Pokazywanie postów oznaczonych etykietą górnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą górnik. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 maja 2025

Przedwojenni górnicy z Choczni w ewidencji kopalni w Brzeszczach

 W ewidencji wojskowej kopalni węgla kamiennego w Brzeszczach sprzed II wojny światowej znajduje się sześciu górników pochodzących z Choczni lub mieszkających w Choczni. Ich dane publikowane są dzięki uprzejmości Michała Jarnota z Archiwum Państwowego w Bielsku-Białej:

  • szeregowy piechoty Karol Siwiec, urodzony 14.05.1881 w Suchej, syn Józefa i Marii, zamieszkały w Choczni pod nr 314, zatrudniony w Brzeszczach jako górnik od 27 września 1920, posiadał ukończone 3 klasy szkoły ludowej,
  • szeregowy piechoty Stanisław Kuliński, urodzony 7 maja 1889 w Ślemieniu, syn Józefa i Teresy, zamieszkały w Choczni pod nr 21, zatrudniony w Brzeszczach jako ładowacz od 8 kwietnia 1919, samouk bez szkoły,
  • strzelec kawalerii Józef Pietras, urodzony 4 sierpnia 1891 w Wieprzu, syn Franciszka i Anny, zamieszkały w Choczni pod nr 413, zatrudniony w Brzeszczach jako górnik od 4 maja 1938, posiadał ukończone 5 klas szkoły ludowej,
  • Józef Kuliński, urodzony 28 listopada 1917 w Ślemieniu, syn Stanisława i Ludwiki, zamieszkały w Choczni pod nr 593, zatrudniony w Brzeszczach jako wozak od 1 października 1937, posiadał ukończone 5 klas szkoły ludowej,
  • szeregowy piechoty Franciszek Widlarz, urodzony 17 września 1905 w Choczni, syn Ignacego i Katarzyny, zamieszkały Skidzin nr 69, zatrudniony w Brzeszczach jako wozak od 17 listopada 1930, posiadał ukończone 5 klas szkoły ludowej,
  • Andrzej Siwiec, urodzony 27 listopada 1919 w Choczni, syn Karola i Wiktorii, zamieszkały Budy Rajsko nr 314, zatrudniony w Brzeszczach jako wozak od 25 listopada 1937, posiadał ukończone 7 klas szkoły ludowej.
Analiza podanych wyżej danych wskazuje, że w Brzeszczach pracowały dwie spokrewnione pary (ojciec i syn): Karol i Andrzej Siwiec oraz Stanisław i Józef Kuliński.

Z innych źródeł wiadomo, że Karol Siwiec zakończył pracę w tej kopalni w 1936 roku (przejściem na emeryturę). Wcześniej doświadczenie zawodowe zdobywał w kopalniach Morawskiej Ostrawy, a służbę wojskową odbywał w 8. Kompanii 16. Pułku Obrony Krajowej podczas I wojny światowej (w 1915 r. został ranny na froncie).

Karol Siwiec (pierwszy z prawej)
Zdjęcie udostępnione przez Zuzannę Siwiec




czwartek, 26 stycznia 2023

Znani potomkowie chocznian - inżynier Tadeusz Widlarz

Biogram przedrukowano za pozwoleniem autorów z monografii: Magdalena Bernacka, Piotr Czaja, Czytelnio Polska, cześć ci cześć. Dorobek polskich słuchaczy Akademii Górniczej w Leoben, Kraków 2021, s. 447-448.

Urodził się 8 lutego 1899 roku w Krakowie-Grzegórzkach. Był synem Wiktorii Klimczak i zasłużonego nauczyciela i inspektora szkolnego Jana Widlarza (1858-1936) pochodzącego z Choczni. Po przeniesieniu służbowym ojca w 1909 roku do Żywca, Tadeusz w 1916 roku skończył tam szkołę realną. W latach 1916 – 1923 studiował w Akademii Górniczej w Leoben, uzyskując dyplom inżynierski II stopnia. Był członkiem Czytelni Polskiej, imię piwne „Rybka”. W roku 1931/32 nostryfikował dyplom w Akademii Górniczej w Krakowie. 

Po skończeniu studiów do 1933 roku pracował w kopalni „Anna” w Pszowie na stanowiskach: inżynier asystent, zastępca kierownika ruchu. W latach 1934-39 kierownik kopalni „Aleksander-Książątko” w  Łaziskach Średnich. 

Tadeusz Widlarz (w pierwszym rzędzie w środku, z kapeluszem w dłoni)

Był żonaty ze Stefanią „Steffi” Donau (1914-2003) – Austriaczką, którą poznał na studiach w Leoben. 

