piątek, 7 lipca 2017

Wspomnienia Ryszarda Woźniaka z pracy przymusowej podczas II wojny światowej

Następny fragment wspomnień chocznianina Ryszarda Woźniaka, udostępniony czytelnikom przez jego syna Krzysztofa. Bardzo dziękujemy !

Oświęcim, a więc „Arbeit macht frei”.

Przybyliśmy więc do Oświęcimia, znanego już obozu pracy, z cyniczno-ironicznym hasłem na bramie: „Praca czyni wolnym”. Na każdym kroku spotykamy mrowie ludzi mówiących różnymi językami. Oświęcim to monumentalna budowa, w której tkwi las kominów wznoszących się pod niebo i mnóstwo wież. Z różnych miejsc tego żelaznego molocha wyrastają potężne dźwigi, które - niczym macki gigantycznego pająka - wznoszą się i opadają.
Wszystko to szumi, huczy, dźwięczy i stukoce; ginie w oparach kłębiącej się pary i pojawia na nowo. Wszędzie przewala się pulsująca fala ludzka, gnana niby podmuchem wiatru raz w tę, raz w inną stronę. Pośród tego tłumu znaleźliśmy się i my - przybysze z Drezna. Najpierw zaprowadzono nas do łaźni, a potem przydzielono barak znajdujący się w Ostlager. Tu umieszczano Polaków, Ukraińców, Serbów, Bułgarów, Czechów. Natomiast w Westlager [1], po przeciwnej stronie, przebywali Francuzi, Włosi, Hiszpanie, Belgowie, Holendrzy, Grecy, Portugalczycy - słowem narodowości z całej Europy.
Rano pobudka o godzinie czwartej - ktoś przyniósł gorącą kawę z kuchni - pijemy ją szybko, myjemy się w łaźni i wtapiamy się w rzekę ludzką, która podobnie jak wieczorem przewala się drogą - słychać tylko nieustanny stukot drewnianych sabotów [2].
Droga prowadzi wprost do budynku obozowego gestapo; przechodzimy przez główną bramę i wchodzimy na teren zakładów. Całość tego olbrzymiego terenu jest we władaniu potężnego koncernu IG Farbenindustrie AG [3]. My akurat otrzymujemy przydział do pracy w firmie Niederdruckwerke [4]. Wysoki jak tyka, uczesany na bok z równiutkim przedziałkiem Obermeister [5] patrzy przenikliwym wzrokiem na swych nowych poddanych; z iście niemiecką pedanterią każe nas wciągnąć na ewidencję, po czym ostrym, nosowym głosem zaznajamia nas z regulaminem pracy i naturalnie z karami, jakie grożą za jego nieprzestrzeganie. Otrzymujemy Ausweisy, numery służbowe i przydziały do poszczególnych ekip roboczych. Na to tylko czekali majstrowie, którzy zabierają nas na nasze stanowiska, wydają narzędzia i informują, że Arbeit rozpoczyna się o godzinie 5.30, przerwa obiadowa trwa od 12 do 12.30, a pracujemy do 18. Potem trzeba wyczyścić narzędzia, zamknąć je do szopy, odbić kartę i dopiero wtedy jest fajrant. Nie omieszkują przy okazji podkreślić, że biada takiemu, kto do tych reguł nie będzie się stosował.
Wraz z paroma innymi trafiam do pociesznie wyglądającego grubasa, mówiącego gardłowym, bawarskim akcentem, tak, że go trudno zrozumieć. Aliści myliłby się ten, kto by go oceniał na podstawie wyglądu. „Poczciwiec” ów dwoi się i troi, nieustannie coś rozkazuje i ciągle krzyczy:
- Los, los, schnell, arbeiten! [6]
Pracujemy przy montażu konstrukcji stalowych. Na windach ręcznych, tzw. Flaschenzugach [7], wyciągamy do góry poszczególne elementy: rury, kątowniki, płyty stalowe; tam już czekają spawacze i monterzy, aby to wszystko razem połączyć w jedną całość. W ten sposób powstaje olbrzymia konstrukcja, która niczym nienasycony smok pochłania coraz to nowe masy żelastwa. Jesteśmy oszołomieni bezustannym szumem, zgiełkiem i szczękiem ogarniającym nas ze wszystkich stron - czujemy się zagubieni i bezradni wobec tego żywiołu, bez przerwy poganiani szczekliwymi nawoływaniami czujnych nadzorców.
Przychodzą mi na myśl niedawne słowa pociechy kierowane do Zbyszka Kornelaka: do wszystkiego trzeba się przyzwyczaić. Jest to prawda oczywista, lecz jakże łatwiej jest mówić o tym mając „chrzest bojowy” za sobą. A tymczasem grzbiet pęka, ręce omdlewają z wysiłku i pot zalewa oczy; ogarnia mnie przemożne pragnienie usłyszenia zbawczego głosu syreny na przerwę obiadową. Jednak jeszcze nie pora, dalej trwa zmaganie się z czasem i ze zmęczeniem. Nareszcie! - poprzez szum w uszach dociera do nas upragniony buczek. Walimy się skonani jak kłody na ziemię, aby rozprostować utrudzone członki i choć przez pół godziny trwać w bezruchu, odpoczywać.
Wydaje się, że przerwa trwa zaledwie parę minut, a już syrena i wrzaski majstra podrywają nas do dalszego wysiłku. Wraca koszmarna rzeczywistość. Po pięciu długich jak wieczność godzinach nadchodzi wreszcie wieczór - szósta i wytęskniony fajrant.
Wstępują w nas nowe siły - oddajemy (uprzednio dokładnie wyczyszczone) narzędzia do szopy i idziemy powoli w kierunku lagru. Tam czeka na nas posiłek i zasłużony wypoczynek. Czując zapach obozowej zupy, przyśpieszamy kroku, wchodzimy do kantyny. Niestety - kolejka jest długa aż do drzwi, trzeba poczekać, a tu wnętrzności skręcają się z głodu aż mdli. Po dłuższym staniu dostajemy wreszcie miskę eintopfu, kromkę chleba (ma to być 25 dag) i kosteczkę margaryny - cały nasz dzienny przydział. Siadamy gdzie się da - zupa, choć niedobra, błyskawicznie znika z miski, podobnie bez śladu ginie chleb z margaryną. Co to - już koniec? - patrzymy z niedowierzaniem. Tak, zjedliśmy wszystko, będziemy głodni czekać do następnego wieczora. Rano napijemy się tylko gorzkiej kawy i pójdziemy do roboty. Tymczasem przyszedłszy do baraku walimy się na prycze (o myciu nawet nie pomyśleliśmy) i mimo gwaru i hałasu zapadamy niemal natychmiast w kamienny sen. Tak mija pierwszy dzień pracy w Oświęcimiu.
Nazajutrz skoro świt pobudka - mycie w łaźni, łyk kawy i znów tą samą drogą do pracy. Przed 5.30 trzeba być na miejscu, pobrać narzędzia i - wieder zum Arbeit...[8]
Pomału przyzwyczajamy się do tego kieratu. Staramy się w maksymalnym stopniu wykorzystać każdą, bodaj małą chwilkę do wypoczynku. Przybywa nam doświadczenia i pewnej orientacji w sytuacji - słowem zdobywamy „pierwsze ostrogi”. Ba! Są nawet tacy optymiści, którzy twierdzą, że lepiej tu niż w Dreźnie, bo przynajmniej nie ma „kulawego diabła” i jego perfidnych metod. Choć oficjalnie nie wypowiadam się na ten temat - w duchu przyznaję im rację.
