Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konspiracja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konspiracja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 czerwca 2024

Akcja UB i MO w Choczni w sierpniu 1954 roku

 13 sierpnia 1954 znaczne siły Urzędu Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej otoczyły ściśle część Choczni. Celem ich akcji było ujęcie mężczyzny ukrywającego się w domu Ludwika i Elżbiety Ciborów. O jego pobycie w tym miejscu PUBP w Wadowicach dowiedział się najprawdopodobniej na podstawie donosu. Ponieważ nie udało się zadziałać z zaskoczenia, a ukrywający nie zamierzał oddać się dobrowolnie w ręce sił bezpieczeństwa, to wywiązała się strzelanina. Według świadków pociski uderzały w dachówki nawet dość daleko oddalonych od miejsca akcji domów. W wyniku wymiany ognia ukrywający się poniósł śmierć. Świadkowie tego wydarzenia zapamiętali, że funkcjonariusze sił bezpieczeństwa bezceremonialnie przeciągnęli trupa za nogi na drugą stronę Choczenki, załadowali go na samochód ciężarowy i odjechali w stronę Wadowic. Ludwik Cibor został aresztowany pod zarzutem pomocy w ukrywaniu się poszukiwanej i niebezpiecznej osoby. Podobno ukrywający się mężczyzna miał być nieujawnionym przed władzami partyzantem, a zarazem krewnym Cibora ze strony matki. Tyle do dzisiaj zachowało się w pamięci rodziny Ludwika Cibora i jego sąsiadów. Natomiast nikt nie zapamiętał sobie nazwiska zastrzelonego mężczyzny ani dokładnych powodów ukrywania się przed władzami PRL. Czy był to jakiś pospolity przestępca, czy też jeden z ostatnich w okolicy członek podziemia antykomunistycznego? W zasadzie wszystkie znane grupy zbrojne w rejonie Wadowic zostały zlikwidowane wcześniej, bo w latach czterdziestych i na początku następnej dekady, a na wolności pozostawał jeszcze Jan Sałapatek ps. "Orzeł", ujęty dopiero 18 stycznia 1955.

Zupełnie przypadkowo udało mi się dotrzeć do nowych faktów dotyczących osoby zastrzelonej w Choczni w 1954 roku i ustalić jej tożsamość. Przeglądając archiwalne podanie jednego z pochodzących z Choczni funkcjonariuszy UB i MO, który starał się o przyjęcie do Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, natrafiłem na wzmiankę, że w drugiej połowie 1954 roku brał on udział "przy likwidacji bandyty Kruliczka, który pochodził z okolicy Rzyki." Ów funkcjonariusz powołał się przy tym na świadka, również uczestniczącego w tej akcji z ramienia MO i także pochodzącego z Choczni, który potwierdził, że "jesienią 1954 roku wraz z grupą operacyjną, w której znajdował się również i funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa Wadowice XX braliśmy udział w likwidacji bandy zbrojnej Stefana Króliczka na terenie Choczni. Pamiętam dokładnie, że XX brał udział w likwidacji bandy, gdyż znajdował się w mej grupie, która dokonała przeszukań zabudowań w Choczni."

Kwerenda w aktach metrykalnych parafii Rzyki wykazała, że chodzi tu o Stefana Króliczka, syna Adama i Zofii z domu Kiljan, urodzonego w Rzykach 31 lipca 1916 roku. W metryce jego chrztu istnieje dopisek, że zmarł w Wadowicach 14 sierpnia 1954 roku. Ponieważ ojciec Ludwika Cibora też pochodził z Rzyk, to podana wyżej informacja o jego pokrewieństwie z Króliczkiem może być prawdziwa.

Według akt zgromadzonych przez IPN Stefan Króliczek, wraz z Józefem Stypułą i Władysławem Hajdyłą mieli być członkami podziemnej organizacji "Organ Walk z Komunizmem". Wiadomo, że w trójkę ukrywali się u Stanisława Pacygi w Suchej, a w marcu 1954 roku Stypuła i Króliczek znaleźli chwilowe schronienie pod dachem Józefa Łysonia w Rzykach. 

Być może w tych aktach znajdują się również wskazówki, co miejsce pochówku Stefana Króliczka.


poniedziałek, 27 marca 2023

Były mieszkaniec Choczni szefem wywiadu AK w Krakowie

 




31 października 1893 roku urodził się w Skawinie Stanisław Kostka Czapkiewicz syn Czesława i Melanii z domu Haessel. W 1904 roku ukończył szkołę powszechną w Skawinie i podjął naukę w szkole wydziałowej, przerwaną ze względu na stan zdrowia. Trzy lata później odbył praktykę w sklepie w Kalwarii i uzupełniał edukację. W 1909 roku rozpoczął praktykę kancelisty w sądzie w Skawinie, w latach 1911-1912 roku pracował w Sądzie Powiatowym w Krościenku, a od 1913 roku w sądzie w Zatorze. Tam zastał go wybuch I wojny światowej. Już w sierpniu 1914 roku młody Czapkiewicz wyruszył z krakowskich Oleandrów walczyć o niepodległość w Legionach Polskich. Brał udział w kilkunastu bitwach i potyczkach, dosłużył się stopnia plutonowego. W 1918 roku po przebytej chorobie został uznany za niezdolnego do służby wojskowej i wrócił do pracy w sądzie w Zatorze. Był tam też sekretarzem Okręgu Zatorskiego Związku Strzeleckiego i członkiem zarządu Obwodu Chrzanowskiego ZS. Od 1924 roku pracował w Sądzie Okręgowym w Wadowicach. Nie wiadomo, czy już wtedy zamieszkał w Choczni, czy stało się to nieco później. Irena Słysz w swoich wspomnieniach pisze, że Czapkiewiczowie, z których córkami się przyjaźniła:

mieli piękny dom nad Choczenką, piękny sad z klombem od strony frontowej (…) z tyłu była furteczka, którą wychodziło się nad Choczenkę.

