środa, 7 grudnia 2016

Wspomnienie o Józefie Wróblu - II

Postać niedawno zmarłego Józefa Wróbla we wspomnieniach jego szkolnego kolegi Ryszarda Woźniaka.
Udostępniono dzięki uprzejmości Krzysztofa Woźniaka, podobnie jak zamieszczony wcześniej pierwszy tekst wspomnieniowy (LINK).

Kiedy czasem przyjeżdżam letnią porą do Choczni, lubię siadywać w zacisznym zakątku nad brzegiem rzeki. Wsłuchuję się w cicho szemrzące jej fale, z którymi hen, w dal płyną moje myśli. Obejmuję wzrokiem „Wróblową wyspę” i wracam wspomnieniami do dawnych lat, w których odgrywa ona znaczącą rolę.

(…) Tam właśnie któregoś razu spotkaliśmy starszego ode mnie chłopca, patrzącego na nas zdziwionym wzrokiem. Jasne, rozmierzwione włosy, pucołowata twarz i siwe, poczciwe oczy sprawiały sympatyczne wrażenie. Należały do Józia Wróbla, jednego z synów naszych sąsiadów zza rzeki. Nie wiedziałem wówczas, że los zetknie nas w przyszłości ze sobą.
A stało się to kilka lat później, w szkole, kiedy Józek, patrzący na świat innymi, rozmarzonymi i melancholijnymi oczyma, zaczął nieśmiało spozierać w moją stronę. Zachęcony przyjaznym spojrzeniem dziwnie łatwo przylgnął do mojej osoby, jakby wyczuwał we mnie bratnią duszę. Najpierw wyjawił mi, że interesuje się literaturą, a zwłaszcza poezją, później, nabrawszy snadź większego zaufania, w największym sekrecie wyznał, że pisuje wiersze. Były to rymy naówczas jeszcze prymitywne i nieskładne, lecz tkwiła w nich jakaś pasja i przemożna chęć opisania swych doznań i odczuć związanych z otaczającą nas naturą.
Zostałem jego powiernikiem – czytałem jego wiersze, wyrażałem też o nich swoje, być może nie do końca przemyślane, opinie. Jak już opisywałem, snując swe szkolne wspomnienia, przechowywałem również jego książki – pamiątki po bracie Nastku: utwory Sienkiewicza, Żeromskiego, Prusa, Kraszewskiego, Mickiewicza, Słowackiego – słowem bezcenne bogactwo duchowe jak na owe czasy. Wtedy także, mając 11 lat, zacząłem czytać „Trylogię”, która od razu urzekła mnie swym pięknem.

Po ukończeniu szkoły w roku 1940, nasze drogi się rozeszły. Ja po wysiedleniu zostałem wywieziony na przymusowe roboty do Niemiec, Józek pracował u bauera w Tomicach. Po wojnie wyjechałem do Bytomia i tam zapuściłem korzenie, on zaś pozostał w Choczni i rozpoczął pracę wiejskiego listonosza. Kontakty nasze stawały się coraz rzadsze - z czasem znacznie oddaliliśmy się od siebie. Kiedy raz za czas się spotykaliśmy, odczuwałem jednak pewnego rodzaju wyrzuty, bowiem Wróbel mówił niewiele i był do mnie niezbyt życzliwie nastawiony. Czy zaważyły tu moje nieopatrzne słowa krytyki jego twórczości, czy też był jakiś inny powód, dość, że Józek zaciął się w sobie. Lecz – jak to zwykle bywa – na stare lata człowiek powraca do swej przeszłości, więc i ja postanowiłem odnowić starą przyjaźń. Asumpt ku temu dał mi niedawno wydany tomik jego wierszy, który siostra Jula kupiła mi na pamiątkę.