Nasz majster wpada na „doskonały” sposób. Ponieważ nie może sam doglądać wszystkich odcinków pracy, przydziela nam dwóch volksdeutschów, którzy mają z nas wypruwać żyły. I tak to już jest dziwnie w życiu: dobre ma pozory złego i odwrotnie. Jeden z nich, Ludwik (nazwiska nie pamiętam), który pochodził z Bielska - przy majstrze klnie i wrzeszczy na nas straszliwie; gdy majstra nie ma daje odpocząć i - nie do wiary! - uczy nas jak można symulować pracę kiedy nadarza się sposobność i jak na krótko spowodować awarię windy czy innych urządzeń, by nie podpadło to majstrowi. Odbiera od nas przy tym najświętsze słowo honoru, że dochowamy tajemnicy i w razie czego - kamień, grób. Dlaczego tak postąpił, czym się kierował - pozostało dla nas na zawsze zagadką.
Natomiast drugi volksdeutsch, Franek Petera, jest zupełnie inny. Niby uśmiecha się, lecz w lisich jego oczach czai się podstęp, chce uchodzić za dobrego, a szkodzi nam gdzie może, twierdzi, że czuje się Polakiem, a na palcu nosi esesmański pierścień. Ludwik ostrzega nas przed nim i istotnie - tylko przy nim zdarzają się nam różne wpadki. Chyba dobrze ktoś określił, że przewrotność jest nieodłącznym elementem życia.
Poznajemy z kolei naszych preceptorów [9] - robotników, z którymi będziemy współpracować. Oto poważny Hermann - niedościgniony wzór, prawdziwy „artysta” w robocie i gadatliwy Willi Schneider, którego trudno rozszyfrować (twierdzi, że Żydzi rozpętali wojnę), wesoły Günther i wysoki, klnący jak szewc Helmuth, gruby Stadler, co stale powtarza Mein Gott! [10] i ruchliwy Kaufmann, którego wszędzie pełno. Są jeszcze inni, ale o nich będzie mowa później. Wszyscy oni zasługują na miano „przodowników” - tak szybko i sprawnie wykonują swą pracę. Dziwiło nas to niezmiernie, dlaczego tak wiele i tak prędko pracują. Później dopiero dowiedziałem się od Willego, z którym trochę się zaprzyjaźniłem, że powód jest prosty: nikt z nich nie chce iść na Ostfront - dlatego świecą takich „cnót przykładem”.
Kiedy doszło do dobierania sobie pracowników, Willi wybrał właśnie mnie, z czego się ucieszyłem, bowiem człowiek ten dziwnie przypadł mi do gustu, jeśli można to tak określić. Pracowałem odtąd z nim - przy montowaniu i zakładaniu rur. Wyczuwał on majstra na odległość - krzątał się wtedy i krzyczał na mnie udając srogość; gdy „niebezpieczeństwo” mijało - siadał, palił papierosy, częstował nimi mnie i opowiadał o swej żonie i dzieciach. Co do rozmów politycznych był ostrożny, ale z jego zachowania można było wywnioskować, że wcale nie uwielbia Führera.
Pewnego dnia wpadł na pomysł, żeby zadekować się w wielkiej rurze - tam będzie można zapalić i pogadać swobodnie. Siedzimy sobie w środku i opowiadamy, szczęśliwi, że nas nikt nie widzi, aż tu nagle ktoś zagląda do rury i pyta gniewnie:
- Was machen Sie hier? [11]- Spojrzeliśmy i zamarliśmy z przerażenia: był to sam bauführer [12]. Zaczął się pieklić i kląć - Willi próbuje wyjaśniać, że właśnie opukiwaliśmy rurę z rdzy - ale tamten nie dał mu wiary. Efekt zajścia był taki, iż Willemu przykazano, by się brał do rzetelnej pracy, jeśli nie chce wąchać prochu na Ostfroncie, a mnie skierowano do innego majstra, by mi dał w kość jak należy. Istotnie, dali mnie do pomocy Kaufmannowi, który bez ustanku ganiał mnie do pracy. Z żalem wspominałem Willego - był to naprawdę porządny i dobry człowiek. Poczciwiec wstawiał się nawet za mną u Kaufmanna, lecz skutek tego był taki, że ten ostatni dawał mi wycisk jeszcze większy.
W tym mniej więcej czasie wpadłem na świetny pomysł. Wiedziałem od Willego, że wszyscy Niemcy z naszej firmy jedzą obiad w małej budzie opodal hali, ale zawsze mają „problemy” z przywiezieniem zupy, a potem z umyciem naczyń i posprzątaniem. Poprosiłem go więc, by podsunął majstrowi propozycję, żebym to robił ja. Majster wyraził zgodę i od tej pory jeździłem po zupę z kociołkiem i sprzątałem w baraku. Wprawdzie nie miałem przerwy obiadowej, lecz i tak odpoczywałem podczas tej lekkiej pracy. Ważne było to, że zaraz po przywiezieniu zjadałem talerz gorącej zupy zebranej z wierzchu, co wydatnie pokrzepiało mnie na ciele i duchu. W naszej szopie bowiem była na obiad tak wstrętna lura, że mimo głodu nie dało się jej jeść w żaden sposób.
I tak upłynęło kilkanaście dni, podczas których zdążyłem się otrząsnąć z początkowego przygnębienia i z nieco większą otuchą patrzyłem na świat. Pewnego dnia, podczas przepychanki w kantynie patrzę i oczom nie wierzę: przede mną stoi mój szkolny kolega, Karol Janoszek, i śmieje się. No, tak miłego spotkania doprawdy się nie spodziewałem. Należało je uczcić przy stole „wyfasowaną” kolacją i zapić piwem. Ciekaw byłem wieści z Choczni; poza tym fakt, że w tej gęstwie ludzkiej znalazłem życzliwego mi kolegę, usposabiał mnie optymistycznie. Z radością więc słuchałem jego opowieści o wszystkim, także o tym, jak się znalazł tu - w Oświęcimiu.
Dowiedziałem się w jakim baraku przebywa - niestety, nic nie wskórałem u blokowego, gdy chciałem się przenieść do jego sztuby. Pocieszałem się tym, że mogę go odwiedzać i było mi radośniej na duszy. Mój Boże! Nie przypuszczałem wtedy, jak ściśle splotą się nasze drogi i ile będę zawdzięczał swemu koledze w późniejszym życiu...
Na razie jednak żyliśmy obok siebie w miejscu, które stało się olbrzymim grobem milionów ludzi pomordowanych w owej hitlerowskiej hekatombie, przedtem jednak męczonych i torturowanych, niosących codziennie swój krzyż na Golgotę i codziennie upadających pod jego ciężarem...
Nadmieniałem już, że przydzielono mnie do pomocy niezwykle ruchliwemu Kaufmannowi. Człowiek ten nie mógł po prostu wytrzymać, by nie wymyślać mi bez przerwy roboty. Któregoś dnia kazał mi iść aż na koniec budowy do magazynu po kolanka do rurek. Przechodząc obok przejazdu kolejki wąskotorowej ujrzałem przy torze jednego z häftlingów [13] w charakterystycznym pasiaku, przesypującego piasek przez sito. Odniosłem wrażenie, jakby w pewnym momencie chciał się rzucić pod przejeżdżający pociąg. Szybko poszedłem dalej. Wracając z magazynu usłyszałem donośny, długi gwizd lokomotywy. Pobiegłem prędko naprzód i zobaczyłem owego więźnia jak leży przejechany na torach, a nad nim stoi rozkraczony rosły SS-man. Z brzucha ofiary wyszły wnętrzności, a on żyjąc jeszcze, oczyma zasnutymi mgłą bólu błagalnie wskazywał na pistolet. SS-man stał nadal nieporuszony - nagle niczym rozjuszona bestia skoczył na pierś dogorywającego człowieka i zadeptał go na śmierć, jak jadowitego gada...