Dom Czapkiewiczów usytuowany był w dolnej części Choczni, między dzisiejszą ulicą Kościuszki a Choczenką.  Oprócz wspomnień pani Słysz z domu Porębskiej, jedynym dowodem na zamieszkiwanie Czapkiewiczów w Choczni, jaki udało mi się znaleźć, to wpis w księdze członków choczeńskiej Kasy Stefczyka, w którym podano numer ich domu- 342.

W 1933 roku po ukończeniu kursu Czapkiewicz objął stanowisko komornika Sądu Grodzkiego w Wadowicach. Należał do „Sokoła”, „Strzelca”, BBWR i OSP.

Trzy lata później opuścił Chocznię, ponieważ został przeniesiony na posadę komornika w Brzesku. Edward Brożek w „Gazecie Wyborczej” pisał, że Czapkiewicz:

był urodzonym społecznikiem, pomagał młodzieży studenckiej, organizował obozy letniskowe w górach i nad morzem dla biednej młodzieży wiejskiej. W życiu prywatnym był człowiekiem z dużym poczuciem humoru, towarzyskim i lubianym. Miał jeszcze jedną cechę: bezbłędnie poznawał się na ludziach, umiał ich słuchać, a z każdej rozmowy potrafił wyciągać praktyczne wnioski.

We wrześniu 1939 roku został ewakuowany do Hrubieszowa i nie wziął czynnego udziału w wojnie obronnej. Po powrocie do Brzeska założył organizację konspiracyjną „Salomea-Buty” wcieloną do Związku Walki Zbrojnej. Pod pseudonimami „Sprężyna”, „Józef Gołda” i innymi  był zastępcą komendanta ZWZ w Brzesku. Zagrożony aresztowaniem od 1941 roku ukrywał się w Bochni, Wadowicach, Krakowie (jako listonosz) i w Warszawie. Od 1942 roku prowadził w Krakowie kolportaż konspiracyjnych wydawnictw oraz organizował struktury kontrwywiadu i wywiadu Stronnictwa Demokratycznego, a później Armii Krajowej. W 1943 roku został szefem kontrwywiadu AK „Żelbet” w stopniu sierżanta podchorążego.

W mundurze listonosza
Z archiwum rodziny Zoll

Według Michała Chlipały, autora opracowania „Konspiratorzy w policji polskiej i polskiej policji Kryminalnej w Krakowie w latach 1939-45”  Czapkiewicz mający dobre rozeznanie w regułach pracy śledczej oraz zasadach obiegu dokumentów, a także posiadający wielu znajomych wśród czynnych zawodowo policjantów zbierał informacje o Niemcach i ich współpracownikach, ze szczególnym uwzględnieniem Gestapo, Kripo oraz innych organów policyjno--wywiadowczych.

Z kolei cytowany już Brożek podawał, że:

Kierowane przez "Sprężynę" siatki wywiadowcze miały swoich ludzi prawie wszędzie: w niemieckiej policji gospodarczej "Kripo", w policji granatowej, w niemieckich urzędach, niemieckich firmach, na poczcie w dziale listów, jak i w łączności telefonicznej. Do podstawowych zadań, jakie stawiał przed nim dowódca Żelbetu Dominik Ździebło "Kordian", było rozpracowanie konfidentów i donosicieli, zbieranie dowodów ich działań i przekazywanie ich sądom podziemnym, ostrzeganie ludzi zagrożonych aresztowaniem, zaopatrywanie ich w "lewe" dokumenty. (…) Na przełomie lat 1943/1944 udało się Czapkiewiczowi odtworzyć skład personalny całego urzędu gestapo przy ul. Pomorskiej. Dokument zawierał wykaz urzędników, pracowników i konfidentów gestapo. Rejestr nazwisk liczył setki nazwisk wraz ze zdjęciami, czasem były tam data urodzenia, miejsce zamieszkania.

Raporty „Sprężyny” stanowiły też podstawę do rozstrzygnięć sądów specjalnych państwa podziemnego w sprawach dotyczących konfidentów

Pod koniec wojny, jak pisał Edward Brożek:

Opracowywane przez Niemców plany wysadzenia Wawelu, mostów na Wiśle czy innych obiektów kultury, szybko były znane "Sprężynie". Dlatego też pełnym sukcesem zakończyła się akcja przejęcia tych obiektów w chwili ucieczki Niemców z Krakowa w styczniu 1945 r.

W działalności wywiadowczej po wyjściu z więzienia wspierała go żona Genowefa z Byrskich pseudonim „Juna”.

Ceniony za swoją skuteczność Czapkiewicz 1 stycznia 1945 roku został mianowany podporucznikiem, a 27 września 1945 roku zweryfikowano go przed Komisją Likwidacyjną AK w stopniu porucznika.

Po wkroczeniu wojsk sowieckich do Krakowa Czapkiewicz zaprzestał działalności konspiracyjnej, a część ze zgromadzonych w czasie wojny dokumentów wywiózł do swoich teściów w okolice Wadowic (Chobot) i zakopał w 15-kilogramowej puszce po niemieckiej marmoladzie.

Już 5 lutego 1945 roku został aresztowany przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa w asyście NKWD. Z jego mieszkania przy Starowiślnej zabrano tę część archiwum wywiadowczego, którą nie zdążył ukryć. Podczas przesłuchań nakłaniano go do współpracy, a szczególnie do występowania jako świadek przed krakowskimi sądami przeciwko funkcjonariuszom niemieckim, konfidentom i kolaborantom. Czapkiewicz był świadomy, że musiałby wtedy zdekonspirować także tych konfidentów i zdrajców, którzy podjęli służbę w organach bezpieczeństwa, więc odmówił mimo szykan i gróźb.

