okno.

5 marca przyjechały ciężarówki z plandekami. Załadowano ich i pod eskortą przewieziono do Nowego Sącza, gdzie dotarli nocą. Następnego dnia trafili do Sanoka na nocleg, gdzie dostali zupę z bobu. Rano 8 marca wsadzono ich do towarowych wagonów i wysłano w głąb Związku Radzieckiego.

Podróż była koszmarna. W wagonach brakowało opału, wody do picia i mycia. Zima dawała się we znaki, a więźniowie przymarzali do ścian wagonu. Zakazano głośnych rozmów i śpiewu. Co jakiś czas otrzymywali dwukilogramowy bochenek kukurydzianego chleba na dziewięć osób oraz ćwierć litra rzadkiej zupy. Pociąg rzadko się zatrzymywał, głównie by załadować drewno na opał lokomotywy. Gdy stawał w stepie, otaczał ich tylko śnieg. Czasem w oddali widać było przysypane śniegiem wsie i cerkwie.

Wychodząc z wagonów, myli się w brudnym śniegu przy torach, który smakował jak lody. W wagonie były dwa drewniane pomosty, na których spali niektórzy, inni na podłodze. Nikt nie był przygotowany na zimową podróż, więc marzli. Z pragnienia lizali szron ze śrub. Palacze tytoniu palili sęki, resztki koniczyny z wagonów, a nawet okruchy chleba owinięte w papier. Żelazny piecyk w wagonie był bezużyteczny z braku opału. W podłodze znajdował się otwór służący za toaletę, co powodowało nieznośny smród przy czterdziestu osobach w wagonie.

Chleb kukurydziany kruszył się i nie dawał się kroić. Ważono go na prowizorycznej wadze z patyka i sznurka, a okruchy zbierano do czapek, by nic się nie zmarnowało. Podczas podróży Feliks nauczył się cyrylicy, odczytując nazwy mijanych stacji, choć rozumiał niewiele.

Trasa wiodła przez Lwów, Winnicę, Charków, Woroneż i Penzę. W Penzie zabrano ich do łaźni. Ubrania oddano do odwszenia w wysokiej temperaturze, a ich poddano kąpieli. Woda szybko zrobiła się zimna, a mydło nie zdążyło się spłukać. Przed odwszeniem zabrano im wszystkie rzeczy z kieszeni, a medaliki z szyi zrywano, mówiąc, że są niepotrzebne. Po kąpieli każdy odbierał ubranie, ale gorące metalowe haki parzyły ręce.

Z Penzy ruszyli przez Wołgę, po długim moście, aż do Swierdłowska. Około 200 km za Swierdłowskiem dotarli do łagru Bułanasz (lub Kukasza Bułanasz) 1 kwietnia 1945 roku, w Wielkanoc.

Łagier składał się z trzech drewnianych baraków, jednego starego i dwóch nowych, oraz szpitala. Błoto sięgało powyżej kostek. Spali na gołych pryczach, bez koców, w ubraniach. Do maja trwała kwarantanna. Feliks pracował w szpitalu jako sanitariusz, opiekując się szesnastoma pacjentami z krwawą biegunką, prawdopodobnie czerwonką. Woda z kopalni węgla zawierała ołów, a jedzenie, choć tłuste (z amerykańskiej pomocy Czerwonego Krzyża), było zabójcze dla chorych na biegunkę. Ludzie umierali, nawet do czternastu dziennie, głównie na opuchlinę i czerwonkę.

Podłogi i prycze były brudne od odchodów. Feliks codziennie czyścił je wodą, skrobiąc szkłem lub nożem. Zmarłym zapisywano nazwisko na piersi i wynoszono do przedsionka, skąd zabierano ich do lasu i grzebano w nieznanych dołach. Leczenia nie było, a jedyną skuteczną metodą, którą Feliks stosował, było podawanie zwęglonego chleba zamiast zupy. Nieliczni, którzy się na to decydowali, zdrowieli. Oficer, zwany lekarzem, sprawdzał tylko czystość, nie lecząc nikogo.

W maju przeszli komisję lekarską, która przydzielała kategorie pracy. Feliks otrzymał pierwszą kategorię i trafił do ósmej brygady, prowadzonej przez wyrozumiałego Słowaka nazwiskiem Kość. Słowacy, znając rosyjski, zajmowali różne stanowiska w łagrze, ale okradali więźniów, handlując jedzeniem za ich rzeczy.

Życie w łagrze było walką o przetrwanie. Pracowali w lesie, tartaku, kopalniach czy przy budowach. Brygady liczyły po trzydzieści osób, a baraki dzielono na sale zwane komnatami. Spali na gołych pryczach, w ubraniach i butach, bo kradzieże były powszechne. Pluskwy były plagą, ale zmęczenie pozwalało zasnąć mimo wszystko.

Codzienne racje żywnościowe to 600 gramów wilgotnego, ciężkiego chleba, czarna kawa zbożowa i pół litra wodnistej zupy z mąki, kaszy lub ryb. Każdy okruszek był cenny, a głód zmuszał do jedzenia nawet solonych śledzi z głowami. W łagrze Feliks nauczył się przetrwania, ale tęsknota za domem i bliskimi nigdy nie ustawała.