Podczas naszego pobytu w Choczni w czerwcu 1995 roku zastukałem tedy któregoś ranka do drzwi mojego dawnego kolegi. Po dłuższej chwili zaspany Józek wyszedł przed dom. Usiedliśmy na ławce i patrzyliśmy na siebie. Znamię czasu wyryło swe piętno na naszych twarzach: siwizna na głowach, bruzdy na policzkach, powaga w oczach... Początkowo gospodarz zachowywał się z rezerwą, lecz pomału pierwsze lody zaczęły się przełamywać. Udało mi się stopniowo wytworzyć odpowiedni nastrój, który sprawił, że potoczyła się rozmowa o tym, co Józiowi było najbliższe – jego twórczości. Stwierdziłem, że zapewne włożył w nią całą swą duszę i dodałem, iż chylę czoło przed jego inwencją poetycką, bowiem opiewanie piękna otaczającego nas świata wymaga wielkiego wysiłku myśli i duchowego natchnienia. Umiejętność ta – to jest talent, dar od Boga, trwanie w stanie specjalnej łaski. Usłyszawszy to mój rozmówca wyraźnie się ożywił, a w jego oczach zabłysła jakaś niezwykła iskra; popatrzył więc, jak zwykle, w niebo i po chwili rozpoczął opowieść o swej dawnej przeszłości.

(…) Pradziadkami Józka byli Maria i Wiktor Woźniakowie (kto wie, czy nie byliśmy zatem dalekimi krewnymi), którzy prawdopodobnie zakupili ową połać gruntu w widłach dwóch rzeczek. Tam także postawili swój dom, na którego sosrębie wypisane były ich imiona i nazwisko. Dziadek Wiktor był choczeńskim fryzjerem, a w zasadzie golibrodą. Schodzili się więc doń wszyscy okoliczni gospodarze, którzy chcieli się ostrzyc lub ogolić. Przy tej okazji można było usłyszeć opinie odnośnie aktualnych wydarzeń politycznych, nowinki wioskowe czy też niesamowite historie o boginkach, strachach i upiorach, w czym rej wodził Korzenny, zażywający, jak wiemy, sławy miejscowego bajarza. Tu także poufnie poszeptywano, kto się z kim żeni, kto komu przyprawia rogi itp., czyli przekazywano sobie wszelkie plotki i skandale towarzyskie.

„Zaszywałem się w ciemny kąt, aby tylko móc posłuchać tych różnych, ciekawych wieści – ciągnął Józek. - W ten sposób dowiedziałem się, że w Ameryce ludzie mają w domu takie małe kina w drewnianych skrzyneczkach, które my wiele lat później poznaliśmy jako telewizję. Wiele mówiono o Hitlerze, o wydarzeniach w Związku Radzieckim, a także o wojnie w Abisynii" (…)