Tadeusz i Steffi w Wiedniu

Z tego związku było troje dzieci: Piotr (1941-2003), Krystyna ur. 1943 r. i najmłodszy Wiktor ur. 1944 r. Obaj synowie byli górnikami w kopalni „Szombierki”. Starsza siostra Steffi – Małgorzata była żoną prof. nadzw. AGH dra inż. Jerzego Kolbego (1906-1977). W czasie okupacji hitlerowskiej Tadeusz ukrywał się z rodziną w Żywcu, a po przesłuchaniu na Gestapo w lipcu 1944 roku chory na serce inżynier został skierowany do obozu pracy przy kopaniu rowów przeciwczołgowych w Beskidach. W lutym 1945 w wyniku ciężkich walk o Żywiec rodzina w jednej chwili straciła cały majątek i wylądowała  na bruku. Po II wojnie światowej Tadeusz Widlarz stał się jednym z pionierów przemysłu węglowego na Dolnym Śląsku. Od 20 lipca 1945 do 1 sierpnia 1946 był dyrektorem kopalni „Biały Kamień”, a następnie od 1 sierpnia 1946 do 30 listopada 1947 – dyrektorem kopalni „Mieszko”, a później inspektorem kopalń w dyrekcji Zjednoczenia w Wałbrzychu. Założył i roztaczał opiekę nad górniczym klubem piłkarskim w Wałbrzychu. W 1947 roku w uznaniu zasług został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. Zginął śmiercią tragiczną 18 marca 1949 roku: wypadł z windy do szybiku „Jan Henryk” o głębokości 100 m podczas grupowej inspekcji w kopalni „Bolesław Chrobry”. Został pochowany w grobowcu rodzinnym na cmentarzu parafii Przemienienia Pańskiego w Żywcu. Jego śmierć była wielkim ciosem dla Steffi, która wyrzucona z domu służbowego z trójką małych dzieci musiała poszukać szybko pracy i znaleźć mieszkanie dla osieroconej rodziny. Ponieważ Tadeusz pozostał bezpartyjny i naraził się wcześniej lokalnemu sekretarzowi partii, niejasne okoliczności tej tragedii i milczenie wdowy wzbudzają u potomków wiele wątpliwości, czy rzeczywiście był to nieszczęśliwy wypadek. Obecnie sprawa trafiła do prokuratury wrocławskiego oddziału IPN.


Barbórka w Loeben w 1919 roku
Tadeusz Widlarz stoi trzeci z lewej



Bardzo dziękuję Pani Małgorzacie Bernackiej za zgodę na umieszczenie biografii inż. Tadeusza Widlarza na "Chocznia kiedyś".

Znani potomkowie chocznian - link



poniedziałek, 6 grudnia 2021

Jan Cibor- uratowany z "Czeczotta"

 Bohaterem reportażu Anny Lubiejewskiej, zamieszczonego w "Trybunie Górniczej" z 1 grudnia 1994 roku, był Jan Cibor, górnik pochodzący z Choczni, ocalały z zawału w nieistniejącej już dziś Kopalni Węgla Kamiennego "Czeczott" w Woli (gmina Miedźna, powiat pszczyński).

Można powiedzieć, że przyprowadził nas do nich los. Tę parę sfotografował reporter w chwili, gdy w lipcu tego roku, po 35 godzinach akcji ratunkowej, pięciu górników "Czeczotta" uwięzionych pod ziemią, szczęśliwie znów wyszło na słońce. 

Wzruszenie oczekujących rodzin, kolegów z kopalni, ekip dziennikarskich było tak wielkie, że nawet nie notowano nazwisk. Wystarczyło wiedzieć, że z życiem wyszli z zawału wszyscy: Mieczysław Bartula, Grzegorz Doniec, Włodzimierz Świerkosz, Marek Targosz i przodowy Jan Cibor. To właśnie on, czterdziestolatek z dobrze przystrzyżonym wąsem, czeka na nas teraz, w niedzielę poprzedzającą "Barbórkę" u wejścia domu, który sam wybudował w Choczni koło Wadowic. Przystojny, opanowany mężczyzna. Ładny piętrowy dom. A wewnątrz dziecięce gaworzenie i żona Halina. Ta sama, która w godzinach niepewności tkwiła wraz z przyjaciółmi pod kopalnią murem, aż odzyskała męża. Teraz przyrządza dla nas kawę z ekspresu, podaje herbatniki. Nie słyszy tego, co Jan mówi o ich pierwszym spotkaniu i zakochaniu. A mówi pięknie - że pochodziła z sąsiedniej wsi, że świetnie tańczy, że wszystko robi najlepiej. Wspaniała dziewczyna, bardzo ładna, zgrabna, zwracająca uwagę. Jan był już wtedy, kilkanaście lat temu, górnikiem kopalni "Borynia"1 z dorobkiem w postaci czerwonego samochodu Fiat 125p. Oboje z wielodzietnych rodzin2, poza świadectwami szkolnymi, czerwonym autem i małym kawałkiem gruntu posiadali niewiele. Wesele z poprawinami odbyło się w lipcu, na wolnym powietrzu, w zielonej scenerii rodzinnej wioski panny młodej. Wkrótce potem zamieszkali w Choczni i z pomocą rodzeństwa, poświęcając na ów wielki cel wszystkie zarabiane pieniądze, zaczęli budować dom. Zrezygnowali z auta i nowej garderoby, ale uwinęli się z budową w trzy lata. Dom piętrowy, z wygodami i (pustym) garażem - szczyt marzeń lub prawie że szczyt. W tym czasie Jan zdobył kwalifikacje górnika kombajnisty i zaczął pracować w kopalni "Czeczott". Kolejno odznaczano go krzyżami - brązowym. srebrnym i złotym, które kiedyś pokaże córce. Zmiana kopalni oznaczała m. in., że jeśli wcześnie) musiał wstawać piętnaście po trzeciej, to teraz wystarczy nastawić budzik na wpół do piątej, jeśli wypada pierwsza zmiana.

