piątek, 9 września 2016

Exodus września - część II

Drugi i ostatni fragment wspomnień Ryszarda Woźniaka, dotyczący tułaczki po wybuchu II wojny światowej, we wrześniu 1939 roku. 
Tekst został udostępniony dzięki uprzejmości Krzysztofa Woźniaka, syna Ryszarda. 
Część I- LINK

Jak powszechny był ów wrześniowy exodus[1] niech świadczy fakt, że opisana wyżej wyprawa Ojca nie była bynajmniej jedyną w rodzinie. Oto wujciu Julian Bąk wraz z wujciem Janem Bandołą, dobrawszy sobie do kompanii szwagra tego ostatniego, młodego Fryderyka Garusa, 3 września około trzeciej po południu także wyruszyli w długą i niebezpieczną podróż na wschód kraju.
Przed wymarszem cała trójka przyszła do nas, by się pożegnać. Wujciu Jasiek ze łzami w oczach, wujciu Julek z widocznym przygnębieniem na twarzy, natomiast 16-letni Frydek z jakąś dziwną, nonszalancką nadzieją. Kto wie, może spodziewał się że przeżyje jakąś wspaniałą przygodę - w każdym razie w najmniejszym stopniu nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji.
Gdyby mogli przeczuć, że opuszczając swe domy i rodziny narażą się na jedno wielkie pasmo niebezpieczeństw, nic przy tym nie zyskując, zapewne nigdy by tego nie uczynili. Jednakże wszędzie panowała powszechna psychoza zagrożenia, szerzona w wiadomych celach przez niemiecką propagandę. Wspominam to z wielką żałością i skurczem serca, bo przecież zaledwie dwa dni wcześniej żegnaliśmy Ojca z jego kompanami, wyruszającego - podobnie jak oni - na ów bezsensowny szlak.
Nasi uciekinierzy już przed Wadowicami ujrzeli kilkadziesiąt trupów żołnierzy i cywilów, którzy zginęli na skutek ciągłych nalotów niemieckich samolotów ostrzeliwujących bezbronny tłum. Spiesznym marszem dotarli do Lgoty koło Kalwarii, gdzie mieszkał kuzyn wujcia Julka – Teofil Bąk. Przybysze poprosili go, aby pojechał do Choczni na rowerze i wywiedział się, jak tam się przedstawia sytuacja. Po półtorej godzinie był już z powrotem, oświadczając, że Niemców jeszcze nie ma, a kobiety z dziećmi pozostają na miejscu, Okazało się to bardzo roztropnym posunięciem w przyszłości.
Z Lgoty nie mieszkając szybkim krokiem podążyli do Skawiny. Tam zastali przerażający widok. Oto cała zgraja różnych rzezimieszków zaczęła rozbijać sklepy, wynosząc z nich obfite łupy. Trójka wędrowców postanowiła skorzystać z okazji i weszła do zdemolowanych sklepów. Zaopatrzyli się tam w nową odzież i zabrali do swych toreb dużą ilość artykułów spożywczych, papierosów oraz co użyteczniejszych rzeczy, licząc się z tym, że im się to przyda w dalszej drodze, jako towar wymienny za żywność. Wzięli też ze sobą garnki, aby mieć w czym ugotować coś ciepłego podczas podróży. Obok sklepu mieściła się restauracja, w której pozostała pełna beczka piwa. Widząc to wybili szpunt[2] i uraczyli się piennym napojem za wszystkie czasy, wypijając po kilkanaście kufli i gasząc swoje niezwykłe pragnienie. Mając w nogach przebyte niemal 40 km, rozłożyli się w nieodległym zagajniku i po spożyciu posiłku zasnęli kamiennym snem do białego rana.
Po krzepiącym siły wypoczynku skoro świt ruszyli dalej. Kierowali się szlakiem na Kraków. W ciągu dnia przeżyli kilka nalotów Luftwaffe. Niemieckie samoloty atakowały skupioną na trasie gęstwinę ludzką; miały zresztą doskonałe pole do popisu – drogą wraz z wojskiem poruszały się masy cywilnych uciekinierów skutecznie blokujących drogę żołnierzom. Messerschmitty bezkarnie kontynuowały swe bestialskie rajdy – zniżały się i lotem koszącym atakowały tłumy, siekąc seriami z broni pokładowej i zbierając obfite żniwo śmierci. Przeżyli więc chwile grozy i tylko dzięki szybkiej ucieczce udało się im wpaść do pobliskiego lasu i uratować życie. Zdarzało się, że samoloty zaskakiwały ich niespodzianie – wtedy zapadali w pobliskie chaszcze lub nawet kryli się w kartoflisku, aby schować się przed atakami wroga, który strzelał do wszystkiego, co się poruszało.
W swej marszrucie trzymali się linii Wisły; była to dla nich trasa orientacyjna, żeby nie zboczyć ze szlaku drogi. Na noc starali się lokować w stodołach, bowiem na terenach przybrzeżnych grasowały szajki rozbestwionych rabusiów, które grabiły napotkanych ludzi; zdarzały się wypadki pobicia, a nawet zabójstw. Rychło też doświadczyli dobrodziejstw posiadania rozmaitych rzeczy zabranych z rozbitych sklepów w Skawinie. Teraz mogli wymienić te artykuły na chleb i mleko; w szczególnej cenie były papierosy.
Zdarzało się też, że droga wypadła im przez tereny lesiste. Gdzieś daleko świeciły łuny pożarów, z niewielkiej odległości dolatywał huk armat, słychać też było odległe detonacje bomb. Co chwilę strzelały w górę rakiety świetlne i sygnalizacyjne. Artyleria niemiecka ostrzeliwała rejon szosy i skrzyżowania dróg. Czuli się zagrożeni w tej nawale ognia, postanowili więc odbić trochę w bok i weszli do pobliskiej wsi. Tam udało się im zdobyć nieco pożywienia; pokrzepili się więc i wypoczęli nieco, po czym udali się w dalszą drogę. Tu było jeszcze cicho, więc szli sobie spokojnie polnymi drogami.
Pogoda była piękna; słońce złociło swymi promieniami pola, lasy i przydrożne domy. Przyszła im do głowy myśl, aby wypróbować maszynki fryzjerskie – jedną ze skawińskich zdobyczy. Zaczęli więc nawzajem strzyc swe fryzury. W trakcie tych postrzyżyn nagle, ni stąd, ni zowąd zagwizdał pocisk artyleryjski i eksplodował tuż obok, po nim drugi i następne. Siła wybuchu była tak wielka, że przewróciła wujcia Jaśka na ziemię, a wujcia Julka z Frydkiem przygniotła do drzewa. W trakcie tej kanonady zerwali się czym prędzej i w szaleńczym biegu popędzili do pobliskiego lasu. Kiedy się tam znaleźli, poczuli się nieco bezpieczniej. Najprawdopodobniej całkiem nieświadomie strzygli się w pobliżu jakiejś polskiej baterii i artyleria niemiecka wymacała jej stanowisko.
Każdy dzień był pełen niepokoju, ale mimo wszystko musieli kontynuować swą drogę w nieznane. Przemożna konieczność uciekania przed atakującym wrogiem była jakimś wewnętrznym nakazem chwili, któremu nie potrafili się oprzeć. Ta psychoza strachu ogarniała zresztą wszystkich. Mijali więc wsie i miasteczka i byli świadkami różnych dramatycznych scen. Jedni ludzie pakowali swój dobytek na wozy i wyruszali w drogę, inni natomiast zawracali, nie chcąc zostawiać swego dobytku na pastwę losu. Po wsiach było pełno ludzi – szukali pożywienia i jakiegoś miejsca na nocleg. Wszędzie czuło się atmosferę zagrożenia i lęku. Oprócz tego wielkim problemem i dolegliwością stała się nękająca wszystkich plaga głodu. Coraz trudniej było zdobyć jakiekolwiek pożywienie, bowiem tymi szlakami poruszała się cała armia uciekinierów. Ta chmara ludzka starała się za wszelką cenę zdobyć choć kęs chleba, aby nie opaść z sił i móc dalej wędrować.
Włościanie pilnie więc strzegli swego martwego, a zwłaszcza żywego inwentarza, który w tej sytuacji był szczególnie zagrożony. Nasi peregrynanci próbowali mimo wszystko zakręcić się koło świń, stanowiących wielce łakomy kąsek. Wujciu Julek, który był „fachowcem” od spraw interpersonalnych, chciał nawet dokonać transakcji zakupu, ale właściciel odmówił. Niezrażony tym wuj, z podziwu godną wytrwałością, próbował nakłonić go do zmiany decyzji. Czy gospodarz pod wpływem siły perswazji tego ostatniego zmienił wreszcie zdanie, czy też - co bardziej prawdopodobne - świniak dziwnym trafem „pomylił drogę”, jak to się stało w Reymontowskich „Chłopach”, dość, że poszedł w końcu pod nóż.
Ponieważ ubój nastąpił w warunkach polowych, sprytni wujowie przy pomocy Frydka opalili świnię nad płomieniem ogniska, wnętrzności wyrzucili, aby „insza gadzina” też się pożywiła, natomiast mięso ugotowali w wielkim garze, a ściślej w kotle do prania bielizny, który „zorganizowali” gdzieś po drodze. Niestety, potem trzeba było taszczyć sakramencko ciężki sagan na wyłamanych sztachetach, ale choć się namęczyli niewąsko, mieli przynajmniej solidną wyżerkę.
Trawestując znane powiedzenie wypadałoby tu jednakże rzec: „nie samym mięsem człowiek żyje”. Niestety, nigdzie nie można było zdobyć ani kawałka chleba. Szukając wszędzie weszli wreszcie do chaty, stojącej na uboczu pod lasem, w której gospodyni zdecydowała się sprzedać im bochenek chleba za 5 zł. Mimo, że oszczędnie nim gospodarowali zjedli go za dwa dni i dalej byli głodni, a szans na kupno kolejnego nie było żadnych.
Aliści wujowie głowy mieli nie od parady, a w nich sporo inwencji, zatem za pomocą handlu wymiennego nabyli pewną ilość zboża, którą od razu zmełli na młynku w jakimś opuszczonym domu. Nie zważając na fakt iż ziarno było świeże (nie wysuszone), wujciu Jasiek otrzymaną „mąkę” zamiesił, wyrajbował[3] i dodał cebulki. Tak spreparowaną masę włożyli do słomianek; w międzyczasie napalili w piecu i uznawszy po pewnym czasie, iż ciasto jest „wyruszane” wsadzili je po piekarnika.
Jakież było ich zdumienie, kiedy po pewnym czasie z pieca, miast przyjemnego zapachu chleba zaczął się wydobywać swąd i dym. Okazało się, że nie dość, że mąka była ześrutowana z mokrego zboża, to brak było w niej tzw. nociasty, czyli zaczynu, bez którego, jak wiadomo, żadne ciasto nie wyrośnie. Stąd też zamiast spodziewanych czterech rumianych bochenków, wyciągnęli z piecowej czeluści cztery żałosne ćwiartki – na spodzie spalone, a na górze jeszcze nie upieczone. Efekt wujowych eksperymentów piekarniczych w niczym nie przypominał nawet najpodlejszego placka pieczonego na blasze, co może budzić zdziwienie, bo w końcu obydwóm wypiek chleba nie był obcy. Jednakże, ponieważ byli potężnie głodni, podjedli owych spalonych spodów i pokładli się spać.
Wczesnym rankiem puścili się w dalszą drogę. W trosce o jego cenną zawartość wujowie taszczyli garnek z mięsem, a Frydek niósł niedopieczone pseudoplacki. Powierzenie ich właśnie jemu było dużym błędem starszej dwójki, a w szczególności wujcia Jaśka, który nie przewidział żarłocznych instynktów swojego szwagierka. Rosły ten młodzian dziwnie jakoś przyzostawał i ociągał się w marszu, narzekając na rzekomy ból nogi. Tymczasem był to pretekst, by móc bez przeszkód podżerać zakalcowatą antyreklamę chleba, która aczkolwiek wpół surowa, miała dość słodkawy smak.
Idący w przedzie Jasiek i Julek, nie mogąc się doczekać na towarzysza, zaczęli go w końcu przynaglać do szybszego marszu. Ten jednak nie kwapił się przyspieszać dotąd, aż nie opróżnił zawartości torby do najmniejszej okruszynki.
Na efekty tego nierozważnego czynu nie trzeba było długo czekać. Lekkomyślny głodomór dostał gorączki, wypieków na twarzy, a przede wszystkich silnych bóli brzucha. Sytuacja stała się poważna: ze względu na stan zdrowia chłopaka wujowie musieli się zatrzymać, mimo, że w takim przypadku przysłowie powiada, iż periculum in mora. Jęczącego z bólu Frydka ułożyli na sianie w stodole, a sami pobiegli po pomoc. Mieli szczęście – udało się im znaleźć w pobliżu jakąś znającą się na rzeczy znachorkę, która dowiedziawszy się co w trawie piszczy, sporządziła odwar z ziół i odczyniła urok. Nie wiadomo które remedium przyniosło lepszy skutek, w każdym razie nazajutrz rano niefortunny amator zakalca wyzdrowiał, można więc było ruszać w dalszą drogę.
Jak już wspominałem, wrzesień 1939 roku był piękny, pogoda upalna, ale niemal bez kropli deszczu. Z jednej strony było to zbawienne dla całej rzeszy uciekinierów i ofiar wojny, lecz z drugiej głód i pragnienie często dawały im się we znaki. Nie było się czego napić – czasami brakowało nawet wody. Kiedy język naszym wędrowcom tak wysechł, że wedle Zagłobowego określenia „mogliby nim drzewo strugać”, napotkali jakąś chatę, w której, ku ich radości, udało się im kupić dwa litry mleka. Nie zwrócili nawet uwagi na to, że w domu tym było podejrzanie dużo much. Gosposia nalała im mleka do garnka i troskliwie przykryła szmatką, aby się w drodze nie zakurzyło.
Przygoda z zakalcem snadź nie nauczyła wujów przezorności, bowiem nieroztropnie pozwolili nieść garnek Frydkowi. Ten był wszakże tak spragniony, że wkrótce wytrąbił większą część płynu i... po raz drugi stał się ofiarą swojego nieprzeciętnego łakomstwa. Zrobiło mu się niedobrze, znów dostał sensacji żołądkowych i po chwili – jak szybko mleko wypił, tak szybko je zwrócił - notabene razem z muchami, z którymi je nieopatrznie wyżłopał. Wszystko stało się jasne, kiedy wujciu Jasiek spróbował tego podejrzanego mleka. Było mocno osikowe[4] i jako takie nie nadawało się do spożycia; tym samym wyjaśniła się przesadna troskliwość owej gospodyni – obawiała się, by zbyt wcześnie ta prawda nie wyszła na jaw.
Tak czy owak, wujowie znów klęli na czym świat stoi, bo nie dość, że ponownie musieli robić przymusowy postój, to nadal mieli w gębie Saharę i na dokładkę jęczącego Frydka na głowie. Po dłuższym poszukiwaniu wynaleźli wreszcie przygodnego felczera, który dał cierpiętnikowi jakąś miksturę do wypicia. Ten po pewnym czasie doszedł jakoś do siebie na tyle, że kontynuowanie marszu stało się możliwe.
Jak widać, świętej cierpliwości trzeba było do tego enfant terrible. Jego spontaniczna natura i podziwu godna lekkomyślność przysparzała Jaśkowi i Julkowi coraz więcej kłopotów; zapewne gdyby lepiej go znali, za nic w świecie nie zgodziliby się zabrać go ze sobą. Ba, mądry Polak po szkodzie.
W olbrzymiej rzece uchodźców nierzadko zdarzało się niespodzianie natknąć się na znajome osoby. Tak też stało się w przypadku naszych wędrowców. Po drodze napotkali na niejakiego Antasa z Czechowic, który był rzeźnikiem z zawodu i zięcia sąsiada Garusów, Gawrońskiego. Widzieli też Wojtalę z Choczni, z synem Henrykiem (notabene późniejszym mężem Elzy, siostry Mietka i Władka Drapów). Wszyscy oni kierowali się z okolic Biłgoraja w stronę Lwowa, twierdząc, że tam właśnie nasze wojsko zatrzyma napór Niemców.
A w okolicach Biłgoraja trwały ciężkie walki. Wynikało to z faktu, że były tam skoncentrowane oddziały polskie, a wielkie kompleksy leśne, a w szczególności Puszcza Solska, stanowiły dogodne miejsce do obrony. Były to dotąd najtrudniejsze momenty dla walczących żołnierzy, jak również dla tych, którzy przypadkowo wpadli w tę straszliwą pułapkę wojny. Wszędzie czaiło się niebezpieczeństwo nalotów niemieckich. Bombowce wroga były niezwykle operatywne i niemal bez przerwy bombardowały polskie pozycje, gdyż panowały w powietrzu niepodzielnie. Nawet gęsto bijące działa przeciwlotnicze nie zdołały im przeszkodzić. Natomiast messerschmitty dokonywały za dnia lotów koszących na niewielkiej wysokości, strzelając z karabinów maszynowych i działek pokładowych do ukrytych w chałupach żołnierzy. Ci nie mieli spokoju nawet w nocy - często musieli się przenosić na inne miejsce z uwagi na silny ostrzał artylerii niemieckiej.