Rodzice Józka tworzyli parę odmiennych, zgoła kontrastujących ze sobą typów. Ojciec, wspominany już na tych kartach Szymon Wróbel, był filozofem, wolnomyślicielem i politykiem wioskowym. Ten zamiłowany gawędziarz, który z właściwą sobie swadą umiał opowiadać najprzeróżniejsze historie, mógł tak przegadać całą noc. Jego rangę podnosił fakt, iż w domu było radio – duża rzadkość w Choczni w tamtych latach. Schodzili się więc ludziska do Wróbla, aby sobie posłuchać, co się na świecie dzieje. Ja sam byłem tam z Ojcem kilka razy i zostałem oczarowany owym cudem techniki.
Matka, Maria (czyli po prostu Wróblino), była natomiast nadzwyczaj nabożną niewiastą – codziennie rano biegła do kościoła, zawsze przystępowała do komunii i często zostawała na drugiej mszy. Tymczasem dzieci i cały dobytek zdany był na łaskę losu. Krowy ryczały nieobrządzone, dzieci płakały nienakarmione, a ojciec klął na czym świat stoi, bo sam nie mógł wszystkiemu poradzić. Sam nie chodził do kościoła, tym bardziej więc irytowała go dewocja żony.
Przyjaciel mój miał liczne rodzeństwo, któremu poświęcił sporo uwagi w swych wierszach. Najstarszy brat, Anastazy, był wielce inteligentnym chłopcem i uczył się bardzo dobrze. (...) Nastek chodził do gimnazjum i w 1931 roku zdał tzw. dużą maturę, co było dużą nobilitacją społeczną, jak na owe czasy. Pracował jako główny księgowy w Urzędzie Skarbowym w Oświęcimiu. Był namiętnym palaczem i kawiarzem, lubił też grać w karty i w szachy. Czytał bardzo dużo; wśród krewnych i znajomych słynął jako koneser dobrej literatury. Cierpiał na wysokie ciśnienie i, niestety, nie stosował się do zaleceń lekarskich. Zmarł w roku 1976, mając 64 lata.
Siostra Rozalia (ur. w 1915 r.), miała pewne dewiacje psychiczne – dziś powiedzielibyśmy, że była transseksualistką. Ubierała się po męsku, w sposób wielce cudaczny, co wywoływało wielkie kontrowersje w tamecznym, znanym z nietolerancji, środowisku. Do odzieży kobiecej czuła obrzydzenie; pewnego dnia porąbała swe sukienki siekierką i ucharakteryzowana na mężczyznę ruszyła w świat. Było to jeszcze przed wojną. Po pewnym czasie złapała ją policja w Jędrzejowie (sic!). Nieszczęsną dziewczynę umieszczono w szpitalu dla psychicznie chorych, lecz stamtąd uciekła. Potem zaginęła bez wieści, prawdopodobnie się utopiła.
Brat Tadeusz (ur. w 1920 r.) zgłosił się na ochotnika do wojska w 1939 roku. Przebył całą kampanię wrześniową, a potem dostał się do sowieckiej niewoli. Następnie wstąpił do armii gen. Andersa i brał udział w walkach Drugiego Korpusu. Zmarł w Iranie na malarię w 1943 roku.
O rok młodszy brat Jan był według Józka typem nieco prymitywnym. Kiedyś, będąc już dużym chłopakiem, rąbał drzewo i nieopatrznie - zamiast w gałąź – z całej siły uderzył siekierą w nogę. Krew się leje, a ten śpiewa na całe gardło:
- Dana, dana – noga rozciupana!
Ożenił się z pewną wdową, z którą nie miał dzieci. Był przy tym także dziwakiem – wykopywał drzewa owocowe, twierdząc, że musi płacić od nich podatek, więc mu się to nie opłaca. Nie umiał właściwie prowadzić gospodarstwa. Pod koniec życia rozpił się i zmarł na zawał serca w 1985 roku.
Najmłodsza siostra, ruda jak wiewiórka Elżbieta, chodziła do szkoły razem z naszą Tenią, z czego wynikałoby, że urodziła się w roku 1927. W owych czasach rude włosy były swoistego rodzaju piętnem; nie darmo powiadano: „ryży i kuternoga - jak co dobrego, to już chwała Boga”. Wszyscy więc szydzili z dziewczyny, przezywając ją „rudą Elzą”. Jednak Elza znalazła sobie adoratora, który choć nosił „ubogie” nazwisko (zwał się bowiem Nędza), to wcale im się nie żyło nędznie.
Sam Józef, najbardziej osobliwa postać w rodzinie Wróblów, urodził się w 1923 roku. Był typem marzyciela i romantyka. Jak już wspominałem, od najmłodszych lat z upodobaniem chodził po lesie, patrzył w niebo, siadał na brzegu swej umiłowanej Konówki w cieniu drzew i słuchał - śpiewu ptaków i cichego szmeru potoczku, meandrującego wśród malowniczo rozrzuconych olch i wierzb. Może już wtedy rodziło się w głowie małego odludka pragnienie opisania w wierszach owego piękna, tkwiącego w otaczającym go królestwie natury?

Niestety, mój szkolny kolega nie mógł się poszczycić sukcesami w nauce. Jego perypetie na tym polu, a zwłaszcza nieprawdopodobne pierepałki z kierownikiem szkoły, Michałem Kornelakiem, opisałem w poprzednim wspomnieniu (LINK). 
Nie dziwota, że Józio czuł do tego belfra szczególną awersję i na sam jego widok dostawał drgawek.