Został zwolniony, podjął pracę komornika w Sądzie Grodzkim w Krakowie i działalność w Stronnictwie Demokratycznym, ale ciągle spotykały go kolejne szykany ze strony UB. W 1946 roku odznaczono go wprawdzie wraz z żoną Genowefą Złotym Krzyżem Zasługi za walkę z okupantem i udział w konspiracji, ale w październiku 1950 roku ponownie trafił do aresztu, tym razem na warszawskim Mokotowie. Był bity i torturowany, a rok później stanał przed sadem, oskarżony o to:

że w okresie od września 1942 r. do stycznia 1945 r., na terenie województwa krakowskiego idąc na rękę władzy hitlerowskiego państwa niemieckiego działał na szkodę Narodu Polskiego przez to że: początkowo jako kierownik zorganizowanej przez siebie siatki wywiadowczej pod kryptonimem "Prostokąt", a następnie jako szef komórki wywiadowczej "Szerszeń" późniejszego Wywiadu Centralnego "Żelbet" AK Kraków - Zachód oraz p.o. szef kontrwywiadu Inspektoratu Krakowskiego AK rozpracował osobiście i poprzez swoich informatorów rekrutujących się z funkcjonariuszy Policji Kryminalnej, lewicowe organizacje niepodległościowe jak PPR, GL a potem AL oraz poszczególnych aktywnych działaczy antyfaszystowskich, a uzyskane drogą wywiadu materiały przekazywał swoim władzom przełożonym, celem zwalczania i spowodowania likwidacji lewicowych organizacji podziemnych.

Został skazany na 10 lat więzienia, utratę praw publicznych na 5 lat i przepadek mienia. Odbywał karę we Wronkach, Rawiczu i w Sztumie. W 1955 roku udzielono mu przerwy w odbywaniu kary dla podratowania zdrowia, a do więzienia już nie wrócił z powodu ogłoszonej amnestii.

Rok później został zrehabilitowany, ale podlegał ciągłemu dozorowi i inwigilacji aparatu bezpieczeństwa PRL.

Na fali odwilży politycznej apelował do byłych żołnierzy AK, by włączali się w działalności organizacji kombatanckiej ZBOWiD (Gazeta Krakowska z 30 grudnia 1956 roku) i wzięli udział w wyborach do sejmu, głosując na kandydatów wysuniętych przez Front Jedności Narodu (Echo Krakowa z 20 stycznia 1957 roku).

Zmarł 29 marca 1961 roku. Spoczywa na krakowskim Cmentarzu Podgórskim.

Oprócz Złotego Krzyża Zasługi otrzymał również Krzyż Walecznych, Krzyż Partyzancki oraz Medal Zwycięstwa i Wolności.

Według powszechnej opinii historyków uchodził za jednego z najlepszych oficerów wywiadu i kontrwywiadu Wojska Polskiego w czasach II wojny światowej.

Jako ciekawostkę można podać także, że jedna z córek Stanisława Czapkiewicza została żoną znanego krakowskiego prawnika prof. Andrzeja Zolla, byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego.


poniedziałek, 15 lutego 2021

Chocznianka w kobiecej siatce wywiadowczej w czasie II wojny światowej

 W międzywojennej Polsce istniała paramilitarna organizacja Przysposobienie Wojskowe Kobiet, do której w 1939 roku należało ponad 47.000 członkiń, zwanych potocznie "pewiaczkami". Celem PWK było przygotowanie i wyszkolenie kobiet do pomocniczej służby wojskowej na wypadek działań wojennych. "Pewiaczki" oprócz ćwiczeń ogólnowojskowych przechodziły szkolenia w zakresie łączności, administracji wojskowej, obrony przeciwlotniczej, udzielania pierwszej pomocy, opatrywania rannych, czy kierowania pojazdami. Te umiejętności przydały się w pracy konspiracyjnej po agresji niemieckiej na Polskę. Już w listopadzie 1939 roku poznańskie członkinie PWK zgłosiły gotowość podjęcia działalności wywiadowczej w ramach pracy podziemnej. Zebrane przez nie informacje były przekazywane przez kurierów do komendantki PWK Marii Wittek, a następnie za jej pośrednictwem do Związku Walki Zbrojnej- Armii Krajowej. 

W wielkopolskiej kobiecej siatce wywiadowczej działała aktywnie wywodząca się z Choczni Maria Lipowska. Według choczeńskiej metryki chrztu urodziła się ona 26 lipca 1908 roku w rodzinie Jana Lipowskiego, stolarza pochodzącego z Inwałdu i jego żony Agnieszki z domu Widlarz, córki Szczepana i Anny. Maria była trzecim z kolei dzieckiem tej pary. Jeszcze przed wybuchem I wojny światowej Lipowscy przeprowadzili się z Choczni do Wadowic, a po odzyskaniu przez Polskę niepodległości zamieszkali w południowej Wielkopolsce. Maria Lipowska ukończyła seminarium nauczycielskie w Lesznie, w 1927 roku zdała pierwszy egzamin nauczycielski i podjęła pracę nauczycielki w wielkopolskich szkołach ludowych. Miała szczególne upodobanie do biologii i śpiewu, a w celu uzupełnienia wykształcenia muzycznego uczęszczała do konserwatorium w Poznaniu. Jako śpiewaczka brała udział w audycjach muzycznych dla publiczności. Działała także w harcerstwie. Wybuch wojny przerwał jej karierę nauczycielską i uniemożliwił podnoszenie kwalifikacji zawodowych. Udało się jej znaleźć zatrudnienie w charakterze rejestratorki u dentysty w Rawiczu. Jednocześnie działała w wymienionej wyżej siatce szpiegowskiej, współpracując z Haliną Kulczak pseudonim "Dora".

Konspiratorki z Rawicza i Leszna uzyskały między innymi ważne informacje na temat produkcji przez Niemców nowego typu czołgów, zdobyły plany koszar w Rawiczu oraz sporządziły wykaz niemieckich urzędników policyjnych w Lesznie wraz z ich miejscami zamieszkania i numerami telefonów. Obserwując transporty wojskowe na swoim terenie były w stanie uzyskać informacje o kierunkach przemieszczania się i składzie niemieckich jednostek wojskowych. Z kolei przez wgląd w korespondencję niemieckich żołnierzy były w stanie monitorować panujące wśród nich nastroje.

