Pokazywanie postów oznaczonych etykietą represjonowani. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą represjonowani. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 maja 2025

Wspomnienia Feliksa Misia z powojennej wywózki do Związku Radzieckiego - część II

 Feliks Miś, zmuszony do pracy w głębi Związku Radzieckiego, wykazywał się sprytem i zaradnością, które wyniósł z wcześniejszych doświadczeń w niemieckim obozie w 1943 roku. Starał się wybierać lżejsze prace, zgłaszając się do zadań wymagających specjalizacji, takich jak murarstwo, szewstwo czy ciesielstwo. Choć nie miał formalnego wykształcenia w tych zawodach, uczył się od majstrów, a wcześniejsze obserwacje w domu ojca oraz konieczność radzenia sobie w trudnych warunkach były jego „najlepszymi profesorami”.

Na budowie kopalni początkowo skierowano go do kruszenia kamienia na hałaśliwej i zapylonej kruszarce. Gdy jednak poszukiwano murarzy, Feliks zgłosił się, twierdząc, że zna się na tej pracy. Pracował z dwoma murarzami przy wznoszeniu ściany, zajmując miejsce w środku, gdyż nie potrafił murować narożników. Ich praca przewyższała jakością robotę rosyjskich murarzy, co zauważył inżynier – Żyd z Krakowa, który biegle mówił po polsku, ale bezwzględnie poganiał robotników. Przy kopaniu fundamentów, sięgających dwa metry w głąb wiecznej zmarzliny, Feliks i jego towarzysze wymyślili system pośredniego pomostu do wyrzucania ziemi, co ułatwiało pracę. Inżynier, choć krytykował to rozwiązanie i sam próbował kopać, szybko się zmęczył i pozwolił im kontynuować po swojemu.

Za dobrą pracę brygada otrzymywała na stołówce tłustą zupę z baranim łojem. Początkowo, głodni, zjadali nawet łój odrzucany przez Rosjan, ale po tygodniu przestał im smakować. Rosyjskie łyżki, okrągłe jak chochelki, różniły się od polskich, podłużnych.

Cegły dostarczano wagonami na stację, a stamtąd przetaczano je bocznicą na plac budowy. Ruszenie ciężkiego wagonu było wyzwaniem, ale Feliks znalazł sposób, podważając koło łomem, co pozwoliło trzydziestu mężczyznom pchnąć wagon. Cegły były tak dobrej jakości, że nie pękały przy zrzucaniu i dzwoniły jak szkło.

Ziemia w wykopach miała warstwy różnych kolorów i była używana do malowania ścian oraz wyrobu garnków. W obozie pojawił się garncarz, który zbudował warsztat i formował gliniane naczynia. Feliks próbował tej sztuki, ale glina nie chciała trzymać kształtu. Później dołączył do słowackiej brygady leśnej, gdzie w trójkach ścinali drzewa, okrzesywali gałęzie i cięli na ośmiometrowe dłużyce. Norma wynosiła trzy drzewa na osobę. Ścięte drewno transportowano ciągnikiem na saniach. W lesie zostawiano co kilkadziesiąt metrów drzewa nasienne, głównie sosny i brzozy, które same się rozsiewały. Za ścięcie grubej sosny liczono normę dla trzech osób. Leśniczy kontrolował jakość dłużyc, mierząc ich długość i średnicę.

Do lasu chodzili siedem kilometrów piechotą, niosąc prowiant. Gotowali obiad na miejscu, dodając zebrane grzyby, a herbatę parzyli z ziela o smaku rumu i cytryny, przypominającego wrzos. Kolejka leśna, opalana brzozowym drewnem, kursowała po torach ułożonych na rusztowaniach z sosnowych dłużyc, co było konieczne na bagnistym terenie. Czasem wagoniki się wykolejały, ale nikomu nic się nie stało.

Komary na bagnach były plagą, nie dając wytchnienia nawet podczas załatwiania potrzeb. W barakach, gdzie okna były przybite gwoździami, panował zaduch. Gdy więźniowie wyjęli okna dla przewiewu, zabrano je do magazynu, a komary stały się jeszcze większym problemem. Próbowali je odpędzać dymem z palonych szmat, ale smród utrudniał sen.

Pewnego razu brygada leśna odkopała zakopanego źrebaka z kołchozu, zabierając mięso do obozu. Handlowano nim za machorkę i cukier, gotując w barakach. Dwóch więźniów zmarło po zjedzeniu, co doprowadziło do rewizji, choć mięso ukryto w kominach i pod podłogą. Po tym incydencie gotowanie kontynuowano, ale więcej zgonów nie odnotowano.

W Bułanaszu budowano kanał osuszający bagna, używając materiałów wybuchowych, które zostawiały ogromne wyrwy. Podobnie wysadzano pnie po wyciętym lesie. W innej pracy, przy kopaniu wapienia, Feliks i towarzysze odkryli sad z burakami i kapustą. Czołgając się przez dziurę w płocie, kradli warzywa. Jeden z więźniów, sikał na czerwono po zjedzeniu buraków, co wykorzystał, by dostać zwolnienie lekarskie. Gdy inni zaczęli zgłaszać podobne objawy, prawda wyszła na jaw i praca przy wapieniu się zakończyła.

