Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1944. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1944. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 sierpnia 2024

Rocznica egzekucji w Kocierzu Moszczanickim

 W tym roku mija 80 lat od egzekucji 15 Polaków w Kocierzu Moszczanickim dokonanej przez niemieckich okupantów 14 sierpnia 1944 w odwecie za zabójstwo 5 donosicieli. Wśród ofiar egzekucji znalazło się także dwóch chocznian.

Tak pisało o tym fakcie katowickie gestapo (w obwieszczeniu w łamanym języku polskim):

 „Dnia 23. lipca 1944 r. w godzinach rannych została rodzina kupca Mieszak w Rychwald w ich mieszkaniu przez bandytów napadnięta. Matka i dwoje do rosłych dzieci zostali przez strzały pistoletu zamordowani. W tym samym dniu zostali także polski naczelnik gminy w Rychwald, Johann Bielsko i Polak Wincent Przyworek w ich mieszkaniu napadnięci i zamordowani.“

W odwecie Niemcy przywieźli 15 więźniów:

- Karola Garusa z miejscowości Kryry (powiat pszczyński)

- Karola Bogackiego z Jaroszowic,

- Jana Bryndzę z Choczni,

- Józefa Słowiaka z Bielska,

- Jana Jakubca,

- Stefana Chodzyńskiego z Łaz,

- Władysława Piegzę z Choczni (zamieszkałego później w Będzinie),

- Jana Bistę z Koźmina,

- Władysława Ochmańskiego z Jaworzna,

- Mieczysława Meyera z Bobrka,

- Czesława Jaseczko z Babic,

- Feliksa Klimkiewicza z Chrzanowa,

- Teodora Wójcikiewicza z Oświęcimia,

- Adolfa Waligórę z Żywca,

- Leopolda Hałaczka z Orłowej

i stracili ich przez powieszenie w publicznej egzekucji w Kocierzu. Ciała powieszonych przewieziono do obozu KL Auschwitz i spalono w krematorium.

Po wojnie Okręgowa Komisja Badań Zbrodni Niemieckich przeprowadzała dochodzenia w celu ustalenia sprawców śmierci ww. Polaków.

W 1947 roku zostali oni upamiętnieni na marmurowym pomniku wzniesionym w pobliżu szkoły w Kocierzu Moszczanickim (przy ulicy Beskidzkiej 57).

Jeżeli chodzi o choczeńskie ofiary tej egzekucji, to:

- Jan Bryndza miał wówczas 20 lat (ur. 4.01.1924 jako syn Wojciecha i Marii z domu Filek), przed wojną pracował jako górnik w Bytomiu, w czasie okupacji działał w konspiracji, a do KL Auschwitz trafił za posiadanie broni - pod tym samym zarzutem aresztowano także jego siostrę Stanisławę, która została wywieziona w niewiadomym kierunku i jej dalszy los nie jest znany.

- Władysław Piegza miał 24 lata, urodził się w Choczni 20.01.1920 i był synem Jana oraz Agaty z domu Kowalik, w KL Auschwitz zginął wcześniej jego młodszy brat Jan.

piątek, 25 sierpnia 2017

Czterdziesty czwarty część II - wspomnienia Ryszarda Woźniaka

Lato miało się ku końcowi. Nadszedł dzień 13 września [1]. Pamiętam ten uroczy, letni poranek. Słoneczne promienie odbijały się złotym blaskiem od okien, spoza których wraz z innym ozdrowieńcem oglądaliśmy ten - bądź co bądź piękny dla nas świat. Od drzew i kwiatów z pobliskich ogrodów wionęły upajające zapachy, z oddali dolatywał nawet różnorodny świergot ptasi. Było cicho i spokojnie. W powietrzu jednak wisiało coś nieokreślonego, coś nieuchwytnego, czego nie da się opisać. Ta cisza wróżyła coś niedobrego...
Jakby na potwierdzenie tych słów nagle zawyły syreny alarmowe. Niedawną ciszę rozdarły wrzaski i okrzyki:
- Alle zum Schutzraum!!! [2]
Pobiegliśmy wszyscy do schronu w pobliskim szpitalu. Prawa strona pomieszczenia przeznaczona była dla chorych z oddziału zakaźnego i tam też skierowały nas siostry zakonne. Wyczerpany przebytą drogą i zupełnie oszołomiony sytuacją przycupnąłem gdzieś w pośrodku i zamknąwszy oczy z rezygnacją poddałem się losowi. Z odrętwienia wyrwał mnie pewien Czech, towarzysz niedoli, który ciągnąc mnie za rękę tłumaczył, że podczas nalotu nie można przebywać w środku, bo jak rąbnie bomba, to lepiej siedzieć przy ścianie. Bezwolnie pozwoliłem się tam zaprowadzić i razem już czekaliśmy na dalszy rozwój wypadków.
Po pewnym czasie rozległ się pomruk silników samolotowych i dudnienie niemieckiej artylerii przeciwlotniczej. Nic jednak nie wskazywało na tragedię, która miała za chwilę się rozegrać. Wtem rozległa się seria silnych detonacji, aż ziemia w schronie zafalowała. Opiekująca się nami zakonnica przeżegnała wszystkich; podczas jej błagalnej modlitwy dał się słyszeć potężniejący wizg [3] spadającej bomby. Ogromne, okute drzwi zaczęły dygotać jak liść na wietrze, powietrzem wstrząsnął nagle straszliwy huk eksplozji, zakołysały się ściany, posypały się cegły, belki i część szpitala zawaliła się jak domek z kart. Na chwilę straciliśmy przytomność...
Kiedyśmy ją odzyskali, ujrzeliśmy się pod ścianami budynku, wśród opadającego pyłu, szczątków belek i gruzu cegieł. Tu i ówdzie rozlegały się jęki i wołania o pomoc. Prawa strona szpitala nie została zburzona, chociaż środek pomieszczenia - tam, gdzie pierwotnie miałem zamiar pozostać - był zasypany resztkami stropu. Tak więc bezimiennemu Czechowi zawdzięczam, że wyniosłem całą głowę z niebezpieczeństwa.
Nadzwyczajne szczęście miał też polski lekarz dyżurny - w momencie uderzenia bomby znajdował się na strychu po prawej stronie budynku i to tylko go ocaliło. Był cokolwiek potłuczony i pokaleczony, ale żyw i cały; zaraz też zaczął organizować akcję ratunkową dla poszkodowanych. Najpierw trzeba było wybić dziurę w murze, aby wydostać uwięzionych wewnątrz rannych i chorych, potem dopiero udzielić im pomocy.
Po wyjściu ze schronu-pułapki szybko przyszedłem do siebie i skierowałem swe kroki w kierunku naszych baraków. Jak się okazało, już pierwsze bomby zmiotły je z powierzchni ziemi. Spoglądałem na ten smutny widok i nagle pewien szczegół przykuł moją uwagę. Przyjrzałem się bliżej - ależ tak! Wśród gruzów i rumowiska dostrzegłem swoją własną kurtkę, a pod nią - cudem chyba ocalałą - mą ukochaną książkę „Ogniem i mieczem”. Takie nadzwyczajne przypadki nieczęsto się zdarzają: nie dość, że właściciel wyszedł cało z opresji, to jeszcze i książkę (że o kurtce nie wspomnę) zastał nienaruszoną. Zapewne sam Zagłoba, jako że „był mądrych sentencyj pełen”, skwitowałby to zdarzenie słowami: mors certa, hora incerta [4].
Po zakończeniu akcji ratunkowej okazało się, że w wyniku eksplozji dużej, tonowej bomby i zawalenia się szpitala i schronu śmierć pod gruzami znalazło kilkudziesięciu ludzi. W tej sytuacji część chorych (w tej liczbie znalazłem się i ja) wywieziono do Chrzanowa. Odetchnęliśmy z ulgą, mieliśmy bowiem nadzieję, że tam nie będzie nalotów. Niestety, przyszłość pokazała, że byliśmy w błędzie.
Na razie jednakowoż cieszyliśmy się, że żyjemy i choć powoli, ale wracamy do zdrowia. Z przyjemnością stwierdziłem, iż lekarze i pielęgniarki byli bez zarzutu. Na naszym oddziale zakaźnym tak zwany średni personel medyczny składał się z samych Ukraińców - kolaborantów [5], łaskawie widzianych przez Niemców. O ile zatem swe obowiązki spełniali dobrze, nie darzyli wcale Polaków sentymentem.
Niedługo po przyjeździe do Chrzanowa spotkała mnie bardzo miła niespodzianka: zaniepokojone o mój los przyjechały w odwiedziny Mama i Basia. Ponieważ byłem już ozdrowieńcem, nie było niebezpieczeństwa zarażenia – mogliśmy choć przez parę godzin porozmawiać i nacieszyć się sobą.
Pewnego dnia zdarzyła się zabawna historia. Jeden z pielęgniarzy, Iwan, kazał mi iść do łazienki i się wykąpać. Łazienka tam była jedna, wchodzę więc i cóż widzę: siostra Tamara akurat zażywa kąpieli w wannie. Narobiła wrzasku - skonsternowany wyszedłem pośpiesznie, a tu Iwan spotyka mnie na korytarzu i śmieje się na cały głos:
- Ty chadił Tańku podsmotrywać, a? [6]