Maria Lipowska pseudonim "Maryla" oficjalnie przystąpiła do konspiracji w lutym 1942 roku. Zbierała informacje o ruchu i lokalizacji jednostek Wehrmachtu oraz o sprawach gospodarczych, organizowała materiały sanitarne na wypadek akcji zbrojnej.

Niestety działalność kobiecej siatki wywiadowczej zakończyła się falą aresztowań jej członkiń. Doszło do nich po aresztowaniu jednego z kurierów, który ujawnił gestapo adresy wszystkich punktów kontaktowych, które poznał w czasie czterech wizyt u wielkopolskich konspiratorek.

Marię Lipowską zatrzymano 2 maja 1943 roku, oskarżono o szpiegostwo wojenne i na czas śledztwa o kryptonimie "Grosse Sache" uwięziono ją w gmachu poznańskiego gestapo, a później w więzieniu Fort VII. Śledztwo "przy udziale środków przymusu bezpośredniego" (bicia, maltretowania oraz chłostania bykowcem) trwało kilka tygodni i aresztowane wywiadowczynie, mimo że osadzone w pojedynczych celach, były w stanie uzgodnić między sobą zeznania, czy wymienić informacje o posiadanych przez gestapo dowodach za pomocą alfabetu Morse'a (stukając w ściany cel). Doszły także do wniosku, że ów kurier, chętnie udzielający gestapowcom informacji ich temat, był od początku podstawionym prowokatorem, mającym za zadanie rozpracować ich siatkę.

Zarzut szpiegostwa wojennego, który postawiono Marii Lipowskiej i innym konspiratorkom, był traktowany jako zdrada stanu i podlegał osądzeniu przez sąd wojenny. Groziła za to kara śmierci. 7 lutego 1944 roku Sąd Wojenny III Rzeszy zrezygnował jednak z rozpatrzenia tej sprawy i przekazał ją Trybunałowi Ludowemu w Berlinie. W tym czasie oskarżone po pobycie w poznańskich kazamatach, gdzie były bite, głodzone i zmuszane do ciężkiej pracy oraz w obozie karno-śledczym w Żabikowie, przebywały do dyspozycji prokuratury w więzieniu w Lipsku. Według relacji współwięźniarek Maria Lipowska zachowywała się z godnością i była bardzo koleżeńska w stosunku do innych przetrzymywanych. Na ich szczęście II wojna światowa zmierzała ku końcowi. Dziesięć odrębnych akt oskarżenia, sformułowanych dopiero na wiosnę 1945 roku, zostało zniszczonych w czasie alianckich bombardowań. 19 kwietnia 1945 roku do Lipska wkroczyły wojska amerykańskie i uwolnione członkinie kobiecej siatki wywiadowczej mogły po pewnym czasie wrócić do Polski.

Powojennne losy Marii Lipowskiej można odworzyć na podstawie listu wysłanego w 1986 roku do "Dory", jej byłej szefowej z konspiracji. Po wyzwoleniu przez Amerykanów Maria przebywała w obozie przejściowym w Northeim. Stamtąd trafiła do Włoch, gdzie występowała w teatrze i zespole koncertowym przy II Korpusie Polskich Sił Zbrojnych. Na jednym z koncertów spotkała Mariana Bittnera, absolwenta Gimnazjum Humanistycznego w Rawiczu i Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego Uniwersytetu Poznańskiego, który w czasie wojny uczestniczył jako żołnierz gen. Andersa w walkach w Libii i we Włoszech. 3 marca 1946 roku poślubiła go w Sarnano (środkowe Włochy). Maria uzyskała pracę jako nauczycielka języka polskiego żołnierzy III Dywizji Strzelców Karpackich. Po demobilizacji trafiła z mężem do Anglii, do obozu Bodney Airfield w hrabstwie Norfolk.  Ponieważ Maria zaszła w ciążę i koniecznie chciała urodzić dziecko w Polsce, to Bittnerowie zdecydowali się wrócić do kraju. Najpierw do Polski dotarła Maria (29 kwietnia 1947), a później jej mąż Marian. Po powrocie obydwoje pracowali w szkolnictwie, kolejno w Lubniewicach (dzisiejsze województwo lubuskie) i w Świebodzinie. Gdy Maria starciła pracę w szkole z przyczyn politycznych, znalazła zatrudnienie w Polskim Radio Poznań. W tym czasie uzyskała także dyplom z wokalistyki w Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej. Od 1956 roku wróciła do pracy nauczycielskiej w szkole podstawowej w Gnieźnie. Po pewnym czasie została zastępcą kierownika, a następnie kierowniczką gnieźnieńskiej Szkoły Podstawowowej nr 4 im. Powstańców Wielkopolskich. W 1968 roku po zawale serca otrzymała roczny urlop, po czym przeszła na emeryturę. Zmarła w wieku 80 lat (21 października 1988 roku). Spoczywa obok męża na cmentarzu parafialnym w Rawiczu.


Lista choczeńskich konspiratorów i partyzantów z okresu II wojny światowej

piątek, 4 sierpnia 2017

Zakonspirowane spotkania w starej chacie- część II

Kontynuacja wspomnień Ryszarda Woźniaka z okresu II wojny światowej.