- 4 lipca, w najczarniejszym dniu naszego małżeństwa - mówi Halina - stało się coś dziwnego. Po południu Jan nie chciał podnieść się z leżanki, narzekał na ból kości, spóźnił się na autobus. Ale autobus też sie spóźnił i odjechali na trzecią zmianę. Zjechali na dół do oddziału przygotowawczego. Wkrótce potem zatrzęsło, zagrzmiało, nastąpił zawał. Jeszcze mieli za sobą 10 metrów przestrzeni. Po drugim wstrząsie już tylko 7 metrów. Zaczęła wypływać woda. Usiedli razem przy kombajnie i modlili się. Jan zaśpiewał: "Mario, Królowo Polski". Przestało trząść chodnikiem. Po kilku godzinach usłyszeli stukanie po rurach, odstuknęli pięć razy, na znak, że jest ich pięciu.

- Ratownicy zrozumieli, że żyjemy. Wołali po imieniu - Jasiu! Jasiu! Po jakimś czasie puścili nam tlen i wodę. Czekanie bardzo się dłuży. Pierwszy wyszedł Włodek Świerkosz, bo znalazł się najbliżej wywierconego otworu, ostatni Jan Cibor. Lekarz, nosze - nie skorzystali z nich. Półprzytomni, z nadsztygarem Jerzym Jurasem, który pocieszał ich przez cały czas, doszli pod szyb. Na górze łzy radości.

- Ja nie płakałem - twierdzi Jan. A może już nie pamięta? Ze szpitala, do którego odwieziono całą piątkę na wszelki wypadek, wyszedł po kilku godzinach i autobusem wrócił do domu. Halina i Jan z ogromną wdzięcznością wspominają sąsiedzką pomoc, jaką w krytycznych chwilach okazali drżącej z niepokoju żonie przyjaciele. Potem kopalnia sprawiła uratowanym górnikom i ich rodzinom prezent. Wczasy nad morzem w Jarosławcu. Ich pierwszy i jedyny jak dotąd wspólny urlop poza domem. Po kilku miesiącach pracy na powierzchni, od 1 grudnia Jan z całym zespołem wraca na dół. Do górniczej emerytury brakuje mu już tylko kilku lat. Czuje się młodo i jest młody. Co będzie robił w przyszłości? Halina po urlopie wychowawczym wróci do pracy, a mąż zajmie się gospodarstwem. może jakąś hodowlą, może dokupi do małej parceli kawałek ziemi? Wkraczamy w sferę marzeń i Jan wyznaje wreszcie - chciałby znowu mieć auto, choćby używane, niekoniecznie czerwone, jakiś delikatniejszy, bardziej stateczny kolor.



Autorka skończyła swój reportaż ogólną uwagą:

Z Choczni pochodzi wielu górników. W ogóle górale w kopalni nie są zjawiskiem wyjątkowym. W tej wsi górnicy na tyle cenią swoją zawodową odrębność, że kilka lat temu zamówili piękny haftowany sztandar przechowywany w kościele, a w dniu św. Barbary składają sie na mszę za pomyślność w pracy i w domu, za rodzinne szczęście.

----

Pierwszym górnikiem z Choczni, który uległ wypadkowi, zwiazązanemu ze swoją pracą, był Jan Widlarz, kopacz w szybie Eugeniusz w Pietrzwałdzie (obecne Czechy- powiat Karwina). 4 lipca 1913 roku doznał rozszczepienia kości w nodze. Natomiast 1 września 1919 roku wraz z pięcioma innymi kolegami zginął w czeskiej kopalni 26-letni Józef Turała, syn chocznianina Piotra. Co ciekawe, jego syn Josef Turala także zginął tragicznie śmiercią górnika w 1949 roku.

----

1 KWK Borynia- istniejąca do dzis kopalnia węgla kamiennego w Jastrzębiu Zdroju.
2 Jan Cibor (ur. 1954), syn Kacpra i Antoniny z domu Żak, ma pięcioro rodzeństwa.