Okazało się, że w ten sposób podpuszczał także innych chłopaków. A siostra Tamara wzięła pełny rewanż: zebrała nas wszystkich w łazience, kazała się rozebrać, wzięła się pod boki i powiedziała:
- Wy mene podsmotrywali, tak teper ja na was posmotriu! [7] - śmiechów i żartów na ten temat było wtedy co niemiara.
Ale nie zawsze było tak wesoło w Chrzanowie. Przeżyliśmy kilka szarpiących nerwy nalotów alianckich, których celem była pobliska fabryka lokomotyw. Ten zamiar się co prawda nie powiódł, natomiast niedaleka rafineria w Trzebini została doszczętnie rozbita [8].
Czas wciąż płynął, urozmaicany rozmaitymi wieściami o zbliżającej się wolności, której wyczuwalne tchnienie przywiewał październikowy wiatr. Żyło się jak w gorączce - radość i nadzieja przeplatały się ze smutkiem i niepewnością. Wtedy szukałem samotności, aby móc porozmawiać sam ze sobą. Stary ogród przylegający do baraków szpitalnych był moim ulubionym miejscem, gdzie mogłem korzystać ze swoistego splendid isolation [9]. Wtedy przychodził czas rozmyślań i refleksji o tragediach ludzkich, męce dnia powszedniego i o tym nieznanym, co ma nastąpić. Jesienne słońce prześwitywało przez liście, barwiąc je złotem i purpurą, a chłodny wiatr poruszał gałęziami; odczuwało się jakiś smutny nastrój, wypełniający serce i myśli. W świadomości mej tkwiło przeświadczenie, że szczęśliwym trafem zostałem uratowany z tej zbiorowej mogiły, że Opatrzność czuwała nade mną. Czy tak miało być nadal, o tym miała zadecydować niedaleka przyszłość.
W połowie listopada wreszcie zostałem wypisany ze szpitala. Parę najbliższych dni spędziłem w Choczni, we wspominanej starej chacie koło Dąbrowskich.Witano mnie bardzo serdecznie; co prawda z grubsza moi najbliżsi wiedzieli co się ze mną działo, ale ciekawi byli szczegółów. Musiałem wszystko dokładnie opowiedzieć, a słuchano mnie z zapartym tchem...
Miłe chwile wśród swoich minęły - trzeba było wracać do Oświęcimia, a tam już od dawna było niespokojnie. Prawie codziennie ogłaszano alarmy przeciwlotnicze, zarówno w ciągu dnia jak i w nocy. Kiedy rozlegało się wycie syren, tysiące ludzi wybiegało w popłochu nad Wisłę i przypadało do skarpy rzecznej; poprzez łomotanie własnych serc słychać było niski warkot przelatujących samolotów i ogłuszający huk spadających bomb. Leżałem plackiem wraz z innymi i czułem drżenie całego ciała. Naraz ręka leżącego obok współtowarzysza niedoli wyciągnęła się w przyjacielskim geście i jakby z oddali doleciały uspokajające słowa:
- Niczewo, tawariszcz - zakuri! Niczewo, wsio budiet charaszo! [10]
Kiedy się wciągnęło w płuca kilka haustów zatykającego oddech dymu, przychodziło uspokojenie, a widmo śmierci odsuwało się wraz z oddalającymi się samolotami...
Był dzień 18 grudnia [11]. Pamiętam to jak dziś - było to późnym wieczorem - wyszedłem z baraku do łaźni i zobaczyłem nad naszym lagrem płonącą „choinkę” - flarę płynącą w powietrzu i mieniącą się barwami różnokolorowych światełek. Cały lager był tak oświetlony, że można było znaleźć przysłowiową szpilkę. Alarmu nie było, jednak wysoko w górze dał się słyszeć warkot przelatującego samolotu. Niektórzy z kolegów widząc to żartowali, że to nocne ćwiczenia samolotów niemieckich. Uznałem to za oczywisty nonsens, dopatrując się w tym wszystkim czegoś bardzo niedobrego.
Po chwili niebo rozbłysło i jakby setka gromów naraz uderzyła o ziemię. Baraki poczęły się chwiać i trzeszczeć niczym małe pudełka, a ludzie w panicznym strachu jęli wypadać na zewnątrz. Jak olbrzymi zbiornik wody, który przerwie opasujące go wały, tak ta fala ludzka ruszyła niepowstrzymanym pędem drogą ku Wiśle. Nalot zastał niektórych we śnie - wyskakiwali z baraków w bieliźnie bądź wpół ubrani i biegli, przewracali się w śniegu, podnosili się i uciekali dalej, ile tchu w piersiach. Nad tym mrowiem unosił się ryk bombowców, łoskot niemieckiej artylerii przeciwlotniczej i detonacja eksplodujących bomb.
Ludzie, niczym spłoszone ptaki, wszędzie szukali schronienia. Grupka, w której znalazłem się i ja dotarła do potężnej pogłębiarki zwanej bagrem; nie zwlekając wśliznęliśmy się pod nią. Słyszeliśmy jak o dach bagra raz po raz uderzały odłamki pocisków artyleryjskich; przypominało to częste, acz nieregularne bicie w bęben. Przymusowy pobyt na mrozie w tej żelaznej klatce trwał do czwartej nad ranem - do momentu odwołania alarmu. Całkiem skostniali wróciliśmy do lagru albo raczej do tego, co z niego zostało. Bilans „nocnej wycieczki” był bowiem tragiczny: wielu ludzi zamarzło na śmierć, jeszcze więcej było zabitych i rannych. Wszystkim tym, którzy szczęśliwie przetrwali koszmar wojny ta noc grozy pozostała z pewnością głęboko w pamięci.
Żyliśmy w tych dniach w ciągłej trwodze i niepokoju - na pograniczu życia i śmierci. Ludzie mniej odporni psychicznie załamywali się - tracili wiarę w przetrwanie, ci znów, którzy potrafili wykrzesać w sobie iskierkę nadziei i optymizmu zdobywali się na to, by śmiać się wesoło i swą wesołością podtrzymywali na duchu innych. Trzeba się było zaprzeć w sobie, kiedy czarne myśli chciały odebrać resztę chęci do naszego i tak nader smutnego życia. Ja szukałem takiego wsparcia u mego przyjaciela, Karola.
Przychodziłem do niego skołatany i przygnębiony; on wesoły i pogodny, jak zawsze śmiejąc się, opowiada kawały i zaraża humorem innych - jak gdyby nalot, który być może wkrótce się rozpocznie, nie miał dla nas większego znaczenia. Po chwili wszyscy byliśmy weseli i roześmiani, jakby syreny za chwilę miały nam zagrać do tańca - zapominamy o ponurym memento mori [12], brzmiącym w ich złowróżbnym głosie.
Jeszcze wtedy nie pojmowałem tego, że umiejętność panowania nad sobą wyzwala w człowieku moc przetrwania i zwalczenia swoich słabości. Hart ducha w połowie przybliża do osiągnięcia celu w życiu. Ileż to razy miałem możliwość przekonania się, że na tej właśnie filozofii opiera się szekspirowska maksyma: „być albo nie być”…
Od pewnego czasu pozwolono nam jeździć do domu w co drugą niedzielę. Oczywiście, korzystałem z tego skwapliwie, ale musiałem koniecznie pamiętać o tym, by przywieźć dla Władzia i Kazi sztuczny miodek, co dla obojga stanowiło nadzwyczajny specjał. Kupując go, zawsze przypominałem sobie nie tak dawną zabawną przygodę z Jędrkiem i plebańskimi pszczołami.
Tak upływał dzień za dniem w dramacie wojny i okupacji. Kończył się rok 1944; po szarugach jesiennych nastała mroźna zima, zwiastująca pośpiesznie nadchodzący przełom. Nadeszły święta Bożego Narodzenia, które pozwolono mi spędzić wśród najbliższych. Były to pierwsze święta (nie licząc wielkanocnych) bez naszego drogiego Ojca, więc nie obyło się bez łez. Puste krzesło wraz z nakryciem do stołu przypominało nam tę bolesną prawdę.
Wieczór wigilijny spędziliśmy razem z wujciem Józkiem i wujciem Władkiem Bandołami w bardzo miłej, prawdziwie rodzinnej atmosferze. Odwiedził nas także, mieszkający wówczas u Bargla, wujciu Jasiek z rodziną. W blasku jarzącej się świeczkami choinki łamaliśmy się opłatkiem i składaliśmy sobie wszyscy życzenia, aby jak najszybciej zakończyła się ta okrutna wojna. Tkwiło w nas głębokie przeświadczenie, że to ostatnie święta w hitlerowskiej niewoli. A na razie cieszyliśmy się chwilą - śpiewaliśmy w radosnym uniesieniu kolędy i wspominaliśmy dawne lata. Mama podawała nam na stół potrawy (które udało się jej przygotować) i radosnym wzrokiem ogarniała nasze grono. Pamiętam, że była nawet ulubiona przez nas kukiełka, tyle, że bez miodu.
Po kolędach, jak każe tradycja, śpiewaliśmy kantycki, do których obydwaj z wujciem Józkiem układaliśmy zabawne teksty. Zapamiętałem nawet jedną z nich:

Raz Maciek na święta wypił flaszkę całą,
Poszedł doić kozę, bo pić mu się chciało;
Wziął kozę za wymię, wsadził se do gęby,
A koza fiknęła, wybiła mu zęby.

Na Nowy Rok przyjechała niespodziewanie do nas Terenia. Radości było co niemiara - opowiadała co słychać u dziadków i chciwie słuchała tego wszystkiego co zdarzyło się u nas. Spotkała się również ze swym bratem - wujciem Józkiem, bo też dawno się nie widzieli ze sobą. Ale po kilku dniach musiała wrócić na daleką Lubelszczyznę, gdyż jeszcze u nas nie nadszedł dzień wolności.
Tymczasem ostatnie tygodnie niewoli przepełniły nam serca smutkiem i przyniosły ze sobą nowe cierpienia i śmierć. Oto w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia [13] zbombardowano Westlager, a nalot zupełnie zaskoczył będących w barakach ludzi. Zginęli wówczas Anglicy, Francuzi, Włosi - znów polała się obficie krew niewinnych ludzi. Taki sam los spotkał żołnierzy angielskich widzących rychłe wybawienie w nadlatujących eskadrach samolotów. A Niemcy, dla których były przeznaczone owe śmiercionośne bomby (chodziło o Lager I), pozostali żywi i cali, kpiąc sobie z przekory losu, który gdzie indziej zebrał swoje straszne żniwo.
Ale niedługo już miała trwać krzyżacka buta i poczucie bezkarności dokonywanych zbrodni. Wiatry ze wschodu przynosiły powiew nadchodzącej nieuchronnie klęski tysiącletniej Rzeszy hitlerowskiej.
Grom uderzył z początkiem 1945 roku: 12 stycznia wojska radzieckie ruszyły znad linii Wisły. Wystarczyły zaledwie dwa tygodnie, aby front oparł się o Skawę. Pogłoski o zbliżającej się ofensywie były alarmujące. Głuche odgłosy kanonady artyleryjskiej stanowiły zwiastun nadchodzącej burzy. Niemcom zaczynał się palić grunt pod nogami - radzieckie kleszcze frontu zaciskały się coraz bardziej. Hitlerowcy jęli spiesznie zacierać ślady swej zbrodniczej działalności oraz niszczyć najważniejsze urządzenia w zakładach w Oświęcimiu. Był już wielki czas uciekać z tego obozu śmierci, gdzie los nasz był tak niepewny.
Na niebie pojawiały się wieczorami czerwone łuny - znak, że front, a wraz z nim wyzwolenie były już niedaleko. SS-mani otoczyli kordonem tereny Oświęcimia - wpaść w ich łapy oznaczało koniec - popędziliby nas do Rzeszy [14]. Umówiliśmy się z Karolem i działając według obmyślonego planu, udało nam się sprytnie wymknąć z ich pułapki.
Do Zatora szliśmy pieszo, bo pociągi na tej trasie nie kursowały - tory były zbombardowane. Z Zatora do Wadowic jechaliśmy pociągiem, lecz podróż ta trwała całą noc, ze względu na ciągłe naloty. Dopiero rano dotarliśmy do Wadowic, a stamtąd już bez przeszkód pomaszerowaliśmy do Choczni.
W domu wszyscy się zdumieli i ucieszyli zarazem na mój widok - jak zawsze musiałem im wszystko dokumentnie opowiedzieć. Nakarmiony i szczęśliwy, że koszmar Oświęcimia nareszcie przestał dla mnie istnieć, położyłem się spać. Gdy się obudziłem był już wieczór - przespałem cały dzień. Rano skoczyłem do Janoszków; jakież było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałem się, że Karol pojechał na rowerze do... Oświęcimia. Zawsze miałem go za ryzykanta wierzącego w swą szczęśliwą gwiazdę, ale tym razem chyba przesadził. Najlepiej zilustruje to sentencja: fortuna favetfortibus [15]...
Styczeń tej pamiętnej zimy był śnieżny, mroźny i siarczysty. Szosą jechały samochody i toczyły się chłopskie furmanki, wszystkie pełne rannych Niemców. Od czasu do czasu maszerowały grupki wynędzniałych żołnierzy - krok ich był powolny i ociężały, głowy i ręce nierzadko owinięte bandażami. To już nie byli owi zdobywcy Europy, którzy z butnymi minami na cały głos śpiewali: Heute gehört uns Deutschland und morgen die ganze Welt! [16] -teraz była to jedynie czereda wystraszonych żołdaków, którzy chętnie zdjęliby mundur i oddali wraz z karabinem za jakieś cywilne łachy, które stanowiły dla nich ostatnią deskę ratunku.
Któregoś dnia wybrałem się ze swym kolegą, Władkiem Wójcikiem, do Wadowic. W mieście słychać było coraz wyraźniejsze odgłosy zbliżającego się frontu. I wtedy właśnie przyszwendał się do nas pewien niemiecki feldfebel [17]. Był prawdopodobnie z pochodzenia Czechem, bowiem mówił do nas łamaną czeszczyzną, a już w sposób szczególny upodobał sobie mnie. Ciągnął mnie do koszar, obiecując dużo jedzenia, koniak i „wiele innych dobrych rzeczy”. Tak mnie bajerował, że może bym się i zgodził, gdyby nie stanowcze veto Władka. W pewnym momencie odciągnął mnie na bok i nuż mnie strofować:
- Czyś ty zwariował? W żadnym wypadku nie możesz tam pójść! Przecież on potrzebuje twojego ubrania! Skąd wiesz, że cię gdzieś w kącie nie rąbnie w łeb albo nie zastrzeli? Co, życie ci niemiłe? - po czym odważnie naskoczył na feldfebla, żeby się od nas natychmiast odczepił, bo my nigdzie z nim nie pójdziemy. Pociągnął mnie za rękę i czym prędzej daliśmy nogę.
Muszę stwierdzić, że wdzięczny byłem Władkowi za tę stanowczą interwencję, bo kto wie, czy nie uratował mi wtedy życia.
Nadchodził kres niezwyciężonego niemieckiego Wehrmachtu. Nie mogły uratować niemieckiej armii przed upadkiem ciągnące na jej tyłach hordy różnych narodowości Azjatów [18], Ukraińców, Rumunów i własowców [19]. Charakterystyczną scenką była moja rozmowa z pewnym Ukraińcem, noszącym niemiecki mundur. Tenże właśnie wojak poufnym tonem powiedział mi, że Rosjanie mają stare karabiny na sznurkach, naboje noszą w kieszeniach, a na nogach zamiast butów mają dziurawe chodaki. Na to ja,również zniżając głos, spytałem:
- Jeżeli Rosjanie to banda takich dziadów, to dlaczego tacy potężni i dobrze uzbrojeni Niemcy uciekają przed nimi?
To pytanie bardzo go zdeprymowało, lecz po chwili odparł, że jest to konieczne, ponieważ w ten sposób wojska niemieckie oderwą się od nieprzyjaciela, wciągną go na teren Rzeszy, następnie otoczą i zniszczą. W taki oto sposób goebbelsowska propaganda podtrzymywała mit swej niezwyciężonej armii.
Osobny rozdział niemieckiego wojska stanowili Tatarzy. Ci skośnoocy mieszkańcy stepów, odziani w mundury z hakenkreuzem [20] na ramieniu stali się „podporą” hitlerowskiej armii. Pamiętam, jak przyszli do naszego domu - przynieśli pół wyłamanego płotu i kawał cuchnącego mięsa, które kazali ugotować. Po spożyciu posiłku wyciągnęli zielone płótno i sznury, po czym zaczęli się modlić do Allacha, zawodząc przy tym i kiwając się rytmicznie. Dopełniwszy swych obrzędów, sprokurowali sobie z machorki [21] i gazet grube jak palec skręty i oddali się przyjemności palenia. Całą izbę wypełnił gęsty, gryzący dym, ale oni nie zwracali na to uwagi. Z równą niefrasobliwością zresztą niedopałki porzucili w słomie, na której spali. Był to prawdziwy cud, że ten stary, słomianą strzechą kryty dom wtedy nie spłonął - może sprawiły to owe modlitwy do Allacha. A co do hitlerowców - nawet najpokorniejsze modły wszystkich Allachowych czcicieli nie były w stanie uratować ich od ostatecznej klęski.
Strzały, które odzywały się z bliskiej już linii frontu, było słychać coraz lepiej, co budziło w potomkach nogajców [22] narastającą trwogę. Mieli ku temu powody - wiedzieli bowiem dobrze, że w razie czego Ruscy zrobią im, jako zdrajcom, kęsim [23]. Stąd też uciekali, aż się za nimi kurzyło.




[1] 13 września 1944 r. zgrupowanie 96 bombowców B-24 Liberator przeprowadziło drugie bombardowanie terenu zakładów IG Farbenindustrie, które trwało 13 minut.
[2] Alle zum Schutzraum! (niem.) - Wszyscy do schronu!
[3] wizg (ros.) - wysoki, ostry, przenikliwy głos, dźwięk; gwizd, świst.
[4] mors certa, hora incerta (łac.) - śmierć pewna, ale jej godzina nieznana.
[5] kolaborant (z łac.) - ten, kto współpracuje z nie popieraną przez większość społeczeństwa władzą; obywatel kraju okupowanego współpracujący z władzami okupacyjnymi ze szkodą dla własnego kraju.
[6] Ty chadił Tańku podsmotrywać, a? (ukr.) - Chodziłeś Tańkę podglądać, co?
[7] Wy mene podsmotrywali... (ros.) - Wyście mnie podglądali, to teraz ja na was popatrzę!
[8] Bombardowanie rafinerii w Trzebini odbyło się 7 sierpnia 1944, w ramach operacji wahadłowej o kryptonimie „Frantic 5”. Przeprowadziły ją siły amerykańskiej 8 Armii Powietrznej, bazującej w Wielkiej Brytanii. 6 sierpnia 75 samolotów Boeing B-17 Flying Fortress w eskorcie 64 myśliwców P-51 Mustang wyruszyło z Anglii nad zakłady FockeWulfa w Rumii koło Gdyni, gdzie zrzuciły 103 tony bomb. Po misji Amerykanie lądowali w bazach udostępnionych przez ZSRR na terenie Ukrainy. Następnego dnia 60 Latających Fortec pod osłoną 36 Mustangów wystartowało z tych baz, unicestwiło rafinerię w Trzebini i powróciło na Ukrainę.
[9] splendid isolation (ang.) - doskonałe odosobnienie.
[10] Niczewo tawariszcz... (ros.) – To nic, towarzyszu - zapal! To nic - wszystko będzie dobrze!
[11] 18 grudnia 1944 grupa 49 bombowców B-17 i B-24 przeprowadziła trzecie bombardowanie terenu zakładów IG Farben.
[12] memento mori (łac. pamiętaj o śmierci) - przypomnienie, że nie można uniknąć śmierci: każdy w końcu umrze i nie można tego zmienić, ponieważ człowiek nie ma na to żadnego wpływu. Pozdrowienie „memento mori” używane jest przez wiele zgromadzeń zakonnych, przede wszystkim przez kamedułów, kartuzów i trapistów. Treść tej formuły stanowi argument przeciwko zbytnim dążeniom ku sprawom przyziemnym, które przemijają wraz ze śmiercią.
[13] 26 grudnia 1944 r. grupa 95 bombowców B-24 przeprowadziła czwarte i ostatnie bombardowanie zakładów IG Farben.
[14] 18 stycznia 1945 r. z Auschwitz III - Monowitz wyprowadzono wszystkich zdolnych do marszu w kolumnie ewakuacyjnej, konwojowanej przez silnie uzbrojonych esesmanów. Więźniowie szli pieszo, bez żywności, w czasie wielkich mrozów. Wielu z nich straciło życie podczas tej tragicznej „ewakuacji” nazywanej marszem śmierci. Esesmani nie nadążali zabijać więźniów, którzy z braku sił nie byli w stanie maszerować dalej. Poprowadzono ich do Gliwic, a następnie przewieziono koleją do obozów koncentracyjnych Buchenwald i Mauthausen.
[15] Fortuna favet fortibus (łac.) - los sprzyjasilnym.
[16] Heute gehört uns Deutschland… (niem.: dziś należą do nas Niemcy, a jutro cały świat) – początkowe słowa refrenu nazistowskiej pieśni „Es zittern die morschen Knochen” (niem.: Drżą gnijące kości).
[17] feldfebel (z niem. Feldwebel) - niemiecki podoficerski stopień wojskowy, odpowiednik polskiego sierżanta (wachmistrza).
[18] Legiony Wschodnie (niem. Ostlegionen) – ochotnicze kolaboracyjne formacje zbrojne złożone z żołnierzy z narodów nierosyjskich ZSRR pochodzących z Kaukazu i Azji Środkowej w niemieckiej armii podczas II wojny światowej.Formowanie Legionów Wschodnich rozpoczęło się już wiosną 1942. Odbywało się niemal równocześnie na obszarze Generalnym Gubernatorstwie (GG) i okupowanej Ukrainy. W GG w latach 1942-1943 (m.in. w Legionowie, Jabłonnej, Puławach i Jedlni) w ramach Legionów Wschodnich Niemcy sformowali 64 bataliony (w tym 21 turkmeńskich, 8 gruzińskich, 8 północnokaukaskich, 9 azerbejdżańskich, 8 armeńskich i 10 Tatarów nadwołżańskich).
[19] własowcy (od nazwiska Andriej Własow, generała-lejtnanta Armii Czerwonej) – potoczna nazwa żołnierzy Rosyjskiej Armii Wyzwoleńczej (Russkoj Oswoboditielnoj Armii, ROA) kolaboracyjnej formacji zbrojnej (złożonej głównie z Rosjan) w czasie II wojny światowej. Praktycznie ROA składała się z dwóch dywizji piechoty sformowanych we wrześniu 1944 z jeńców rosyjskich, po uzyskaniu zgody władz III Rzeszy.
[20] hakenkreuz (niem. krzyż z hakami) - godło państwa hitlerowskiego w postaci krzyża o ramionach załamanych w połowie pod kątem prostym; swastyka.
[21] machorka (ros.) – tytoń bakun, mocny tytoń gorszego gatunku.
[22] nogajcy (od nazwiska Nogaj – jeden z wybitnych wodzów Złotej Ordy) – Tatarzy z Ordy Nogajskiej, konfederacji plemion koczowniczych powstałej na Stepie Pontyjskim. W jej skład wchodziły terytoria pomiędzy Wołgą, Irtyszem, Morzem Kaspijskim i Morzem Aralskim. Orda Nogajska została utworzona przez Edygeja po uniezależnieniu się od Złotej Ordy około 1390 roku.
[23] kęsim (z tur.) – ucięcie głowy.

piątek, 18 sierpnia 2017

Czterdziesty czwarty- wspomnienia Ryszarda Woźniaka

Kolejny fragment wspomnień Ryszarda Woźniaka z okresu II wojny światowej, udostępniony przez jego syna Krzysztofa. Autor wspomnień- Ryszard Woźniak urodził się w Choczni 31 października 1926 roku, a obecnie zamieszkuje w Bytomiu.