W obozie jedzono wszystko, co nadawało się do spożycia – młode pędy sosny, liście pokrzyw zwijane z solą, a nawet herbatę z sosnowych igieł. W grudniu 1945 roku Feliks odmroził palec u nogi, mimo noszenia walonek, które były źle dopasowane. Ubrania, często z trupów, były podarte, pokrwawione, bez guzików. W szpitalu w Bułanaszu, gdzie trafił z odmrożeniem, opieka była minimalna – brudne bandaże, marne jedzenie. W styczniu 1946 roku przeniesiono go do Samoswietu, gdzie warunki były jeszcze gorsze: brak wody, opału, opieki lekarskiej, tylko jodyna na wszystko. W kwietniu 1946 roku trafił do obozu zdrowotnego w Reżu, gdzie warunki były lepsze – sienniki, koce, poduszki. Czterysta gram białego chleba dziennie, na drugie śniadanie szklanka kisielu i pączek (maleńka bułeczka). Na obiad zupa dosyć tłusta i kawałek mięsa. Na śniadanie i kolację po 200 gram chleba i po 0,5 litra lekko słodkiej kawy. Leżeli tam ludzie różnej narodowości: Polacy, Niemcy, Włosi, Grecy, Czesi, Słowacy, Ukraińcy. Był też jeden Cygan młody chłopaczek, może osiemnastoletni, który dostał się tam po odbyciu kary dwóch lat za nielegalne przekroczenie granicy z Rumunią. Był bardzo wesoły i chociaż jedna pięta mu gniła, bo miał odbitą to na palcach, to na drugiej nodze podskakiwał i tańczył. Niemcy byli z Prus Wschodnich obecne Pojezierze Mazurskie, ale po polsku nie umieli. Mieli fajki duże, porcelanowe z wizerunkiem na cybuchach kaisera Wilhelma. Brzuchy mieli obwisłe, jak kangurze torby, bo kiedyś musieli mieć duże brzuchy jak piwosze, ale w Rosji doprowadzono ich do formy człowieka socjalistycznego. Bez przerwy rozmawiali tylko o jedzeniu, co którego żona piekła, gotowała i spisywali sobie te recepty i przepisy na te smakowite potrawy, chociaż nie wiedzieli, czy wrócą jeszcze do domu. Miś był wściekły na te rozmowy o jedzeniu, gdyż wtedy kiszki jeszcze bardziej grały mu marsza. Obóz w Reżu zbudowali jeńcy niemieccy i podobno było ich początkowo tysiąc pięciuset, a gdy odjeżdżali stamtąd przed przybyciem Misia było ich tylko trzystu. Reszta wymarła z głodu, zimna i chorób. Nie byli przystosowani do tak niskich temperatur, nieraz poniżej 40 stopni C. Odmrażali sobie uszy, nosy, ręce i nogi, pomimo że zawijano się szmatami i tylko zostawały oczy na wierzchu. Śmiesznie wyglądała taka gromada stworów nie z tej ziemi. Wielu umierało na jakąś opuchlinę, bo całe ciało było obrzękłe. Inni marli z nostalgii lub dostawali pomieszania zmysłów i też po jakimś czasie umierali. Tak zmarł tam jeden z dwu braci Stanclików, starszy Jan. Młodszy Józef przeżył i wrócił. Miał w Wadowicach na Łazówce cegielnię, którą władza ludowa upaństwowiła. Jan stale płakał i rozpaczał, czy kiedykolwiek wróci do domu i później chodził jak nieprzytomny, nie rozmawiał i w końcu zmarł.

W Reżu Misiowi obcięto sterczącą kostkę z odmrożonego palca podczas prowizorycznej operacji. Stół operacyjny to był zwykły stół drewniany, do którego go przywiązano, na usta i nos położono mu jakąś szmatę, polewano eterem i kazano liczyć. Gdy doliczył do 24 przestał, poczuł jeszcze nagły ból i po tym już tylko obudził się bez obciętej kostki.

Sam gorod Reż położony był między dosyć wysokimi wzgórzami nad niedużym jeziorkiem czy zbiornikiem wodnym. W głównej części (starszej) były murowane tylko budynek administracyjny, fabryka amunicji i dwie cerkwie: jedna na dole, druga na wzgórzu biała. W tej dolnej była piekarnia, a w byłej cerkwi na wzgórzu mieścił się magazyn zbożowy. Reszta budynków była drewniana. Obok tego starszego Reża było nowsze osiedle. Domy stały rzędami wzdłuż ulicy, szczytami do ulicy. Przy każdym domku stała osobno bania, Wszystkie domy były jednakowe, parterowe i wzdłuż ulicy położony był chodnik z desek. Po drugiej stronie tej szerokiej na kilkanaście metrów ulicy stały takie same domki i banie. Ulice nie były brukowane tylko gliniasto-błotniste. Za tymi domkami mi były pola uprawne i tam pierwszy raz widział z daleka kombajn zbożowy .

W Reżu Miś pracował przy budowie garaży w fabryce amunicji, tynkując ściany i ucząc się tynkowania sufitów. Spotkał tam starca, wysiedlonego jako dziecko po powstaniach, który płakał, słysząc polską mowę i pieśń „Marsz Polonia”.

Autor wspomnień budował też drewniane magazyny, kopiąc fundamenty do wiecznej zmarzliny i wznosząc ściany z bali łączonych kołkami. Budynki te były ciepłe, szybkie w budowie i odporne na wilgoć.

wtorek, 6 maja 2025

Wspomnienia Feliksa Misia z powojennej wywózki do Związku Radzieckiego - część I

 


Chocznianin Feliks Miś w chwili wybuchu II wojny światowej miał 15 lat. W 1943 roku trafił do KL Auschwitz, skąd zwolniono go rok później. Kres wojny nie przyniósł w jego przypadku wyzwolenia, lecz oznaczał dla niego kolejne 3 lata niewoli i poniewierki. Swoje przeżycia z tego okresu zawarł w spisanych wspomnieniach, które przechowywane są w Archiwum Ośrodka Karta w Warszawie - poniżej omawiam pierwszą część z nich.

Po ucieczce Niemców i przejściu frontu 28 stycznia 1945 roku pojawili się Sowieci, którzy zrabowali wszystko, co wpadło im w ręce. 2 lutego, w święto Matki Boskiej Gromnicznej, Feliks wraz z ojcem udał się z Patryji, gdzie mieszkali, do kościoła we wsi. Z obawy przed łapankami na roboty zawrócili jednak do domu. Około godziny 10 czekało na niego dwóch funkcjonariuszy NKWD. Kazali mu zaprowadzić ich do miasta, lecz w rzeczywistości to oni zaprowadzili go do sądu w Wadowicach, gdzie przekazali go sowieckiemu oficerowi.

Oficer wypytywał Feliksa, czy był więźniem obozu w Auschwitz, jak wyglądał obóz i dlaczego go zwolniono. Sugerował, że musiał podpisać volkslistę lub zobowiązać się do współpracy z Niemcami. Naciskał, by się do tego przyznał, choć Feliks nie miał nic na sumieniu. Sporządzono protokół z jego opowieści oraz zapisano coś na kartce, której treści nie znał. Feliks odmawiał podpisania dokumentu, ponieważ nie rozumiał rosyjskiego, a tłumaczeniu nie ufał. Po groźbach pistoletem i jego rezygnacji ostatecznie złożył podpis.

