Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1863. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1863. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 kwietnia 2022

Rozprawka Wojciecha Capa z Choczni o "Obyczajach Słowian" (1863)

 W "Księdze wypracowań literackich członków towarzystwa młodzieży polskiej w Gimnazjum Katolickim w Cieszynie pod nazwą Towarzystwo Narodowe" zachowała się rozprawka 15-letniego Wojciecha Capa z Choczni, syna miejscowego organisty, wójta i nauczyciela, zatytułowana "Obyczaje Słowian". Należy dodać, że praca Wojciecha Capa to nie zadanie szkolne, nakazane przez nauczyciela gimnazjalnego, ale rozprawa powstała w ramach samokształcenia, zgodnie z ideami Towarzystwa Narodowego, do którego "utwórca" należał. Rzeczywiście, tak jak pisze recenzent, Wojciech Cap musiał być naocznym świadkiem dużej części z opisanych przez niego zwyczajów, przez co "Obyczaje Słowian" stanowią cenne źródło do poznania etnografii Choczni z połowy XIX wieku. Z przytaczanego poniżej tekstu można dowiedzieć się między innymi:

- że podczas Wigilii Bożego Narodzenia pito wódkę, a oprócz siana pod obrusem obowiązkowy na stole był też czosnek,

- że kolędowano z wypchanym wilkiem,

- dlaczego podczas wesela bito panny młode?

Wiedzę o pozostałych obrzędach i próby wytłumaczenia ich pochodzenia autor wyniósł zapewne z wykładów w cieszyńskim gimnazjum lub z samodzielnej lektury książek pierwszych encyklopedystów, zielarzy i "ludoznawców". Niektóre z wymienionych przez niego zwyczajów są podtrzymywane w podobnej formie do dziś, inne uległy zupełnemu zapomnieniu lub znacznej zmianie. 

A oto pełna treść "Obyczajów Słowian" zgodnie z pisownią oryginału:

Przypatrzmy się na kulę ziemską i narody, które jak piasek na puszczy libejskiej1 się rozpostarły, a spostrzeżemy, że ani jednego zpomiędzy nich nieznajdziemy, któryby nie miał własnych obyczajów, które w czasie pogaństwa na cześć bogom rodzinnym ofiarował. Tak mieli starożytni Rzymianie, Grecy, Persowie i Celtowie bożków swoich, którym na cześć rozmaite zabawy i igrzyska odprawiali. Wzwyżej pomienionym nieustępuję w niczem Sławianie, naród który w starożytności największą przestrzeń od Elby i Sali2aż do Wołgi, a od morza czarnego i rzeki Dunaju aż do morza bałtyckiego i Dźwiny zamieszkiwał i obyczaje przodków swoich skapliwie przejął, które na cześć bożków swoich obchodził i takowym ważne zdarzenia przypisował.

Do najważniejszych świąt jeszcze dodziśdnia w całej Sławiańszczyznie obchodzonych, należą niezawodnie kolędy3. Mimo wszelkich śladów odległej starożytności przybrała uroczystość ta również, jak i pieśni o tym czasie śpiewane, po większej części barwę religii chrześcijańskiej. Uroczystość ta zaczyna się  po zachodzie słońca w wilią Bożego Narodzenia. Wieczorem zaścielają wieśniacy swe świetlice wewnątrz słomą lub sianem, pod obrusem zaś na stole także sianem zasłanym kładą przed każdą osobą kilka główek czosnku, ażeby odpędzić wszelkie choroby. Gospodarz siadając do stołu z domownikami i łamiąc się z tymi wzajemnie opłatkiem, częstuje ich wódką i życzy nowego roku. Potem następuje wieczerza, przy której kukiałka przenna4, czarnuszką posypana, wielką rolę odgrywa. Wieczór ten prócz wieczora Sobótki trzymają wieśniacy za najmistyczniejszy. Wtedy wieśniacy udzieliwszy po trosze potraw święconych bydlętom, zamykają je troskliwie przed napaścią czarownic. Po miasteczkach wróżą sobie panienki tym sposobem: Wychodząc koło północy na dwór, a od której strony pies zawyje, z tej mają się spodziewać przyszłego męża. W drugi dzień świąt rano chodzą małe chłopczyki przebrane za pastuszków od chaty do chaty, recytując rozmaite mowy. Wieczorem zaś tego dnia zebrani parobcy, przebrawszy się w różne postacie, wodząc czasem z sobą wilka wypchanego, obchodzą z muzyką i śpiewem po kolei gospodarzy, za co od tych nieco potraw świątecznych w darze otrzymują. Uroczystość tę obchodzono w ostatnich dniach grudnia na cześć bóstwa Kolady. Otym czasie zapominali nieprzyjaciele dawne urazy, a zawierali nowe przymierza i ugody. Ztąd to u nas nazwa tych świąt gody.