Widząc to wszystko nasi uciekinierzy nie byli w stanie dalej przeżywać tego piekła i postanowili wyrwać się z oka cyklonu. Zaczęli się przedzierać polnymi drogami, wykorzystując przerwy między nalotami samolotów. Wszędzie napotykali na ślady śmierci i zniszczenia. Rozbite działa polskie, strzaskane wozy, a w rowach trupy żołnierzy dawały wyobrażenie zaciętości walk. Opalone korony drzew i rozwalone domy dopełniały swym żałosnym wyglądem krwawego obrazu wojny.
Kiedy tak przekradali się chyłkiem pomiędzy pozycjami obronnymi naszych pododdziałów, jakiś znajomy głos zawołał wujcia Julka. Ten odwrócił się i zobaczył kapitana Gondka[5], syna byłego kierownika szkoły w Choczni. Korzystając z krótkiej chwili wytchnienia, oficer poczęstował ich papierosami i namawiał, żeby kierowali się w stronę Lwowa.
- We Lwowie tworzy się ośrodek polskiej obrony – powiedział. – Tam was umundurują, dadzą broń i będziecie mogli walczyć z Niemcami w obronie miasta. Każdy ochotnik jest potrzebny!
Oczywiście, kapitan Gondek, jako oficer liniowy rozumował po wojskowemu – nie pojmował tego, że ci młodzi ludzie pragną właśnie jak najdalej uciec od piekła wojny.
Podążyli więc dalej – przez Tomaszów Lubelski i Gródek Jagielloński kierowali się na Przemyśl i Lwów. Co prawda wyrwali się z zasięgu bezpośrednich działań frontowych, ale na każdym kroku spotykali się ze zbójeckimi praktykami Wehrmachtu. Słyszeli ciągłe wybuchy bomb i eksplozje pocisków artyleryjskich. Wieczorem, kiedy zapadał zmrok na horyzoncie widoczne były daleki łuny palących się domów i błyski lecących pocisków.
Następnego dnia, kiedy byli już bardzo zmęczeni, trafiła im się niespodziana gratka: za niewielką opłatą i paczkę papierosów udało się im wtarabanić na przygodną furmankę. Przejeżdżali przez Przemyśl – wujciowi Julkowi od razu nasunęły się wspomnienia z niedawnego pobytu w wojsku. Jakże odmiennie to wyglądało teraz! Przez miasto przetaczały się nieustannie skrzypiące wozy i tłumy pieszych uciekinierów, objuczonych tobołkami, bagażami, nierzadko prowadzącymi ze sobą krowy i kozy, a na rozmaitych wózkach ciągnących cały swój dobytek. Barwny ten korowód ginął w tumanach kurzu i pyłu, a nad tym wszystkim unosił się gwar i nawoływanie trwożnych głosów ludzkich; ze zgrozą spoglądano w niebo w obawie przed złowieszczym warkotem samolotowych silników, zwiastujących śmierć.
Drogi w kierunku Lwowa zatłoczone były wozami taborowymi, które wciskały się w kolumny maszerujących wojsk i utrudniały im przemarsz. Wojsko rekwirowało wozy chłopskie i furmanki, na które siadali żołnierze, mający otarte nogi. W ten sposób ciągle powiększał się ten nieformalny tabor, hamujący skutecznie ruch oddziałów. Co i rusz powstawał na szosie zator, a zaprowadzenie jakiegokolwiek ładu było wręcz niemożliwe. Kiedy następował nalot wszystko pierzchało na wsze strony, kryjąc się przed morderczymi atakami wroga. Po jakimś czasie, gdy samoloty odlatywały, koszmarny pochód ruszał dalej, zostawiając po sobie trupy ludzkie i końskie oraz szczątki roztrzaskanych wozów. I tak trwała ta niekończąca się droga przez mękę.
Nasi bohaterowie wydostawszy się z jednej matni, wkraczali na drogę wiodącą ich do nowej pułapki. W okolicach Janowa i Jaworowa krajobraz po bitwie wyglądał podobnie jak pod Biłgorajem. Śmierć wszędzie pozostawiała krwawe ślady, a wiele świeżych mogił żołnierskich było tego widomym znakiem.
Nieprzyjacielowi wszystko sprzyjało: działanie grup dywersyjnych, olbrzymia przewaga lotnictwa i broni pancernej, doskonałe uzbrojenie, świeże i często zmieniające się oddziały oraz sprawne zaopatrzenie w amunicję i żywność. Nawet aura była po ich stronie bowiem przez wyschnięte koryta rzek czołgi i wojska pancerne przemieszczały się bez trudności.
Godne podkreślenia jest jednak to, że pomimo tak ciężkich warunków i tragicznych okoliczności żołnierz polski, nieludzko zmęczony, bez amunicji, wsparcia lotnictwa i artylerii, walczył do ostatniego tchu i nie poddawał się na swych, nierzadko z góry skazanych na klęskę, pozycjach.
Kiedy zdawało się, że możliwości prowadzenia walki przerastają możliwości ludzkie, stało się coś, co było najgorsze ze wszystkich, czego nikt z walczących żołnierzy się nie spodziewał – zdradziecki cios w plecy ze strony sowieckiej. Nastąpił w momencie, kiedy zdawało się, iż jednak nasza armia okrzepnie, a w błotach i trzęsawiskach Polesia oraz Wołynia pancerne zagony Wehrmachtu zostaną zatrzymane.
Wstał piękny poranek wrześniowy, jasny i promienny, pełen niewysłowionego czaru polskiego babiego lata. Lekkie, świetliste mgły opalizowały niebo na horyzoncie. Okoliczne, z lekka pofałdowane pola mieniły się w ciepłych blaskach słońca świeżą zielenią ozimin, płowością ściernisk, czarnobrunatnymi smugami zaoranych pól i rdzą ugorów - niczym olbrzymi łowicki pasiak, rozpostarty od horyzontu do horyzontu. Pojedyncze przydrożne drzewa rzucały przed siebie długie cienie. Spokój i słodycz miłego sercu krajobrazu stanowiły dziwny kontrast dla rozgrywającej się naokół tragedii.
Ten sielankowy nastrój dnia przez chwilę przytłumił ciągłe niepokoje, budzące się wciąż w sercach Polaków. Jakaś dziwna, a nieokreślona otucha wstępowała we wszystkich. Choczeńscy uciekinierzy wciąż szli z innymi naprzód; nawet głód i pragnienie jakby mniej im doskwierało. Wokół dały się słyszeć krzepiące głosy; niektórzy napotykani żołnierze mówili, że Lwów jest już niedaleko. „Tam jest nasza nadzieja obrony, jeszcze się odgryziemy Szwabom za wszystkie wcześniejsze klęski”. Rosły więc polskie serca, bowiem nikt jeszcze nie wiedział, jaka straszliwa niespodzianka ich czeka.
Nasi peregrynanci niemal cudem zdobyli gdzieś bochenek chleba i pod wieczór skierowali swe kroki do wznoszącego się opodal wielkiego stogu[6] słomy, który jakby zapraszał do swego wnętrza, roztaczając lubą perspektywę wypoczynku dla srodze utrudzonych członków. Jednak nadzieje okazały się płonne – wewnątrz znajdowało się wielu takich, którzy już wcześniej obrali to miejsce na nocleg. Wśród ogólnego zamieszania i rozgwaru Jasiek i Julek posłyszeli jakby znajome głosy. Okazało się, że w stogu znajdował się także wujciu Kazek z Krakowa z wujenką Józką. Jakiż osobliwy traf sprawił, że spotkali się w tak niezwykłych okolicznościach!
Wytworzyła się dość delikatna i niezręczna zarazem sytuacja – wujciu Jasiek od dłuższego czasu bowiem nie utrzymywał żadnych kontaktów z bratem i bratową. Siłą rzeczy na parlamentariusza nadawał się jedynie wujciu Julek, który przeprowadził z nimi krótką rozmowę. Z przekazanych, zdawkowych informacji dowiedział się jedynie, że znajdują się w promieniu kilkunastu kilometrów od Lwowa.
Wczesnym rankiem chocznianie puścili się w dalszą drogę i więcej już krakauerów[7] nie zobaczyli. Idąc traktem polnym, wijącym się pośród zarośli i krzewów, odnieśli wrażenie, jakby kanonada artyleryjska, która od wielu dni im nieustannie towarzyszyła, zaczęła przygasać; po dłuższej chwili faktycznie nastąpiła cisza. Jeszcze bardziej zdziwiło i zaniepokoiło ich to, że w mijanych sadach i opłotkach napotykali na ludzi, którzy żywo gestykulując rozprawiali głośno o szerzącej się jak pożar wieści, jakoby Lwów miał skapitulować. Było to tak dalece nieprawdopodobne, że w żaden sposób nie chcieli dać temu wiary, tym bardziej, że jeszcze wczoraj słyszeli całkiem odmienne wiadomości. Jednak napotykane bezładne gromadki polskich żołnierzy, snujących się tu i ówdzie, z opuszczonymi głowami, bez broni, zdawały się potwierdzać tę straszną wieść.
Po przejściu następnych paru kilometrów nagle posłyszeli za sobą tętent galopujących koni. Dwóch żołnierzy krzyczało coś do nich z daleka. Stanęli jak wryci i po chwili tuż przed nimi zatrzymali się kawalerzyści w charakterystycznych granatowych czapkach z czerwoną gwiazdą. A więc nie było wątpliwości: byli to Rosjanie. Posypały się krótkie i ostre pytania:
- Wy otkuda? Paliaki ili niet? Pakażytie dokumienty![8]
Po obejrzeniu okazanych im dowodów osobistych żołnierze (jak się okazało z NKWD[9]) zrewidowali ich w poszukiwaniu broni. Może też liczyli na jakąś zdobycz w postaci zegarków, ale się zawiedli, bo chocznianie wówczas już nic przy sobie nie mieli. Wreszcie rzucili tonem nie znoszącym sprzeciwu:
- Nu ładna! Tiepier postupajtie obratno! Dalsze nie lzia![10]
Czym prędzej więc zawrócili, bo w tej sytuacji nie mogli zrobić nic innego. Straszna nowina okazała się być prawdą: Lwów, napadnięty zdradziecko od tyłu, skapitulował. Wszystkie hołubione w sercach nadzieje w jednej chwili rozsypały się jak domek z kart. Polska przestała istnieć – została rozdarta na dwie połowy: jedną zagarnęli Niemcy, a drugą Sowieci. Złowrogie przepowiednie o IV rozbiorze naszej Ojczyzny stały się faktem.
Kiedy szli już z powrotem, zauważyli że na tych terenach co chwilę pojawiały się patrole rosyjskie; Niemców już tu nie było. Po drodze spotykali innych uciekinierów, którzy ich ostrzegali przed Ukraińcami, dokonujących rabunków i zabójstw Polaków, wracających do swych domostw. Trzeba więc było zachowywać najdalej posuniętą ostrożność.
Przeszedłszy parę kilometrów dalej napotkali jeszcze kilkakrotnie patrole rosyjskie; ci żołnierze także pytali, czy wędrowcy mają zegarki i nie ukrywali zawodu, że jest inaczej. Byli jednak uprzejmiejsi; częstowali ich papierosami i radzili, by jak najrychlej postupat’ obratno, do czego akurat nie trzeba było naszych zachęcać.
Chyłkiem i spiesznie zarazem przekradali się bocznymi drogami i nie oparli się aż na terenach, na których już niepodzielnie panował Wehrmacht. Zobaczyli na trakcie idące kolumny rozbrojonych oddziałów polskich, konwojowane przez niemieckie straże. Ci młodzi ludzie byli świadomi tego, że ich los został przesądzony – czekały ich Stalagi[11] i długa niewola. Na ich twarzach widać było krańcowe zmęczenie i rezygnację; wielu było rannych, którzy poruszali się z najwyższym trudem, a brutalni żołdacy kolbami karabinów wciąż ich popędzali naprzód.
Trójka chocznian ze zgrozą patrzyła na tę martyrologię bohaterskich żołnierzy, którzy poświęcili swe życie dla Ojczyzny. Wielu z nich padło na polach bitew, wielu miało umrzeć, nim dotrą do miejsca przeznaczenia. Ich widok budził litość i współczucie, ale nie wolno było podejść by podać im papierosa czy łyk wody, bez narażenia się na brutalne pobicie albo nawet i kulę w łeb.
Wujciu Julek w duchu dziękował Bogu, że nie znalazł się w ich gronie – wszak ledwo dwa lata temu ukończył służbę wojskową i tylko swej pracy na kolei (która niedawno została zmilitaryzowana) zawdzięczał, że nie został zmobilizowany przed wybuchem wojny. Miał ledwie 26 lat, a wujciu Jasiek – 31. Każdy z nich miał świadomość, że gdzieś tam wyczekują na tamtych matki i żony z dziećmi, nie wiedząc nawet, czy jeszcze żyją i co się z nimi dzieje. Tym bardziej więc współczuli tym nieszczęśnikom, a jednocześnie wdzięczni byli Opatrzności, że - mimo wszystko – dość szczęśliwie pokierowała ich losem.
Tak więc cała trójka, zgnębiona ogromem wrażeń i iście traumatycznych[12] przeżyć, szparko podążała w kierunku rodzinnych stron. Po drodze napotykali spalone domy, rozwalone obejścia gospodarskie – nawet drzewa owocowe były połamane w wyniku przejazdu kolumn pancernych. Na drogach dało się słyszeć dudnienie silników samochodów i pojazdów wojskowych oraz głośny wrzask niemieckich komend. Gdzieś daleko odzywały się przytłumione odgłosy detonacji pocisków artyleryjskich, ale wojna dobiegała już kresu.
Uciekinierzy nadal starali się iść bocznymi drogami, aby uniknąć kontaktu z patrolami– tym razem niemieckimi. Nieraz wstępowali do przydrożnej chaty, gdzie udawało się im wyprosić kawałek chleba. Czasem droga wiodła przez pastwiska i resztki zniszczonych lasów. Gdzieniegdzie wiły się dymy pastuszych ognisk; zwabieni zapachem pieczonych ziemniaków zatrzymywali się na chwilę, aby trochę podjeść i odpocząć. Pasący krowy chłopcy nie odmawiali im tej prostej strawy, dopytując się w zamian o szczegóły wydarzeń z frontu.
Szli spiesznym marszem na zachód, trzymając się linii Rzeszów – Dębica – Tarnów – Kraków. Myśl o tym, że oto kończy się ich niedola, a w domach czekają z utęsknieniem na ich powrót najbliżsi, dodawała im sił. Żyli jak ptaki polne – jak nie udało się im wyżebrać kromki chleba czy miski zupy, piekli wygrzebane z kartofliska ziemniaki lub po prostu jedli karpiele. Po drodze spotykali ludzi pracujących przy kopaniu ziemniaków czy sianiu zboża. I oni byli ciekawi wieści z frontu, w rewanżu opowiadając, jakie nowe porządki wprowadzają niemieccy okupanci. Przy tej okazji częstowano ich czasem resztkami własnej żywności, co dla zmizerowanych i wygłodniałych wędrowców było nie lada gratką.
Od długotrwałych i intensywnych marszów poocierali sobie nogi, ale nawet nie zwracali uwagi na ból; moczyli stopy w wodzie, troskliwie owijali w onuce i szli ciągle naprzód. Czasem udało się im przysiąść na chłopskiej furmance – wtedy trochę odpoczywali. Po całodziennym marszu zasypiali kamiennym snem w przydrożnej stodole lub nawet pod drzewem. W tych stronach czuli się bezpieczniej – tutaj nie było Ukraińców, którzy permanentnie zagrażali Polakom na wschodnich terenach.
Każdy dzień przybliżał ich do najbliższych. Wreszcie, po długiej, uciążliwej i bardzo niebezpiecznej wędrówce dotarli do swych domów i rodzin, gdzie na szczęście, wszystko zastali po dawnemu. Musieli przebyć przeszło 700-kilometrowy szlak, pełen zagrożeń i czyhającej na każdym kroku śmierci, aby - nie zyskując nic prócz stresu, zgryzot i wyczerpania - znaleźć się na powrót w swych cichych okolicach. Za to radość w ich rodzinach była ogromna – wszyscy domownicy witali ich serdecznie i dziękowali Bogu gorąco, że wreszcie spadł im z serca ciężki kamień troski o losy mężów, ojców braci i synów.
Kampania wrześniowa i równie powszechny, co bezsensowny towarzyszący jej exodus się skończyły, lecz czas hitlerowskiego piekła się dopiero rozpoczynał. Koszmar faszystowskiej nocy trzeba było nam wszystkim przeżywać przez wiele długich miesięcy i okupić niezliczonymi ofiarami i wielkim cierpieniem.