Zamknięto go w ciasnej celi, gdzie przebywało już dwóch Francuzów schwytanych pod Oświęcimiem oraz niejaki Kublin z Wadowic. Do poniedziałku trzymano ich w tej celi, po czym przeniesiono na dużą salę, gdzie było więcej aresztowanych. Feliks spotkał tam Podgórczyka, Józefa Ogiegłę z Wadowic, Elżbieciaka z Ponikwi i wielu innych, głównie z okolic Bielska. Po trzech dniach głodu otrzymali 30 dekagramów chleba i ciepłą wodę z kiszonej kapusty.

Do 5 marca 1945 roku spali na podłodze, w ubraniach. Co noc wzywano ich pojedynczo na przesłuchania. Feliks przeszedł jeszcze jedno, podczas którego przez dwie godziny musiał powtarzać swój życiorys. Kontakt ze światem zewnętrznym utrzymywano przez grypsy wysyłane procą przez okno.

5 marca przyjechały ciężarówki z plandekami. Załadowano ich i pod eskortą przewieziono do Nowego Sącza, gdzie dotarli nocą. Następnego dnia trafili do Sanoka na nocleg, gdzie dostali zupę z bobu. Rano 8 marca wsadzono ich do towarowych wagonów i wysłano w głąb Związku Radzieckiego.

Podróż była koszmarna. W wagonach brakowało opału, wody do picia i mycia. Zima dawała się we znaki, a więźniowie przymarzali do ścian wagonu. Zakazano głośnych rozmów i śpiewu. Co jakiś czas otrzymywali dwukilogramowy bochenek kukurydzianego chleba na dziewięć osób oraz ćwierć litra rzadkiej zupy. Pociąg rzadko się zatrzymywał, głównie by załadować drewno na opał lokomotywy. Gdy stawał w stepie, otaczał ich tylko śnieg. Czasem w oddali widać było przysypane śniegiem wsie i cerkwie.

Wychodząc z wagonów, myli się w brudnym śniegu przy torach, który smakował jak lody. W wagonie były dwa drewniane pomosty, na których spali niektórzy, inni na podłodze. Nikt nie był przygotowany na zimową podróż, więc marzli. Z pragnienia lizali szron ze śrub. Palacze tytoniu palili sęki, resztki koniczyny z wagonów, a nawet okruchy chleba owinięte w papier. Żelazny piecyk w wagonie był bezużyteczny z braku opału. W podłodze znajdował się otwór służący za toaletę, co powodowało nieznośny smród przy czterdziestu osobach w wagonie.

Chleb kukurydziany kruszył się i nie dawał się kroić. Ważono go na prowizorycznej wadze z patyka i sznurka, a okruchy zbierano do czapek, by nic się nie zmarnowało. Podczas podróży Feliks nauczył się cyrylicy, odczytując nazwy mijanych stacji, choć rozumiał niewiele.

Trasa wiodła przez Lwów, Winnicę, Charków, Woroneż i Penzę. W Penzie zabrano ich do łaźni. Ubrania oddano do odwszenia w wysokiej temperaturze, a ich poddano kąpieli. Woda szybko zrobiła się zimna, a mydło nie zdążyło się spłukać. Przed odwszeniem zabrano im wszystkie rzeczy z kieszeni, a medaliki z szyi zrywano, mówiąc, że są niepotrzebne. Po kąpieli każdy odbierał ubranie, ale gorące metalowe haki parzyły ręce.

Z Penzy ruszyli przez Wołgę, po długim moście, aż do Swierdłowska. Około 200 km za Swierdłowskiem dotarli do łagru Bułanasz (lub Kukasza Bułanasz) 1 kwietnia 1945 roku, w Wielkanoc.

Łagier składał się z trzech drewnianych baraków, jednego starego i dwóch nowych, oraz szpitala. Błoto sięgało powyżej kostek. Spali na gołych pryczach, bez koców, w ubraniach. Do maja trwała kwarantanna. Feliks pracował w szpitalu jako sanitariusz, opiekując się szesnastoma pacjentami z krwawą biegunką, prawdopodobnie czerwonką. Woda z kopalni węgla zawierała ołów, a jedzenie, choć tłuste (z amerykańskiej pomocy Czerwonego Krzyża), było zabójcze dla chorych na biegunkę. Ludzie umierali, nawet do czternastu dziennie, głównie na opuchlinę i czerwonkę.

Podłogi i prycze były brudne od odchodów. Feliks codziennie czyścił je wodą, skrobiąc szkłem lub nożem. Zmarłym zapisywano nazwisko na piersi i wynoszono do przedsionka, skąd zabierano ich do lasu i grzebano w nieznanych dołach. Leczenia nie było, a jedyną skuteczną metodą, którą Feliks stosował, było podawanie zwęglonego chleba zamiast zupy. Nieliczni, którzy się na to decydowali, zdrowieli. Oficer, zwany lekarzem, sprawdzał tylko czystość, nie lecząc nikogo.

W maju przeszli komisję lekarską, która przydzielała kategorie pracy. Feliks otrzymał pierwszą kategorię i trafił do ósmej brygady, prowadzonej przez wyrozumiałego Słowaka nazwiskiem Kość. Słowacy, znając rosyjski, zajmowali różne stanowiska w łagrze, ale okradali więźniów, handlując jedzeniem za ich rzeczy.

Życie w łagrze było walką o przetrwanie. Pracowali w lesie, tartaku, kopalniach czy przy budowach. Brygady liczyły po trzydzieści osób, a baraki dzielono na sale zwane komnatami. Spali na gołych pryczach, w ubraniach i butach, bo kradzieże były powszechne. Pluskwy były plagą, ale zmęczenie pozwalało zasnąć mimo wszystko.

Codzienne racje żywnościowe to 600 gramów wilgotnego, ciężkiego chleba, czarna kawa zbożowa i pół litra wodnistej zupy z mąki, kaszy lub ryb. Każdy okruszek był cenny, a głód zmuszał do jedzenia nawet solonych śledzi z głowami. W łagrze Feliks nauczył się przetrwania, ale tęsknota za domem i bliskimi nigdy nie ustawała.





wtorek, 1 października 2024

Wspomnienia Stanisława Batora z okresu II wojny światowej

 9 kwietnia 2013 Katarzyna Odrzywołek i Adrian Szopa przeprowadzili w Bradford w Anglii wywiad z mieszkającym tam Stanisławem Batorem, który następnie został opublikowany w książce "Pokolenia odchodzą. Relacje źródłowe polskich Sybiraków z Wielkiej Brytanii. Bradford".