Drugą uroczystością połączoną z różnemi śpiewami, a odprawianą jeszcze w całej Galicyi są Haiłki5. Uroczystość ta u Mazurów podkarpackich odprawia się w ten sposób, że lud wychodzi na pole ku jakiej figurze, szczególniej zaś na Kościelisko, śpiewając i radując się, a to zowią Emaus6. W Krakowie zaś to święto w trzeci dzień świąt Wielkanocnych na mogile Krakusa na Krzemionkach odprawiane, nazywają rękawką, ponieważ lud na usypanie tej mogiły Krakusowi nosił ziemię w rękawach. Uroczystość ta jest zabytkiem owego święta odprawianego w całej Sławiańszczyźnie w pierwszych dniach wiosny na cześć bóstwa życia i śmierci, które Długosz świętem Marzanny zowie.

Trzecia uroczystość zwana gaikiem lub majówką utraciła już wiele ze swej dawnej pierwotności. Gdy chrześciaństwo nad pogaństwem zwyciężyło, łączono dawne uroczystości z chrześciańskiemi w celu zmitygowania ludu, który do dawnych uroczystości był przywiązany. To sprawiło wielkie zamięszanie w owych starożytnich zabytkach. Kolędy, Haiłki również tego losu doznały, a najwidoczniej odwieczny Światowid, którego na świętego Wita zamieniono.

Uroczystość majówki odprawia się gdzieniegdzie w pierwszych dniach miesiąca maja, zwykle zaś podczas zielonych świąt. Przy tej uroczystości zdobią wieśniacy wszystkie chaty i kościoły majem. Po oktawie tej uroczystości zabierają parobcy i gospodarze gałęzie z Kościoła i im kto większą weźmie, wnioskuje z tejże na urodzaj lnu. Bóstwo opiekujące się kwitnącą przyrodą, któremu na cześć święto to odprawiano, zwało się Tur7 i było w wszystkich krainach sławiańskich czczone.

Do najważniejszych i najdawniejszych świąt rodzaju ludzkiego należy Sobótka, które na cześć dobroczynnego żywiołu ognia nie tylko w całej Sławiańszczyźnie, lecz także u Greków i Rzymian odprawiane było. W Polszcze zwie się Sobótką, który to wyraz od bożka Sobót na górze Sobótce w Szlązku czczonego pochodzi. Przed zapaleniem wieczornej sobótki mężczyźni i kobiety idą szukać ziół różnego rodzaju, które tego dnia zbierane osobliwszą moc mają i najznakomitszemi są podług Szczepana Falimierza8: Bylica, Dziewanna i Macierzanka. Dnia tego o północy mają podług podania gminnego czarownice największą moc i zgromadzają się w Galicyi na Łysą lub  Babią górę. Używają do tej nocnej jazdy mioteł starych, podkółków od wozów, bydląt, a czasem i ludzi. Dlatego też tej nocy gospodarze mają koło bydląt pilne staranie. W Galicyi panuje jeszcze podanie, iż dnia tego o północy paproć kwitnie, której kwiatu ognistego, gdy kto pozyska, wszystkie skarby posiadać będzie. Lecz kwiatu tego trudno dostąpić, w chwili bowiem pękania jego powstaje grzmot i łysk straszny, a wiedźma okropna ukazuje się chcącemu tenże zerwać. Miało się jednak przytrafić, iż wieśniakowi idącemu w tym czasie wpadł przypadkowo w buty tenże kwiatek. Miał szczęście wielkie i widział skarby ukryte, lecz ukazała mu się postać złośliwa, dająca wieśniakowi nowe buty. Łakomy wieśniak obuł podane mu buty, a wtej chwili wypadł kwiat i wszystko zniknęło.