(…) Czas płynął szybko, słoneczko już przygrzewało mocno, ale Józio wpadł w prawdziwy trans. Przypominał mi wszystkie nasze nauczycielki, każdej z nich wystawiając osobną cenzurkę: Orłowska, Chmielewcowa, Nowakowa, Taraskowa, Zrazikówna... Z żalem stwierdzał, że ja uczyłem się dobrze, a on miał spore z tym trudności. Podkreślał jednak, że pamięta, iż mu pomagałem i za to jest mi bardzo wdzięczny. Ku memu zaskoczeniu nie zapomniał także tego zdarzenia, kiedy po skończeniu siódmej klasy, we trójkę z Józkiem Mojskim, wybraliśmy się na przechadzkę do Księżego Lasu. Wspominaliśmy wspólne szkolne przeżycia, a ja w pewnej chwili powiedziałem:
- Chłopaki, jak to będzie, gdy się tu spotkamy za 50 lat?
I oto życie dało nam odpowiedź na to pytanie: od tej chwili minęło bowiem aż 55 lat. Wiemy już „jak to jest” – pewnie nie tak, jak sobie wtedy wyobrażaliśmy, lecz najważniejsze, że my wszyscy w ogóle doczekaliśmy tego momentu. Mam tu na myśli całą naszą paczkę, w skład której wchodzili jeszcze Klimek Skowron i Kazek Mlak. Mój interlokutor niestrudzenie wspominał o szkolnych dziejach naszej piątki, a także o spotkaniach organizowanych za stodołą przez wujcia Józka Bandołę w czasach, gdy ten należał do SN, jeszcze przed wojną. 
Opowiedział o późniejszych losach pozostałych trzech kolegów, po czym przeszedł do osobistych zwierzeń.

„W moim życiu przeżywałem wielki dramat, kiedy zgubiłem swoje pierwsze wiersze – kontynuował Józek. - Pod wrażeniem owego nieszczęścia poszedłem do swego ulubionego miejsca nad Konówką, a z mych oczu polały się łzy... I właśnie wtedy, w smutku i udręczeniu, pod kojącym wpływem szmeru fal strumyka, w mej głowie zaczęły się tworzyć nowe, nieznane rymy. Było to dla mnie niezwykłe objawienie. Odtąd, ilekroć przeżywałem podobny stan emocjonalny, szedłem w to miejsce, by doznawać nowego natchnienia. W naturze szukałem ukojenia i inspiracji – w tym wspaniałym świecie odkrywałem wciąż nowe tajemnice...”

Spoglądając nań zauważyłem, że oczy świecą mu niezwykłym blaskiem, a z całej twarzy bije jakieś uduchowienie. W pewnej chwili spytał, czy rozumiem po niemiecku. Kiedy przytaknąłem, z jego ust popłynęły - ku mojemu wielkiemu zdumieniu - wiersze Heinego. Jak się okazało, mój kolega, pracując podczas okupacji u bauera, natrafił na tomik poezji owego autora. Spisał sobie ich część, a potem wyuczył się tego na pamięć. Ot, co znaczy mieć romantyczną duszę i umiłowanie piękna...

Nie zważając na upływ czasu, Józek rozpoczął nową opowieść o tym, jak w latach młodości zainteresował się zielarstwem. Potem próbował grać na skrzypcach i mandolinie, ale nie miał do tego talentu. Stwierdził jednak, że wszystkie te poszukiwania i próby samorealizacji nie dawały mu żadnej satysfakcji – nie widział w tym istotnego celu. Przekonał się, że jego zainteresowania kierują się jednak w stronę poezji – w tym tkwi cała pasja jego życia. Dlatego też, mając świadomość, że ukończył tylko 7 klas szkoły powszechnej, zaczął ciężko nad sobą pracować. Nocami czytał, wprost zachłannie, wiele książek, szczególnie zajmowała go historia literatury. Po pewnym czasie wysiłek ten pozwolił na wypracowanie własnego warsztatu poetyckiej twórczości i zdobycie pewnego doświadczenia w tej dziedzinie.