[1] exodus (łac. wyjście) – opuszczenie Egiptu przez plemiona hebrajskie; tu: masowe wyjście, ucieczka z jakiegoś terytorium; także masowa emigracja, opuszczenie kraju ojczystego.
[2] szpunt - drewniany mały kołek lub czop, służący do zatykania otworu w beczce (szpuntowania).
[3]wyrajbować (region. z niem.) – rozetrzeć.
[4] mleko osikowe – mleko będące w stanie przejściowym pomiędzy słodkim, a kwaśnym; jego spożycie powoduje perturbacje żołądkowe i biegunkę.
[5] Adam Gondek (1906 - 1984) syn nauczyciela i kierownika szkoły z Choczni. Członek klubu sportowego „Olimpia” w Choczni, „Związku Młodzieży” i chóru amatorskiego. Absolwent wadowickiego gimnazjum z 1928 roku. Po gimnazjum najpierw na wojskowym szkoleniu unitarnym w Różnie (1928-29), a następnie w Szkole Podchorążych Piechoty w Ostrowi Mazowieckiej (1929-1931). W 1931 roku promowany na oficera i przydzielony do 12 pułku piechoty na stanowisko dowódcy plutonu. Od 1934 do 1939 roku porucznik 20 pułku piechoty i wykładowca w szkole podchorążych w Krakowie. Uczestnik kampanii wrześniowej 1939 roku w stopniu kapitana, jako dowódca samodzielnej kompanii ciężkich karabinów maszynowych w składzie 6 Dywizji Piechoty. Dostał się do niewoli niemieckiej i przebywał w oflagach Arnswalde i Woldenberg. Po wojnie pracownik biurowy w Krakowie. Na emeryturę przeszedł w 1974 roku jako kierownik zaopatrzenia materiałowo-technicznego hotelu „Cracovia”. Po śmierci pochowany na Cmentarzu Rakowickim.
[6] stóg - stożkowaty stos siana, rzadziej słomy lub snopków zboża, układany zwykle wokół pionowego drąga. Taki sposób przechowywania chroni składowany materiał przed zawilgoceniem przez opady atmosferyczne.
[7] krakauer (z niem. Krakauer – krakowianin) – żart. lub iron.: mieszkaniec Krakowa.
[8] Wy otkuda? Paliaki ili niet? Pakażytie dokumienty! (ros.) – Wy skąd? Polacy, czy nie? Pokażcie dokumenty!
[9] NKWD, Narodnyj Kommissariat Wnutriennych Dieł (ros.) - Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych, centralny organ państwowy (ministerstwo) wchodzący w skład Rady Komisarzy Ludowych - rządu ZSRR, istniejący pod tą nazwą w latach 1917-1946. Początkowo NKWD zajmował się sprawami administracyjno-porządkowymi. Od 1934 r. rola komisariatu wzrosła po reorganizacji polegającej na wcieleniu do jego struktur OGPU (Objedinionnoje Gosudarstwiennoje Politiczieskoje Uprawlenije, Zjednoczony Państwowy Zarząd Polityczny - policja polityczna, wywiad i kontrwywiad działające w ZSRR w latach 1922-1934) i mianowania jego szefa Gienricha Jagody ludowym komisarzem spraw wewnętrznych (szefem NKWD), co było jednym z elementów przygotowań Stalina do Wielkiej Czystki lat 1934-1939. NKWD skupił cały aparat represji policyjnych ZSRR - od milicji kryminalnej poprzez wywiad i kontrwywiad, wojska ochrony pogranicza, administracyjne sądownictwo doraźne (trójki NKWD), po system obozów koncentracyjnych i pracy przymusowej Gułag (Gławnoje Uprawlenije Łagieriej). Komisariat nadzorował również lokalne instytucje rządowe, następnie w 1946 r. przemianowany został na Ministerstwo Spraw Wewnętrznych ZSRR. Na terenie całego kraju NKWD działał zarówno bezpośrednio, jak i przez komisariaty spraw wewnętrznych poszczególnych republik, będące jego filiami. Komisariat był głównym narzędziem w rękach władz radzieckich, którym posłużono się do ogromnych represji wobec własnych obywateli i poza granicami byłego ZSRR, a także masowych deportacji różnych narodowości w tym Polaków. Organy NKWD były także wykonawcą zbrodni katyńskiej - mordu oficerów Wojska Polskiego w 1940 roku, oraz rozstrzeliwań Polaków po wojnie i uwięzienia w byłych obozach koncentracyjnych.
[10]Nu ładna! Tiepier postupajtie obratno! Dalsze nie lzia! (ros.) – No, dobrze! Teraz idźcie z powrotem! Dalej nie wolno!
[11] Stalag (niem. skrót od Stammlager für kriegsgefangene Mannschaften und Unteroffiziere) - w czasie II wojny światowej niemiecki obóz jeniecki dla szeregowców i podoficerów.
[12] traumatyczny (z łac.) – szokujący, wstrząsający.