Kiedy indziej, a było to późną jesienią, miało miejsce inne przerażające wydarzenie. Działo się to w naszym bloku, podczas przerwy obiadowej. Jak już poprzednio wspominałem zupa, którą dostawaliśmy na Mittagessen [14] była tak wstrętna, że nie mogła nam przejść przez gardło. W jakiś sposób zwiedzieli się o tym więźniowie z KL Auschwitz i przyszli się spytać, czy mogą sobie ją wziąć - naturalnie, nie mieliśmy nic przeciwko temu. Wtedy z pobliskiego komanda przybiegła ich cała grupa z miskami i jęła pośpiesznie wynosić ową obrzydliwą bryję. Naraz usłyszeliśmy ostry gwizd i do baraku wpadło kilku SS-manów z psami. Zagnali nas pod ścianę, a więźniów ustawili w szeregu. Potem na karabiny nasadzili bagnety i ich ostrzami zaczęli szturchać tamtych ludzi. Nieopodal baraku znajdował się wielki błotnisty staw, skąd buldożerami wybierano ziemię pod rurociąg wielkośrednicowy. Pod naporem bagnetów więźniowie zaczęli się cofać, aż wreszcie wpadli do tego stawu. Znalazłszy się w płynnej mazi usiłowali dopłynąć do brzegu. Na to tylko czekali SS-mani; rycząc ze śmiechu spuścili ze smyczy psy, które rzuciły się na wychodzących z wody. Tylko nielicznym udało się wyrwać z tej topieli; pogryzieni przez psy, zdołali jednak ujść z życiem. Reszta więźniów utonęła.
Po tym wszystkim przyszedł do nas oficer SS i zagroził, że jeśli jeszcze raz zdarzy się podobny incydent - zaraz pójdziemy do koncentraku. A o tym, cośmy widzieli to... Maul halten, denn sonst Sie sollen nach Himmelkommando gehen! [15] - zakończył groźnie. Natychmiast zrozumieliśmy o co chodzi...
Innym razem na tzw. A-straße [16] pracowali więźniowie przesypując piasek. Widać było, że pilnującym ich SS-manom wyraźnie się nudzi. Wreszcie jeden z nich zerwał czapkę któremuś z więźniów i odrzucił daleko, po czym rozkazał:
- Nach Mütze zum Laufschritt marsch! [17]
Häftling pobiegł - SS-man strzelił i położył go trupem na miejscu. Zginął człowiek - „trupie główki” zarechotały z uciechą - uznały to za dobrą zabawę. Czy potrzebne są do tego jakieś komentarze?
Któregoś dnia na rampie kolejowej (tam, gdzie więzień rzucił się pod pociąg) kilkunastu ludzi w pasiakach woziło taczkami cement w workach. Musieli go wozić biegiem tam i z powrotem, co było strasznie wyczerpujące. Jeden z więźniów wyraźnie słabł i zataczał się ze zmęczenia. Widząc to kapo [18] zaczął ryczeć:
- Schneller! Schneller! [19] - wreszcie dopadł tego biedaka i zaczął go walić pałką po głowie. Bił go tak długo, aż tamten nie dawał już oznak życia. Akurat przechodził tamtędy jakiś SS-man i spytał o co chodzi. Kiedy kapo wyjaśnił w czym rzecz, Niemiec poklepał go po ramieniu i polecił mu za to wydać dodatkową porcję zupy - tzw. Zulage.
W jakiś czas potem byłem znów świadkiem innego zdarzenia. Do grupy więźniów kopiących głębokie rowy podszedł młody SS-man i upatrzywszy sobie jednego z nich jął go okładać grubą lagą, wołając, że kopie zbyt powoli. Więzień zdwoił swe wysiłki; kiedy rów był odpowiednio głęboki hitlerowiec kazał mu go zasypać. Ponieważ tamten wzbraniał się to uczynić, Niemiec znów chwycił za pałę. Słaniając się pod ciężkimi razami nieszczęśnik posłusznie zasypał rów, po czym otrzymał rozkaz wykopać go ponownie. Powtórzyło się to kilka razy, aż w końcu zdesperowany więzień rzucił się do ucieczki. Na to tylko czekał bezlitosny dręczyciel: wyjął pistolet i powalił go jednym strzałem. Każdy dzień przynosił dziesiątki podobnych wydarzeń - tak wyglądała przerażająca „normalność” w Oświęcimiu - wielkiej fabryce śmierci.
Chciałbym teraz opowiedzieć moją osobistą przygodę, z której wyszedłem cało w zasadzie dzięki przypadkowi. Było to tak:
Pewnego dnia kazano mi pójść po jakieś łachy do magazynu odzieżowego. Idąc, pomyliłem drogę i poszedłem w zupełnie innym kierunku. Nie zorientowałem się w porę i znalazłem się w miejscu, w którym przebywanie było zabronione. Nagle słyszę ostre szczeknięcie:
- Halt!
Oglądam się i widzę SS-mana, który szybkim ruchem ściąga karabin z ramienia. Rany boskie! Poczułem ciarki po plecach i w ułamku sekundy spociłem się jak ruda mysz. Jak przez mgłę widzę napis: Lebensgefahr! Schiessen! [20] Widać niechcący wlazłem w obręb tzw. wielkiej postenketty [21]. Tymczasem wartownik śmieje się, macha ręką i woła:
- Zurücklaufen! Schnell! [22]
Przerażony cofam się wolno krok za krokiem; boję się odwrócić i uciekać - wtedy na pewno mnie kropnie. W skroniach wali niby młotem, a po głowie kołacze się tylko jedno: strzeli, strzeli, strzeli... Cofam się wciąż, jak zahipnotyzowany patrząc na lufę karabinu. Nagle padam na ziemię - błyskawiczny skok za skarpę - i rozpłaszczam się nieruchomo. Nie tracąc czasu przeczołguję się między nierównościami terenu; z oddali dobiega mnie rechot wartownika, snadź rozbawionego, że mi napędził śmiertelnego stracha. Znalazłszy w przyzwoitej odległości od zakazanej strefy oddycham z ulgą i ocieram pot z czoła - dopiero teraz czuję się bezpieczny.
Aby wprowadzić nieco weselszą nutę w tok narracji, opiszę pewną tragikomiczną historię z życia naszego baraku. W gronie mych sztubowych towarzyszy niedoli znajdował się niejaki Jaś Kosmala, chłopisko dobre i poczciwe, któremu jednakowoż natura poskąpiła wymowy, sprytu i obrotności. W otoczeniu sfory żywcoków – górali z okolic Żywca, Kamesznicy i Jeleśni, wśród której się znaleźliśmy, miało to, niestety – jak się zaraz okaże - brzemienne w skutki następstwa. Żywcoki były pyskate, przebiegłe, podstępne i bezwzględne; nawet w tej ciężkiej sytuacji, pośród rozmaitych niebezpieczeństw dnia codziennego, nie można było się spodziewać solidarności i braterstwa z ich strony, a zgoła wręcz przeciwnie.
Jąkający się i lekko utykający, powolny w myśleniu, infantylny i naiwny kolega był wprost wymarzonym obiektem ich równie permanentnych, co niewybrednych żartów, szyderstw i naigrawań. Na sztubie były ustawione potrójne prycze, a Jasiek rezydował w środkowej z nich, znajdującej się obok drzwi. Kiedy utrudzony całodzienną harówą chrapał w najlepsze, nagle w środku nocy, ni stąd, ni zowąd, lała się nań zimna struga wody z butelki, przemyślnie zainstalowanej pod górnym wyrkiem. Innym razem dręczyciele, wykorzystując kamienny sen swej ofiary, smarowali mu pyrtka smołą i przywiązywali sznurkiem do klamki. Za parę chwil drzwi „otwierały się” gwałtownie, a biedny Jasiek zrywał się z okrzykiem bólu, nie wiedząc, czy to szczur czy też coś innego ugryzło go w słabiznę. Kiedy indziej znów, gdy nocną porą wpółprzytomny delikwent wstawał za swoją potrzebą, napotykał na swej drodze rozciągnięty, a uczerniony dla niepoznaki sznurek. Rzecz jasna zawsze zawadzał o niego nogą i padał z łoskotem na podłogę, tłukąc się przy tym dotkliwie. Gdy poszkodowany i Bogu ducha winny chłopak żalił się i na wpół z płaczem wyzywał swych prześladowców zająkliwym i bełkocącym głosem, bezlitosne żywcoki śmiały się i wołały drwiąco:
- Jasiu! Wyjmij głowe z gorka! – co było ordynarną i bezczelną kpiną z jego ułomności i nieporadności.
Na tym jednak nie kończyła się bynajmniej inwencja wynalazczej szajki. Któryś z nich przypomniał sobie pewien niesmaczny żart z wojska i w porozumieniu z pozostałymi postanowił go wykorzystać, oczywiście kosztem Janka. Pewnej nocy cichaczem wyniósł jego saboty do ubikacji, „narznął” do nich, postawił na powrót obok pryczy właściciela i dla niepoznaki położył na wierzch jego skarpety. Nazajutrz – jak zwykle o czwartej rano - sztubowy donośnym głosem obwieścił pobudkę; każdy z nas ubierał się szybko i wskakiwał do butów. Nie podejrzewający niczego Kosmala także wsunął nogi w chodaki i... w tej samej chwili nieziemski smród rozniósł się po sztubie. Prawie równocześnie rozległ się też gromki i złośliwy rechot rozbawionej zgrai łotrów. Jasiek jął wyrzekać tak żałośliwie i przejmująco na swój zafajdany (dosłownie i w przenośni) los, że mógłby wzruszyć najtwardsze serca, lecz jedyną odpowiedzią okrutnych żywcoków było chóralne:
- Jasiu! Głowe z gorka!
Żal było patrzeć na nieszczęśliwego chłopaka, który był tak zdesperowany, że chodziły mu po głowie samobójcze myśli. Był jednak pobożnym człowiekiem, co wieczór się modlił i może to pomogło mu przetrzymać tę gehennę. Litując się nad jego dolą pocieszałem go jak umiałem i usiłowałem przemówić do sumienia jego prześladowcom, lecz oni w brutalnych słowach mi „wyjaśnili”, żebym się odpier.., bo może mnie spotkać to samo, więc „morda w kubeł”. Swoją drogą i ja także wiele upokorzeń doznawałem ze strony tych opryszków – w każdym razie nic nie wskórałem, a skarga do lagrowych władz równała się wypisaniu na siebie wyroku.
Nieprawdopodobne było jednak to, że pomimo całej doznawanej sekatury [23] Jasiek był uczynny dla swoich prześladowców. Ponieważ o drugiej w nocy trzeba było przynosić kawę z kuchni, nadspodziewanie chętnie wyręczał wielu żywcoków w tym obowiązku. Także po pracy, choć zmęczony nieludzko, z podziwu godną ochotą maszerował do kantyny po zupę dla niektórych prominentów sztubowych. Nikt tam nie lubił chodzić, bo panował tam zawsze duży tłok, a kucharz miał nieraz taki kaprys, że walił po łbie gorącą chochlą tych, co zbyt nachalnie pchali się do kotła.
Bez szemrania też często gęsto zamiatał salę i robił porządki za innych, bo gdyby do baraku wpadł blockführer [24] i zastał w nim bałagan, byłoby z nami krucho.
Tak wyglądały dni naszej, a szczególnie Jasiowej niedoli, któremu rodacy zatruwali życie bodaj czy nie gorzej od hitlerowskich ciemiężycieli. Nieraz snuliśmy sekretne plany ulżenia jego parszywemu losowi, choć sprawa bynajmniej nie była łatwa. Wtedy właśnie przyszła mi do głowy szczęśliwa myśl. Otóż w tym czasie po lagrze krążyło wiele legend o pędzeniu tzw. księżycówki. Chociaż była to rzecz nader niebezpieczna, za którą można się było jak nic dostać do obozu koncentracyjnego, to znając nieprzeparty pociąg owej góralskiej hałastry do gorzały poradziłem koledze, aby zaryzykował i złapał swych prześladowców na tę przynętę. Ten po dłuższym wahaniu, odebrawszy ode mnie solenne przyrzeczenie, że go nie zdradzę, wyznał mi w tajemnicy, że jego ojciec (jak wielu innych śmiałków w tym czasie) konspiracyjnie pędzi bimber. Tak więc w duszy nieszczęsnego Janka zaświtała nadzieja, że jego koszmarne życie może się odmienić, choć na logikę wziąwszy trudno było w to uwierzyć.
Dictum, factum - kiedy nadeszła wolna od pracy niedziela, co zdarzało się raz na miesiąc, Kosmala skorzystał wraz z innymi z Laßscheinu [25] i pojechał do domu. Ryzykując wiele (czego by się po nim nikt nie spodziewał) przywiózł kilka flaszek bimbru, przemyślnie schowanych w fałdach płaszcza. Nazajutrz wieczorem wygmerał z kryjówki litrową flachę i nieśmiało zaproponował całej bandzie, by wypiła z nim na zgodę. Jak można się było spodziewać wszyscy jednomyślnie wyrazili zgodę i - o dziwo! - nikt wtedy nie powiedział: - Jasiu! Głowe z gorka!
Samogon był tęgi, więc po wysuszeniu flaszki całe bractwo jakoś dziwnie zaczęło mu sprzyjać, co widząc „sponsor” postawił następną. Ten widok wprawił w szampański nastrój nieco rozochoconych żywcoków, którzy zapałali do swej niedawnej ofiary niesłychaną sympatią i ochoczo spełniali toasty za jego zdrowie. Patrząc na to, wprost nie można było uwierzyć, do czego zdolna jest hipokryzja ludzka. A kiedy Janek wygrzebał z wyra jeszcze trzecią butelkę, entuzjazm oprychów spod Koszarawy i Jeleśni sięgnął zenitu. Ściskali go i deklarowali swą przyjaźń na zawsze, przyrzekali, że nigdy już mu nie będą dokuczać ani robić przykrych kawałów, bo jest swój chłop. Wreszcie, będąc już na dobrym rauszu, wznieśli na jego cześć trzykrotne „hip, hip, hurra!”
Janek był uszczęśliwiony. Każdego ściskał, dziękował i miał łzy w oczach. Miał też trochę w czubie i dlatego też w tej niezwykłej chwili, jakby strwożony nagłym przypływem odwagi, po krótkim wahaniu spytał swych nowych, „cudem” odmienionych przyjaciół, czy i on może im coś przyrzec.
- Możesz! Możesz! Mów śmiało! – zapewnili chórem.
- Wicie, chłopoki... jo juz wom tyz nie bede jscoł do kawy ani kłod mysy do zupy...
Raptem wśród rozgrzanej bimbrem czeredy zapadła śmiertelna cisza. Wszyscy zamarli wpół gestu, a Jasiek zbladł ze strachu i szykował się już do ucieczki. Pijane żywcoki wpatrywały się w niego zbaraniałym wzrokiem, zdawało się, że za chwilę rozegra się dramat, aż nagle... wybuchnęli homerycznym [26] śmiechem. Rżeli długo i rozgłośnie, aż dostali silnej czkawki, którą jednak przewyższyło zdumienie. Poklepywali go po plecach, w ten sposób wyrażając uznanie za to, że tak im się potrafił odgryźć. Hm, nie tylko Jasiowi trudno było pojąć, czemu zamiast cięgów spotkał go taki „zaszczyt”.
Góralski klan, o dziwo, okazał się lojalny wobec swej niedawnej ofiary i dotrzymał słowa, chociaż kto wie, czy któregoś z nich nie świerzbiała ręka, by Jasiowi wygarbować skórę. Ten zaś z biegiem czasu wkupił się przy pomocy rzeczonej księżycówki do owego wilczego grona i zapewnił sobie wreszcie upragniony spokój.