Wzwyżwspomnianej uroczystości nie ustępuje w niczem uroczystość śmigustu. W poniedziałek Wielkanocny chodzą chłopcy od domu do domu polewając młode dziewczęta- po miastach wodą pachnącą, po wsiach zaś wodą czystą studzienną, recytując przy tem rozmaite mowy, za od gospodarzy nieco z potraw święconych i pieniędzy otrzymują. Zwyczaj polewania się wodą w niektórych okolicach także śmigustem lub dyngusem zwany, rozszerzony jest na całej Sławiańszczyźnie. W poniedziałek Wielkanocny polewane bywają dziewczęta i panienki przez chłopców, nazajutrz zaś czynią toż samo panienki młodzieńcom. U Franciszka Siarczyńskiego9 ma bydź początkiem zwyczaju tego polewania wodą zaszłe na drugim dniu świąt Wielkanocnych przy chrzcie Litwinów za czasów Władysława Jagiełły, Chmielowski10zaś w dziele swoim początek ten aż do czasów Wandy posuwa, mówiąc iż zwyczaj polewania wodą zaprowadzony został przez dziewice na pamiątkę topienia się w Wiśle Krolowej Wandy.

Następującą uroczystością są Letnice. Uroczystość tę odprawiają parobcy zebrawszy się razem w czasie pięknej pogody w lecie, osobliwie zaś po ukończeniu żniw, przyczem śpiewają piosnki rozmaite, a szczególniej o Madeju, który podług podania gminnego był najokrutniejszym rozbójnikiem. Przygotowane było na niego za karę łoże w piekle, Madejowem zwane, jednak po odprawieniu najściślejszej pokuty, uniknął rozbójnik tak wielkiej kary.

Opiszę tutaj jeszcze wesele, w jaki sposób w Galicyi i w całej Sławiańszczyźnie dawniej i teraz się odprawia. Dni kilka przed weselem chodzą drużbowie, których Pan młody wysyła, po wsi od gospodarza do gospodarza. Starosta zaprasza na wesele całą rodzinę w imieniu Pana młodego mową żartobliwą. Przed ślubem rano schodzą się goście do rodziców Panny młodej, tu sadzają swaszki Pannę młodą najczęściej na dzieży, rozplatują jej warkocz i stroją głowę w kwiaty i wstążki. Ubrana Panna młoda rzucą się wśród rzewnego płaczu wraz z Panem młodym do nóg rodzicom, którzy nowożeńców błogosławią. Starosta prosi wszystkich do ślubu. Siadają na wozy i jadą z muzyką do Kościoła, drużbowie zaś wyprzedzają ich konno. Po ślubie chowa się Panna młoda za ołtarz, zkąd ją drużbowie wyprowadzają. Z Kościoła udaje się cały orszak weselny do domu rodziców, albo najczęściej do karczmy, gdzie się uczta i tańce odbywają. Późno w nocy następuje najważniejszy akt weselny, czepiny. Stara się Panna młoda zemknąć, lecz drużbowie ostro ją pilnują i ułapioną sadzają na dzieży. Starościna zdejmuje jej z głowy wianek z wstążkami, bije ją ztłuczonym garnkiem po plecach, aby się jej w nowym stanie naczynie nie tłukło i uderza się ją trzy razy w lico, aby pamiętała na te trzy przyrzeczenia, które przy ślubie publicznie wypełnić się zobowiązała. Rozebraną z oznaków panieństwa prowadzą z śpiewem do łożnicy, a Pana młoda zadzieje się odtąd między mężatki. W kilka dni po weselu schodzą się znowu na ucztę i tańce, co poprawinami zowią.