„Wielkim i niezapomnianym dla mnie doznaniem – snuł swe wspomnienia niestrudzony gospodarz - było spotkanie z literatem góralskim Gąsienicą, podczas mego pobytu w Zakopanem. Z wyglądu niepozorny, należał do tych rzadkich osób, których swoisty wdzięk i charyzma biją z oczu i uroku słów. Twarz tego niezwykłego człowieka jaśniała jakimś przedziwnym blaskiem podczas naszej rozmowy. Wyczuł we mnie pokrewną duszę i w sposób niezwykle sugestywny przekazał mi całą moc swego objawienia poetyckiego. W ten sposób uzmysłowił mi, że i dla mnie jest ono celem życia.
Zapisałem się do Związku Literatów Ludowych Ziemi Wadowickiej i aktywnie uczestniczyłem w jego działalności. Nie było mi początkowo łatwo, ale kierowniczka grupy literackiej, pani Maria, podtrzymywała mnie na duchu. Była moją muzą – inspirowała mnie do tworzenia”.

Sądzę, że osoba ta była także pierwszym recenzentem utworów mego kolegi i zapewne udzielała mu wskazówek literackich. Dzięki niej napisał sporo nowych wierszy i dopracował dawniejsze. Podstawowym motywem jego twórczości było i pozostało piękno natury oraz wspomnienia z dawnego życia rodzinnego i zawodowego.

„Ta mała wysepka, porosła szumiącymi olchami, klonami i wierzbami, wśród których rad słuchałem ptasich świergotów, była światem mych nieustannych marzeń i fantazji - opowiadał Józek. – W koronach tych drzew tkwiły moje najtajniejsze myśli – tu najpełniej pracowała moja wyobraźnia i tu powstawały moje wiersze. Było więc dla mnie wielkim przeżyciem, kiedy moja znajoma literatka dokonała ich recenzji – uznała, że są interesujące i nadają się do publikacji.
Najwięcej trudności sprawiło mi napisanie wstępu. Wolałbym ułożyć dwa wiersze niż pisać cokolwiek prozą. Przedmowę tę chciał mi napisać Duda*, ale wziąłem sobie to za punkt honoru i zrobiłem to sam.
Kazano mi – ciągnął – przepisać to wszystko na czysto i wyraźnie na papierze liniowym. Z bijącym sercem przyniosłem przedmowę i same wiersze do redakcji. Ku mej wielkiej radości zostały przyjęte i wydane. Spełniło się moje marzenie życia. Za przyjęcie zbioru mych utworów do druku dostałem skromne honorarium, ale przeznaczyłem je dla biednych sierot – dzieci pocztowców.
I oto cała moja historia – zakończył swą opowieść Józek i popatrzył na mnie swymi siwymi, zadumanymi oczyma. – Pragnąłbym jeszcze raz doświadczyć tego przeżycia i ująć w strofach poezji wrażenia z mej wędrówki po Polsce. Ale nie wiem, czy Bóg pozwoli mi tego dokonać podczas reszty mego żywota...”

Słuchałem tych słów i coś we mnie drgnęło. W taki oto sposób ów prosty, skromny człowiek dziękował Bogu za to, że mógł urzeczywistnić marzenie swego życia. Stał się twórcą ludowym – piewcą naszych ukochanych stron rodzinnych, które są i na zawsze dla nas pozostaną najpiękniejszym miejscem na ziemi. Pisząc swe utwory, dołożył małą perełkę do wielkiego skarbca naszej narodowej kultury. 
Myślę, że należą mu się za to słowa uznania i podzięki. Kiedy przeglądam czasami jego wiersze, zawsze wydaje mi się, że z kart tej małej książeczki spoglądają na mnie zawsze te same - rozmarzone, nieśmiałe i zadumane, siwe oczy naszego choczeńskiego poety...