Stanisław Bator urodził się w Choczni 9 kwietnia 1930, jako syn pochodzącego z Liszek Józefa Batora i Rozalii z domu Suwaj. Poniżej zamieszczam jako cytat fragment jego wspomnień sprzed wojny i z okresu jej trwania:

Przed wojną

 Urodziłem się 9 kwietnia 1930 roku w Choczni, powiat Wadowice, województwo krakowskie. Imię ojca: Józef, imię matki: Rozalia (z domu Suwaj). Przez pierwszych pięć lat mojego życia mieszkaliśmy w Choczni. Ojciec pracował na polu, był rolnikiem. Coś poszło bardzo źle i w 1935 roku wyjechaliśmy na Wołyń. W rodzinie było siedmioro dzieci. Licząc od najstarszego byli to: Jan, Stefan, Maria, Mieczysław, Halina, Stanisław, Edward. Wszyscy urodzili się przed wojną. Najmłodszy brat urodził się w 1932 roku. Opuściliśmy Chocznię z powodu bardzo dużej biedy, a na Wołyniu mieliśmy kuzyna. W Janowej Dolinie, koło Kostopola otwierali kopalnię, kamieniołomy. Kuzyn załatwił tam pracę dla ojca. Otwierano kopalnie, były nowe domy, nowe budownictwo. Mieszkaliśmy w domu, gdzie mieszkały cztery rodziny. Mieszkaliśmy z Polakami. Trudno mi powiedzieć, jak wyglądał dom, to było coś nowego. Chocznia to była wioska, a tu był inny dom, nie było słomy. To był zupełnie inny dom niż ten, co mieliśmy w Choczni. W Janowej Dolinie zacząłem chodzić do szkoły, coś nowego wybudowali [nowy budynek]. Większość mieszkańców to byli przyjezdni, przyjechali pracować w Janowej Dolinie, w kamieniołomach. Wszystko było widać. Mur był, tam rozbijali kamień.

Wybuch II wojny światowej i życie pod okupacją

Rok 1939. Przyszli Rosjanie. Niemców u nas nie było. Rosja weszła do połowy Polski. Mieliśmy kontakt tylko z nimi [z Rosjanami]. Trzeba było chodzić do szkoły. Kazali mówić po rosyjsku i uczyć się po rosyjsku. Rosjanie obejmowali stanowiska w szkole. Nie wszystkich wywieziono z Janowej Doliny. Powodem naszej wywózki było to, że mój brat Jan bardzo się udzielał, był w organizacji politycznej. Nie pamiętam jej nazwy, miał coś wspólnego z junakami, strzelcami. Został aresztowany, dlatego że się udzielał, był bardzo znany. Został wywieziony do Charkowa czy do Smoleńska. Tam zginął. Został zamordowany. Przez niego później nas, całą rodzinę wywieźli.

Deportacja w głąb Związku Sowieckiego

Nie przyszli rozmawiać z nami [dziećmi], tylko z ojcem. Powiedzieli, że będą nas wywozić. Mama zabrała tylko coś do ubrania, ale nie pozwolili nam niczego [innego] brać. To był maj albo czerwiec 1941 roku. Stacja, z której nas wywieźli, to była Janowa Dolina. Transportowali nas w wagonach towarowych, [w których] nie było specjalnych „pokoików" [przedziałów]. Wsadzili nas do tego wagonu, było ciasno. Takie były warunki. Wieźli nas do Kazachstanu. Mniej więcej w tym czasie wybuchła wojna rosyjsko-niemiecka. Mówiono, że wiozą nas na Sybir, ale koło Moskwy zmienili transport i wysłali do Kazachstanu. [Nie wywieziono wówczas całej rodziny]. Siostry Marii do Rosji nie zabrali, bo ona już była mężatką i została w Polsce. Stefana gdzieś zabrali, nie wiem, kto, kiedy i jak go uwięzili. Jak nas wywieźli, to też już go nie było.

Pobyt na zesłaniu

W Kazachstanie byliśmy - jużnokazachstanskaja obłast, pachta-aralski rejon, miejscowość Inwalidnaja. Tam przeważnie były plantacje bawełny. Nie pracowałem tam. Jeśli się nie pracowało, to nie było jedzenia. Musieliśmy iść do szkoły, ja z młodszym bratem Edwardem. Najwięcej tam było Rosjan, nas przyjezdnych bardzo mało było. Wszystkich przedmiotów uczyliśmy się po rosyjsku. Szkoła rosyjska, wszystko po rosyjsku. Czułem się tam troszkę głupio, ale kazali iść do roboty, bo jak nie pójdę, to nie będzie chleba. Do roboty się nie chciało iść, to szło się do szkoły. Ojciec pracował na polu, na plantacji bawełny, tak samo brat i siostra. Był głód. Miałem jedenaście lat, jadłem, co mi dali. Nie było żadnego wyboru. Nie mogłem mówić, że ja czegoś nie będę jadł.

Podróż na południe Związku Sowieckiego

W Rosji byłem do 1942 roku, zabrali nas do junaków. Nastąpiła amnestia i myśmy mogli wyjeżdżać. Powiedzieli nam, że był układ i do jakiego miasta mamy pojechać, żeby [wstąpić] do junaków - młodych. Bo wojskowych brali gdzie indziej.

Pobyt na Bliskim Wschodzie

A tu był taki specjalny obóz dla junaków, od 10-11 lat do 15-16 lat. Trafiłem tam z bratem Edwardem i Mieczysławem (on też jeszcze nie mógł pójść do wojska). Ojciec wstąpił do wojska. Matka miała jechać w to samo miejsce, gdzie myśmy byli. W pociągu zmarła i nie mieliśmy już żadnego kontaktu. Ojciec czegoś się dowiedział, ale nikt nic mógł powiedzieć, gdzie ona zmarła, co się jej stało. Ojciec trafił do 5. Dywizji. W junakach ćwiczeń nie było, czasami jakiś przemarsz, żeby się spotkać. Dzień junaka [wyglądał tak, że] kazali iść spać, wstawaliśmy o tej i o tej godzinie, [...] siedziało się w domu, w baraku, przeszło się gdzieś, jak się miało trochę wolnego czasu. Nie było żadnych rozrywek. Każdy czekał na informację o wyjeździe, taka była bieda. Mieliśmy kontakt z ojcem. Kiedy przyszła amnestia, to ojca zabrali, był niedaleko nas. Do pewnego stopnia mieliśmy z nim kontakt.