Zakonspirowane spotkania w starej chacie

Zadania najbardziej newralgiczne przypadały Karolowi i mnie, z racji naszej pracy w Oświęcimiu; Klimek Skowron, jako nowicjusz, nie był brany pod uwagę. Obóz stanowił również teren penetrowany przez organizacje podziemne. Rzecz polegała na tym, by zaufanym, sprawdzonym i inteligentnym więźniom, czyli po prostu członkom ruchu oporu, przekazywać krótkie grypsy [1]. Były to zaszyfrowane wytyczne dla zakonspirowanych komórek wywiadu obozowego.
Józek tłumaczył nam, że ryzyko jest tu minimalne, gdyż więźniowie ci sami się zgłoszą we właściwie wybranym miejscu, podczas pracy przy konstrukcjach bądź przy przenoszeniu rur, kątowników czy innych elementów. Wystarczyło mieć przy sobie znak rozpoznawczy, jakiś istotny, lecz nie rzucający podejrzeń umówiony szczegół. Wtajemniczony więzień zbliżał się i podawał krótkie, umówione hasło, które ginęło w hałasie wykonywanej pracy. Wówczas padała krótka, lakoniczna odpowiedź: podanie skrytki, gdzie znajduje się gryps - na tym kończył się kontakt. Nie wolno było bezpośrednio wręczać karteczek zainteresowanym, by nikt tego nie mógł podpatrzyć.
Niestety, innego sposobu na przekazywanie informacji do komórek obozowego wywiadu nie było. Zainstalowanie tajnej radiostacji i jej funkcjonowanie na terenie obozu w ogóle nie wchodziło w rachubę, a przesyłanie tych informacji na teren lagru drogą korespondencyjną również było niemożliwe. Józek uważał, że nasz sposób daje niemal stuprocentowe bezpieczeństwo. Ja miałem w tej kwestii nieco odmienne zdanie, tym bardziej, że „poczta” działała w dwie strony i musieliśmy te grypsy także odbierać, co było dla nas jeszcze bardziej niebezpieczne.
Jedynym argumentem przemawiającym za włączeniem się w tę bardzo ryzykowną grę było to, że ktoś po tamtej stronie bardzo czekał na owe cenne informacje czy wskazówki; być może życie ludzi tkwiących w tym piekle zależało od tego, czy zostaną one przekazane i odebrane. Poza tym w naszej świadomości bezustannie tkwiła obawa, iż ktoś z nas, będących na krawędzi otchłani, może w każdej chwili znaleźć się po tamtej stronie drutów i wtedy też będzie oczekiwał pomocy od swych towarzyszy niedoli.
I – rzecz niewiarygodna, lecz prawdziwa – to, czego baliśmy się najbardziej, pociągało nas najwięcej. Przekazanie świstka bibuły w sposób niezauważalny było dla nas wielkim sukcesem. Wbrew temu, co mówił Józek, najmniejsza nieuwaga groziła poważnymi konsekwencjami. Wzięty na muszkę więzień musiał natychmiast przy najmniejszym prawdopodobieństwie rewizji połknąć tę karteczkę.
Mnie przypadło w udziale współpracować z więźniem, który miał na imię Janek i był to kapo (tak, tak, to prawda). Poznałem go w czasie pracy na budowie znacznie wcześniej. Zauważyłem, że był to ludzki człowiek - nie znęcał się i nie gnębił swych towarzyszy. Zawsze zamieniłem z nim parę słów, lecz związanych wyłącznie z wykonywaną pracą, podczas, gdy jego podkomendni donosili lub dowozili materiały do budowy. Byłem więc niesamowicie zaskoczony, że w „tej robocie” natknąłem się właśnie na niego i początkowo mu nie dowierzałem. Ponadto drażniło mnie to, że był on pełnym nonszalancji ryzykantem. Co prawda w tajemnicy, ale powiedział mi, że ów gryps schował za przegródkę w papierośnicy. Uważał, że nikomu by do głowy nie przyszło, aby tam mógł być ukryty taki ważny świstek. Poza tym czuł się bezpieczny z racji samej swej funkcji – kapowie raczej nie budzili podejrzeń. Ja truchlałem z trwogi – on czuł się pewniakiem. No cóż, są różne charaktery ludzkie. Nie można mu było odmówić pomysłowości – faktycznie rzecz cała polegała na tym, by gryps umieścić w takim miejscu, by nikomu nawet do głowy nie przyszło tam go szukać. Wszelkie znane z dzisiejszych filmów sztuczki nie mogły tu być i nie były praktykowane.
Dodać tu trzeba, że jak po obozie, o czym wspominałem, tak i na budowie szwendali się różni podejrzani robotnicy w nowych kombinezonach z colsztokiem [2] wystającym z kieszeni spodni. Na szczęście wprawne oko bez trudu dostrzegało ich od pierwszego spojrzenia, zachowywali się bowiem nienaturalnie i z daleka zalatywali szpiclem.
Przyznać muszę, że Karol był także takim ryzykantem, który uważał naszą konspirację za przygodę i niezłą zabawę. W przeciwieństwie do niego, ja nie mogłem spać i żałowałem bardzo, że dałem się w to wszystko wciągnąć. Ryzyko z tym związane było w mej ocenie duże, a w razie dekonspiracji groziło nieobliczalnymi konsekwencjami. Jedynie myśl o tym, że być może ratuję jakiemuś nieszczęśnikowi życie podtrzymywała mnie na duchu. Dlatego modliłem się nocą gorąco za tych, co umierali w cierpieniach i za tych, przed którymi świtała nadzieja wolności. O wszystkich tych sprawach bałem się nawet myśleć i nie zdradzałem się przed nikim w rodzinie. Zresztą były one uzgadniane przez Józka wyłącznie ze mną i z Karolem - pozostało to naszą ścisłą tajemnicą.