poniedziałek, 5 września 2016

Józef Zając - malarz z Choczni

Józef Zając urodził się 9 marca 1890 roku w Choczni Górnej pod numerem 134, jako najstarszy syn Teofila i Marianny z domu Cholewa. Z jego genealogii wynika, że oprócz Zająców (po linii męskiej) był również potomkiem choczeńskich Guzdków i Strzeżoniów.
Jeszcze przed odzyskaniem niepodległości ojciec Józefa i jego rodzeństwo przenieśli się do Tomic, gdzie ich potomkowie żyją do dziś.
Młody Józef uczęszczał do choczeńskiej szkoły ludowej, w której lekcji udzielano mu w izbach wynajmowanych od miejscowych gospodarzy. Już od najmłodszych lat przejawiał zdolności plastyczne ku uciesze swojej dobrotliwej mamusi i utrapieniu zafrasowanego przyszłością syna ojca. Najchętniej każdą chwilę spędzał na szkicowaniu otaczającego go pejzażu. Zachwycał się wszystkim co było w zasięgu jego wnikliwego wzroku- od przyrody, zwierząt, ptaków, owadów po zwykłe codzienne życie rodziny i sąsiadów. Szczegóły, które akcentował na pracach były tak realistyczne jak na kilkunastolatka, że zainteresowały miejscowego nauczyciela rysunku. Po rozmowie z rodzicami, którzy zezwolili na dodatkowe lekcje, z tygodnia na tydzień rozwijał swe umiejętności, szkolił technikę i kreskę. Edukację kontynuował w seminarium nauczycielskim w Krakowie (od 1909 roku). Wraz z utworzeniem w Choczni oddziału Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” włączył się aktywnie w jego działalność. W 1913 roku został członkiem choczeńskiej Sokolej Drużyny Polowej,  w ramach której odbywał ćwiczenia w zakresie posługiwania się bronią palną i taktyki walki. 
Dążąc do realizacji swoich planów i zainteresowań z dzieciństwa, w 1913 roku podjął decyzję o rozpoczęciu studiów malarskich na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, pod kierownictwem znanego malarza, rysownika i grafika Teodora Axentowicza. A że wkrótce doszło do wybuchu I wojny światowej i Józef Zając jako żołnierz 56 pułku piechoty walczył na froncie rumuńskim i włoskim, to studia malarskie ostatecznie ukończył dopiero w 1925 roku. 


W czasie studiów brał udział w wystawie Towarzystwa Sztuk Pięknych w Krakowie w 1918 roku, podczas której pokazano jego malowaną pastelami pracę pt. ”Chłopczyk”, obok takiej osobistości świata artystycznego jak Leon Wyczółkowski. Po raz kolejny wystawiał swoje prace w roku 1922, na Wystawie Związku Powszechnego Artystów Polskich w Krakowie. 
W jednym ze swoich życiorysów Józef Zając wspomina także studia artystyczne w Włoszech. Być może bezpośrednio po zakończeniu I wojny światowej, skoro tam właśnie zastał go koniec działań wojennych.
Niewyjaśniona pozostaje również kwestia egzaminu dojrzałości artysty. W życiorysie z 1945 roku Zając podaje, że zdał go dopiero w 4 października 1926 roku, czyli po zakończeniu studiów (3 czerwca 1925) !
Gdzie indziej podaje z kolei, że maturę zdał już w 1913 roku.
Józef Zając był żonaty z Anną z domu Olech, z którą mieszkał w maleńkim mieszkaniu w Krakowie przy ul. Św. Krzyża. Tam urodziły się ich dzieci- kolejno: Oleńka, Lusia i Miecio. Aby zapewnić rodzinie byt, Józef Zając wykonywał różnorakie prace na zlecenie i w ciasnym pomieszczeniu na poddaszu malował swoje obrazy. 
W 1921 roku malarz podjął się wykonania Drogi Krzyżowej w technice olejnej w kościele parafialnym Świętego Michała Archanioła w Mszanie Dolnej, nie zachowanej do dzisiaj w wyniku zniszczeń wojennych. Z powodu postępującej szybko choroby żony rodzina Zająców przeprowadziła się w 1925 roku z Krakowa do Starego Sącza, gdzie chora Anna i dzieci znalazły się pod opieką sióstr klarysek, a Józef podjął pracę nauczyciela rysunku w tamtejszym seminarium nauczycielskim. I wtedy, gdy wydawać by się mogło, że wszystko dąży ku lepszemu, w roku 1926 zmarła ukochana żona malarza. Borykający się z wieloma problemami Józef przeprowadził się do Łazisk Średnich na Górnym Śląsku i rozpoczął pracę w szkole powszechnej. Kilkanaście miesięcy po śmierci żony zdecydował się poślubić jej siostrę Marię. 
W latach 1929-1939 Józef Zając pracował w Lublińcu. Najpierw w gimnazjum (1929-1932), później równocześnie w gimnazjum i w szkole powszechnej (1932-38), a roku szkolnym 1938-39 tylko w szkole powszechnej. W czasie pracy w Lublińcu w 1931 roku (29 maja) zdał w Krakowie egzamin na nauczyciela szkół średnich.
 