Czterdziesty czwarty

Nadszedł pamiętny rok 1944. 11 lutego,w piątek, nadszedł telegram poświadczony przez posterunek żandarmerii, wzywający mnie natychmiast do Choczni i zawiadamiający, że Ojciec jest ciężko chory. Według relacji Mamy było to mniej więcej tak:
Rodzina mieszkała podówczas u Zająca (za Stypułą), gdzie było im stosunkowo znośnie. Podczas tej ostrej zimy doszło do kolejnego wysiedlenia. Przyszli SS-mani i zaczęli wrzeszczeć:
- Los, los, polnische Schweine![1]
Wtedy Ojciec nie wytrzymał: ponieważ umiał po niemiecku powiedział, że tak nie można, są przecież malutkie dzieci (Kazia miała sześć lat, Władzio trzy i pół) - powinni dać trochę czasu na wyprowadzenie się.
Niemcy zareagowali na to oczywiście agresją i pobili dotkliwie Ojca kolbami. Potłuczony i zmaltretowany, cały mokry od potu - bardzo się umęczył przy wynoszeniu mebli - musiał teraz przewieźć całą chudobę kawał drogi do „nowego mieszkania”. Tam (u Woźniaków, przy granicy z Wadowicami) na domiar złego nie chciano ich wpuścić do środka - wszyscy stali na mrozie i czekali. Dopiero interwencja policji położyła kres tym męczarniom.
W efekcie Ojciec dostał zapalenia płuc, z czego wynikły różne powikłania, bowiem nie było wtedy odpowiednich lekarstw. Leżał więc w łóżku i z każdym dniem czuł się gorzej. W takim stanie, z wychudłą i bladą twarzą i zapadniętymi oczyma zastałem go po przyjeździe z Oświęcimia.
Noc z 11 na 12 lutego zaznaczyła się szczególnie w mojej pamięci. Była to piękna noc - księżyc świecił jasno, a jego srebrzyste promienie wpadały do okna naszego pokoju. Czuwałem właśnie przy łóżku, kiedy leżący dotąd bezwiednie Ojciec nagle się poruszył i jakby przebudzony z letargu przemówił do mnie słabym głosem:
- Jaka jest pogoda na polu?
Zelektryzowany tą nagłą przemianą odrzekłem, że pogoda jest śliczna, jakby już było przedwiośnie. Usłyszawszy to westchnął ciężko i powiedział:
- Tak pięknie jest na tej ziemi, a tu trzeba umierać...
Zacząłem go pocieszać, że na pewno mu się polepszy i jakoś wyjdzie z tej choroby. Wtedy Ojciec - wyraźnie ożywiony - jął mówić cicho, krótkimi, urywanymi słowami i drgającym od żalu głosem, że już nie będzie śpiewał sobie godzinek, jak przedtem, gdy chodził do pracy z Frydrychowic do Wadowic. Wspominał, jak wiele się napracował w swym życiu, aby kupić kawałek pola i wyremontować dom, byśmy mieli gdzie mieszkać. Mówił także, jak bardzo pragnął zostać kimś w życiu i coś w nim osiągnąć, lecz, niestety - warunki na to nie pozwoliły, a teraz choroba ostatecznie przekreśliła te zamierzenia.
- Dlatego - ciągnął - powinno to być dla ciebie przestrogą, że trzeba się uczyć, aby dojść do czegoś w życiu, a ty jesteś jeszcze taki młody i tyle obowiązków przed tobą...
Na koniec wzruszył się bardzo i przywoławszy mnie do swego wezgłowia, zażądał, bym mu przysiągł, iż będę pomagał Mamie przy wychowywaniu rodzeństwa, szczególnie tych najmłodszych - Kazi i Władzia. Nie mogąc powstrzymać łez napływających mi do oczu, wstrząśnięty do głębi całowałem jego ręce i przysiągłem, że jeśli tylko mi Bóg pozwoli, będę się starać ze wszystkich sił wypełnić ten święty dla mnie obowiązek. Wówczas Ojciec uspokoił się i westchnął głęboko, jakby mu kamień spadł z serca; cichym głosem powiedział, że teraz może już spokojnie umierać. Głowa opadła mu na poduszkę - przerażony, że to już koniec chciałem budzić Mamę, która zasnęła na chwilę, ale nierówny oddech chorego wskazywał, że zapadł w krótką drzemkę...
Zdruzgotany wewnętrznie, przejęty do głębi serca przeżywałem tę wielce tragiczną dla mnie chwilę. Przed oczyma zaczęły mi się przesuwać obrazy z przeszłości: od najwcześniejszego dzieciństwa, do tego momentu; postać Ojca przewijała się w nich jak w filmie - raz uśmiechnięta i radosna, kiedy indziej smutna i zatroskana...
Wzrok mój objął tę wychudłą, ściągniętą grymasem bólu drogą, kochaną twarz. Tak pragnął żyć wśród nas, tyle chciał jeszcze dla nas dokonać i oto zbliża się kres jego ziemskiej wędrówki...
Jakże bardzo pragnąłem wmówić sobie, iż może jeszcze istnieje choć cień nadziei, lecz nieubłagana logika wskazywała, że to już koniec. Niestety, zdawałem sobie z tego sprawę, że przed śmiercią występuje u chorych tylko chwilowe polepszenie stanu zdrowia. Tymczasem jednak będąc pod silnym wrażeniem niedawno przeżytych chwil, przytłoczony ciężarem złych myśli sam nie wiem, kiedy zasnąłem...
Piękny poranek następnego dnia w niczym nie zwiastował tego, że w niedługim czasie serca nasze okryje czarna, przepastna żałoba. Mama umęczona wydarzeniami ostatnich dni krzątała się po ciasnej izbie - życie niosło nieubłaganie codzienne potrzeby i obowiązki, których nawet w tak wielkiej boleści nie można było zaniedbywać. Chory popadł znów w zwykłą apatię i odrętwienie. Opowiedziałem Mamie wszystko, co wydarzyło się ubiegłej nocy. Na jej twarzy naznaczonej piętnem cierpienia, widać było, że wstrząsnęło to nią głęboko.
W międzyczasie przyjechała Basia; oczekiwaliśmy z niecierpliwością na Julę, po którą także wysłano telegram do Niemiec. Zdążyła jeszcze przybyć na czas. Jej rozpaczliwy szloch i powtarzane słowa:
- Tato, ty nie możesz umrzeć! - wywarły wrażenie na Ojcu - ocknął się ze swej niemocy i począł się przytomnie rozglądać; siostra klęczała przy łóżku i płacząc całowała jego ręce. On sam czuł się bardzo słaby; na domiar złego wujciu Józek zaczął mu podawać zimną wodę, sądząc, że spowoduje ona obniżenie wysokiej gorączki, lecz odniosło to całkiem odwrotny skutek. Wezwaliśmy doktora Banasia, który oświadczył, że nie ma już żadnego ratunku. Przyszedł jeszcze odwiedzić chorego ksiądz Dyba, lecz były to ostatnie godziny życia Ojca.
Kiedy był jeszcze przytomny poprosił, aby przyprowadzić babcię – Jego matkę. Kiedy przyszła, zaczął sobie nucić jakąś piosenkę, lecz babcia powiedziała:
- Julek, co ty śpiewasz, powinieneś śpiewać pobożne pieśni... – co usłyszawszy zaczął nucić „Matko, nie opuszczaj nas”. Wreszcie z głębokim żalem wyrzekł te przejmujące słowa:
- Mamo, wy żyjecie, a ja muszę tak młodo umierać i zostawić żonę i małe dzieci…
Wyczuwaliśmy, że ta straszna chwila jest coraz bliżej. Pod wieczór przybyła najbliższa rodzina. Zbliżyliśmy się do łoża Ojca na ostatnie z Nim pożegnanie. Łzy nasze, ciężkie i bolesne padały na Jego ręce, którymi chciał nas pobłogosławić. Były to ostatnie chwile życia naszego drogiego Ojca. Jego czoło pokryło się perlistym potem, a oczy zasnuwały się mgłą. Jeszcze się uniósł na poduszce, jeszcze chciał coś powiedzieć - wujciu Julek podniósł Go nieco, ale parę chwil później skonał na jego rękach…
Mama strasznie przeżyła pierwsze chwile po zgonie Ojca. Uspokajaliśmy ją z Julą jak umieliśmy, gdyż obawialiśmy się o jej zdrowie, tak bardzo była załamana. Po dłuższym czasie jednakże przyszło stopniowe ukojenie wewnętrzne; godziła się z wolą Bożą i okrutnym nad wszelki wyraz losem.
Wszyscy byliśmy pogrążeni w niewysłowionym smutku i głębokim, wszechogarniającym bólu. Chociaż odszedł - pamięć o Nim za zawsze pozostała wśród nas...
W miarę swych możliwości ze wszystkich sił starałem się wypełnić przyrzeczenie złożone Ojcu na łożu śmierci. Lecz serce moje przepełnia żal, bo mało kto starał się pojąć, jakie trudności musiałem pokonać na swej drodze i ile przejść duchowych rozterek i walk z samym sobą. Jestem wręcz pewien, że moje intencje i zamierzenia zostały źle zrozumiane, ba! nawet potępione. Tak nieraz bywa w życiu - trzeba wiele przecierpieć, aby wypełnić, co się przyrzekło.
Gdy pochylam się nad grobem Ojca jestem pełen wiary i przekonania, że On to zrozumiał i właściwie ocenił. I tylko to przynosi ulgę mej skołatanej duszy...
Przeżywaliśmy tę rodzinną tragedię w milczeniu. I gran dolori sono muti - powiada przysłowie. Tylko mały Władzio, nie mogąc zrozumieć, co się stało, wołał na Ojca:
- Tata, wstań! Tata, obudź się!
Nie dało się patrzeć na tę rozdzierającą scenę...
Nadeszła smutna chwila pogrzebu. Przybyło nań dużo osób, Ojciec bowiem był osobą powszechnie w Choczni znaną, szczególnie z racji swej działalności w Katolickim Stowarzyszeniu Mężów. Kiedy wynoszono trumnę trzykrotnie uderzono jej dnem o próg domu; głuchy ów dźwięk ozwał się przejmującym echem w mym sercu. W licznym żałobnym kondukcie wyruszyliśmy wszyscy do kościoła, w którym było także bardzo dużo ludzi, jako, że była to niedziela. Na katafalku spoczywała czarna trumna; przyniesione przez siostry Ojca białe prymulki kontrastowały w niezwykły sposób z tą czernią i wywoływały przejmujące wrażenie.
Szliśmy powoli na drogą prowadzącą na cmentarz wśród szpaleru wysokich lip. Tuż za trumną podążała Mama, cała w czerni, prowadzona przeze mnie i Julę. Obok nas szło młodsze rodzeństwo: Barbara, Tadeusz, Kazia i Władzio. Nieco dalej kroczył również Karol, który niósł wieniec. Złożeniu trumny do grobu towarzyszył spazmatyczny szloch całej rodziny. Rzuciliśmy pierwsze grudy ziemi, a wkrótce potem grób pokryły kwiaty i wieńce.
Dokonał się pierwszy tragiczny akt w naszym życiu.
Po pogrzebie Mama poszła podziękować księdzu Dybie. Proboszcz odrzekł, że on by też był zadowolony, gdyby mu ktoś za darmo ojca pochował. Tak ów mąż świątobliwy interpretował Chrystusową przypowieść o miłosiernym Samarytaninie...
Nazajutrz rano, 14 lutego, poszliśmy do kościoła na właściwą mszę żałobną, której w niedzielę nie można było odprawić. Rzeczywistość z wolna zaczęła upominać się o swoje - wróciłem do Oświęcimia, do lagru i harówy. I dobrze, że się tak stało - skupienie się od świtu do zmroku na robocie pomagało mi przetrwać ten, jakże trudny dla mnie, okres.