Problem dotarcia z bibułą konspiracyjną do jeńców angielskich był uważany przez naszego instruktora jako niewinna fraszka. Być może z tego powodu, że z Anglikami pracowaliśmy razem i dyskutowaliśmy przy tym łamaną niemczyzną. Oni opowiadali nam o bitwach staczanych z Niemcami i o wydarzeniach ze swego obozu, a my przekazywaliśmy im autentyczne i świeże wiadomości z frontu. To ich bardzo cieszyło i w nagrodę częstowali nas camelami, co było dla nas nie lada gratką.
Dostęp do obozu rosyjskiego był o wiele trudniejszy, gdyż tych jeńców pilnowali SS-mani. Mnie udało się to przez czysty przypadek. Jeden ze strażników, rosły drab z dywizji SS-Galizien [3], który mi groził karabinem, okazał się bratem Ukraińca, Piotra Korniejczuka, z którym zaprzyjaźniłem się podczas pracy u bauera. SS-man był uderzająco podobny do swego brata, pochodził jak i on z Tarnopola, umiał dobrze po polsku i okazał się dla mnie łaskawy. Pozwolił mi także pogadać z rosyjskimi żołnierzami.
Nastroje u nich były fatalne, gdyż ZSRR nie podpisał konwencji genewskiej, stąd Rosjanie nie mieli żadnych praw przysługujących jeńcom wojennym. Cierpieli głód i zimno, o czym wiedziałem i dlatego spytałem „mego” SS-mana, czy mogę im dać kawałek chleba. Na jego przyzwalające skinienie głową dałem im cały bochenek, który przywiozłem dla swego majstra, Niemca. Ów chleb był dla nich na wagę złota – został solidarnie podzielony tak, że na każdego wypadło po małym kawałeczku. Aż serce bolało patrzeć na tych ludzi, którzy byli żywymi trupami. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że czeka ich śmierć głodowa, ale gdyby przypadkiem wrócili do ojczyzny, mogli się spodziewać równie ciężkiego losu. Nie wolno im bowiem było iść do niemieckiej niewoli, tylko bić się do końca.
Znajomy SS-man (o dziwo!) oznajmił mi, że w tym czasie, gdy on będzie pełnił służbę, mogę jeszcze raz odwiedzić Rosjan. Początkowo myślałem, że jest to pułapka, ale przekonałem się, że „poczciwy” Ukrainiec dotrzymał słowa. Tym razem żołnierze powitali mnie jak dobrego znajomego. Znów im podarowałem zdobyty z wielkim trudem bochenek chleba. Ich radość i gorące podziękowania były dla mnie źródłem wielkiej satysfakcji, choć z drugiej strony owe odwiedziny wpędziły mnie w jeszcze większą psychozę. Była ona zresztą nieodłączną towarzyszką życia tu, w obozie.
Kiedy przyjechałem do domu i złożyłem szczegółowe sprawozdanie ze swych dokonań Józkowi, był wielce ze mnie zadowolony i wraz z relacją Karola przekazał stosowny meldunek swym przełożonym.
Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że służba łącznikowa, do której i my z Karolem po trochu należeliśmy, nie wywiązała się ze swego zadania. Otóż na terenie lagru niemieckiego działo się coś dziwnego, lecz nikt nie mógł się połapać, o co chodzi. Okazało się, że w wielkiej tajemnicy władze niemieckie przeniosły obóz angielski do niemieckiego i odwrotnie. Zorganizowano to bardzo sprawnie: na odcinku tym bez przerwy jeździły ciężarówki (o czym dowiedzieliśmy się później) i owa ogromna praca została wykonana w bardzo krótkim czasie.
Cel tego manewru wyjaśnił się niebawem. Po trzech dniach nastąpił niespodziewany nocny nalot samolotów alianckich. Ich zadaniem było zbombardowanie obozu niemieckiego, lecz w tym stanie rzeczy zniszczeniu uległ obóz angielski. Wywiad niemiecki w porę rozszyfrował zamiary aliantów – niestety, informacyjna służba polska nie stanęła na wysokości zadania. W wyniku nalotu ok. 300 żołnierzy angielskich zginęło na miejscu, a wielu innych zostało rannych. Jak już wspominałem na kartach poprzedniego rozdziału była to wielka tragedia, którą opłakiwaliśmy z pozostałymi przy życiu Anglikami. Niemcom rzecz jasna nic się nie stało, czego nikt nie mógł przewidzieć. Był to zarazem ewidentny dowód na to, jak wielkie znaczenie na tym terenie mają nawet cząstkowe informacje, które pieczołowicie zbierano i wysyłano do odpowiednich komórek wywiadowczych.
Wielką wagę przywiązywano także do znajomości rozmieszczenia poszczególnych posterunków SS na terenie obozu. Staraliśmy się skrupulatnie zbierać te dane, wykorzystując swoje możliwości przemieszczania się przy wykonywaniu prac bądź przy przewożeniu materiału z rozmaitych miejsc. Informacje te były zapewne potrzebne przy organizowaniu ewentualnych ucieczek – wszak więźniowie nie mieli takiej swobody poruszania się po terenie całego obozu. Największe pole do popisu miał tutaj Karol: zakładając urządzenia elektryczne mógł dotrzeć do każdej części rozległego lagru, a nawet poza jego granice. Jeśli chociaż cząstka zebranych przez nas informacji została wykorzystana we wspomnianym celu – podjęty trud nie poszedł na marne.