[1] Ostlager, Westlager (niem.) - obóz wschodni (dla narodowości z Europy Środkowo- Wschodniej) oraz obóz zachodni (dla narodowości z Europy zachodniej).
[2] saboty (z fr.) - chodaki drewniane.
[3] IG Farbenindustrie AG (Interessen-Gemeinschaft Farbenindustrie Aktiengesellschaft, Wspólnota Interesów Przemysłu Farbiarskiego Spółka Akcyjna) - niemiecki koncern chemiczny, utworzony w r. 1925 we Frankfurcie nad Menem. W r. 1926 zatrudniał 150 000 ludzi i kontrolował ponad 80% produkcji chemicznej Niemiec. W latach 1933-1934 przedsiębiorstwo wsparło finansowo nazistów całkowitą kwotą 84,2 mln marek - przekazano ją bezpośrednio na cele NSDAP. Dzięki temu wsparciu członkowie kierownictwa firmy zajmowali wysokie stanowiska w państwowych instytucjach koordynujących niemiecką gospodarkę wojenną. Początkowo koncern produkował głównie barwniki, jednak w efekcie podpisanych umów z firmami amerykańskimi pozyskał najnowsze technologie w zakresie produkcji benzyny syntetycznej, kauczuku syntetycznego, magnezu i aluminium oraz benzyny ołowiowej. W 1938 r. dzięki zamówieniom państwowym i monopolistycznej pozycji rynkowej całkowite obroty koncernu osiągnęły pułap 2,2 mld marek, aby w 1943 przekroczyć 4,2 mld. W latach II wojny światowej przedsiębiorstwo stało się głównym filarem gospodarki surowcowej III Rzeszy i zajmowało czołową pozycję w gospodarce wojennej jako producent materiałów strategicznych (większość zakładów IG Farbenindustrie pracowała na potrzeby armii niemieckiej). Koncern uczestniczył także w grabieży przedsiębiorstw na terenie Austrii, Czechosłowacji, Polski, Norwegii oraz ZSRR - współpracował w tym celu z wysokimi funkcjonariuszami nazistowskimi wskazując, która fabryka czy zakład ma być zabezpieczona, rozmontowana i dostarczona do IG Farbenindustrie. Ponieważ istniejące fabryki nie zaspokajały bieżących potrzeb, postanowiono wybudować dodatkowe dwa zakłady - jeden z nich mieścić się miał na Śląsku. Podejmując w 1940 roku wstępną decyzję o lokalizacji drugiego zakładu w Oświęcimiu, oprócz dogodnego położenia (poza zasięgiem działań lotnictwa alianckiego), wzięto pod uwagę bliskość źródeł surowców (węgla kamiennego, wapienia, soli kamiennej i wody). Na ostateczne, podjęte w 1941 roku decyzje, dotyczące budowy zakładów istotny wpływ wywarł fakt istnienia w tym mieście nowo założonego obozu koncentracyjnego, który mógł dostarczyć potrzebnej, taniej siły roboczej. Przez zakłady IG Farbenindustrie przy Auschwitz-Birkenau przewinęło się w latach 40. od 300-500 tysięcy więźniów, z których większość została wymordowana. W r. 1944 zatrudnienie w tym obozie osiągnęło poziom 83 000 więźniów. W 1945r. całkowity zysk wojenny netto IG Farbenindustrie oszacowano na 6 mld marek.
[4] Niederdruckwerke – Roboty Niskociśnieniowe – jedna z 18 firm pracujących na terenie zakładu Buna-Werke koncernu IG Farbenindustrie w Auschwitz III (Monowitz); także wykorzystywała więźniów obozu do niewolniczej pracy.
[5] Obermeister (niem.) – starszy majster, przełożony majstrów.
[6] los, los, schnell, arbeiten! (niem.) – jazda, jazda, szybko, robić!
[7] Flaschenzug (niem.) - wielokrążek, wyciąg wielokrążkowy.
[8] wieder zum Arbeit (niem.) - znowu do roboty.
[9] preceptor (z łac.) - nauczyciel, wychowawca, osoba wprowadzająca w arkana jakiejś sztuki.
[10] Mein Gott! (niem.) – mój Boże!
[11]Was machen Sie hier? (niem.) - Co wy tu robicie?
[12] bauführer (niem.) - kierownik budowy.
[13] häftling (niem.) – więzień obozu koncentracyjnego.
[14] Mittagessen (niem.) - obiad.
[15] Maulhalten... (niem.) - mordy na kłódkę, bo inaczej pójdziecie do Himmelkommando (do nieba)!
[16] A-straße (niem.) - ulica „A”.
[17] Nach Mütze zum Laufschritt marsch! (niem.) - Po czapkę biegiem marsz!
[18] kapo (niem. z wł. capo - szef, naczelnik) - w hitlerowskich obozach koncentracyjnych: więzień pełniący funkcję dozorcy innych więźniów.
[19] Schneller! (niem.) - szybciej!
[20] Lebensgefahr! Schiessen! (niem.) - Zagrożenie życia! Strzelać!
[21] postenketta, właśc. Postenkette (niem.) - łańcuch wartowników otaczający obóz koncentracyjny. Wielka postenketta otaczała obóz w dzień, mała postenketta stała w nocy przy drutach obozu.
[22] Zurück laufen! Schnell! (niem.) - Biegiem z powrotem! Szybko!
[23] sekatura (z wł.) - nękanie, dokuczanie, drażnienie, szykana.
[24] blockführer (niem.) – blokowy, starszy bloku.
[25] Laßschein (niem.) – przepustka.
[26] homeryczny śmiech (od łac. Homericus – Homerowy, właściwy Homerowi) - śmiech niepohamowany, szczery, gwałtowny, głośny.