Ukrywający się wtedy w okolicach Zatora i działający w AK wujciu Józek zarabiał tam szyjąc u ludzi i wspomagał nas pieniędzmi oraz przywożonymi w pociągu ziemniakami, które w worku wyrzucał w biegu pociągu naprzeciw Dąbrowskiego, a potem przynosił do domu. Dostawał też paczki z Lubelskiego; wewnątrz, w wydrążonym bochenku chleba znajdował się tytoń - był sprzedawany oczywiście po kryjomu, a uzyskane z tego pieniądze przekazywał Mamie na nasze utrzymanie. Ponadto przeszywał nam ze starych rzeczy płaszcze i inne ubrania, dzięki czemu mieliśmy czym chodzić. Dobry, kochany wujciu - poświęcał się dla nas, jak mógł to nam pomagał i naprawdę my wszyscy mamy mu wiele do zawdzięczenia.
Tymczasem na świecie zaczęły się dziać rzeczy, które przechodziły najśmielsze oczekiwania. Ludzie, co prawda po kryjomu, ale coraz powszechniej szeptali o klęskach Niemców na wschodnim froncie i o ruskiej ofensywie. W serca zaczęła wstępować nadzieja. I kiedy Szwaby stawały się niespokojne i rozdrażnione, nas ogarniała radość i poczucie satysfakcji.
Lecz terror i represje okupanta wzmogły się jeszcze. Przed świętami wielkanocnymi u nas w robocie ogłoszono, że aby pojechać do domu trzeba mieć specjalną przepustkę. Oczywiście, przepustki takiej, mimo naszych natarczywych próśb, nam nie wydano. Nie pozostawało nam tedy nic innego, jak pozostać w lagrze na święta. Ale my - ja z grupą kolegów - wykoncypowaliśmy sobie, że pójdziemy piechotą do Brzeszcz i tam wsiądziemy do pociągu. Liczyliśmy na to, że jest to mała stacyjka, przez nikogo niepilnowana - wskoczymy niepostrzeżenie do wagonu i wykiwamy Niemców.
Jak postanowiliśmy, tak też zrobiliśmy. 8 kwietnia, w Wielką Sobotę, zadowoleni z siebie właśnie czekaliśmy na przyjście pociągu, gdy nagle ni stąd, ni zowąd zjawili się policjanci (stacja jednak była obstawiona) i zażądali oprócz Ausweisów także przepustek, których, rzecz jasna, nie mieliśmy. Zgarnęli nas wobec tego i poprowadzili na posterunek policji. Podczas naszego przemarszu, jakby na ukoronowanie wszelkich nieszczęść, zaczęło lać jak z cebra.
Przemokniętych do suchej nitki, wpakowali nas do ciemnego jak noc mamra, gdzie aż roiło się od szczurów. Nazajutrz rano, głodnych, mokrych i zziębniętych przyprowadzono nas przed oblicze komendanta. Ten, będąc chyba zagorzałym fanatykiem hitleryzmu, po wstępnych przesłuchaniach zaproponował nam, abyśmy podpisali Volksliste. Kiedy wszyscy zdecydowanie odmówiliśmy, zadzwonił do obozowego gestapo i przyjechali po nas. W budynku gestapo odpowiednio nas „przesłuchano”, w wyniku czego oberwaliśmy potężne baty, po czym zostaliśmy zapędzeni (w naszych mokrych, świątecznych ubraniach) do kopania fundamentów. Głodnych, zmordowanych i pobitych wypuścili nas do „normalnej roboty” dopiero we wtorek. W firmie także dostaliśmy tęgi paternoster od Obermeistra, a majstrowie swoją drogą dołożyli nam dodatkowy wycisk w pracy. Tak się skończyła nasza feralna, świąteczna wyprawa do domu.
A oto inna historia, która przyjemnie, co prawda, się zaczęła, lecz mogła mieć zgoła tragiczny epilog. Pewnego dnia umówiliśmy się z dwoma kolegami z Choczni: Karolem Janoszkiem i, będącym od niedawna w Oświęcimiu, Klimkiem Skowronem, że pójdziemy zobaczyć Wisłę, wezbraną po niedawnej powodzi. Rzeczywiście - dotarłszy na miejsce ujrzeliśmy szeroko rozlaną rzekę, wartko toczącą mętne jeszcze fale. Ktoś rzucił hasło:
- A może się wykąpiemy? - na co wszyscy trzej rozbieramy się i wchodzimy do wody. Chłopaki mówią:
- Ale się będzie dobrze pływało! - co biorę poważnie i śmiało wypuszczam się na środek. Bystry nurt porwał mnie jak piórko i poniósł na fali; ani się obejrzałem jak byłem daleko - moich kolegów nawet nie widać. Ogarnął mnie niepokój, potem strach - prąd jest coraz szybszy, a ja nie potrafię zbliżyć się do brzegu. Czując, że siły zaczynają mnie opuszczać, podejmuję jeszcze jeden rozpaczliwy wysiłek wydostania się z żywiołu. Bezskutecznie - woda spycha mnie znów na środek. Sytuacja staje się poważna, zaczynam bowiem drętwieć z zimna. Wreszcie, zauważywszy na zakręcie wystającą z brzegu wiklinę, staram się za wszelką cenę uchwycić krzaków. Udało się! - nurt mną szarpie, ale trzymam się mocno i z całej siły wciskam w zarośla. Zziębnięty, podrapany i mocno zmęczony wyłażę w końcu na brzeg. Nogi uginają się pode mną, ale powoli przychodzę do siebie. Stopniowo się rozgrzewam i po dłuższym marszu (tak daleko poniosła mnie woda) docieram do miejsca, gdzie stały małe kopki siana - tu rozbieraliśmy się przed wejściem do wody. Kumpli nie ma, po ciuchach ani śladu - nic tylko siąść i płakać. Szczękam zębami z zimna, a przecież nie mogę wracać do lagru goły jak święty turecki. Naraz zza kopek wybucha gromki śmiech - koledzy wychodzą z ukrycia i niosą moje ubranie. Początkowo chciałem się gniewać za ten kiepski żart, lecz po chwili śmieję się razem z nimi, zapominając o tym, że przed chwilą walczyłem o życie. Jednym słowem - wszystko dobre, co się dobrze kończy.
Latem (było to z początkiem sierpnia) obłożnie zachorowałem. Byłem bardzo słaby, miałem silne bóle głowy i wysoką gorączkę. Ponieważ stan mego zdrowia wciąż się pogarszał, odwieziono mnie do szpitala. Tam kazano mi się wykąpać w wannie - na moje nieszczęście woda była bardzo zimna, w rezultacie czego dostałem zapalenia płuc i leżałem zupełnie bez życia.
W niedzielę, 20 sierpnia, nastąpił pierwszy nalot na Oświęcim [2]. Syreny zaczęły wyć, a wszystkich chorych przetransportowano do LSR [3]. O mnie chyba zapomniano - leżę więc sam, słyszę ryk przelatujących samolotów i coraz bliższe detonacje. Za każdym razem, gdy w pobliżu spada bomba siła eksplozji podrzuca mnie wysoko na pryczy. Zaczynam mieć niezłego pietra, kiedy nagle, niczym deus ex machina [4], zjawia się Karol i znosi mnie na własnych plecach do schronu. Doprawdy, takiego rozwiązania sytuacji nigdy bym się nie spodziewał. Okazało się, że i on w tym czasie przebywał w szpitalu - trapiły go poważne dolegliwości pęcherza. Zauważył, że nie ma mnie w schronie i ruszył na poszukiwania.
Siedząc w bezpiecznym miejscu i czekając, aż się to wszystko skończy, nie przypuszczaliśmy nawet, że wtedy właśnie nasze mamy wybrały się do szpitala na odwiedziny. Nalot i bombardowanie zastały je w mieście, lecz kiedy Fliegeralarm został odwołany, niestety, nie wpuszczono ich do środka.
Nie miała także szczęścia siostra Basia, która chcąc się ze mną zobaczyć odważnie wypuściła się samopas do Oświęcimia. Miała jednak pecha, bo tym razem także trafiła na alarm lotniczy, a nad całe miasto wypuszczono zasłonę dymną. Aż do odwołania alarmu musiała siedzieć w schronie, a potem było już za późno na odwiedziny. Na szczęście cała i zdrowa wróciła do domu.
Akurat w tym czasie przeżywałem ostry kryzys choroby. Kiedy po kilku dniach Karol przyszedł mnie odwiedzić, prawie mnie nie poznał - tak byłem zmieniony i wynędzniały. Tylko odporności własnego organizmu i opiece sióstr zakonnych zawdzięczam, że się jakoś z tego wykaraskałem.
Wydawało się, że się ma ku lepszemu, aż tu przychodzą wyniki badań krwi, z których wynika, że oprócz zapalenia płuc jestem jeszcze chory na tyfus. Natychmiast wydezynfekowano moje łóżko i przeniesiono mnie na oddział zakaźny. Oddział ten znajdował się w kilku barakach przylegających do szpitala i był ogrodzony kolczastym drutem - nie wolno tam było wchodzić nikomu.
Bardzo ciężko przeżywałem tę nową chorobę - wysoka gorączka i silne pragnienie trawiły mnie nieustannie - nie mogłem nic jeść i wyglądałem jak własny cień. Na domiar złego widziałem, jak wynoszono zwłoki tych, którzy leżeli obok mnie, co pogarszało jeszcze moje, i tak już marne, samopoczucie. Stan taki trwał kilkanaście dni, aż wreszcie bezpośrednie zagrożenie minęło i poczułem się nieco lepiej.
Tymczasem Barbara nie dawała za wygraną i znów przyjechała do Oświęcimia. Tym razem miała więcej szczęścia i dotarła bez przeszkód do szpitala. Koniecznie chciała się ze mną zobaczyć, ale na przeszkodzie stanęły jej wspomniane zasieki z drutu kolczastego. Wydawało się, że i tym razem odjedzie z niczym, ale na szczęście przemyślni chorzy sami wykoncypowali, jak sobie z problemem poradzić. Otóż na placu szpitala był ustęp - trzeba tam było wejść, zamknąć się i wtedy można było porozmawiać. W taki właśnie konspiracyjny sposób przekazałem siostrze, że żyję i pomału wracam do zdrowia. W rewanżu dowiedziałem się, że w domu wszyscy zdrowi i choć im jest ciężko, jakoś dają sobie radę. W międzyczasie przesiedlono ich po raz czwarty – tym razem do starego domu koło Dąbrowskich, gdzie kiedyś mieszkał wujciu Maksek. Barbara nie wróciła już do Niemiec; pracowała trochę u tego samego bauera co Mama, a trochę u naszego, czyli Hasenkopfa, którego notabene wcielono do Wehrmachtu, a „jego” gospodarstwem w zastępstwie rządził Franek Dąbrowski. Od razu poczuł się panem pełną gębą i pozabierał z domu co było wartościowszego. W dowód specjalnej łaski Basi i siostrze Józka Wróbla, Elzie, raczył jedynie dać po małej pierzynce i poduszce. Ponieważ Mama z Basią pracowały u bauerów, miały łaskawe zezwolenie na zbieranie kłósek pozostających na polu po żniwach. Basia wraz z Tadkiem chodzili zatem i zbierali je skwapliwie, a brat przy okazji nie omieszkali uszczknąć tu i ówdzie ze snopów trochę „dodatkowych” kłosów. Ziarna z tej zdobyczy wyłuskiwali nocą i nieśli do Wróblów, gdzie w pełnej konspiracji mełli na żarnach; z uzyskanej śruty piekli chlebki na brytfance w brandrurze.