Opisałem więc niektóre obyczaje sławiańskie, o których jakikolwiek pogląd rzeczy miałem.

Utwórca: WCap11 VI klasa

Cieszyn, dnia 6 grudnia 1863.

W wyżej wymienionej księdze znalazła się także recenzja pracy Capa, napisana przez starszego członka tego samego Towarzystwa Narodowego:

Ocenienie

Skreślenie pojedynczych obrazów, wziętych z obyczajów Słowiańskich, pojedyńcze, niewymuszone i łatwo zrozumiale, połączenie tychże w jedną całość zupełnie samowolne, bez sztucznego albo raczej może naturalnego uporządkowania, mowa niedobierana w wyrazach, lecz płynna i treści stosowna; na koniec w całym utworze przebija niejaka naoczna świadomość opisanych obyczajów. Dalszego i szczegółowego rozbioru zadanie to dla swej nader wyrozumiale i przystępnie każdemu wyłożonej treści wcale nie wymaga; w ogóle zaś każdemu może przynieść korzyść i pożytek, dlatego wybór dobry.

Na zakończenie przytaczam tu jednak niektóre niezrozumiałości i usterki:

- pierwsze zdanie jest nie prawdziwe, albowiem patrząc się na kulę ziemską i narody, nie możemy jeszcze rozróżnić ich obyczajów, zresztą temu zdaniu brakuje tylko, bo można poznać, co utwórca chciał powiedzieć, zrozumiały układ,

- powtóre nie wiem wcale dlaczego utwórca kwiat paproci nazywa ognistym?

- na ostatek w zdaniu „U Fr. Siarczyńskiego itp.” niemaż podmiotu.

Hilary Filasiewicz

VII klasa 1863

1 puszcza libejska = pustynia libijska

2 Elba i Sala to rzeki w Niemczech, Elba=Łaba
3 nazwa kolęda pochodzi prawdopodobnie z łaciny, od wyrazu colendae "pierwszy dzień miesiąca" 
4 pisząc "kukiałka przenna" autor miał na myśli kukiełkę- rodzaj bułki/wypieku z mąki pszennej, często ze słodkiego ciasta 
5 Haiłki lub Gaiłki to mityczne istoty zamieszkujące gaje- od nich miało powstać określenie na pieśni śpiewane podczas wielkanocy i na poczatku maja, szczególnie w Galicji Wschodniej (Lwów)
6 Emaus- zwyczaj związany z Poniedziałkiem Wielkanocnym, najbardziej popularny jest w Krakowie (w formie odpustu) 
7 Tur- jedno z wcieleń bóstwa Welesa/Wołosa 
8 Szczepan Falimierz- autor pierwszego dzieła botanicznego i lekarskiego w języku polskim, nadworny lekarz kasztelana krakowskiego 
9 Franciszek Siarczyński (1758-1829) ksiądz, geograf, historyk, zbierał materiały do "Słownika historyczno-statystyczno-geograficznego Galicji" 
10 Benedykt Chmielowski (1700-1763) ksiądz, jeden z pierwszych polskich encyklopedystów
11 Wojciech Cap (1848-1895), od 1874 roku używający nazwiska Czapik, w latach 1870-72 uczył w choczeńskiej szkole