środa, 5 lipca 2017

Apel o pomoc żywnościową dla Choczni w 1917 roku

4 marca 1917 roku odbyło się walne zebranie choczeńskiej Kasy Zapomogowo- Pożyczkowej, które otworzył przewodniczący Rady Nadzorczej Antoni Styła.
Kasjer Maksymilian Malata (jednocześnie wójt Choczni) odczytał zebranym zestawienie rachunków spółki za rok 1916. Okazało się, że czysty zysk kasy wyniósł 830 koron i 9 halerzy.
Po dłuższej dyskusji zebrani uchwalili przeznaczenie dywidendy (procentu od wniesionych udziałów) w wysokości 104 koron i 49 halerzy na dokończenie budowy Domu Ludowego w Choczni.
Natomiast pozostały zysk postanowiono rozdysponować w ten sposób, że kwotę 641 koron i 50 halerzy przeznaczono na fundusz rezerwowy kasy, a resztę na nieprzewidziane straty, które mogły dotknąć spółkę w wyniku toczonej od prawie trzech lat wojny.
Na wniosek Józefa Wójcika (majstra ciesielskiego) zatwierdzono absolutorium dla Zarządu pod kierownictwem Teodora Zająca (rolnika i restauratora), Rady Nadzorczej i kasjera "za zawiadowanie spółką i prowadzenie tejże".
Następnie przystąpiono do wyboru czterech nowych członków zarządu, którymi przez aklamację zostali: Karol Ścigalski (członek poprzedniego zarządu), Szczepan Pietruszka, Andrzej Kolber i Wojciech Rokowski.
Szczepan Pietruszka został jednocześnie wybrany członkiem urzędującym (pomocnikiem kasjera) z wynagrodzeniem 100 koron rocznie, a Karol Ścigalski prezesem.
Wyłoniono także czterech nowych członków Rady Nadzorczej: Józefa Ramendę, Jana Zająca, Leona Rułę i Józefa Wójcika. Nowym przewodniczącym Rady Nadzorczej został Antoni Balon, a jego zastępcą karczmarz Szymon Łapka.
Zaniechano wyboru nowego kasjera i pozostawiono na tym stanowisku "na czas trwania wojny" Maksymiliana Malatę.
Podniesiono maksymalną kwotę dostępnej pożyczki do 4.000 koron (za zgodą zarządu) lub 6.000 koron (za zgodą Rady Nadzorczej).
Przebieg walnego zebrania nie odbiegał od podobnych zgromadzeń w latach poprzednich, za jednym wyjątkiem.
Otóż na koniec zebrania rozgorzała dyskusja o bezwzględnych rekwizycjach wojskowych dotykających ludność Choczni, które odbijały się fatalnie na zaopatrzeniu w żywność.
W związku z tym postanowiono wystosować list do Ministerstwa Rolnictwa w Wiedniu, o następującej treści:

"Walne Zgromadzenie Spółki Raiffeisenowskiej w Choczni, powiat Wadowice, Galicja, przy udziale kilkuset członków odbyte, uprasza o bezzwłoczne dostawienia przynajmniej tysiąc cetnarów metrycznych1 kartofli do jedzenia i sadzenia dla mieszkańców gminy Chocznia.
W razie niedostawienia grunta nie będą mogły być obsadzone, a uboższej ludności, nie posiadającej środków żywności, conajmniej półtora tysiąca osób liczącej, grozi w najbliższych tygodniach głód.
Zgromadzenie uprasza o zmianę postanowienia o pozostawianiu na konia tylko 1/2 kg owsa, gdyż tutaj grunta są ciężkie pod uprawę, wobec czego koń potrzebuje dziennie przynajmniej 5 kg owsa. W razie zarekwirowania nadwyżki owsa ponad 1/2 kg nie będzie można na żaden sposób przeprowadzić wiosennej uprawy roli. 
Zarząd Raiffeisena-
Malata, Styła, Balon, Turała, Pietruszka, Łapka, Ścigalski"