Trzeba tu podkreślić, że nasze zebrania stwarzały pewne zagrożenie ze strony tych, którzy się wysługiwali Niemcom. W swej młodzieńczej zapalczywości i niefrasobliwości często zapominaliśmy o nader ważnej kwestii własnego bezpieczeństwa. W owym czasie każda grupa młodych ludzi zbierająca się i opuszczająca jakieś lokum budziła pewne podejrzenia. Niby chata była niepozorna i w ustronnym miejscu, lecz przecież mieliśmy pod nosem volksdeutscha Bryndzę oraz Franka Dąbrowskiego, że nie wspomnę o mniej znanych donosicielach.
Staraliśmy się tedy owym spotkaniom nadać pozór zebrań towarzyskich. Znalazły się więc karty, a nawet butelka księżycówki. Jednakże pewnej niedzieli, wypiwszy po kielichu, byliśmy pod wrażeniem szczególnie pomyślnych wieści z frontu. Duch nadzwyczajnego entuzjazmu zapanował nad rozsądkiem i nie bacząc na nic, zaczęliśmy śpiewać polskie pieśni patriotyczne. Na domiar złego okno było otwarte, więc chór młodych głosów niósł się daleko.
Zaalarmowało to Franciszka Dąbrowskiego, naszego sąsiada, który jako prawa ręka (oko i ucho) bauera Hasenkopfa nie mógł znieść takiej nielojalności wobec władzy niemieckiej. Za parę chwil wpadł do nas wraz ze swym nieodłącznym przybocznym, Szczepanem Balonem, i głośnym wrzaskiem, używając wulgarnych przezwisk i klątw, uciszył rozśpiewane towarzystwo. Co bardziej rozemocjonowanym zagroził, że użyje siły i przyznać trzeba, że miał ku temu wyraźną ochotę.
Interwencja wywołała oburzenie u zebranych, zwłaszcza, że Franek, jako zausznik wspomnianego bauera i późniejszy sukcesor jego dóbr, nie był lubianym sąsiadem. Nie myśląc wiele każdy z nas ujął za krzesło i gotów był do ewentualnego starcia z przeciwnikiem. Emocje wzięły górę nad rozwagą i nie wiadomo, do czego by doszło, gdyby nie wujciu Józek. On jeden zachował zimną krew i zorientowawszy się, iż jest uważany za głównego prowodyra, szybko się ulotnił; rzeczywiście potem wszystko się powoli uspokoiło. Konflikt ten, poza opisaną awanturą, nie przyniósł poważniejszych następstw. Rozpajeżony Franek poprzestał na groźbie, iż w razie powtórzenia się podobnych incydentów w przyszłości zgłosi sprawę na policji, po czym z napuszoną miną wyniósł się nareszcie, zabierając swego adiutanta.
Mama, choć nie wtajemniczona w nasze sekrety, wiedziona chyba przeczuciem, poważnie obawiała się o mnie, jak również o Józka – wiedziała w jakiej sytuacji on się znajduje. Kochana Mama, gdyby naprawdę była świadoma, w co się pakujemy, pewnie nie mogłaby nocami spać.
Józkowi zresztą dekonspiracja zagrażała permanentnie – policja niemiecka była na jego tropie. Miał co prawda dobre, lewe papiery i w tym okresie nosił wąsy, ale było to zabezpieczenie iluzoryczne. Już we Frydrychowicach miał styczność z policją, co mu na szczęście uszło na sucho, lecz kontrola policyjna w Wadowicach była dlań poważnym ostrzeżeniem. Charakterystyczną bowiem rzeczą było to, że gdy dłużej przebywał w jakimś miejscu, szyjąc ubrania jako krawiec, wkrótce w pobliżu następowała udana akcja partyzancka.
W sierpniu 1944 roku (…) obłożnie zachorowałem na zapalenie płuc i na tyfus. Najgorszym dla mnie momentem było zbombardowanie oświęcimskiego szpitala i późniejsze wywiezienie do szpitala w Chrzanowie. To spowodowało, że rozstałem się z rodziną i wujciem Józkiem aż do 15 listopada.
Kiedy powróciłem do Oświęcimia, zaczęły się jego ciągłe bombardowania. Nie było mowy o żadnej działalności konspiracyjnej w tym czasie. Sam Józek także musiał szczególnie uważać, bo policja wprost mu deptała po piętach. Często więc zmieniał swe miejsce pobytu – przebywał w tym czasie w Ponikwi, Kaczynie i innych okolicznych wioskach. Na całe szczęście udało mu się uniknąć wpadki.
Wielkimi krokami zbliżało się wyzwolenie. Na ten temat krążyły już różne legendy, szczególnie dotyczące naszych sojuszników. Tymczasem Niemcy powoli przygotowywali się do ewakuacji. Jak wspominałem, mnie wraz z Karolem udało się szczęśliwie wymknąć z matni zastawionej przez SS-manów wokół Oświęcimia.
Tak zakończyła się moja nieznana nikomu przygoda z konspirą, w której z własnej woli, choć za namową wujcia Józka, uczestniczyłem. W odróżnieniu od niego, nie miałem specjalnych predyspozycji na konspiratora; ile przeżyłem obaw i stresów – wiem tylko ja. Lecz jeśli przyczyniłem się dzięki temu do uratowania choć jednego ludzkiego życia – nie żałuję niczego.