Pobyt na Bliskim Wschodzie

Płynęliśmy statkiem z Krasnowodzka do Pahlevi. Było tam lotnisko, a przy nim obóz. Było duże zadowolenie, to nas cieszyło. Mieliśmy jechać do Palestyny. Każdy był zadowolony, że nie byliśmy już w Rosji, czuliśmy to cały czas. Przyjechaliśmy do Palestyny i później był podział do szkół. Trafiłem do Nazaretu, do szkoły powszechnej. Tam byłem tylko rok. Później zrobili obóz dla starszych, [ale] trudno mi przypomnieć sobie jego nazwę. Tam byliśmy w namiotach, w przeciwieństwie do Nazaretu, gdzie był duży klasztor. Byliśmy w namiotach. Luźniej było, bo nie było takiego kontaktu ze starszymi, młodzież mogła się więcej wygłupiać. Robiliśmy różne figle. Było dużo sportu, graliśmy w piłkę. Każdy był czymś zainteresowany. Można było chodzić na kąpiele w basenie. Od czasu do czasu odbywały się wycieczki, których nie było za dużo. Kontaktu z miejscową ludnością nie mieliśmy. Mieliśmy musztrę. Robiliśmy wszystko, co trzeba było robić. Nie było tak, że „coś mi się nie podoba", kazali robić, to robiliśmy. W Palestynie byłem pięć lat: od 1942 do 1947 roku. Cały czas byłem w szkole. W warsztacie uczyliśmy się trochę ślusarki. Dużą część dnia spędzałem w szkole. Rano wychodziło się do szkoły, około czwartej godziny się wracało. Na ogół nie było tak, żebym się czymś szczególnie interesował czy nie lubił czegoś. Kazali coś robić, to się robiło - normalna nauka. Najbardziej lubiłem sport, piłkę nożną. Nie wiem, czy byłem dobry, ale kierownik drużyny zawsze mnie wybierał. Grałem na pozycji lewego łącznika, numer 10. Strzelałem dużo bramek. Mieczysław był starszy, był już licealistą i nie miałem już z nim takiego kontaktu. Później, w 1946 czy 1945 roku, wyjechał ze szkoły do wojska, a dalej do Włoch. Tata dużo wcześniej skończył służbę wojskową - już w Persji - bo chorował. Został wypisany z wojska i wysłano go do Indii. 

----

W 1947 roku autor wspomnień wyjechał z Palestyny do Wielkiej Brytanii, gdzie zamieszkał na stałe.


czwartek, 22 sierpnia 2024

Wojenne przeżycia Mariana Kobiałki na terenie Związku Radzieckiego


Marian Kobiałka, urodzony w 1925 roku w Choczni, jako syn Aleksandra Kobiałki i Marii z Byrskich, pochodzącej z Kaczyny, w latach 30. XX wieku przeprowadził się z rodzicami do Rokitna na Wołyniu. Tam zastały go wybuch II wojny światowej i radziecka okupacja. Swoje przeżycia z tego okresu opisał po wydostaniu się z ZSRR do Teheranu w Iranie, gdzie uczył się w Szkole Junaków przy armii gen. Andersa. Jego wypracowanie zachowało się w Archiwum Instytutu Hoovera.

 Wkroczyły wojska sowieckie, zakurzone, zmordowane i zaczęły chwalić swoją kulturą, i jakie u nich dobro i powodzenie. Myśmy nie bardzo uwierzyli , gdyż było widać po ich zachowaniu się, gdy wkroczyli do sklepów, zabierali towar lub zamykali sklepy i przerabiali na swoje kooperatywy, gdzie można było dostać tylko wyznaczoną skromną porcję. Za sąsiednią wioską, w niedużym lasku, rozegrała się potyczka wojska bolszewickiego z grupą żołnierzy polskich. Gajowych zaraz wywieziono, a majątek ich zabrano na wozy i wywieziono do Rosji. Ludzi zamożniejszych również zaaresztowano i wywieziono , majątek ich zabrano. Aresztowano oficerów polskich, zostawiając żony i dzieci bez żadnej opieki. Żony musiały z dziećmi co noc to u innego gospodarza nocować, bojąc się, by ich nie aresztowano. Gdy aresztowano kogoś, to przeważnie zabierano całą jego rodzinę, a nawet krewnych. Kościoły zamknięto niby to nie zabraniali się modlić, lecz bardzo karali i wypominali te modły. W szkołach zdjęto obrazy i krzyże , bo zaczęła się nauka w języku rosyjskim i przeciw Bogu , a później nie wolne było modlić się po cichu nawet. Zaczęto nakładać duże podatki, nie wolno było więcej mieć, jak tylko jedną krowę i kawałek ogrodu, bo resztę ziemi zabierano do organizujących się kołchozów. Biblioteki polskiej nigdzie nie znalazł, pomniki zdjęto i zaczęło się trudne życie , gdyż od 16-tu lat każdy musiał pracować,  bez względu na to, czy to chłopak, czy dziewczyna. Mój ojciec pracował w kamieniołomie. Było bardzo krucho z żywnością, więc ją mając 14 lat poszedłem pracować do huty szklanej. Z początku pracowałem 4 godziny, lecz potem musiałem pracować 8 godzin , jak przypadło, w nocy czy w dzień. Gdy ojciec mój dostał lepszą prace na stacji kolejowej, chciał zabrać mnie z huty, lecz władze na to nie pozwalały. Gdy nie poszedłem do pracy, podali do sądu i zostałem zasądzony na 1 rok do domu poprawczego, tzw. „kolonii”. Tam pracowałem w fabryce przy niklowaniu. Praca trwała 8 godzin. Wyżywienie nie bardzo dostateczne, tak, że ledwo można było się utrzymać. Było to w Kijowie. Gdy wybuchła wojna rosyjsko-niemiecka, gdy Niemcy zaczęli się zbliżać do Kijowa, nas ewakuowali do Kirowa. W wagonie towarowym jechało nas 120, podróż trwała 7 dni. Jedzenie dostaliśmy tylko 5 razy, wody brakowało, choć na każdej stacji były studnie koło samych wagonów, lecz nie pozwalali nabrać. Ja zemdlałem z braku wody trzy razy. Nareszcie przyjechaliśmy do stacji, gdzie trzeba było wysiąść, lecz do miejsca zamieszkania musieliśmy iść piechotą. Po drodze piliśmy wodą z napotkanych kałuż. Tu również czekała nas praca. Na rzece Wiatce, na północy: spławiano drzewo. W miesiącu wrześniu , chodząc boso po wodzie, wyciągaliśmy te kłody na brzeg. Każdy z nas był przemarznięty. Były tam i dzieci rosyjskie , na które strach było patrzeć, na ich zachowanie i mowę. A żywność była taka: 45 dkg. chleba czarnego i mała miseczka rzadziutkiej zupki jęczmiennej, tak że siedziało się bardzo głodnym. Gdy nastąpiła tzw. amnestia, zostałem zwolniony i poszedłem pracować na posiołek. Pracę znalazłem sobie w kuźni. Praca trwała 12 godzin dziennie. Mając 16 lat , było mi nielekko pracować, bo gdy wracałem, to nie czułem swoich rąk , a przy - 45° C odmrożone moje nogi bolały, gdyż nie było dobrego obuwia i ubrania, a bardzo marne odżywianie osłabiało siły. Smutno mi było jednak ,że nawet piśmiennie nie mogłem porozumieć się z rodzicami, którzy zostali na terenie Polski i którzy tak płakali przy moim odjeździe.