[1] cetnar metryczny = 50 kg, czyli proszono o 50 ton ziemniaków

poniedziałek, 3 lipca 2017

Kalendarium choczeńskie - wydarzyło się między 3 a 9 lipca

3 lipca

  • 1891- w Kętach urodził się Eugeniusz Bielenin, dziennikarz, działacz ruchu ludowego, porucznik Wojska Polskiego, jeniec w niewoli rosyjskiej w czasie I wojny światowej. Mieszkaniec Choczni w czasach szkolnych.  Członek choczeńskiego „Sokoła” oraz aktor i animator miejscowego teatru amatorskiego. Uczęszczał do wadowickiej szkoły normalnej i gimnazjum, które ukończył w 1911 roku. (link)
  • 1892- w Mnikowie urodził się Stanisław Góralczyk, sołtys Gromady Chocznia do czerwca 1935 roku, potem radny wybrany na zastępcę sołtysa (zrezygnował z tej funkcji zaraz po wyborze). Mąż Heleny z domu Ramenda. 
  • 1903- zmarł Antoni Ścigalski, rolnik i pracownik PKP.
  • 1909- urodził się Marian Ciempa, później Józefowicz, ksiądz obrządku ormiańskiego, wikariusz w Choczni od 1935 roku.
  • 1915- na froncie I wojny światowej zginął Franciszek Guzdek, żołnierz 56 pułku piechoty.
  • 1924- urodził się Edward Spisak, w czasie II wojny światowej więzień obozów koncentracyjnych Auschwitz i Mauthausen, po wojnie mieszkaniec Kóz.
  • 1927- urodził się Władysław Szczur, rolnik, członek orkiestry OSP, działacz ZMP, pracownik GS.
  • 1934- w Zakopanem zmarł Władysław Jeziorski, były nauczyciel w Choczni w latach (1905-1909). Popierany przez choczeńską gminę kandydował bez powodzenia w konkursie na stanowisko kierownika szkoły. Wydawca licznych śpiewników, autor melodii do pieśni patriotycznych i legionowych. Członek Rady Narodowej w Cieszynie (1918), powstaniec śląski, po zakończeniu kariery nauczycielskiej pracował jako bankowiec. Teść znanego narciarza Stanisława Marusarza. (link)
  • 1943- w Krakowie zmarł Teofil Majkut, aptekarz, magister farmacji, absolwent UJ, właściciel apteki "Nowomiejskiej" w Krakowie. Podporucznik w korpusie sanitarnym Wojska Polskiego w wojnie polsko- bolszewickiej. Działacz Polskiego Towarzystwa Farmaceutycznego (m.in. wiceprezes i sekretarz). (link)
  • 1948- w Krakowie zmarła Maria Gondek z domu Karczmarczyk, nauczycielka w Choczni Dolnej w latach 1918-1933. Absolwentka szkoły wydziałowej w Białej w 1897 roku. Nauczycielka w Inwałdzie (od 1897 do 1903 roku), Wieprzu (1903-1904) i Głębowicach (1904-1918). W czasie I wojny światowej pełniąca obowiązki kierownika szkoły w Głębowicach. Żona Andrzeja Gondka, kierownika szkoły w Choczni Dolnej. 
  • 1951- w Krakowie zmarł Andrzej Gondek, były kierownik szkoły w Choczni Dolnej (1918-1933), kapitan wojska polskiego, działacz społeczny. Absolwent seminarium nauczycielskiego w Tarnowie w 1896 roku. Oprócz Choczni uczył także w: Rzykach (od 1898 roku), Zygodowicach, Bachowicach, Wieprzu, Nidku i Głębowicach. 

4 lipca

  • 1847- spalił się dom poddanego plebańskiego Stanisława Drapy “przez pożar ognia nieszczęśliwy”. Poszkodowany prosił o wydanie świadectwa ubóstwa oraz "u dobroczynnych osób o okazanie wsparcia".
  • 1873- urodził się Józef Antoni Czapik, uczeń wadowickiego gimnazjum co najmniej w latach 1886-88 (klasy I i II), zastępca radnego Gromady Chocznia, wybrany w marcu 1939 roku. 
  • 1892- w Wadowicach urodził się Józef Aleksy Putek, polityk, minister, działacz ludowy i samorządowy, adwokat, publicysta, więziony w okresie sanacyjnym (Bereza), w czasie II wojny światowej (Auschwitz, Mauthausen) i w Polsce Ludowej. Był członkiem założycielem choczeńskiego „Sokoła” (1911)- kierownikiem oddziału teatralnego oraz Sokolej Drużyny Polowej (1913). Pełnił także funkcję pisarza (sekretarza) wójta gminy Maksymiliana Malaty (1914). Od 1918 radny, w 1919 roku został wybrany wójtem. W 1922 roku był współzałożycielem i prezesem Chłopskiego Towarzystwa Wydawniczego, wydającego w Choczni od września 1922 r. „Chłopski Sztandar” (1922-31). Oprócz funkcji wójta był prezesem Ochotniczej Straży Pożarnej, członkiem Rady Nadzorczej Kasy Stefczyka i prezesem wydziału spółki łowieckiej. Ponadto zasiadał w Radzie Szkolnej Powiatowej. W 1926 roku został wybrany przewodniczącym rady parafialnej. W 1929 roku Józef Putek wprowadził w Choczni prohibicję, na mocy wyników plebiscytu mieszkańców.  W tym samym roku został odwołany ze stanowiska wójta decyzją premiera, w gminie wprowadzono zarząd komisaryczny, a jego dom poddano rewizji w poszukiwaniu gminnych dokumentów i pieczęci.  W marcu 1939 roku został wybrany radnym gromadzkim. Od lipca 1946 roku radny Gminy Chocznia i przewodniczący prezydium jej zarządu. W 1947 roku znalazł się w zarządzie reaktywowanej Kasy Stefczyka w Choczni. W 1948 roku był inicjatorem powołania funduszu kulturalno-oświatowego, finansowanego z dopłaty do znaczka pocztowego „Ruchu Ludowego”. W 1949 roku wziął ślub kościelny z Elżbietą Styła. W latach 1949-1950 przewodniczył Gminnej Radzie Narodowej w Choczni. W październiku 1950 oskarżony o działalność prosanacyjną został wykluczony z ZSL oraz pozbawiony mandatu posła i funkcji przewodniczącego prezydium Gminnej Rady Narodowej w Choczni. Odznaczony Medalem Zwycięstwa i Wolności, Krzyżem Grunwaldu III kl., Medalem 600-lecia Bydgoszczy. Opublikował między innymi: „Mroki średniowiecza. Obyczaje, przesądy, fanatyzm i okrucieństwa w dawnej Polsce” (1935), „O zbójnickich zamkach, heretyckich zborach i oświęcimskiej Jerozolimie” (1938), „Z dziejów wsi polskiej” (1946), „Miłościwi panowie i krnąbrni poddani. Szkice z dziejów poddaństwa, pańszczyzny i innych form ucisku społecznego na dawnym pograniczu śląsko-polskim” (1959).
  • 1913- wypadkowi ("rozszczepieniu kości nogi") w szybie Eugeniusz kopalni w Pietrzwałdzie uległ Jan Widlarz.
  • 1968- w Warszawie zmarł Kazimierz Spisak, prozaik, eseista, publicysta, muzyk. Absolwent średniej szkoły rolniczej. Pracował w doświadczalnym gospodarstwie nasiennictwa w Radziechowach koło Żywca. Mieszkaniec Cięciny, człowiek wielu pasji i zainteresowań. 
  • 1977- zmarł Franciszek Dziadek, dzierżawca gminnego kamieniołomu od 1950 roku.
  • 1987- zmarł Władysław Żak, rolnik, członek Gromadzkiej Komisji Rolnictwa i Zaopatrzenia Wsi (od 1965 roku). 
  • 2016- zmarł Artur Hass, mieszkaniec Choczni pochodzący z Legionowa, area manager w firmie Eusebi Impianti.