* Duda- Stanisław Duda (1897-1979) kierownik choczeńskiej biblioteki i świetlicy, reżyser przedstawień teatru amatorskiego.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Kalendarium choczeńskie- wydarzyło się między 5 a 11 grudnia

5 grudnia
  • 1897- urodził się Antoni Bylica, żołnierz 56 pułku piechoty, który zginął na froncie I wojny światowej.
  • 1926- zmarł Józef Siwiec, rymarz, utrzymujący się z napraw uprzęży końskiej, kanap, materacy i foteli.
  • 1914- urodziła się Wiktoria Ruła, później po mężu Rudzicka, radna Gminnej Rady Narodowej w Choczni i pracownica jej prezydium (1953). 
  • 1974- zmarł Józef Stanisław Malata, radny gminny 1946-1951, członek Komitetu Elektryfikacji Choczni. Odznaczony Krzyżem Wojskowym Cesarza Karola i Medalem za Odwagę jako plutonowy- telefonista 56 pułku piechoty w czasie I wojny światowej.
  • 1989- w wypadku samochodowym tragicznie zginął Anastazy Jan Wawro, magister praw, prokurator wojskowy w stopniu podpułkownika.
  • 1990- została oddana do użytku linia kolejowa przechodząca przez Chocznię, po dokonaniu jej elektryfikacji.
6 grudnia
  • 1885- urodził się Mikołaj Bąk, żołnierz 17 pułku piechoty w czasie I wojny światowej, zaginął po wzięciu do niewoli przez Rosjan.
  • 1886- urodził się Tomasz Graboń, kolejarz, ofiara bombardowań we wrześniu 1939 roku.
  • 1890- ksiądz Władysław Reinfuss został przeniesiony z Szaflar do Choczni, gdzie objął stanowisko wikariusza.
  • 1893- w Barwałdzie Górnym urodziła się Maria Janicka, później po mężu Szczur, od 1925 położna dyplomowana, mieszkanka Choczni.
  • 1923- urodził się Władysław Bryndza, kapitan żeglugi wielkiej, dowódca wycieczkowca "Mazowsze", SS "Tobruk", MS "Gwardia Ludowa"
7 grudnia
  • 1887- urodził się Jan Paterak, żołnierz 89 pułku piechoty w czasie I wojny światowej, który poległ na froncie wschodnim.
  • 1888- w Wieliczce zmarł ksiądz Ludwik Szczurowski, syn choczeńskiego młynarza Jana Szczura. Absolwent gimnazjum w Wadowicach i studiów teologicznych na UJ w Krakowie.
  • 1900- w Inwałdzie urodził się Józef Górkiewicz, późniejszy choczeński radny gromadzki.
  • 1903- urodził się Szymon Schoengut, przedwojenny lekarz w Krakowie i w Wadowicach, instruktor miejscowej komórki syjonistycznej, właściciel kamienicy przy ul. Mickiewicza. Po wojnie członek Komitetu Żydowskiego w Wadowicach, wyemigrował do Izraela.
  • 1970- zmarł w USA Bolesław Wójcik, emigrant z Choczni, pracownik gastronomii w Holyoke.
  • 1980- zmarł Mieczysław Labocha, osiadły w Choczni kolejarz i hodowca roślin ozdobnych (od 1965 roku).
8 grudnia
  • 1802- choczeński pleban ksiądz Jacek Majeranowski zakupił 3 stawy za kwotę 500 złotych reńskich od Biberstein Starowieyskiego, właściciela wsi. Stawy te, usytuowane pomiędzy Konówką a dzisiejszą ulicą Góralską, zostały po śmierci ks. Majeranowskiego przekazane na rzecz choczeńskiej parafii, jako fundacja mszalna.
  • 1811- w Choczni został zainstalowany nowy proboszcz ks. Jan Znamierowski.
  • 1847- pracę jako organista przy kościele parafialnym rozpoczął Józef Cap (później Czapik).
  • 1888- w Jastrząbce zmarł ksiądz Antoni Bryndza, pochodzący z Choczni były proboszcz w Tyliczu i Jastrząbce (LINK).
  • 1890- urodził się Tomasz Mrzygłód, żołnierz armii c.k. w czasie I wojny światowej, który zginął podczas walk na froncie.
  • 1893- w Krakowie urodził się Jan Kumala (później Krzyszkowski), artysta malarz, pedagog, burmistrz Myślenic, żołnierz Legionów Polskich w czasie I wojny światowej, mieszkaniec Choczni w okresie gimnazjalnym.