środa, 9 maja 2018

Jan Ruła powstaniec styczniowy z Choczni

O udziale Jana Ruły w powstaniu styczniowym dowiedzieć się można z zeznań, jakie 22 stycznia 1864 roku złożył w Krakowie przed przesłuchującym go sędzią śledczym Bojarskim i protokolantem Przybyłowiczem.
Na pytanie śledczego o nazwisko i miejsce urodzenia Ruła odparł, że nazywa się Jan Ruliński i jest rodem z Choczni powiatu wadowickiego.
Następnie zeznał, że ma lat 40, jest katolikiem, stanu wolnego i żadnych żyjących krewnych już nie posiada.
Przez 14 lat służył w wojsku austriackim, a po wyjściu do rezerwy od 7-8 lat utrzymywał się z prac dorywczych na terenie Krakowa. Nie miał stałego miejsca zamieszkania, a dokumenty otrzymane po wyjściu z wojska spaliły się.
Potwierdził, że przed trzema laty był skazany przez sąd w Krakowie na karę 15 miesięcy ciężkiego więzienia za kradzież.
Oświadczył także, że nie wie, z jakiego powodu jest przesłuchiwany.
Okoliczności swojego aresztowania Ruła opisał w ten sposób:
"W poniedziałek 18 stycznia przybyłem tu (to znaczy do Krakowa- uwaga moja) w towarzystwie jakiegoś nieznajomego mi człowieka, który się podawał za kleryka, już wieczór, koło szóstej godziny. Ów kleryk zaprowadził mnie do jakiegoś domu na Kleparz, którego już bliżej opisać nie mogę. Wziął mi kartkę, którą miałem od komendanta powstańców, mnie zostawił u jakiegoś nieznajomego Pana, a sam poszedł. Na drugi dzień rano we wtorek odniósł mi kartkę, a ja poszedłem z nią na Kazimierz do jakiegoś szynku, w którym we środę 20 stycznia zostałem aresztowany."
Śledczego zainteresowała kwestia powstania i zapytał o to, kiedy, z kim i z czyjej namowy przesłuchiwany wziął udział w powstaniu.
Ruła wyjaśnił, że w maju 1863 roku spotkał na rynku w Krakowie nieznajomego, który namawiał do udziału w powstaniu. Ponieważ nie miał wtedy zarobku, dał się namówić i pojechał z agitatorem bryczką do pewnego dworu pod Krakowem. Tam zastał około 20 osób zwerbowanych do powstania. W ciągu następnych dni ich liczba powiększyła się do około 70. Cała grupa dostała konie, rynsztunek i broń- każdy wyposażony został w dwa pistolety, sztuciec i pałasz. Następnie wyruszyli konno w kierunku granicy. Nieznany Rule przewodnik przeprowadził ich przez bród na Wiśle i cały oddział przyłączył się do powstańczych ułanów Chmielińskiego. Ruła przekręcił nieco jego nazwisko, w rzeczywistości dowódca nazywał się Zygmunt Chmieleński i nosił stopień pułkownika. 
Oddział Chmieleńskiego operował w tym czasie w rejonie Gór Świętokrzyskich i wkrótce połączył siły z powstańcami pod dowództwem generała Józefa Hauke- Bosaka.
Ruła przyznał się do udziału w 8 potyczkach. Nie potrafił wymienić konkretnych lokalizacji, z powodu jak twierdził braku znajomości terenu. Najprawdopodobniej uczestniczył w walkach z Rosjanami pod Strojnowem (4 listopada) i Górą koło Pińczowa (5 listopada), w udanym ataku na Opatów (25 listopada), gdzie powstańcy zdobyli znaczne ilości broni i amunicji oraz 35.000 złotych z kasy miejskiej i w bitwie pod Ocięskami (28 listopada),  w której Rosjanie stracili 80 ludzi.
16 grudnia 1863 roku oddział, w którym walczył Ruła, został rozbity pod Bodzechowem (św. Krzyżem według określenia Ruły). Do niewoli dostał się Chmieleński, którego rozstrzelano 23 grudnia w Radomiu.