[1] Los, los, polnische Schweine! (niem.) - jazda, jazda, polskie świnie!
[2] 20 sierpnia 1944 r. 140 bombowców Boeing B-17 Flying Fortress w eskorcie 50 myśliwców P-51 Mustang dokonało pierwszego nalotu na Oświęcim (tereny IG Farbenindustrie). Bombardowanie rozpoczęło się o godz. 22.32 i trwało 28 minut.
[3] LSR (niem. Luftschutzraum) - schron przeciwlotniczy.
[4] deus ex machina (łac.) - dosł. bóstwo z (teatralnej) maszyny; pojęcie wprowadzone do dramatu antycznego przez Eurypidesa. Zsyłał on w swoich przedstawieniach boga z maszyny, który gwałtownie rozwiązywał akcję, aby sztuka nie trwała zbyt długo. Maszyną nazywano specjalne urządzenia mechaniczne, dzięki którym bóg mógł pojawić się na scenie w boskich okolicznościach (był spuszczany z góry na linach). Potocznie stwierdzenie to oznacza wszystkie nagłe zmiany sytuacji, nie dające się logicznie wyjaśnić w kategoriach rozwoju wydarzeń; tu: nieoczekiwany wybawiciel.

piątek, 4 sierpnia 2017

Zakonspirowane spotkania w starej chacie- część II

Kontynuacja wspomnień Ryszarda Woźniaka z okresu II wojny światowej.

Zakonspirowane spotkania w starej chacie

Zadania najbardziej newralgiczne przypadały Karolowi i mnie, z racji naszej pracy w Oświęcimiu; Klimek Skowron, jako nowicjusz, nie był brany pod uwagę. Obóz stanowił również teren penetrowany przez organizacje podziemne. Rzecz polegała na tym, by zaufanym, sprawdzonym i inteligentnym więźniom, czyli po prostu członkom ruchu oporu, przekazywać krótkie grypsy [1]. Były to zaszyfrowane wytyczne dla zakonspirowanych komórek wywiadu obozowego.
Józek tłumaczył nam, że ryzyko jest tu minimalne, gdyż więźniowie ci sami się zgłoszą we właściwie wybranym miejscu, podczas pracy przy konstrukcjach bądź przy przenoszeniu rur, kątowników czy innych elementów. Wystarczyło mieć przy sobie znak rozpoznawczy, jakiś istotny, lecz nie rzucający podejrzeń umówiony szczegół. Wtajemniczony więzień zbliżał się i podawał krótkie, umówione hasło, które ginęło w hałasie wykonywanej pracy. Wówczas padała krótka, lakoniczna odpowiedź: podanie skrytki, gdzie znajduje się gryps - na tym kończył się kontakt. Nie wolno było bezpośrednio wręczać karteczek zainteresowanym, by nikt tego nie mógł podpatrzyć.
Niestety, innego sposobu na przekazywanie informacji do komórek obozowego wywiadu nie było. Zainstalowanie tajnej radiostacji i jej funkcjonowanie na terenie obozu w ogóle nie wchodziło w rachubę, a przesyłanie tych informacji na teren lagru drogą korespondencyjną również było niemożliwe. Józek uważał, że nasz sposób daje niemal stuprocentowe bezpieczeństwo. Ja miałem w tej kwestii nieco odmienne zdanie, tym bardziej, że „poczta” działała w dwie strony i musieliśmy te grypsy także odbierać, co było dla nas jeszcze bardziej niebezpieczne.
Jedynym argumentem przemawiającym za włączeniem się w tę bardzo ryzykowną grę było to, że ktoś po tamtej stronie bardzo czekał na owe cenne informacje czy wskazówki; być może życie ludzi tkwiących w tym piekle zależało od tego, czy zostaną one przekazane i odebrane. Poza tym w naszej świadomości bezustannie tkwiła obawa, iż ktoś z nas, będących na krawędzi otchłani, może w każdej chwili znaleźć się po tamtej stronie drutów i wtedy też będzie oczekiwał pomocy od swych towarzyszy niedoli.
I – rzecz niewiarygodna, lecz prawdziwa – to, czego baliśmy się najbardziej, pociągało nas najwięcej. Przekazanie świstka bibuły w sposób niezauważalny było dla nas wielkim sukcesem. Wbrew temu, co mówił Józek, najmniejsza nieuwaga groziła poważnymi konsekwencjami. Wzięty na muszkę więzień musiał natychmiast przy najmniejszym prawdopodobieństwie rewizji połknąć tę karteczkę.
Mnie przypadło w udziale współpracować z więźniem, który miał na imię Janek i był to kapo (tak, tak, to prawda). Poznałem go w czasie pracy na budowie znacznie wcześniej. Zauważyłem, że był to ludzki człowiek - nie znęcał się i nie gnębił swych towarzyszy. Zawsze zamieniłem z nim parę słów, lecz związanych wyłącznie z wykonywaną pracą, podczas, gdy jego podkomendni donosili lub dowozili materiały do budowy. Byłem więc niesamowicie zaskoczony, że w „tej robocie” natknąłem się właśnie na niego i początkowo mu nie dowierzałem. Ponadto drażniło mnie to, że był on pełnym nonszalancji ryzykantem. Co prawda w tajemnicy, ale powiedział mi, że ów gryps schował za przegródkę w papierośnicy. Uważał, że nikomu by do głowy nie przyszło, aby tam mógł być ukryty taki ważny świstek. Poza tym czuł się bezpieczny z racji samej swej funkcji – kapowie raczej nie budzili podejrzeń. Ja truchlałem z trwogi – on czuł się pewniakiem. No cóż, są różne charaktery ludzkie. Nie można mu było odmówić pomysłowości – faktycznie rzecz cała polegała na tym, by gryps umieścić w takim miejscu, by nikomu nawet do głowy nie przyszło tam go szukać. Wszelkie znane z dzisiejszych filmów sztuczki nie mogły tu być i nie były praktykowane.
Dodać tu trzeba, że jak po obozie, o czym wspominałem, tak i na budowie szwendali się różni podejrzani robotnicy w nowych kombinezonach z colsztokiem [2] wystającym z kieszeni spodni. Na szczęście wprawne oko bez trudu dostrzegało ich od pierwszego spojrzenia, zachowywali się bowiem nienaturalnie i z daleka zalatywali szpiclem.
Przyznać muszę, że Karol był także takim ryzykantem, który uważał naszą konspirację za przygodę i niezłą zabawę. W przeciwieństwie do niego, ja nie mogłem spać i żałowałem bardzo, że dałem się w to wszystko wciągnąć. Ryzyko z tym związane było w mej ocenie duże, a w razie dekonspiracji groziło nieobliczalnymi konsekwencjami. Jedynie myśl o tym, że być może ratuję jakiemuś nieszczęśnikowi życie podtrzymywała mnie na duchu. Dlatego modliłem się nocą gorąco za tych, co umierali w cierpieniach i za tych, przed którymi świtała nadzieja wolności. O wszystkich tych sprawach bałem się nawet myśleć i nie zdradzałem się przed nikim w rodzinie. Zresztą były one uzgadniane przez Józka wyłącznie ze mną i z Karolem - pozostało to naszą ścisłą tajemnicą.
Problem dotarcia z bibułą konspiracyjną do jeńców angielskich był uważany przez naszego instruktora jako niewinna fraszka. Być może z tego powodu, że z Anglikami pracowaliśmy razem i dyskutowaliśmy przy tym łamaną niemczyzną. Oni opowiadali nam o bitwach staczanych z Niemcami i o wydarzeniach ze swego obozu, a my przekazywaliśmy im autentyczne i świeże wiadomości z frontu. To ich bardzo cieszyło i w nagrodę częstowali nas camelami, co było dla nas nie lada gratką.
Dostęp do obozu rosyjskiego był o wiele trudniejszy, gdyż tych jeńców pilnowali SS-mani. Mnie udało się to przez czysty przypadek. Jeden ze strażników, rosły drab z dywizji SS-Galizien [3], który mi groził karabinem, okazał się bratem Ukraińca, Piotra Korniejczuka, z którym zaprzyjaźniłem się podczas pracy u bauera. SS-man był uderzająco podobny do swego brata, pochodził jak i on z Tarnopola, umiał dobrze po polsku i okazał się dla mnie łaskawy. Pozwolił mi także pogadać z rosyjskimi żołnierzami.
Nastroje u nich były fatalne, gdyż ZSRR nie podpisał konwencji genewskiej, stąd Rosjanie nie mieli żadnych praw przysługujących jeńcom wojennym. Cierpieli głód i zimno, o czym wiedziałem i dlatego spytałem „mego” SS-mana, czy mogę im dać kawałek chleba. Na jego przyzwalające skinienie głową dałem im cały bochenek, który przywiozłem dla swego majstra, Niemca. Ów chleb był dla nich na wagę złota – został solidarnie podzielony tak, że na każdego wypadło po małym kawałeczku. Aż serce bolało patrzeć na tych ludzi, którzy byli żywymi trupami. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że czeka ich śmierć głodowa, ale gdyby przypadkiem wrócili do ojczyzny, mogli się spodziewać równie ciężkiego losu. Nie wolno im bowiem było iść do niemieckiej niewoli, tylko bić się do końca.