W domu poprawczym w Kijowie było nas Polaków około 130, a reszta byli chłopcy ruscy. Cała kolonia (dom poprawczy) liczył około 340 chłopców. Należała do tej kolonii fabryka łóżek, więc myśmy tam pracowali. Ja jako uczeń z początku zarabiałem 30 rb. na miesiąc i do tego skromne wyżywienie: 450 gr. chleba i trzy razy dziennie zupa. Pracowaliśmy 8 godzin na zmiany. W dzień jedna zmiana, w nocy druga. Przemiana zmian co 7 dni. Gdy byłem w Kijowie, mogłem jeszcze pisać listy do rodziców . Chłopcy ruscy żyli z Polakami nie bardzo w zgodzie, bo 10-letni chłopcy byli tak rozpuszczeni, że nie do wytłumaczenia. Ciągłe bójki między sobą i kłótnie. Dzień spędzaliśmy przy pracy. Była ona nieciężka, ale i nielekka, gdyż wracało się zmęczonym. Posyłek z domu nie otrzymywałem, gdyż bardzo długo trzeba było czekać, aż się zepsuły artykuły żywnościowe. Gdy Niemcy zaczęli zbliżać się do Kijowa i bombardować, wyprowadzono nas na stację i załadowano do wagonów - Polaków  razem z ruskimi. Doszło tam do wielkich tragedii, gdyż chłopcy ruscy pozabierali od nas niemal wszystko. A jeżeliby się który oburzył, gotowi byli zbić, bo i bez tego spokoju nie dawali, dokuczali i przezywali.

----

Kobiałka, występujący później pod nieco zmienionym nazwiskiem Kobiałko, został przyjęty do Polskich Sił Powietrznych w Wielkiej Brytanii. Służył w stopniu kaprala w 315. Dywizjonie Myśliwskim. Został odznaczony Medalem Lotniczym. Po wojnie pozostał w Anglii. W 1949 roku ożenił się z Olgą Szulakowską, z którą miał dwie córki. W latach 50. XX wieku wyemigrował z rodziną do Kanady. Zmarł w Toronto 8 lipca 2021.

czwartek, 16 marca 2023

Migawki z czasów niemieckiej okupacji

 

Okupanci niemieccy zamierzali zmienić nazwę Choczni na lepiej brzmiącą w ich języku. Wysunięta przez nich propozycja nowej nazwy w postaci Hotzenwald nigdy jednak nie weszła w życie.

Jako ciekawostkę można podać proponowane nazwy dla innych okolicznych miejscowości:

  • Frydrychowice: Teichenfriedrichsdorf (pierwszy człon nazwy od stawów),
  • Gorzeń Dolny: Schauenbrand (dosłownie wyglądający na oparzenie- Gorzeń skojarzył się twórcom propozycji ze słowem gorze/ogień- po  niemiecku Brand),
  • Kaczyna: Entenbach (dosłownie Kaczy Potok),
  • Radocza: Freudenhöhe (gdzie człon Freuden oznacza radość, co może kojarzyć się z początkiem nazwy polskiej Rado-)
  • Tomice: Thomsrode,
  • Wadowice: Frauenstadt,
  • Zawadka: Wenigenmauthen.
----

Wśród obostrzeń, które dotknęły chocznian w czasie okupacji niemieckiej, znalazły się też takie, które ograniczały ich życie religijne.

Już 31 października 1939 roku wydano zarządzenie zezwalające na odprawianie nabożeństw tylko od godziny 9 do 11 przed południem, a od 1940 roku wolno było odprawiać msze tylko w  niedziele i najważniejsze święta kościelne. Polakom nie wolno było też chodzić na nabożeństwa niemieckie. Zgodnie z niemiecką tendencją do regulowania wszystkiego przepisami, spowiedź dorosłych była dozwolona tylko w soboty między 14.00 a 18.00. Wprowadzono również zakaz zawierania małżeństw dla Polaków poniżej określonego wieku- 28 lat dla mężczyzn i 25 lat dla kobiet. Zdarzało się, że pary, które nie spełniały tego warunku, w porozumieniu z miejscowymi proboszczami zawierały małżeństwa potajemne. Jednym z nich był związek Marii Kręcioch i Bolesława Tomiczka z Targanic, który został zawarty w 1944 roku w prywatnym mieszkaniu w Andrychowie tylko w obecności świadków, a bez asysty księdza, któremu po ewentualnym ujawnieniu takiego faktu groziłaby surowa odpowiedzialność karna. Przebieg ceremonii był konsultowany wcześniej z dziekanem wadowickim ks. Prochownikiem. Po wojnie pojawił się problem z ważnością tego małżeństwa, ponieważ strony nie wyraziły na nie zgody słownej, lecz tylko zaakceptowały związek przez podpisanie umowy. To stało się dla Tomiczka jednym z pretekstów do próby podważenia ważności jego małżeństwa, ale Trybunał Kościelny nie podzielił tej opinii i nie wyraził zgody na unieważnienie związku.

----

24 marca 1943 roku Izba Cywilna Sądu Krajowego w Bielsku orzekła o rozwodzie i podziale majątku:

- Józefa Wołka, zamieszkałego Bielitz Ost, Radomerstrasse 19

i

- Marii Wołek z domu Ruła, zamieszkałej Bielitz Ost, Hettwerstarsse 90

którzy zawarli małżeństwo 25 listopada 1936 roku w Choczni w miejscowym kościele katolickim.