Autoportret 1943
Okres II wojny światowej spędził w Kielcach. Po wojnie  powrócił do Lublińca (1945-1948), a następnie kierował Państwowym Koedukacyjnym Gimnazjum i Liceum w Leśnicy Opolskiej (1948-1949). W 1949 roku przeniósł się na krótko do Lublińca, a rok szkolny 1949/50 dokończył w szkole podstawowej w Łagiewnikach Małych. Do kwietnia 1952 roku uczył ponownie w Leśnicy, by ostatecznie osiąść w Rabce, gdzie objął posadę wychowawcy i instruktora w Dziecięcym Ośrodku Sanatoryjno-Prewentoryjnym. W 1963 roku przeszedł na zasłużoną emeryturę. Zmarł w wieku 84 lat, 4 stycznia 1974 roku w swoim rabczańskim mieszkaniu przy ulicy Podhalańskiej.

Z podopiecznymi w Rabce
Akwarele i obrazy olejne  Józefa Zająca nie są powszechnie znane, mimo ich niewątpliwych walorów artystycznych i bardzo rzadko znajduje się w obrocie aukcyjnym. W 1993 roku obraz olejny Józefa Zająca datowany na 1937 rok został sprzedany za 1500 zł w Domu Aukcyjnym Desa Unicum, w Warszawie. To wysoka cena, wynikająca także po części z unikalności prac Józefa Zająca na rynku antykwarycznym.
Inny jego obraz, zatytułowany „Nasturcje”, pojawił się w obrocie aukcyjnym w 2009 roku. Był namalowany w Krakowie w 1919 roku i przez wiele lat znajdował się w rękach prywatnych we Lwowie. 











Ciekawostką jest portret Adama Mickiewicza autorstwa Zająca, który do dziś zdobi aulę Zespołu Szkół nr 1 w Lublińcu, noszącego imię poety.
Talent plastyczny po pradziadku przejęła jego prawnuczka Ewa, autorka pracy licencjackiej na temat twórczości Józefa Zająca, z której pochodzi nie tylko duża część zamieszczonych tu informacji i ilustracji, ale również wprost cytowane fragmenty.


czwartek, 1 września 2016

Exodus września

Pierwszy fragment wspomnień Ryszarda Woźniaka, dotyczący tułaczki po wybuchu II wojny światowej, we wrześniu 1939 roku. Tekst został udostępniony dzięki uprzejmości Krzysztofa Woźniaka, syna Ryszarda.

Exodus września

Druga wojna światowa spadła na mieszkańców małych miasteczek i cichych wsi nagle i niespodziewanie. 
Jej płomień rozgorzał błyskawicznie na zachodnich i południowych rubieżach Polski i rozpalał się coraz szerzej. Już 3 września niemieckie zagony podchodziły pod Bielsko. Olbrzymie rzesze uchodźców zaczęły się przewalać główną trasą z Bielska do Krakowa. Wywołany przez hitlerowską propagandę paraliżujący strach zaczął ogarniać kolejne miasta i wioski – dotarł również do Choczni.