  • 1895- starostwo w Wadowicach odmówiło Kółku Rolniczemu w Choczni koncesji na wyszynk wina w sklepie prowadzonym przez Antoniego Sikorę.
  • 1898- w Przybradzu urodził się Jan Latocha, listonosz, mieszkaniec Choczni wysiedlony w czasie II wojny światowej.
  • 1908- urodziła się Adelajda Zając, później po mężu Czermińska, przedwojenna nauczycielka w Prozorokach pod Witebskiem.
  • 1918- urodził się Jan Świerkosz, ogrodnik, podoficer w kampanii wrześniowej 1939 roku, więzień stalagu w Villingen.
9 grudnia
  • 1843- urodził się Wojciech Wójcik, późniejszy wadowicki zecer i drukarz, ojciec ks. Franciszka Rudolfa Wójcika.
  • 1874- urodził się Jan Aleksander Wójcik, żołnierz 16 pułku piechoty w czasie I wojny światowej, który dostał się do niewoli rosyjskiej.
  • 1895- urodził się Franciszek Rusinek, kolejarz, przed- i powojenny radny gromadzki.
  • 1916- na froncie I wojny światowej poległ Wojciech Burzej z Choczni, żołnierz 56 pułku piechoty.
  • 1917- dzień wolny od nauki w choczeńskiej szkole z powodu zajęcia przez wojska austriackie Bukaresztu.
  • 1931- przeprowadzony tego dnia państwowy spis wykazał w Choczni 3568 mieszkańców i 566 domów. Użytki rolne stanowiły 17,3 km kw. na ogólną powierzchnię 20,49 km kw.
  • 1971- zmarł Ignacy Wider, członek Komitetu Elektryfikacji Choczni.
  • 1985- zmarł Ignacy Szczur, choczeński kowal.
  • 1988- zmarł Władysław Wcisło, przedwojenny przewodniczący Stowarzyszenia Katolickiej Młodzieży Męskiej w Choczni.
10 grudnia
  • 1899- urodził się Antoni Żurek, zastępca radnego gromady Chocznia w 1939 roku, żołnierz kampanii wrześniowej, jeniec niemieckiego stalagu.
  • 1924- urodziła się Julia Woźniak, później po mężu Drapa, absolwentka seminarium nauczycielskiego w Rabce, choczeńska przedszkolanka od 1960 roku, kierowniczka przedszkola w latach 1977-1980, odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi.
  • 1940- począwszy od godziny 4.00 okupant niemiecki wysiedlił znaczną część mieszkańców Choczni z ich domów. W oczekiwaniu na wywózkę w głąb Generalnej Guberni wysiedleńcy zostali umieszczeni w szkole podstawowej przy ul. Sienkiewicza w Wadowicach.
11 grudnia
  • 1703- król August II pozwolił Tomaszowi Szczurowi przelać prawa do sołtystwa w Choczni na Marcina i Rozalię Górskich herbu Bajbuza, kończąc tym samym z formalną przynależnością majątku sołtysiego do rodziny Szczurów (od 1582 roku).
  • 1853- urodził się Jan Aleksander Szczur (później Szczurowski) młynarz w Wadowicach, ojciec profesora gimnazjalnego Alfonsa Szczurowskiego.
  • 1853- urodził się Ferdynand Widlarz, w 1877 roku przyjęty do nowicjatu oo. Reformatów w Krakowie, a w 1879 roku zatrzymany przez policję za kradzież surduta w restauracji.
  • 1894- urodził się Jan Mlak, żołnierz armii c.k. w czasie I wojny światowej, ranny w czasie walk na froncie. Członek Gminnej Rady Narodowej w Choczni w okresie po II wojnie światowej.
  • 1906- urodziła się Wiktoria Wcisło, później po mężu Trzaska, radna GRN w Choczni, członkini ZSL i Spółdzielni Produkcyjnej im. Rokossowskiego, żona posła Józefa Trzaski.
  • 1923- w Spytkowicach urodził się Antoni Zięba, późniejszy mieszkaniec Choczni i ławnik sądowy.
  • 1958- zmarł Wawrzyniec Świętek, pszczelarz i rolnik, korespondent "Przyjaciela Ludu".
  • 1971- zmarł Józef Woźniak, choczeński kołodziej- producent kół i podwozi z drewna.