Znajomy SS-man (o dziwo!) oznajmił mi, że w tym czasie, gdy on będzie pełnił służbę, mogę jeszcze raz odwiedzić Rosjan. Początkowo myślałem, że jest to pułapka, ale przekonałem się, że „poczciwy” Ukrainiec dotrzymał słowa. Tym razem żołnierze powitali mnie jak dobrego znajomego. Znów im podarowałem zdobyty z wielkim trudem bochenek chleba. Ich radość i gorące podziękowania były dla mnie źródłem wielkiej satysfakcji, choć z drugiej strony owe odwiedziny wpędziły mnie w jeszcze większą psychozę. Była ona zresztą nieodłączną towarzyszką życia tu, w obozie.
Kiedy przyjechałem do domu i złożyłem szczegółowe sprawozdanie ze swych dokonań Józkowi, był wielce ze mnie zadowolony i wraz z relacją Karola przekazał stosowny meldunek swym przełożonym.
Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że służba łącznikowa, do której i my z Karolem po trochu należeliśmy, nie wywiązała się ze swego zadania. Otóż na terenie lagru niemieckiego działo się coś dziwnego, lecz nikt nie mógł się połapać, o co chodzi. Okazało się, że w wielkiej tajemnicy władze niemieckie przeniosły obóz angielski do niemieckiego i odwrotnie. Zorganizowano to bardzo sprawnie: na odcinku tym bez przerwy jeździły ciężarówki (o czym dowiedzieliśmy się później) i owa ogromna praca została wykonana w bardzo krótkim czasie.
Cel tego manewru wyjaśnił się niebawem. Po trzech dniach nastąpił niespodziewany nocny nalot samolotów alianckich. Ich zadaniem było zbombardowanie obozu niemieckiego, lecz w tym stanie rzeczy zniszczeniu uległ obóz angielski. Wywiad niemiecki w porę rozszyfrował zamiary aliantów – niestety, informacyjna służba polska nie stanęła na wysokości zadania. W wyniku nalotu ok. 300 żołnierzy angielskich zginęło na miejscu, a wielu innych zostało rannych. Jak już wspominałem na kartach poprzedniego rozdziału była to wielka tragedia, którą opłakiwaliśmy z pozostałymi przy życiu Anglikami. Niemcom rzecz jasna nic się nie stało, czego nikt nie mógł przewidzieć. Był to zarazem ewidentny dowód na to, jak wielkie znaczenie na tym terenie mają nawet cząstkowe informacje, które pieczołowicie zbierano i wysyłano do odpowiednich komórek wywiadowczych.
Wielką wagę przywiązywano także do znajomości rozmieszczenia poszczególnych posterunków SS na terenie obozu. Staraliśmy się skrupulatnie zbierać te dane, wykorzystując swoje możliwości przemieszczania się przy wykonywaniu prac bądź przy przewożeniu materiału z rozmaitych miejsc. Informacje te były zapewne potrzebne przy organizowaniu ewentualnych ucieczek – wszak więźniowie nie mieli takiej swobody poruszania się po terenie całego obozu. Największe pole do popisu miał tutaj Karol: zakładając urządzenia elektryczne mógł dotrzeć do każdej części rozległego lagru, a nawet poza jego granice. Jeśli chociaż cząstka zebranych przez nas informacji została wykorzystana we wspomnianym celu – podjęty trud nie poszedł na marne.
Trzeba tu podkreślić, że nasze zebrania stwarzały pewne zagrożenie ze strony tych, którzy się wysługiwali Niemcom. W swej młodzieńczej zapalczywości i niefrasobliwości często zapominaliśmy o nader ważnej kwestii własnego bezpieczeństwa. W owym czasie każda grupa młodych ludzi zbierająca się i opuszczająca jakieś lokum budziła pewne podejrzenia. Niby chata była niepozorna i w ustronnym miejscu, lecz przecież mieliśmy pod nosem volksdeutscha Bryndzę oraz Franka Dąbrowskiego, że nie wspomnę o mniej znanych donosicielach.
Staraliśmy się tedy owym spotkaniom nadać pozór zebrań towarzyskich. Znalazły się więc karty, a nawet butelka księżycówki. Jednakże pewnej niedzieli, wypiwszy po kielichu, byliśmy pod wrażeniem szczególnie pomyślnych wieści z frontu. Duch nadzwyczajnego entuzjazmu zapanował nad rozsądkiem i nie bacząc na nic, zaczęliśmy śpiewać polskie pieśni patriotyczne. Na domiar złego okno było otwarte, więc chór młodych głosów niósł się daleko.
Zaalarmowało to Franciszka Dąbrowskiego, naszego sąsiada, który jako prawa ręka (oko i ucho) bauera Hasenkopfa nie mógł znieść takiej nielojalności wobec władzy niemieckiej. Za parę chwil wpadł do nas wraz ze swym nieodłącznym przybocznym, Szczepanem Balonem, i głośnym wrzaskiem, używając wulgarnych przezwisk i klątw, uciszył rozśpiewane towarzystwo. Co bardziej rozemocjonowanym zagroził, że użyje siły i przyznać trzeba, że miał ku temu wyraźną ochotę.
Interwencja wywołała oburzenie u zebranych, zwłaszcza, że Franek, jako zausznik wspomnianego bauera i późniejszy sukcesor jego dóbr, nie był lubianym sąsiadem. Nie myśląc wiele każdy z nas ujął za krzesło i gotów był do ewentualnego starcia z przeciwnikiem. Emocje wzięły górę nad rozwagą i nie wiadomo, do czego by doszło, gdyby nie wujciu Józek. On jeden zachował zimną krew i zorientowawszy się, iż jest uważany za głównego prowodyra, szybko się ulotnił; rzeczywiście potem wszystko się powoli uspokoiło. Konflikt ten, poza opisaną awanturą, nie przyniósł poważniejszych następstw. Rozpajeżony Franek poprzestał na groźbie, iż w razie powtórzenia się podobnych incydentów w przyszłości zgłosi sprawę na policji, po czym z napuszoną miną wyniósł się nareszcie, zabierając swego adiutanta.
Mama, choć nie wtajemniczona w nasze sekrety, wiedziona chyba przeczuciem, poważnie obawiała się o mnie, jak również o Józka – wiedziała w jakiej sytuacji on się znajduje. Kochana Mama, gdyby naprawdę była świadoma, w co się pakujemy, pewnie nie mogłaby nocami spać.
Józkowi zresztą dekonspiracja zagrażała permanentnie – policja niemiecka była na jego tropie. Miał co prawda dobre, lewe papiery i w tym okresie nosił wąsy, ale było to zabezpieczenie iluzoryczne. Już we Frydrychowicach miał styczność z policją, co mu na szczęście uszło na sucho, lecz kontrola policyjna w Wadowicach była dlań poważnym ostrzeżeniem. Charakterystyczną bowiem rzeczą było to, że gdy dłużej przebywał w jakimś miejscu, szyjąc ubrania jako krawiec, wkrótce w pobliżu następowała udana akcja partyzancka.
W sierpniu 1944 roku (…) obłożnie zachorowałem na zapalenie płuc i na tyfus. Najgorszym dla mnie momentem było zbombardowanie oświęcimskiego szpitala i późniejsze wywiezienie do szpitala w Chrzanowie. To spowodowało, że rozstałem się z rodziną i wujciem Józkiem aż do 15 listopada.
Kiedy powróciłem do Oświęcimia, zaczęły się jego ciągłe bombardowania. Nie było mowy o żadnej działalności konspiracyjnej w tym czasie. Sam Józek także musiał szczególnie uważać, bo policja wprost mu deptała po piętach. Często więc zmieniał swe miejsce pobytu – przebywał w tym czasie w Ponikwi, Kaczynie i innych okolicznych wioskach. Na całe szczęście udało mu się uniknąć wpadki.
Wielkimi krokami zbliżało się wyzwolenie. Na ten temat krążyły już różne legendy, szczególnie dotyczące naszych sojuszników. Tymczasem Niemcy powoli przygotowywali się do ewakuacji. Jak wspominałem, mnie wraz z Karolem udało się szczęśliwie wymknąć z matni zastawionej przez SS-manów wokół Oświęcimia.
Tak zakończyła się moja nieznana nikomu przygoda z konspirą, w której z własnej woli, choć za namową wujcia Józka, uczestniczyłem. W odróżnieniu od niego, nie miałem specjalnych predyspozycji na konspiratora; ile przeżyłem obaw i stresów – wiem tylko ja. Lecz jeśli przyczyniłem się dzięki temu do uratowania choć jednego ludzkiego życia – nie żałuję niczego.