Tak jak wszędzie - również i tu zbierały się gromady uciekinierów z tobołkami na plecach i zaczęły powiększać narastający tłum uchodzących mężczyzn, pozostawiających kobiety i dzieci na łasce losu. Jak już wspominałem, jednym z pierwszych, który zdecydował się na ten desperacki krok był nasz Ojciec. Wraz z bratem Staszkiem i kuzynem Mamy, Antkiem Bandołą opuścili nas 1 września i ruszyli na wschód.
Przez przeszło trzy tygodnie uciekali przed postępującym szybko frontem, który jednak ich nie tylko dogonił, ale i przegonił; następne trzy tygodnie wracali do swoich. Każdego dnia po wielekroć ocierali się o śmierć, przeżyli koszmar głodu, strachu i skrajnego wyczerpania.
Po powrocie, kiedy Ojciec podjadł i nieco odsapnął, rozpoczął swą dramatyczną opowieść. Opuściwszy Chocznię początkowo przepychali się przez wielką falę uchodźców. Działy się tam wstrząsające sceny: jedni parli naprzód, inni zawracali, a wojsko co pewien czas spędzało tę gęstwę ludzką na bok, by utorować przejście dla piechoty i kawalerii. Droga znaczona była wyrwami po bombach, a w rowach leżały trupy cywilów i żołnierzy - pierwszych ofiar wojny. Co jakiś czas nadlatywały samoloty niemieckie i prażyły z małej wysokości do tłumu, siejąc śmierć, popłoch i zamieszanie. Kto żyw krył się pod drzewami, w pobliskich zaroślach. Po nalocie pochód ruszał naprzód, a po godzinie czy dwóch koszmar powtarzał się od początku. Była to istna droga przez mękę.
W tym stanie rzeczy Ojciec wraz z towarzyszami postanowili iść z dala od szosy - przechodzić polami, wśród domów i drzew. Tak było bezpieczniej, chociaż i tu nękali ich powietrzni piraci. Wreszcie pod wieczór dotarli do kop siana pod lasem. Posilili się naprędce zapasami zabranymi z domu i zagrzebani w sianie zasnęli.
Rano, skoro świt wystrzały i ryk silników samolotowych poderwał ich na nogi. Nie mieszkając ruszyli w dalszą drogę. I tak już było co dnia - przemierzali drogi i ścieżki, trzymając się w pewnym oddaleniu od szosy. Mijali pola i lasy, malownicze domki okolone sadami, w których kusiły swym wyglądem dorodne jabłka, gruszki i śliwy. Zdarzało się im zatrzymać na chwilę i narwać soczystych owoców, wspaniale gaszących pragnienie i oszukujących głód. Napychali też jabłkami plecaki, robiąc zapasy na czarną godzinę. W ten sposób przemierzyli w upale 40 kilometrów (co stało się ich normą dzienną), aż dotarli do jakiejś stodoły; tam upadli zmordowani na słomę i zasnęli natychmiast.
I tak maszerowali wytrwale dzień po dniu. Ojciec, mający doświadczenie z przemarszów I wojny światowej, starał się udzielać rad swym kompanom. Na całe szczęście pogoda im dopisywała, wciąż bowiem było słonecznie i upalnie. Sprzyjało to uchodźcom i cofającym się pododdziałom polskim, lecz również ułatwiało działania zaczepne armiom niemieckim. Codziennie było kilkanaście nalotów, a po drodze dała się słyszeć nieustanna kanonada artyleryjska i wybuchy bomb. Niejednokrotnie musieli się kryć po przydrożnych zagajnikach i tylko szybka orientacja i refleks ratowały ich przed atakującymi znienacka messerschmittami[1].
Przechodząc przez okoliczne miasteczka byli świadkami licznych rozbojów i kradzieży. Bandy rabusiów i złodziei – podobnie, jak to było u nas - korzystając z ogólnego rozprzężenia i chaosu plądrowały sklepy i magazyny, wynosząc przede wszystkim odzież i materiały. Na ulicy leżały rozrzucone paczki papierosów i jakaś sztuka materiału, co widząc chocznianie skwapliwie pozbierali i zabrali ze sobą - było to dla nich bardzo ważne, aby mieć co palić. Po drodze natknęli się na grupkę Żydów, w pośpiechu ładujących swe towary na wozy, by w ucieczce szukać wybawienia. Najczęściej jednak tracili w niej nie tylko swój fajn geszeft[2], ale i życie.
Mimo, że oszczędnie nimi gospodarowali, skromne zapasy uciekinieromsię skończyły i w oczy zaczął im zaglądać głód. Początkowo jakoś sobie radzili - znaleziony materiał przehandlowali na jakąś wałówkę, lecz i to po pewnym czasie zostało skonsumowane. Chodzili więc po wsiach i za ostatnie grosze kupowali chleb i mleko. Rychło jednak skończyło się wszystko, pozostawało im tylko żebrać - i tak też robili. Zadowalali się kawałkiem suchego chleba i kilkoma godzinami snu w stodole, w kopie siana lub w najgorszym przypadku pod drzewem.
„Wszystko zależało od dobrej woli gospodarzy - mówił dalej Ojciec - jeśli byli wyrozumiali, dali się pożywić talerzem zupy, ziemniakami lub kęsem chleba. Ale bywało też, że ludzie byli nieżyczliwi i bez serca - odmawiali wszystkiego”. Zdarzało się więc, że posilali się karpielami[3] w polu lub po prostu piekli ziemniaki. Gdy tak pewnego dnia siedzieli przy ognisku, nagle w powietrzu dał się słyszeć przeciągły gwizd i kilkanaście metrów dalej eksplodował pocisk artyleryjski, a za chwilę drugi i trzeci. Zerwali się jak oparzeni i zaczęli uciekać w stronę pobliskiego lasu. Kiedy wpadli między drzewa poczuli się bezpieczniej, choć strzelanina dopiero się rozpoczęła. Dopiero po kilku godzinach, gdy wszystko ucichło, odważyli się pójść dalej.
Tak posuwali się ciągle naprzód, w codziennym zagrożeniu życia, głodni, niewyspani, brudni i potwornie zmęczeni. Nie można było nawet marzyć o tym, by się najeść, umyć, ogolić i wyspać - wojna straszna w swej istocie i katastrofalna w skutkach obejmowała coraz większe połacie kraju. Pewnego wieczoru, kiedy ze zmęczenia ledwo powłóczyli nogami, doszli się do jakiejś wioski. Gospodarz domu, do którego zapukali, okazał się człowiekiem życzliwym. Jego żona nakarmiła wędrowców ziemniakami ze skwarkami i zsiadłym mlekiem. Takiej uczty już dawno nie mieli. Pozwolono im także przespać się w stodole. Pokładli się więc pokotem i wkrótce zaczęli chrapać. Jedynie Ojciec nie mógł zasnąć - instynktownie wyczuwał niebezpieczeństwo. Nagle w ciemności błysnęła rakieta, a zaraz potem druga. Nie czekając na ciąg dalszy jął natychmiast szarpać śpiących jak susły kolegów:
- Chłopy - wołał - wstawajcie! Uciekajmy stąd prędko, bo czuję, że się tu coś niedobrego święci!
Wybiegli więc co rychlej i popędzili co sił w nogach do oddalonego około kilometra zagajnika. Znalazłszy się pod osłoną drzew wkrótce usłyszeli potężniejący warkot samolotów, po czym coś zahuczało i po chwili kilka bomb uderzyło w pobliskie stodoły i zabudowania. Jak się później dowiedzieli, gdzieś za pagórkiem w kotlinie ukryte były stanowiska polskiej artylerii. Stodoły natychmiast stanęły w ogniu, a wiatr szybko rozniósł płomienie na okoliczne chaty. Wokół rozlegał się ryk bydła i krzyki ludzi; jedni zdążyli wyskoczyć z domów i ratowali co się dało, inni byli lżej lub ciężej ranni. Zabudowania były suche jak pieprz, więc spłonęły bardzo szybko. Zbiegowie patrzyli na to z przerażeniem i dziękowali Bogu zarazem, że ich uratował od niechybnej śmierci.
„W trakcie dalszego marszu spotkaliśmy - ciągnął Ojciec - znajomego oficera z naszego 12 Pułku Piechoty, kapitana Mieczysława Barysa[4]. Opowiadał o ciężkich i krwawych walkach jakie toczyli w rejonie Oświęcimia, Zatora, Wysokiej, a potem Góry Ludwiki, Myślenic i Biskupic”.
- Teraz wycofujemy się w kierunku Tomaszowa Lubelskiego. Ciężko jest, ale nasi żołnierze walczą bohatersko do końca - powiedział kapitan. Odchodząc do swoich, sympatyczny oficer zostawił choczeńskim znajomym bochenek chleba i paczkę papierosów, z czego się wielce ucieszyli.
Zdziesiątkowany pułk odszedł pod Tomaszów, by w końcu wraz z 6 Dywizją Piechoty[5] znaleźć się w lasach pod Cieszanowem[6]. Tam zostali okrążeni i znaleźli się w sytuacji uniemożliwiającej dalszą walkę. Brak amunicji, żywności i lekarstw zmusił dowództwo 6 Dywizji (w skład której wchodził pułk) do poddania się. Mimo sprzeciwów dowódcy 12 pp, ppłk. dypl. Mariana Strażyca[7], dywizja skapitulowała 20 września.
Sytuacja z dnia na dzień stawała się trudniejsza. W każdej wsi pełno było uciekinierów, trudno było o nocleg, jeszcze trudniej o pożywienie. Któregoś wieczoru resztką sił dotarli do dużego dostatnio wyglądającego domu, z nadzieją, że coś tu zjedzą i odpoczną. Tymczasem spotkał ich srogi zawód, bo mieszkańcy właśnie przygotowywali się do wyjazdu - ładowali na wóz jakieś meble, zboże i ubrania. Nagle do gospodarza przybiega młody chłopak i woła:
- Tato! Nie możemy jechać, bo się Gniado źrebi!
- Chryste Panie, a to ci dopiero skaranie boskie! Matka! Franek! Zdejmować wszystko z wozu! Niech się dzieje co chce - zostajemy! - wyrzekał głośno mężczyzna. Do zdziwionych tą nagłą zmianą decyzji przybyszów zwrócił się zaś z prośbą o pomoc przy porodzie kobyły. Ojciec naturalnie nie odmówił - był w tych sprawach wytrawnym fachowcem – rzecz miała się wszak podobnie jak przy cieleniu krowy. Wszystko też poszło jak z płatka i kobyła oźrebiła się szczęśliwie. Ucieszony gospodarz zaprosił wszystkich na kolację - znalazła się nawet flacha niezłego bimbru i zagrycha. Chłopy podjadły jak za dobrych czasów i wypiły po kielichu, aż im w oczach pojaśniało. Potem wielce zadowoleni poszli spać do stodoły. Noc przeszła spokojnie, tylko z daleka słychać było wybuchy bomb.
Nazajutrz ruszyli w dalszą drogę, niezmiennie kierując się na wschód. Doszli tak do Dębicy. Wydawało się im, że powinni się oddalać od frontu, a było na odwrót. Wojna dokoła nich się jakby zagęszczała. I tu również drogi były zatłoczone wojskiem i gromadami uciekających ludzi. Wieczorami i w nocy na gwiaździstym niebie wrześniowym rozlewały się złowrogie łuny pożarów. Gdzieś daleko widać było wybłyski stanowisk artyleryjskich, a w powietrzu niosły się głuche wybuchy pocisków. W dzień natomiast z zajadłością polowały myśliwce i strzelały do wszystkiego, co się poruszało. Oczom wędrowców ukazywały się na wpół spalone domy, gdzieniegdzie leżeli martwi żołnierze, a nawet bydło rozstrzelane przez samoloty.
Nasuwa się nieodparcie wniosek, iż w czasie tej kampanii V kolumna działała w sposób przemyślny i zorganizowany. Dywersanci, zwerbowani wśród kolonistów niemieckich lub ludności ukraińskiej, kierowali i naprowadzali klucze messerschmittów na zabudowania, w których znajdowało się wojsko i polskie pozycje obronne.
Prawdziwe piekło rozpętało się jednak dopiero wtedy, gdy po minięciu Rzeszowa znaleźli się na drodze do Jarosławia. Przed nimi znajdował się most na rzece. Przemieszczające się furmankami pododdziały wojska i tłum cywilów stworzyli przed nim gigantyczną, nieprzebytą ciżbę. Wtem niespodziewanie pojawiły się nad nimi lecące na małej wysokości samoloty. Na skrzydłach miały biało-czerwone szachownice - wszyscy odetchnęli z ulgą, niektórzy zaczęli do nich machać rękami - bo to nasze, polskie, dawno nie widziane. Nagle zatoczyły koło i schodząc do lotu koszącego zaczęły prażyć w gęstwę ludzką z karabinów maszynowych. Wbrew wszelkim konwencjom niemieccy bandyci użyli polskich znaków, aby w ten sposób dokonać jeszcze większego pogromu.