W jednej z kolejnych mniejszych potyczek Ruła odniósł dość poważną kontuzję przy próbie pochwycenia rosyjskiego konia, który wywrócił go na ziemię. Mocno stłuczony kurował się około miesiąca w Wodzisławiu koło Jędrzejowa. Po tym czasie uznano jednak, że nie jest zdatny do dalszej służby- nie jest w stanie nawet dosiąść konia. Od komendanta otrzymał rozkaz powrotu do Galicji i kartkę- pisemny rozkaz ułatwiający mu podróż. Okazując ową kartkę po wskazanych w rozkazie dworach, otrzymywał każdorazowo transport wozem konnym do następnego dworu i w ten sposób dotarł aż do Krakowa. Ostatni etap podróży odbył razem z wymienionym wcześniej w zeznaniach klerykiem, który skorzystał dzięki Rule z łatwej możliwości przemieszczania się. 
Jak zeznał Ruła na końcu, aresztowanie w szynku na Kazimierzu przeszkodziło mu w zamiarze udania się do szpitala św. Łazarza.
Wobec przyznania się Ruły do udziału w powstaniu śledczy oskarżył Rułę o zbrodnię zaburzenia spokoju publicznego i polecił zatrzymać go w areszcie do rozprawy. Przeciwko temu postanowieniu Ruła nie wniósł odwołania.
Przed rozprawą zwrócono się do urzędu gromadzkiego w Choczni o wydanie zaświadczenia o majętności i moralności.
Wójt Wojciech Widlarz i proboszcz ks. Józef Komorek w pismie z 20 lutego 1864 roku stwierdzili, że Jan Ruła, wysłużony żołnierz i wyrobnik, żadnego majątku w Choczni nie posiada i w rodzinnym miejscu nie zamieszkuje. "Ponajwiększej części włóczy się, w miejscu rodzinnem niewiadomo, aby jaką kradzierz popełnił. Lecz po kilka razy już słychać było, iż pozarodzinne miejsce dopuszczał się kradzierzy i był za to karany kryminałem. (...) Gdzie by ten teraz się znajdował i czy się jaką pracą, czy wyrobnictwem trudni niewiadomo całkiem jest, gdyż około dwa roki niewidziano go w miejscu rodzinnem."
27 lutego 1864 roku Ruła stanął przed sądem w składzie: Chitry (przewodniczący), Schaetzel i Jaworski.
Prokurator wniósł o uznanie go za winnego zarzucanego czynu i zażądał dla Ruły 6 miesięcy więzienia. 
Ruła w ostatnim słowie powiedział:
"Przez mój małoznaczący udział w powstaniu niezasłużyłem na tak wysoką karę, upraszam zatem, żeby sąd raczył ją zmniejszyć".
Sędziowie podzielili opinię prokuratora o winie oskarżonego, natomiast wymierzyli Rule tylko 2 miesiące więzienia oraz nakazali pokrycie kosztów postępowania i kary.
Okolicznościami łagodzącymi miał być fakt dotychczasowej niekaralności Ruły z tytułu zbrodni zaburzenia spokoju publicznego, przyznanie się do winy i brak dodatkowych okoliczności obciążających.
werdykt sądu
Ruła wyrok odsiedział w więzieniu w Wiśniczu, skąd wyszedł na wolność 26 lutego 1865 roku.
Postanowienia o zwolnieniu nie udało się jednak mu doręczyć.
Wójt Choczni Wojciech Widlarz w odpowiedzi na pismo z c.k. Sądu Krajowego wytknął, że nazwisko Ruliński, na jakie zaadresowano ww. pismo, wcale w Choczni nie istnieje.
Wójtowi znany był Jan Ruła rodem z Choczni, o przybranym nazwisku Ruliński, ale tenże od wielu lat zamieszkiwał w Białej i trudnił się krawiectwem damskim.
Wojciech Widlarz domyślał się, że pismo z sądu może dotyczyć znanego włóczęgi Jana Ruły "syna po Kaźmierzu", a nie Jana Rulińskiego.
Z braku innych danych musimy oprzeć się znajomości wójta swoich rodaków i przyjąć, że Jan Ruła, 13 z kolei dziecko Kazimierza i Anny z domu Paterak (a trzecie o imieniu Jan), był właśnie tą osobą, której dotyczył wyrok za udział w powstaniu.
Urodził się wprawdzie 25 sierpnia 1815 roku, czyli o osiem lat wcześniej, niż podawał w zeznaniach, ale prawie wszyscy żyjący wówczas Janowie Rułowie z Choczni odbiegali wiekiem od 40 lat jeszcze bardziej.
Wyjątkiem jest Jan Ruła, syn Jana i Salomei z domu Guzdek, liczący sobie w 1863 roku dokładnie 40 lat, którego losy są zupełnie nieznane.
Jako ciekawostkę można podać fakt, że w 1867 roku niejaki Jan Ruła z Choczni został posądzony o dokonanie kradzieży w kościele w Zatorze...