Fragment nagłówka pisma z decyzją

To jedno z pierwszych orzeczeń o rozwodzie osób związanych z Chocznią.

Maria Ruła urodziła się w Choczni w 1912 roku, jako córka Marcina i Ludwiki z domu Widlarz.

W 1960 roku wyszła ponownie za mąż w Bielsku za Ignacego Byrskiego.

Zmarła w 1982 roku.

----

Według Józefa Turały autora „Kroniki wsi Chocznia” niemiecki kierownik szkoły w Choczni zarządził zniszczenie polskich książek z biblioteki szkolnej i pomocy naukowych, które spalono na szkolnym podwórzu. W podobny sposób zniszczono część archiwum Jozefa Putka

Osobą odpowiedzialną za ten akt wandalizmu był  Alwin Adolf Ruppelt, który pochodził z Wielkopolski. Urodził się w 1890 roku w Krzywinie, jako syn Paula i Idy Werner. Przed wojną był nauczycielem w Otorowie koło Szamotuł i w Niederröblingen w Saksonii-Anhalt. Ruppelt uniknął jakiejkolwiek odpowiedzialności za swoje decyzje.

Żył jeszcze długo po wojnie- zmarł 12 września 1971 roku we wsi  Bexhövede w Dolnej Saksonii.

A oto jego fotografia:

----

2 marca 1943 roku niemieccy żandarmi zabili w Choczni uciekiniera z transportu do KL Auschwitz 23-letniego Józefa Lecha z Krakowa. Według niektórych źródeł Lech zbiegł już 20 lutego, czyli 10 dni przed tym, zanim został wytropiony i zabity.

poniedziałek, 9 grudnia 2019

List z obozu koncentracyjnego Sachsenhausen

Antoni Drąg urodził się 17 września 1919 roku w Choczni, jako syn Franciszka i Franciszki z domu Nęcek. Walczył przeciwko Niemcom we wrześniu 1939 roku, dostał się do niewoli i został osadzony w stalagu.
Później trafił do obozu koncentracyjnego w miejscowości Sachsenhausen (obecnie dzielnica Oranienburga), położonej około 30 kilometrów od Berlina. Jego obozowy numer to 29125.
List do rodziny, napisany 8 marca 1942 roku i zaadresowany: Franciszek Drąg, Chocznia Patria nr 382 (Post Wadowitz Kreis Bielitz) zachował się w niemieckim Archiwum Arolsen.
.


List został napisany po niemiecku, a jego treść jest następująca:

Nasi najdrożsi rodzice, siostro i szwagrze !

Zawiadamiamy Was, że jesteśmy zdrowi, czego i Wam życzymy. Dziękujemy Wam serdecznie za ostatnią przesyłkę pieniężną z drugiego lutego w wysokości 8 marek, która sprawiła nam wielką radość.
Nasz kochany szwagrze Józefie- na Twoje imieniny życzymy Ci wszystkiego najlepszego, długiego życia, a przede wszystkim dobrego zdrowia !
Tego samego życzymy wujkowi Józefowi z Radoczy i wujkowi Józefowi z Krakowa.
U nas jest teraz ostra pogoda z wiatrem.
Nasz list kończymy teraz pocałunkami dla Was- naszych najukochańszych rodziców, siostry i szwagra oraz całej rodziny.
Wasi synowie 
Tonik i Józik

Z treści listu i podpisów wynika, że choć jego nadawcą był Antoni (Tonik) Drąg, to napisali go wspólnie Antoni i jego brat Józef.
Metryki chrztu Józefa Drąga brak jest jednak w choczeńskich księgach metrykalnych.
Natomiast Antoni nie przeżył pobytu w obozie- zmarł 24 lutego 1943 roku.





środa, 20 listopada 2019

Stefan Bator - uczestnik walk pod Monte Cassino

Stefan Bator urodził się 22 października 1922 roku, jako syn Jana i Rozalii z Suwaj. Z powodu trudnych warunków ekonomicznych rodzina Batorów wyjechała z Choczni w latach 30-stych XX wieku i zamieszkała w osadzie Janowa Dolina na Wołyniu (dziś wieś Bazaltowe na Ukrainie), gdzie Stefan Bator pracował jako robotnik w kamieniołomie bazaltu. 
Był członkiem miejscowego klubu sportowego „Strzelec” i uprawiał kajakarstwo. 

Oto jego wspomnienia zawarte w pamiątkowym albumie przekazanym choczeńskiej parafii:

"Ponieważ miałem ukończony drugi stopień przysposobienia wojskowego w czerwcu 1939 roku zostałem zmobilizowany do pomocy policji w Janowej Dolinie. 15 września 1939 roku wstąpiłem na ochotnika do grupy wojska pod dowództwem pułkownika Brochwicz-Lewińskiego. Grupa ta miała kilka potyczek z Ukraińcami: pod Tereścieńcem i Kołkami, w Manewiczach zostaliśmy zbombardowani przez lotnictwo sowieckie. Przy przeprawie przez rzekę Bug grupa nasza została rozbita i rozwiązana, wróciłem do Janowej Doliny, gdzie 1 grudnia 1939 roku złożyłem przysięgę do ZWZ.
Aresztowany zostałem 2 lutego 1940 roku przez NKWD w Janowej Dolinie na Wołyniu. Przewieziony zostałem do więzienia w Równem, gdzie oskarżono mnie o przynależność do polskiej organizacji podziemnej ZWZ. Śledztwo trwało 5 miesięcy, przesłuchania odbywały się nocami i połączone były z fizycznymi i psychicznymi torturami. Po zakończeniu śledztwa przewieziono mnie do więzienia w Dubnie, gdzie byłem sądzony i skazany na 5 lat ciężkich robót. W listopadzie zostałem wysłany do Charkowa, tam siedziałem w więzieniu przejściowym nr 6, później przewieziono mnie do więzienia na Zimnej Górze. Z Charkowa w końcu marca 1941 roku załadowano mnie do towarowego pociągu. Jechałem 33 dni przez Czelabińsk, Irkuck, południowym brzegiem jeziora Bajkał, Ułan Bator do łagru Buchta Nachodka koło Władywostoku.
Towarowym statkiem "Mińsk" przez Morze Japońskie, Morze Ochockie przewieziony zostałem do Magadanu na Kołymie. Z Magadanu przewieziono mnie do kopalni złota "Komsomolski Pryisk" 500 kilometrów na północ od Magadanu. Warunki w łagrze były bardzo ciężkie, 12 godzin pracy dziennie 7 dni w tygodniu, tylko dwa posiłki dziennie. Ludzie umierali z wycieńczenia, zimna i głodu.
6 września spadł pierwszy śnieg, temperatura spadła do minus 30 stopni.
16 września 1941 roku zwolniony zostałem z łagru i odesłany do Magadanu. Tam otrzymałem potrzebne dokumenty i statkiem "Sowiecka Łotwa" dojechałem do Władywostoku.
1 listopada otrzymałem bilet kolejowy i byłem w drodze do polskiego wojska. 
Po zwolnieniu z łagru na Kołymie 8 lutego 1942 roku wstąpiłem do tworzącej się 10 dywizji piechoty w Ługowaja- Kazachstan. 2 kwietnia 1942 roku dywizja ląduje w Pahlevi- Persja, skąd przez Irak, Syrię i Jordanię dywizja staje w Palestynie.
15 maja odkomenderowany zostałem do szkoły podoficerskiej łączności w Quastina- Palestyna.
Po ukończeniu szkoły podoficerskiej dostałem przydział do plutonu łączności 2 Brygady Strzelców Karpackich 3 Dywizji Strzelców Karpackich. Brygada stała podówczas pod Damaszkiem- Syria.
Krótko przed Bożym Narodzeniem 1942 roku dywizja zostaje przesunięta do Iraku, gdzie następuje reorganizacja i silne szkolenie całej dywizji.
Pod koniec czerwca 1943 roku 3 Dywizja Strzelców Karpackich wraca do Palestyny, gdzie nadal trwa intensywne szkolenie. W lipcu 1943 roku wysłany zostałem na kurs wysokogórski do Libanu. Tam spotkałem kolegę z ławy szkolnej z Choczni Władzia Pietruszkę. Dywizja osiągnęła pełną gotowość bojową i przesunięta zostaje do Egiptu, gdzie niemiecki "Afryka Korps" zagrażał Kairowi.
15 grudnia 1943 roku 3 DSK ląduje w Taranto we Włoszech. W lutym 1944 roku dywizja wchodzi do akcji, przejmuje od Anglików odcinek nad rzeką Sangro. Mój udział w tej akcji polegał na budowie linii telefonicznej i utrzymaniu łączności z wysuniętymi placówkami piechoty.
Pod koniec kwietnia 1944 roku DSK przechodzi w rejon Monte Cassino. Z 10 na 11 maja rusza natarcie na klasztor. Po ciężkich walkach klasztor zostaje zdobyty przez Polaków 18 maja. W tej bitwie byłem dowódcą patrolu telefonicznego i odznaczony zostałem Krzyżem Walecznych.
Po krótkim odpoczynku 3 DSK przejmuje 11 czerwca odcinek nad Adriatykiem, przełamuje obronę niemiecką na rzece Chienti. Atak 3 DSK jest silny- celem jest zdobycie Ankony.
3-cia Dywizja zdobywa kilka miast nad Adriatykiem: Porto San Giorgio, Porto Civitanova, Porto Recanti, Loreto. Ankona została zdobyta 18 lipca. W pościgu za Niemcami zdobyto Senigallię, a Linię Gotów przełamano 3 września 1944 roku.
W akcji na Adriatykiem byłem dowódcą wysuniętego ośrodka łączności i patroli budowlanych. 
Po odpoczynku 3-cia Dywizja zostaje przeniesiona do przełamania obrony niemieckiej w Apeninach. 
W listopadzie 1944 roku odkomenderowany zostałem jako instruktor do tworzącej się 3 Brygady Karpackiej. Nowa 3 Brygada Strzelców Karpackich wchodzi do akcji 20 marca 1945 roku i zdobywa Bolonię 21 kwietnia. W tej bitwie byłem dowódcą wysuniętego ośrodka łączności.
Po zdobyciu Bolonii Polacy zostają wysłani na zasłużony odpoczynek. W lipcu wysłany zostałem na kurs techniczny, który trwał 1 rok. 
W 1946 roku 3 Dywizja zostaje wysłana z Włoch do Anglii- wylądowałem w Portsmouth 6 września 1946 roku. 
Zdemobilizowany do cywila zostałem 15 marca 1947 roku."



Pamiątkowy album zawiera również odznaczenia otrzymane przez Stefana Batora:
Krzyż Walecznych
  • Krzyż Walecznych za bitwę pod Monte Cassino,
  • Złoty Krzyż Zasługi (przyznany dwukrotnie) za wybitne zasługi w pracy społecznej, organizowanie polskich szkół sobotnich, wychowanie i organizowanie młodzieży w duchu niepodległościowym w latach 1972-1976,
  • Srebrny Krzyż Zasługi otrzymany za pracę społeczną w latach 1960-1969,
  • Medal Wojska Polskiego (otrzymany czterokrotnie) za długoletnią służbę wojskową dla Polski,
  • Krzyż Monte Cassino- odznaczenie pamiątkowe za udział w bitwie,
  • Krzyż za Wrzesień 1939,
  • Krzyż Armii Krajowej,
  • Medal Brytyjski za  Wojnę 1939-1945,
  • Defence Medal- brytyjski Medal Obrony, za skuteczną obronę i powstrzymanie marszu Niemiec hitlerowskich w Europie i Afryce,
  • Gwiazda za Wojnę 1939-1945- brytyjskie odznaczenie przyznane za udział w II wojnie światowej,
  • Africa Star- brytyjska Gwiazda Afryki za służbę w operacjach bojowych na terenie Afryki, 
  • Italy Star- brytyjska Gwiazda Italii za służbę w operacjach bojowych na terenie Włoch,
  • Złoty Medal Skarbu Narodowego w uznaniu szczególnych zasług w zakresie prac i świadczeń na rzecz Skarbu Narodowego RP (otrzymany dwukrotnie),

Po wojnie Stefan Bator pozostał na emigracji w Anglii. Z żoną Janiną, córką Barbarą i synem Andrzejem mieszkał w Nottingham, gdzie zmarł 3 lutego 1996 roku.

Przekazanie pamiątkowego albumu w Choczni

Fotografie ze strony: kresy-siberia.org
Rodzina Bator na Wołyniu (1934)
Stefan Bator stoi z tyłu z lewej strony
Stefan Bator (pierwszy z lewej) z braćmi
Palestyna 1942
Bracia Batorowie
Nottingham 1993