[1] grypsy – nielegalnie przemycane listy, wiadomości, instrukcje dla więźniów (obozu koncentracyjnego).
[2] colsztok (z niem. Zollstock) – składana linijka z podziałką, calówka.
[3] 14 Dywizja Grenadierów SS, pot. SS-Galizien, SS-Hałyczyna – jednostka SS utworzona 28.04.1943 z kolaborantów ukraińskich; wsławiła się licznymi zbrodniami na ludności polskiej na Podolu w 1944 r.

wtorek, 26 maja 2015

Choczeńscy konspiratorzy i partyzanci w czasie II wojny światowej

Zestawienie związanych z Chocznią partyzantów, konspiratorów i uczestników ruchu oporu w czasie II wojny światowej. Podobnie jak w przypadku innych publikowanych tu zestawień dane będą sukcesywnie uzupełniane w miarę napływu nowych informacji.
  • Ferdynand Balon (1898-1949) w tajnym nauczaniu, członek AK
  • Karol Balon (1917-?) ps. "Juhas" i "Orzeł", podporucznik AK w zgrupowaniu "Żelbet" *
  • Józef Bandoła (1920-1987) partyzant AK
  • Piotr Bandoła (1921-2015) partyzant Batalionów Chłopskich na Lubelszczyźnie
  • Tadeusz Bandoła (1896-1984) ps. "Wirtuoz", zastępca komendanta Obwodu Mokotów AK, uczestnik powstania warszawskiego, dowódca zgrupowania AK w lasach chojnowskich *
  • Edward Bąk (1918-1946) ps. "Strzemię", "Zając", członek patrolu dywersyjnego AK- NOW
  • Anastazy Bielenin (1893-1954) uczestnik Strażackiego Ruchu Oporu "Skała"- szef rozpoznania taktycznego w I Okręgu Stołecznym Warszawskim, potem w konspiracji  w Piotrkowie
  • Jan Bryndza (1898-1979) współpracownik zgrupowania AK "Jędrusie"
  • Jan Bryndza (1924-1944) uczestnik konspiracji w Choczni
  • Stanisława Bryndza (1926-?) uczestniczka konspiracji w Choczni
  • Józef Buczek (1918-1944) ps. "Mewa", członek oddziału AK "Błysk", zginął na Kielecczyźnie
  • Tadeusz Chrapek (1905-1965) ps. "Twardy", chorąży AK
  • Michał Cibor (1889-1972) ps. "Zembrzycki", szef wywiadu AK w obwodzie Wadowice
  • Józef Czapkiewicz (1930-1997) ps. 'Leszek" członek konspiracyjnego harcerstwa
  • Stefan Dąbrowski (1906-1942) członek ruchu oporu
  • Eugeniusz Drapa (1924-2006) ps. "Wicher"żołnierz NOW-AK
  • Władysław Gołda (1901-1981) ps. "Korczak" członek AK,  kolporter prasy konspiracyjnej, nauczyciel w tajnym nauczaniu w powiecie pińczowskim
  • Jan Hawryszko (1925-?) żołnierz zgrupowania AK "Jędrusie"
  • Jan Kapała (ur. 1925) ps. "Sosna" żołnierz NOW-AK
  • Jadwiga Klisiak (1922-2012) - łączniczka i kurierka AK
  • Rudolf Klisiak (1894-1988) uczestnik konspiracji, prowadził nasłuch radiowy i współpracował z batalionem AK "Orzeł-Ważka"
  • Michał Kornelak (1895-1972) w tajnym nauczaniu
  • Andrzej Kręcioch (1897-1977) działacz konspiracyjny
  • Irena Kręcioch z domu Ścigalska (1919-201) żołnierz AK
  • Józef Kręcioch (1915-2002) ps. "Burian", "Niemsta", podporucznik AK, zastępca dowódcy batalionu AK "Orzeł-Ważka"
  • Michał Kręcioch (1900-1984) członek AK w Krakowie
  • Stanisław Kręcioch (1913-1993) członek AK
  • Zygmunt Kręcioch (1916- 2000) żołnierz AK w batalionie "Orzeł-Ważka"
  • Aleksandra Kręcioch-Klisiak z domu Woźniak (1894-1978) łączniczka i kurierka AK
  • Edward Legut (1922-1972) żołnierz NOW-AK
  • Maria Lipowska (później Bittner; 1908-1988), członkini kobiecej siatki wywiadowczej w Rawiczu
  • Helena Łapot z domu Stuglik (1924-2000) ps. Lena", łączniczka i kurierka AK
  • Genowefa Maga-Tanewska z domu Widlarz (1928-2012) zaangażowana w pomoc dla więźniów KL Auschwitz *
  • Józef Malata (1911-1978) plutonowy AK
  • Tomasz Malata (1913-1992) podporucznik AK, dowódca placówki AK w Suchej Beskidzkiej
  • Władysław Malata (1902-1942) członek ruchu oporu
  • Alojzy Małusecki (1897-1955) ps. "Włodek", major AK, komendant obwodu obejmującego część powiatu krakowskiego i bocheńskiego
  • Bronisława Marcinkowska (1893-1969) członek ZWZ/AK, łączniczka i kolporterka, w jej mieszkaniu mieściła się redakcja i drukarnia "Służby infomacyjnej" i punkt kontaktowy sztabu AK
  • Jerzy Valde Nowak (1911-1979) dowódca 4 batalionu zgrupowania "Żelbet" AK, wykładowca w konspiracyjnej szkole podchorążych
  • Franciszek Oleksy (1899-?) członek francuskiego ruchu oporu w Lotaryngii
  • Halina Pietras z domu Bielenin (1921-2006) ps. "Halina", sanitariuszka w Powstaniu Warszawskim *
  • Julian Pietruszka (1913-1998) ps. "Wołowicz", "Julian", powstaniec warszawski, kapral batalionu "Kiliński" AK
  • Józef Ramęda (1909-1985) ps. "Ryś", członek AK na Lubelszczyźnie
  • Janisław Ruliński (1905-ok. 1973) ps. "Skriba", komendant AK obwodu w Chrzanowie
  • Tadeusz Sadowski (1922-1944) ps. "Tomo", partyzant Narodowej Armii Wyzwolenia Jugosławii
  • Chaim Henryk Schöngut (1912-1943) członek oddziału Mietka Grubera "Kozietulskiego"
  • Józef Sępek (1902-1942) członek konspiracji komunistycznej
  • Władysław Styła (1903-1970) członek ruchu oporu
  • Eugeniusz Szczur (1922-1991) ps. "Kanar", żołnierz konspiracji
  • Stanisław Szczur (1895-?) ps. "Lew", członek AK w Bliznem 
  • Aleksander Tałasiewicz (1906-1983) członek AK
  • Jan Tałasiewicz (1909-1943) podporucznik AK na Kielecczyźnie
  • Adam Turała (1912-1944) żołnierz AK
  • Józef Turała (1905-1989) członek konspiracji
  • Ludwik Turała (1909-1982) członek AK
  • Rudolf Wcisło (ur. 1922), ps. "Silny", żołnierz NOW-AK
  • Wojciech Widlarz (1898-1968) żołnierz AK w 106 Dywizji Piechoty AK pod dowództwem "Tysiąca"
  • Zbigniew Widlarz (1922-1944) powstaniec warszawski *
  • Alojzy Włodarczyk (1888-1964) ps "Frydrychowski", żołnierz AK
  • Stefan Wronka (1885-?) ps. "Żubr", członek Batalionów Chłopskich, zaangażowany w pomoc dla  więźniów KL Auschwitz
  • Franciszek Załuski (1908-1993) ps. "Socha", adiutant dowódcy II Bat. 77. Pułku AK 
  • Anna Zrazik (1895-1978) w tajnym nauczaniu
* powiązany/a z Chocznią przez pochodzenie rodziców