piątek, 2 grudnia 2016

Powojenni koczownicy w choczeńskich lasach

Na posiedzeniu choczeńskiej Gminnej Rady Narodowej w dniu 3 października 1946 Franciszek Ramenda poruszył bulwersującą sprawę rodziny P., która według jego informacji, w prymitywnych i niecywilizowanych warunkach koczuje w lasach pod Bliźniakami, przy granicy z Ponikwią. 
Zdaniem zgłaszającego ojciec koczującej rodziny sprawia wrażenie umysłowo chorego i izoluje od świata zarówno swoją żonę, jak i dzieci, uniemożliwiając im naukę w szkole.
Choczeńscy radni postanowili skierować tę sprawę do starostwa w Wadowicach i na posterunek Milicji Obywatelskiej.
Prawdopodobnie jednak sprawa rodziny P. nie została wtedy w żaden sposób rozwiązana i po spędzonej przez nich w lesie zimie, wiośnie i lecie ponownie powróciła pod obrady GRN w10 października 1947 roku.
Tym razem po dyskusji uchwalono, by kierownik szkoły Tadeusz Nowak przedstawił wniosek do Kuratorium Oświaty w Wadowicach o przyjęcie dzieci rodziny P. do zakładu opiekuńczego w Krakowie. Na razie postanowiono zająć się dziećmi, prosząc kierownika szkoły o zakwaterowanie ich na terenie szkoły. Ustalono również, że kierownikowi szkoły należy dostarczyć danych o stanie rodzinnym i majątkowym rodziny P., by na ich podstawie przygotować mógł wymieniony wyżej wniosek.
W dokumentach gminnych brak jest informacji, czy rzeczywiście doszło wtedy do odebrania dzieci choremu psychicznie ojcu i jakie działania podjął kierownik szkoły.
22 grudnia 1947 pełniący obowiązki wójta Choczni Leon Bąk zażądał wyjaśnień w tej sprawie. Prezydium GRN poinformowało go, że należy wnieść pismo do sądu o ubezwłasnowolnienie zarówno ojca, jak i matki rodziny P. oraz pozbawienia ich praw rodzicielskich.
Nie jest wykluczone, że rodzina P spędziła kolejną już zimę w lesie, ponieważ dopiero 15 marca 1948 roku, na bieżącym posiedzeniu rady gminnej, wójt Władysław Babiński wyjaśnił, że w najbliższych dniach dzieci zostaną zabrane i oddane do ochronki, a w stosunku do rodziców zostanie wszczęte postępowanie w sądzie o ubezwłasnowolnienie.
Po półtora roku od pierwszego zgłoszenia władze gminne zadziałały w końcu skutecznie, o czym świadczy pismo od sióstr Nazaretanek z Wadowic, które omawiano na posiedzeniu rady 30 maja 1948 roku. Prowadzące ochronkę siostry prosiły gminę o pokrycie kosztów ich pobytu, które oszacowały na 1500 zł miesięcznie od jednego dziecka.
Radni gminni jednogłośnie postanowili zapłacić, dając pełnomocnictwo Zarządowi Gminy, by zajął się dalszym losem dzieci, oddając je rodzinom zastępczym na wychowanie. Z każdym odbierającym dzieci miano spisać umowę, tak by oddane na wychowanie dzieci nie wróciły do biologicznych rodziców.

Niektóre z dzieci rodziny P. zostały adoptowane przez rodziny z Choczni, co wiązało się z urzędowym przyjęciem przez nich nazwisk rodziców adopcyjnych.