[1] grypsy – nielegalnie przemycane listy, wiadomości, instrukcje dla więźniów (obozu koncentracyjnego).
[2] colsztok (z niem. Zollstock) – składana linijka z podziałką, calówka.
[3] 14 Dywizja Grenadierów SS, pot. SS-Galizien, SS-Hałyczyna – jednostka SS utworzona 28.04.1943 z kolaborantów ukraińskich; wsławiła się licznymi zbrodniami na ludności polskiej na Podolu w 1944 r.

piątek, 28 lipca 2017

Zakonspirowane spotkania w starej chacie część I - wspomnienia Ryszarda Woźniaka

Kolejny fragment wspomnień Ryszarda Woźniaka z okresu II wojny światowej, udostępniony przez jego syna Krzysztofa.

Zakonspirowane spotkania w starej chacie

Im więcej przybywa mi lat, tym częściej wracam myślami do przeszłości i zastanawiam się nad swym życiem. Czas mknie tak szybko, iż trudno sobie uzmysłowić, że kiedyś byłem małym dzieckiem i całkiem inaczej przeżywałem mijające dni. Upływały one na podobieństwo nurtu wartkiego strumienia, który wciąż toczy naprzód swe fale. Upływały więc lata, zmieniały się epoki, a dziecko stawało się zrazu nastolatkiem, potem młodzieńcem, dojrzałym mężczyzną, wreszcie panem w sile wieku. Na koniec tych zmagań z losem znalazłem się na ostatniej przełęczy, niedaleko tego brzegu, do którego zmierza powoli łódź mego żywota.
Dziś, w swym dostojnym wieku, ze srebrnym włosem na skroni, zasiadam wieczorem przy biurku i w jasnym świetle nocnej lampy rozpamiętuję dawne dzieje. Sięgam słabnącą pamięcią do chwil dawno minionych, za wszelką cenę usiłując je ożywić i ocalić od zapomnienia.
Po tragicznej śmierci Ojca po raz kolejny tułaczy los rzucił nas, biednych wygnańców, w nowe miejsce, do wspominanej już starej chaty koło domostwa Dąbrowskich. Tam znaleźliśmy dach nad głową i wydawało się, że odnajdziemy także tak bardzo upragniony spokój. Choć trwała nadal okrutna wojna, która codziennie zbierała okrutne żniwo śmierci, dawały jednak znać o sobie pierwsze przebłyski świtu w okupacyjnej nocy i budziły w sercu oczekiwane nadzieje.
Jak wiadomo, pierwsze lata wojny były dla Niemców bardzo pomyślne i zdawało się, że nikt i nic się już im nie oprze. Niemiecka machina wojenna funkcjonowała perfekcyjnie i kolejne podboje wydawały się tylko kwestią czasu. Z wolna jednak układ sił zaczął się zmieniać i latem 1944 roku coraz częściej widziało się ich z opuszczonymi głowami. Nie było to bez powodu; wtedy musieli już walczyć na dwóch frontach, doznając coraz więcej niepowodzeń. Potwierdzeniem tego były liczne naloty samolotów alianckich, bombardujących okoliczne zakłady przemysłowe, czego wielokrotnie byliśmy świadkami. Eskadry bombowców nadlatywały nad Oświęcim, a my patrzyliśmy trwożnie w niebo z obawą, czy przeżyjemy te groźne chwile, a jednocześnie z narastającym przekonaniem, że nadchodzi kres znienawidzonego okupanta. Potwierdzeniem tego była podawana z ust do ust wieść o zamachu na Hitlera [1], którego tylko przypadek uratował od śmierci.
Coraz głośniej powtarzano, że wolność ma nadejść ze wschodu, gdzie od dłuższego czasu Niemcy ponosili spektakularne porażki, zwłaszcza po słynnej bitwie pod Stalingradem. Miała nam ją przynieść Armia Czerwona wespół z odrodzonym Wojskiem Polskim.
W tym czasie często przebywał u nas wujciu Józek, który przez całą okupację ukrywał się szczęśliwie i, jak się okazało, należał do AK. Był błogosławionym duchem naszej rodziny, jak mógł pomagał Mamie, a dla mnie osobiście znaczył bardzo wiele – był mi starszym bratem, idolem i ideologicznym przewodnikiem. Zawsze uśmiechnięty i wesoły, przywoził dobre wieści z frontu, gdyż jako członek podziemnej organizacji dysponował zapewne gazetką konspiracyjną.
On sam doskonale pamiętał te chwile, kiedy będąc 18-letnim młodzieńcem urabiał za naszą stodołą postawę światopoglądową grupki 12-latków, do której należałem ja i kilku moich szkolnych kolegów. Teraz, po 6 latach, zaczynało to wszystko kiełkować. Podstawą jego sukcesów była żelazna wytrwałość w wytaczaniu argumentów, których nie można było obalić. Ich siłą potrafił przekonać każdego, wpajając głęboko cel i motywy swego działania oraz zasady konspiracji, jako gwarancję własnego i zbiorowego bezpieczeństwa tych wszystkich, którzy byli zaangażowani w jakiekolwiek polityczne zadanie. Decydowało to o powodzeniu wszelkich, zwłaszcza długofalowych, działań.
Nasza grupa (o której za chwilę) uznała ważność tych argumentów, a wspomniane zasady weszły nam w krew do tego stopnia, że stały się dla nas najważniejszym przykazaniem, o którym pamiętaliśmy we dnie i w nocy. Miarą znaczenia tej kwestii w naszym życiu niech będzie fakt, że my wszyscy nawet po wojnie, zwłaszcza w tej nowej, specyficznej rzeczywistości, baliśmy się o tym wspominać. Stało się to normalnością, że nie napomykano o tym nigdy, dlatego nawet dziś mało kto o tym wie.
Wiosną 1944 roku z inicjatywy wujcia Józka zaczęły się więc odbywać konspiracyjne spotkania u nas, w starej chacie. Zapraszałem na nie moich byłych szkolnych kolegów, w większości uczestników wspominanych „ideologicznych” zebrań za stodołą. Do grupy wtajemniczonych prócz mnie należeli: Karol Janoszek, Władek Wójcik, Władek Woźniak, Staszek Matuśniak, Kazek Mlak, Klimek Skowron i Józek Gawroński. Animatorem i reżyserem tych spotkań był oczywiście sam Józek. Jak to zwykle w gronie młodych zapaleńców bywa, tematem dominującym była polityka, a zwłaszcza wydarzenia na obu frontach, choć nie tylko.
Rozmowy z Józkiem zaczynały się zawsze niewinnie – od spraw zwykłych, nawet banalnych, lecz jednak interesujących młodzieńców w tym wieku. A więc dziewczyny, znajomości towarzyskie, flirty czy intymne przygody. Potem nasz starszy druh, jako wytrawny konspirator, umiejętnie wkraczał w sferę spraw politycznych: najpierw lżejszego kalibru, a więc dowcipy o Hitlerze i Stalinie (których znał niezliczoną ilość) by potem stopniowo przejść do konkretów. Po dłuższej chwili nikt z nas nie zauważył, że Józek już dotykał sedna sprawy. A trzeba przyznać, że umiał robić to znakomicie.
Pamiętam, że komentowaliśmy przebieg bitwy pod Monte Cassino, gdzie Polacy odnieśli decydujące, choć okupione wielkimi stratami zwycięstwo. Miało ono strategiczne znaczenie dla działań wojskowych aliantów na froncie włoskim. Niemców pozbawiono bazy wypadowej w tym rejonie, a więc praktycznie droga do Rzymu została otwarta. Dziś jest to rzeczą znana i oczywistą – wtedy było to tajemnicą.
Wydarzenia na froncie wschodnim były przedmiotem naszego najżywszego zainteresowania. Rzecz jasna propaganda niemiecka, a szczególnie szczekaczki [2], donosiły niezmiennie o sukcesach swych wojsk. Wpajano społeczeństwu, że jednostki niemieckie celowo odrywały się od nieprzyjaciela, by go potem otoczyć i zniszczyć. Jednak na przekór wciąż powtarzanemu goebbelsowskiemu sloganowi, że Adolf Hitler ist der Sieg [3] front nieubłaganie przesuwał się na zachód. Po klęsce stalingradzkiej i przegranej pancernej bitwie pod Kurskiem armia hitlerowska ponosiła ciężkie straty na całej linii olbrzymiego Ostfrontu. Jeśli do tego dodać lądowanie aliantów w Normandii i powstanie drugiego frontu na Zachodzie – los III Rzeszy wydawał się być przesądzony. Wszystkie te informacje uzyskiwaliśmy od wujcia Józka, bowiem w istocie rzeczy zwykli ludzie z naszego otoczenia niewiele wówczas wiedzieli o sytuacji na poszczególnych frontach.
Wreszcie nasz przewodnik i inspirator konspiracyjnych działań przechodził do interesujących go konkretów. Wykonując polecenia swego kierownictwa, zalecał młodszym kolegom przekazywanie wiadomości o działaniach wojennych innym osobom, aby przez to budzić określone nastroje wśród różnych grup społecznych. Do tajnych zadań należało także informowanie grona znajomych o wyczynach polskich partyzantów i odnoszonych przez nich sukcesach, w czym, naturalnie, wujciu Józek był świetnie zorientowany. Dalszy ciąg instrukcji polegał na podawaniu przezeń nazwisk zaufanych osób, którym należało obowiązkowo dać cynk o zamierzonych obławach SS i żandarmerii niemieckiej na partyzantów, mających swe kryjówki w pobliskich górach. Zwrotnie natomiast Józek prosił o informacje o każdym transporcie wojskowym wyjeżdżającym na wschód, z czego wynikało, że pełnił funkcję łącznika w sieci informacyjnej.
Wielką wagę przywiązywał do obserwacji i kontrolowania zachowań volksdeutschów. Jak wiadomo wszyscy oni byli zobowiązani donosić na policję i gestapo o zauważonych w polskich środowiskach działaniach czy wypowiedziach skierowanych przeciwko III Rzeszy. Byli wśród nich tacy, którzy czynili to w głębokiej konspiracji i trudno było im dowieść kolaboracji. Ale byli też inni, których można było rozszyfrować. Dziwić może fakt powierzania takich zadań zwykłym zjadaczom chleba, nie zaś profesjonalistom. Odpowiedź jest prosta: my i nam podobni spotykaliśmy się i rozmawialiśmy z nimi codziennie, łatwiej więc nam było śledzić ich poczynania, podczas, gdy osoby spoza środowiska najczęściej wpadały w łapy gestapo.
Jeden z takich volksdeutschów, Czesław Bryndza (notabene pasierb Luzarowskiego, naszego sąsiada) był żołnierzem niemieckim. Walczył nawet pod Stalingradem, gdzie stracił nogę. Po okresie rekonwalescencji nie wrócił już na front, został szefem miejscowego Arbeitsamtu. Któregoś dnia odwiedził Staszka Dąbrowskiego oraz grupkę jego kumpli i chwalił się medalami niemieckimi, które otrzymał za wzorową służbę. Tamci jednak, będąc już na niezłym rauszu, oderwali mu odznaczenia od munduru i rzuciwszy na podłogę podeptali. Bryndza w zacietrzewieniu chciał zaraz iść na gestapo i donieść o tym, co gdyby uczynił, miałoby tragiczny dla podchmielonych śmiałków finał: rozstrzelanie lub w najlepszym przypadku Oświęcim. Na szczęście jego matka, błagając go na wszystkie świętości i całując go po butach (!) nie dopuściła do tego, by syn zakapował [4] kolegów. Pamiętam, że zaparła się w drzwiach i nie chciała go puścić, wołając:
- Czesiu, ja cię na wszystko proszę, nie idź! Przecie jakby się co odwróciło, to wszyscy by się na nas mścili i na śmierć by nas zagnębili!
Z początku Czesiek butnie się odgrażał, że „nic się nie odwróci”, ale koniec końców, pod wpływem matczynej perswazji, zmiękł i nie poszedł. Gdyby mimo wszystko do tego doszło, to - wedle słów Józka - Bryndza jeszcze tej nocy zostałby zlikwidowany, a Dąbrowski wraz z pozostałymi mieli pójść do lasu.
Niestety, Czesiek nie był dobrym prorokiem - „odwróciło się” i to bardzo szybko. Ale od czego głowa na karku. Widząc, co się święci, szczwany kuternoga, który pochodził z Bystrej koło Bielska [5], pojechał do swojego proboszcza, którego uprosił, aby przyjął go jako kościelnego. Kiedy sprawiedliwość upomniała się o niego, pleban stanął w obronie swego krajana, zaklinając się, że Bryndza to dobry człowiek, pracuje w kościele i nikomu krzywdy nie zrobił. I tym właśnie sposobem uniknął kary.
Efekty inwigilacji volksdeutschów były nie do przecenienia: z jednej strony pozwalały uchronić zagrożonych Polaków przed represjami hitlerowskimi, a z drugiej umożliwiały unieszkodliwienie owych sprzedawczyków przez partyzantów. Kilku renegatów dostało wyroki śmierci, które wykonano. Innych, mniej niebezpiecznych, ostrzeżono, że w przypadku podjęcia czynnej współpracy z okupantem czeka ich to samo.
O egzekucjach i represjach stosowanych wobec zdrajców, kapusiów i puszczalskich panien informowano społeczność choczeńską poprzez odpowiednie napisy i ogłoszenia umieszczane w miejscach publicznych. Miało to niezwykle doniosłe znaczenie w sensie i moralnym, i politycznym.
Znamienne było to, iż Józek nigdy się oficjalnie nie przyznawał do tego, że jest członkiem AK. Można to było jedynie wnioskować z jego zaangażowania, posiadanych informacji i kontaktów. Aczkolwiek ufał mym kolegom, jednak niedwuznacznie dał im do zrozumienia, co ich czeka za jakąkolwiek próbę denuncjacji. W takich sytuacjach obowiązywały ścisłe zasady konspiracji i ostrożności, co my wszyscy i bez przypominania pojmowaliśmy doskonale. Zresztą gdyby ktoś z nas nie chciał współpracować i mieć osobistego wkładu w to szczytne dzieło – od razu by zrezygnował. Byliśmy wszakże młodymi zapaleńcami, którzy mimo różnorakich niebezpieczeństw, czyhających na nas na każdym kroku, chcieli mieć satysfakcję, że mogą zrobić coś pożytecznego dla Polski.




[1] zamach 20 lipca – nieudany zamach stanu, mający na celu m.in. zabicie Adolfa Hitlera, przeprowadzony 20 lipca 1944 przez oficerów Wehrmachtu pod przywództwem pułkownika Clausa von Stauffenberga.
[2] szczekaczka - pot. megafon uliczny, przez który okupanci hitlerowscy nadawali propagandowe wiadomości dla ludności polskiej.
[3] Adolf Hitler ist der Sieg (niem.) – Adolf Hitler – to zwycięstwo.
[4] zakapować - pot. wydać, zdradzić kogoś; donieść na kogoś; zadenuncjować.
[5] w rzeczywistości Czesław Bryndza był rodowitym chocznianinem, synem Ignacego Bryndzy i Walerii z domu Latocha.