Masakra była straszliwa. Na moście trup słał się gęsto, ludzie w panicznym strachu skakali na oślep do wody, tratowano się nawzajem - wszyscy za wszelką cenę chcieli się wydostać z tej śmiertelnej pułapki. Wrzaski i krzyki wzniosły się ku niebiosom, do rzeki spadały tłumoki, plecaki i walizki - rozgrywały się doprawdy dantejskie sceny[8].
Z pobliskiego miasteczka odezwały się polskie karabiny maszynowe i działka przeciwlotnicze, które zmusiły wraże maszyny do poderwania się i odlotu. Przedtem jednak zdążyły zrzucić kilka bomb, które na szczęście chybiły celu.
Kiedy wreszcie, na wpół żywi ze strachu i zmęczenia, przecisnęli się przez ten most śmierci wydawało im się, że powrócili z tamtego świata. Napotkane po drugiej stronie rzeki miasto leżało w gruzach, tam bowiem polskie wojska miały swe pozycje artyleryjskie, skąd raziły nacierających Niemców. Zaślepiony jednak paniką tłum, w obawie przed ponownym nalotem, parł wciąż naprzód. Należało się koniecznie wyrwać z tej gnającej w popłochu masy ludzkiej. Nie zwlekając tedy Ojciec wraz z garstką ocalałych towarzyszy skręcił w piaszczystą, biegnącą wzdłuż rzeki drogę, która doprowadziła ich do jakiejś wsi, gdzie próbowali wyżebrać choć trochę chleba. Niestety, nie dostali ani okruszyny, doszli więc do zagajnika, przy którym zieleniło się kartoflisko. Choć było zryte i skopane, lecz udało się im jeszcze wygrzebać trochę ziemniaków, które zaraz upiekli w ogniu. Cóż to był za przysmak - istne delicje!
Kiedy posilili się nieco i odpoczęli - ruszyli naprzód. Skierowali się jednak nie jak do tej pory na wschód, lecz bardziej na północ. Nie uszli daleko, gdy znów nadleciały samoloty. Tym razem nalot nie trwał tak długo i w porę udało się im umknąć do lasu, gdzie pozostali na nocleg. Przeżycia tego dnia były tak wstrząsające, że nie od razu mogli zasnąć. Kiedy wreszcie sen skleił umęczone powieki kolegów, Ojciec pozostał sam ze swoimi myślami. „Przypominały mi się - mówił - dawne szczęśliwe chwile spędzone z wami. Nawet chwila, gdy po całodziennej ciężkiej harówce przychodziłem do domu, wydała mi się rajem w porównaniu z tym, co przeżywałem teraz. Duszę moją targał niepokój o was wszystkich. Czy żyjecie, czyście zdrowi, czy wojna nie zniszczyła domu i dobytku, tak jak tutaj? Czy Bóg w swej łaskawości pozwoli mi zobaczyć bliskie, kochane twarze?
Przeżywałem najcięższą chwilę w swym życiu - ciągnął Ojciec. Opadły mnie złe myśli, niczym czarne kruki. Łzy napłynęły mi do oczu, a całym ciałem wstrząsały dreszcze. Zacząłem odmawiać koronkę na swym różańcu, z którym nie rozstawałem się nigdy. Powoli doznawałem pocieszenia i jakaś nadzieja wstępowała w skołatane serce. Tak pokrzepiony na duchu nareszcie zasnąłem...”
Skoro świt wyszli z lasu kierując się w stronę pobliskiej wsi. Na skraju drogi stał dom, w którym dostali trochę żywności. Podjadłszy nieco ruszyli w dalszą drogę. Coraz częściej spotykali zburzone wsie i miasteczka - miejsca koncentracji wojsk polskich, które stały się obiektem ataku niemieckiej Luftwaffe. Były to okolice Biłgoraja. Opodal sterczały strzaskane wozy, przodki artyleryjskie[9], jaszcze i pojedyncze działa rozbite przez granaty i bomby. W rowach leżały trupy ludzkie i końskie, a wokół dopalały się zgliszcza domów i zabudowań.
„Wszelkie te oznaki były zwiastunem nieuchronnego zbliżania się frontu. Za wszelką cenę staraliśmy się wyjść z jego zasięgu - kontynuował swą opowieść Ojciec. Codziennie robiliśmy po kilkadziesiąt kilometrów, a naszym celem stała się bezpieczna - jak się nam wydawało - Puszcza Solska[10]. Maszerowaliśmy wśród rozłożystych świerków i jodeł; było jakby ciszej, mogliśmy więc odetchnąć spokojniej. Kiedy się ściemniło zatrzymaliśmy się w napotkanej leśniczówce”.
Leśniczy okazał się zacnym i sympatycznym człowiekiem. Nie tylko poczęstował ich kolacją, ale i pozwolił przenocować w domu. Następnego dnia, posiliwszy się śniadaniem przygotowanym przez gościnną żonę gospodarza, podążyli dalej. Coraz częściej dochodziło do wymiany ognia artylerii polskiej i niemieckiej.
„Byliśmy w lesie - mówił Ojciec - i widzieliśmy jak zbliżały się niemieckie czołgi i waliły z dział i karabinów maszynowych. Na skraju lasu stało parę murowanych domków - zza ich zasłony terkotały polskie kaemy[11], a działa strzelały na wprost. Szybko jednak wymacały je niemieckie samoloty i po zbombardowaniu baterie nasze zamilkły. Było już całkiem ciemno, kiedy wyszliśmy z lasu i dotarliśmy do jakiejś wioski. Naszym marzeniem - ciągnął - było uprosić choć kawałek chleba i przespać się, gdyż byliśmy do cna wyczerpani.
Kiedy tylko lekki brzask rozjaśnił ciemności, powlekliśmy się dalej. Nie wiedzieliśmy, w którym kierunku mamy iść. Na chybił-trafił znów skierowaliśmy się do lasu i po prostu szliśmy przed siebie. Było nam już wszystko jedno. Chcieliśmy tylko, aby to już się jak najprędzej skończyło - byliśmy głodni, zmordowani, a nasze nerwy były napięte jak postronki. Wieczorem doleźliśmy do chaty stojącej przy drodze. Udało nam się dostać trochę chleba, popiliśmy wodą ze studni i nie patrząc na nic, nieżywi ze zmęczenia pokładliśmy się na słomie w stodole. Spaliśmy jak zabici do rana, kiedy nagle obudziły nas wołania gospodarza:
- Panowie, Niemcy są we wsi!”
W jednej chwili uciekinierzy zrozumieli, że dalsza ucieczka jest pozbawiona sensu. Zajęcie wioski przez Niemców zamykało im dalszą drogę, lecz i stanowiło kres beznadziejnej tułaczki. Było to zresztą jedyne rozsądne rozwiązanie; ludzie, którzy ich przenocowali dziwili się wielce, czemu wciąż uciekają przed czymś, co się i tak już stało.
Gospodarz był ludzkim człowiekiem, który się wczuwał w niewesołe położenie wędrowców - sam był kiedyś żołnierzem w I wojnie światowej. Na drogę dał im bochen chleba i poradził, którędy iść i jak się zachować w przypadku spotkania z Niemcami. Trzeba tu dodać, że w grupce tej Ojciec był w o tyle lepszym położeniu, że umiał po niemiecku i w razie czego mógłby się z nimi dogadać.
Wbrew pozorom kamień spadł im z serca. Wreszcie bowiem mogli (i musieli zarazem) wracać. Mieli teraz świadomość, że każdy kilometr przybliża ich do swoich. W duchu modlili się gorąco, aby udało im się wrócić i zastać bliskich w zdrowiu, a dobytek w całości. Po drodze spotykali straszliwy obraz zniszczenia i śmierci: spalone domy, zbombardowane drogi i stacje kolejowe. Szosą przejeżdżały kolumny czołgów, dział i samochodów, co jakiś czas mijali duże grupy jeńców - żołnierzy polskich, prowadzonych przez Niemców. Byli bardzo zabiedzeni i zmęczeni, wielu było rannych.
A oni szli wytrwale, po kilkadziesiąt kilometrów dziennie; zatrzymywali się tylko po to, aby się posilić i przespać gdzieś w kącie. Spotykali litościwych ludzi, którzy częstowali ich przysłowiową kromką chleba czy talerzem zupy. Opowiadali o miejscach, gdzie wojska polskie bohatersko walczyły z wrogiem, za co Niemcy rozstrzeliwali jeńców, podpalali wioski i dziesiątkowali ich ludność.
Pewnego dnia, kiedy znużeni i głodni wlekli się drogą, mijająca ich konna bryczka zatrzymała się, a starszy, miły jegomość kiwnął im ręką przyjaźnie, proponując podwiezienie, z czego skwapliwie skorzystali. Nowy znajomy - pan o sarmackim wyglądzie i sumiastym wąsie okazał się właścicielem niewielkiego folwarku, wracającym do domu z miasta. W trakcie rozmowy częstował ich papierosami i żywo interesował się przeżyciami, których doświadczyli w trakcie swej ucieczki. Opowiadali więc o swych wojennych przygodach, a pan słuchał uważnie i ze współczuciem spoglądał na wynędzniałe twarze podróżnych. Kiedy powóz zbliżył się do celu podróży, jegomość ów zaprosił wszystkich do swego domu na kolację, co zostało przyjęte z głęboką wdzięcznością.
Dworek, przed który zajechali był skromny, lecz wygodny, a jego wygląd świadczył o tym, że mieszka tu od lat stara szlachecka rodzina. Pani domu - dostojnie wyglądająca jejmość - życzliwie podjęła niespodziewanych gości i uraczyła ich pożywnym posiłkiem, który wydał się im ucztą iście królewską. Pojawiła się też niezgorsza butelczyna domowej śliwowicy. Po paru głębszych nastroje się poprawiły i rozmowa potoczyła się całkiem swobodnie. Gospodarz wyznał poufnie, że ich syn jest oficerem i walczy na froncie, lecz o jego losie nic im nie wiadomo. Z jego ust także chocznianie usłyszeli potwierdzenie wiadomości, że 17 września Armia Czerwona[12] wkroczyła na wschodnie tereny Polski. Wprawdzie wcześniej krążyły o tym pogłoski, ale nie dawali temu wiary - teraz jednakże okazało się to prawdą. Owo przysłowiowe wbicie noża w plecy oznaczało kres wszelkich nadziei na kontynuowanie obrony. Poczciwy szlachcic mówiąc o tym aż się popłakał z żałości, tym bardziej, że się obawiał o los swego syna.
Ojciec wraz z towarzyszami byli wstrząśnięci tą hiobową[13] wieścią. Pomarkotnieli zaraz i zaczęli dyskutować o beznadziejności obecnej sytuacji i tragicznym losie żołnierzy. Rozprawiali tak długo w noc, aż w końcu gościnny gospodarz, widząc zmęczenie swych gości kazał ich ulokować w izbie czeladnej[14], na wygodnych posłaniach. Po tych wszystkich wrażeniach Ojciec znów długo nie mógł zasnąć, miał bowiem duszę wrażliwego patrioty i nie mógł się pogodzić z tym wielkim narodowym dramatem.
Nazajutrz rano pani domu podała obfite śniadanie i zaopatrzyła wędrowców na drogę w bochenek chleba, gomółkę sera i osełkę masła. Z wielkim wzruszeniem pożegnali tych dobrych i szlachetnych ludzi, z całego serca dziękując im za okazaną życzliwość i iście staropolska gościnność. Nie zwlekając dłużej wyruszyli do swoich.
Piękna, złota polska jesień była ich sprzymierzeńcem. Świtaniem już byli na nogach i do późnego wieczora wytrwale, swoim dawnym szlakiem, podążali w stronę domu. W ten sposób droga dzieląca strudzonych podróżnych od ich rodzin zmniejszała się niemal w oczach. Wreszcie wkroczyli na tereny województwa krakowskiego, by wkrótce znaleźć się w Kalwarii. Wtedy postanowili pójść do klasztoru i u stóp cudownego obrazu Matki Boskiej podziękować za ocalenie od śmierci i swój szczęśliwy powrót. Modlili się też gorąco, by czekały na nich całe domy, a w nich zdrowe rodziny. Opatrzność Boża i łaskawy los pozwoliły im na spełnienie tych pragnień. Ich odyseja[15] dobiegła końca. I pomyśleć - gdyby Ojciec został z nami, uniknąłby wszystkich niebezpieczeństw i przygód mrożących krew w żyłach...




[1] Messerschmitt (od nazwiska Willy Messerschmitt, konstruktora niem.) – marka wojskowych samolotów myśliwskich używanych przez Luftwaffe podczas II wojny światowej. Produkowane w wytwórni Messerschmitt AG w Augsburgu. Do najpopularniejszych należały Messerschmitt Bf 109 (jednosilnikowy samolot myśliwski) oraz Messerschmitt Bf 110 (dwusilnikowy ciężki samolot myśliwski i szturmowy).
[2]fajn geszeft (jid. z niem. fein Geschäft) - dobryinteres.
[3] karpiel – brukiew; dwuletnia roślina z rodziny krzyżowych, z rodzaju kapusta, pastewna i warzywna. Wytwarza duże, spichrzowe zgrubienie łodygowo-korzeniowe. Miąższ (u odmian pastewnych biały, u jadalnych - żółty) zawiera ok. 7% cukrów, sole mineralne oraz witaminę C.
[4] Mieczysław Piotr Barys (1896-1973), żołnierz I Brygady Legionów Polskich, major WP, w r. 1939 dowódca II batalionu 12 pp Ziemi Wadowickiej, odznaczony Krzyżem Virtuti Militari, Krzyżem Niepodległości i Krzyżem Walecznych; pochowany w Wadowicach.
[5] 6 Dywizja Piechoty (6 DP) – wielka jednostka piechoty Wojska Polskiego II RP. 9 maja 1919 r. na Śląsku Cieszyńskim rozpoczęto formowanie tej dywizji. W składzie dywizji były dwie brygady, w których znajdowały się po dwa pułki piechoty. W latach 1919-1920 dywizja uczestniczyła w wojnie z Ukraińcami o Małopolskę Wschodnią i wojnie z bolszewikami, w czasie której odznaczyła się szczególnym męstwem w bojach toczonych z oddziałami 1. Armii Konnej Siemiona Budionnego. Do historii przeszły jej zwycięskie bitwy pod Jelnicą, Zamoszem, Szpanowem, Klewaniem, Dubnem i Jarosławiczami. Za bohaterstwo wykazane w nich 54 oficerom i żołnierzom nadano Krzyż Orderu Wojennego Virtuti Militari, a 633 - Krzyż Walecznych. Jesienią 1920 roku dywizja dostała rozkaz by przejść na organizację pokojową, co wiązało się ze zmianą etatu i organizacji. Od tego czasu w skład 6 DP weszły 12, 16 i 20 Pułk Piechoty oraz 6 Pułk Artylerii Lekkiej, 6 Dywizjon Artylerii Ciężkiej oraz 6 Batalion Saperów. Miejscem stacjonowania dowództwa dywizji wyznaczono Kraków. Rozmieszczenie pododdziałów było następujące: dowództwo 6 Dywizji Piechoty – Kraków; 6 Pułk Artylerii Lekkiej – Kraków; 6 Batalion Saperów – Kraków, 20 Pułk Piechoty – Kraków; 12 Pułk Piechoty – Wadowice; 16 Pułk Piechoty – Tarnów. Okres międzywojenny to przede wszystkim okres intensywnego szkolenia pododdziałów dywizji. 23 marca 1939 roku podjęto decyzję o utworzeniu Armii „Kraków”, w skład której obok 6 DP weszły 7, 21, 23, 55 DP, 10 Brygada Kawalerii oraz Krakowska Brygada Kawalerii, tworzące Grupy Operacyjne „Bielsko” i „Śląsk”. Etat wojenny dywizji wynosił ponad 16 tys. żołnierzy. Od 1932 dowódcą 6 DP był gen. bryg. Bernard Mond. We wrześniu 1939 r. dywizja rozlokowana została na 18-kilometrowym pasie wokół Pszczyny z wysuniętym Oddziałem Wydzielonym „Ignacy” płk. Ignacego Misiąga. Ta część sił dywizji już 1 września weszła w styczność z nieprzyjacielem i walczyła na przedpolu Pszczyny, skutecznie broniąc pozycji w Brzeźcach i Wiśle Wielkiej przed niemiecką 5. Dywizją Pancerną. Kawaleria dywizyjna i saperzy zostali wysłani na przedpole jako Oddział Wydzielony „Wodzisław”, pozostałe siły dywizji pozostawały w odwodzie Armii pod Zatorem. Po południu dywizja otrzymała rozkaz marszu pod Pszczynę. Rankiem 2 września główne siły dywizji zostały ponownie zaatakowane przez niemiecką 5 DPanc. Około 200 czołgów zdołało przebić się przez pozycje 20 pp, rozbić III batalion, wyjść na tyły i rozbić artylerię dywizyjną. W tej tragicznej sytuacji dowódca pułku rzucił w samobójczym ataku dla zatrzymania czołgów dwa bataliony 16 pp pod wsią Ćwiklice na otwartej przestrzeni, wskutek czego zostały one zniszczone. Pomimo ciężkich strat po obu stronach, dywizja wytrwała na pozycjach do 4 września, kiedy wraz z resztą Grupy Operacyjnej „Boruta” dostała zadanie odwrotu w kierunku przepraw na Dunajcu i Tarnowa. 5 września 6 DP odpierała ataki niemieckie na linii Wisły od Tyńca do Skawiny. W tym czasie 12 pp walczył z pod Myślenicami z 1 Dywizją Górską. W dniach 7 i 8 września dywizja walczyła w obronie przepraw na rzece w rejonie Biskupic Radłowskich. Chaos spowodowany rozbiciem sąsiedniej 21 DPGór. spowodował paraliż. Zdołał przeprawić się przez Dunajec tylko 16 pp. Przedwczesne wysadzenie mostu spowodowało jeszcze większą panikę i przemieszane oddziały 6 DP i 21 DPGór. ruszyły na północ, aby tam szukać kolejnych miejsc przepraw. Mimo wszystko dywizji udało się wyjść z okrążenia i maszerować za San. Obrona przepraw na Sanie nie powiodła się i w składzie Grupy Operacyjnej „Boruta” gen. Mieczysława Boruty-Spiechowicza dywizja wzięła udział w bitwie pod Tomaszowem Lubelskim, mającej na celu wyrwanie się z okrążenia polskich sił i przebicie się do Lwowa. 17 września dokonała udanego ataku pod Józefowem i Nowinami na siły niemieckiej 28 DP, a następnie wykorzystując lukę w niemieckiej obronie uderzyła na Narol, który zdobyła i Rawę Ruską. 19 września dotarła do Rawy Ruskiej, jednak została całkowicie okrążona. W tej sytuacji 20 września gen. B. Mond podjął decyzję o złożeniu broni. Do tego czasu siły dywizji stopniały do ok. 3 tys. żołnierzy.
[6] Cieszanów – miasto w woj. podkarpackim, w powiecie lubaczowskim, siedziba gminy; położony na Płaskowyżu Tarnogrodzkim nad rzeką Brusienką, w 2004 r. liczył 1,9 tys. mieszkańców.
[7] Marian Strażyc (1894-1943) - ppłk dypl. Wojska Polskiego. Absolwent szkoły średniej z maturą. Wcielony do służby w armii rosyjskiej ukończył kurs szkoły oficerskiej. Brał udział w walkach na froncie; awansowany do stopnia podporucznika, a następnie porucznika (5 XI 1916). Od jesieni 1917 w I Korpusie Polskim w Rosji, po jego rozwiązaniu w czerwcu 1918 powrócił do kraju. W Wojsku Polskim od listopada 1918. Z dniem 25 XI 1918 mianowany kapitanem, służył w Departamencie Artylerii MSWojsk. na stanowisku referenta. Podczas wojny polsko-bolszewickiej walczył w szeregach 71 pp. W latach 1921-1923 słuchacz Wyższej Szkoły Wojennej w Warszawie. Z dniem 1 X 1923 przydzielony do sztabu Dowództwa Okręgu Korpusu VIII w Toruniu. W latach 1924-1926 wykładowca prawoznawstwa i ekonomii społecznej w Oficerskiej Szkole Artylerii w Toruniu. Awansowany 17 XII 1924 do stopnia majora ze starszeństwem od 15 VIII 1924. W latach 1924-26 słuchacz WSWoj. w Warszawie. W r. 1926 przeniesiony do Oddziału III Sztabu Generalnego, gdzie pełnił różne funkcje; od 23 XI 1928 szef wydziału. Z dniem 8 IV 1931 skierowany z Oddziału III SG na kurs informacyjny broni pancernych dla oficerów sztabowych i dyplomowanych w Centrum Wyszkolenia Broni Pancernych w Modlinie. 1 X 1931 przeniesiony z Oddziału III SG do 3 ppanc. na stanowisko zastępcy dowódcy. Po reorganizacji w broni pancernej od 19 XII 1933 do 6 VI 1934 dowódca 3 Batalionu Czołgów i Samochodów Panc. w Warszawie, a od VI 1934 do 1938 dowódca 2 Batalionu Czołgów i Samochodów Panc. w Żurawicy. 1 I 1935 awansowany do stopnia ppłk. dypl. Od X 1938-VI 1939 wykładowca i kierownik przedmiotu taktyka broni pancernej w WSWoj. w Warszawie. 24 VII 1939 mianowany dowódcą 12 pp w Wadowicach., którym dowodził podczas wojny obronnej 1939 w składzie 6 DP. Walczył z wrogiem na szlaku bojowym pułku: pod Myślenicami, nad Dunajcem, potem na Lubelszczyźnie. Po kapitulacji 6 DP pod Cieszanowem, od 20 IX 1939 w niewoli niemieckiej. Przebywał w oflagu VII A w Murnau, gdzie zmarł 29 XII 1943. Pochowany na cmentarzu obozowym.
[8] dantejskie sceny (od nazwiska Dante, poety wł.) – sceny wstrząsające, straszne, budzące grozę - wyrażenie określające zwykle zachowanie się ludzi ogarniętych paniką, rozpaczą, w momencie katastrofy, kataklizmu itp. dramatycznej sytuacji (nawiązujące do scen opisanych przez Dantego w poemacie „Piekło”, I części „Boskiej Komedii”).
[9] przodek artyleryjski - pojazd kołowy, będący podporą ogona działa i stanowiący jego przednie półwozie w czasie marszu, przewożący również skrzynię z amunicją.
[10] Puszcza Solska – wielki kompleks leśny w południowej części województwa lubelskiego, złożony głównie z borów sosnowych, w części sztucznie nasadzonych. Puszcza Solska leży w Kotlinie Sandomierskiej, na Równinie Biłgorajskiej, na południe od pasma Roztocza. Stanowi przedłużenie Puszczy Sandomierskiej i Lasów Janowskich, z którymi graniczy od zachodu. Ciągnie się w kierunku południowo-wschodnim aż do granicy Polski z Ukrainą.
[11] kaem, karabin maszynowy - samoczynna, zespołowa broń palna strzelająca amunicją karabinową o kalibrze do 20 mm. Karabiny maszynowe zasilane są taśmą nabojową lub magazynkiem, gdzie umieszczona jest amunicja. W czasie II wojny światowej najczęściej używane były ręczne karabiny maszynowe (rkm, erkaem). Do najpopularniejszych w Europie należały: niemieckie MG, radzieckie diegtiariewy i polskie browningi.
[12] Armia Czerwona, (właśc. Robotniczo-Chłopska Armia Czerwona, od 1946 Armia Radziecka) - radziecka formacja zbrojna tworząca, wraz z Czerwoną Marynarką Wojenną i wydzielonymi jednostkami policji bezpieczeństwa, siły zbrojne ZSRR. Powołana na podstawie dekretu Rady Komisarzy Ludowych z 1918, początkowo ochotnicza, o ściśle klasowym charakterze, z obieralnymi dowódcami, bez stopni i rang. Podporządkowana Ludowemu Komisariatowi Spraw Wojskowych i Morskich, na którego czele w latach 1918-1925 stał L.D. Trocki. W maju 1918 wprowadzono powszechny obowiązek służby wojskowej oraz stanowisko komisarza politycznego we wszystkich jednostkach od kompanii w górę, zniesiono ponadto wybieralność dowódców. Od września 1918 sprawy wojskowe należały do kompetencji głównodowodzącego siłami zbrojnymi Republiki Radzieckiej, J. Vacetisa. Korpus oficerski liczącej 3 mln żołnierzy (1920) Armii Czerwonej stanowili byli oficerowie carscy (tzw. wojenspece), którzy w praktyce podlegali decyzjom komisarzy politycznych (politruków). W latach 1922-1933 Armia Czerwona prowadziła współpracę szkoleniową z wojskami Republiki Weimarskiej, umożliwiając Niemcom nierespektowanie ograniczeń wojskowych, nałożonych na nich wersalskim traktatem pokojowym (1919). Zredukowana po utrwaleniu władzy przez bolszewików do 600 tys. (1925), 10 lat później, wobec antykomunistycznej polityki A. Hitlera i ataków Japończyków na Mandżurię, powiększona do 1250 tys. W 1934 dowództwo nad Armią Czerwoną objął Ludowy Komisarz Obrony. W 1935 utworzono zawodowy korpus oficerski wraz z odpowiednimi rangami wojskowymi. Silne upolitycznienie Armii Czerwonej przejawiało się m.in. w: kompetencjach jej Zarządu Politycznego, przynależności dowódców operacyjnych i oficerów do partii komunistycznej, awansach za zasługi polityczne oraz stałej ingerencji policji politycznej, i stanowiło podstawową przyczynę jej słabości. W latach 1937-1939 w procesach politycznych (Wielka Czystka) skazano i stracono większość radzieckiej kadry oficerskiej (m.in. marsz. M. Tuchaczewskiego). Niepowodzenia w wojnie z Finlandią (wojna radziecko-fińska 1939-1940) spowodowały wstrzymanie represji politycznych w Armii Czerwonej i powołanie na stanowiska dowódcze kompetentnych oficerów z generałem G. Żukowem jako szefem Sztabu Generalnego na czele. W czasie II wojny światowej Armia Czerwona poniosła straty szacowane na około 7-10 mln osób. Po 1945 liczba żołnierzy wahała się, w zależności od przyjmowanych tendencji w polityce zagranicznej, od 2 do 5 mln. Od 1953 stale wzrastały wpływy wyższej kadry oficerskiej Armii Radzieckiej na mechanizmy władzy w ZSRR, doprowadzając do powstania specyficznego lobby wojskowego obok ugrupowań partii komunistycznej. W sierpniu 1991 brak poparcia ze strony Armii Radzieckiej dla organizatorów zamachu stanu przeciwko prezydentowi ZSRR M. Gorbaczowowi rozstrzygnął o niepowodzeniu tzw. puczu moskiewskiego. Kryzys Armii Radzieckiej i jej struktur dowódczych potwierdziła wojna w Afganistanie (1979-1989) oraz przeciwko Czeczenii (1994-1995). We wrześniu 1993 ostatnie oddziały Armii Radzieckiej opuściły tereny Polski.
[13] hiobowa wieść (od imienia Hiob – postać biblijna) - tragiczna, przerażająca wieść, wiadomość o wielkim nieszczęściu.
[14] izba czeladna - w dawnych dworach izba, w której mieszkała służba, czeladź.
[15] odyseja (z gr. Odysseia – poemat epiczny Homera, od imienia gł. bohatera) – długa wędrówka obfitująca w przygody.