5 lipca

  • 1850- podczas posługi w Choczni zmarł ksiądz wikariusz Jan Nepomucen Antoni Boryski, Studiował filozofię w Eger oraz teologię we Lwowie i w Tarnowie, gdzie został wyświęcony w 1839 roku. Po święceniach wikariusz w Oświęcimiu, w 1840 roku przeniesiony do Mikluszowic. W latach 1842-46 ponownie wikariusz w Oświęcimiu. Od 1847 roku wikariusz w Niedźwiedziu.
  • 1862- urodził się Aleksy Garżel, uczeń wadowickiego gimnazjum od 1875 roku, wujek Józefa Putka.
  • 1882- urodził się Franciszek Malata, rolnik, działacz społeczny zaangażowany w budowę szkoły w Choczni Dolnej, ofiarodawca parceli pod budowę Domu Ludowego. Członek choczeńskiej Sokolej Drużyny polowej w 1913 roku.
  • 1930- zmarła zakonnica - karmelitanka siostra Elja (Maria Dąbrowska rodem z Choczni). W zakonie przeżyła 30 lat.
  • 1946- ukonstytuowała się Gminna Rada Narodowa w Choczni z Józefem Guzdkiem jako wójtem i Leonem Bąkiem jako jego zastępcą.
  • 1983- zmarł Jan Gawęda, rolnik, taksator gminny wybrany w 1946 roku, ławnik Sądu Okręgowego w Wadowicach w 1947 roku, członek Gminnej Rady Narodowej w Choczni w latach 1951-53 oraz Związku Samopomocy Chłopskiej. 
  • 1984- w Warszawie zmarł Michał Kręcioch, artysta malarz- absolwent ASP, pedagog, uczestnik I wojny światowej i wojny polsko-bolszewickiej, członek AK w czasie II wojny światowej. (link)

6 lipca

  • 1852- urodził się Jan Nowak, nauczyciel. Uczęszczał do gimnazjum w Wadowicach (od 1867 roku) i w Nowym Sączu, od 1872 roku w nowicjacie ojców Reformatów w Wieliczce. Maturę zdał eksternistycznie w gimnazjum św. Jacka w Krakowie w 1879 roku. W latach 1878-1882 studiował na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pracował jako zastępca nauczyciela w gimnazjum w Rzeszowie (1888), nauczyciel w gimnazjum w Jarosławiu (1891-1905), jako emerytowany nauczyciel był kierownikiem prywatnego gimnazjum w Horodence (1911-1912). 
  • 1913- urodził się Antoni Habina, członek Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej w Choczni, absolwent wadowickiego gimnazjum w 1933 roku i szkoły podchorążych w Zambrowie, podporucznik piechoty Wojska Polskiego, mianowany w 1937 roku. W 1931 roku był okręgowym komisarzem spisowym podczas spisu ludności Rzeczpospolitej Polskiej. Przed wojną pracował w Wydziale Finansowym w Wadowicach. W czasie wojny najpierw w AK, potem został wywieziony na roboty przymusowe. Zatrudniony w administracji firmy MOSKOPP, wykonującej prace kolejowe w Austrii, ściągął tam i organizował dokumenty dla wielu zagrożonych aresztowaniem rodaków. Po wojnie służył krótko w Ludowym Wojsku Polskim, został postrzelony, a następnie pracował jako księgowy w Katowicach. Represjonowany przez władze bezpieczeństwa PRL. 
  • 1930- zmarł Jakób Józef Bielenin, kolejarz (strażnik kolejowy), zawiadowca na przystanku w Choczni, mieszkaniec wsi od 1893 roku.  Na emeryturze ogrodnik- hodowca róż. Ojciec dziennikarza Eugeniusza, majora pożarnictwa Anastazego, nauczycielek: Stanisławy Czaderskiej/Słupeckiej i Albiny Tarasek oraz aktora Władysława Bienina/Bielenina.
  • 1942- Jan Kręcioch, oskarżony o sabotaż (uszkodzenie transformatora) w kopalni „Fond de la Noue” we Francji, po pobycie w obozie internowania w Compiegne został wysłany do KL Auschwitz. 
  • 1959- zmarła Rozalia Pindel z domu Węgrzyn, ofiara wypadku kolejowego. Zginęła po potrąceniu przez lokomotywę furmanki,  którą przejeżdżała przez tory kolejowe. 
  • 2003- zmarła Helena Balon z domu Spisak, przedwojenna działaczka Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Żeńskiej w Choczni (bibliotekarka, skarbniczka, kierowniczka kółka śpiewaczego).
  • 2012- zmarł Julian Guzdek, po wojnie milicjant we Lwówku na Ziemiach Odzyskanych. Od stycznia 1953 roku referent, a następnie starszy referent działu dowodów osobistych w komendzie powiatowej MO w Wadowicach. Od lipca 1954 roku w stopniu starszego sierżanta. Służbę w MO zakończył w kwietniu 1976 roku.

7 lipca

  • 1863- w Krzęcinie urodził się Jan Kumala, krawiec choczeński,  wyspecjalizowany w szyciu sutann dla księży.  Także rolnik i nauczyciel zawodu. Wcześniej mieszkał w Wadowicach, gdzie oprócz szycia prowadził sklep z dodatkami krawieckimi. Ojciec nauczycielek: Marii Widlarz, Anny Zając i Mieczysławy Szewczonek oraz Kazimierza (naczelnika PKP), Czesława (nauczyciela), Aleksandra (urzędnika kolejowego) i Jana Krzyszkowskiego (malarza- legionisty).
  • 1886- urodził się Jakub Łapka, syn karczmarza Szymona, członek choczeńskiej Sokolej Drużyny Polowej do 1913 roku, kiedy to wyemigrował do USA. Żołnierz armii amerykańskiej w czasie I wojny światowej. 
  • 1894- urodził się Ludwik Ramenda, żołnierz armii austriackiej w czasie I wojny światowej (56 pułk piechoty). Dostał się do niewoli rosyjskiej i był więziony w Ufie. Członek Gminnej Komisji Drogowej w 1954 roku. 
  • 1922- w Zawadce urodził się Marian Zawiła, mieszkaniec Choczni aresztowany przez Niemców i osadzony w KL Auschwitz, gdzie zginął.
  • 1959- w Londynie zmarł Karol Nowak, pułkownik artylerii, członek Choczeńskiej Drużyny Polowej, absolwent gimnazjum w Wadowicach (1911). W czasie II wojny światowej dowódca artylerii Armi Karpaty- wzięty przez Niemców do niewoli trafił do oflagu. Odznaczony Orderem Virtuti Militari V klasy za wojnę 1918-1920, Orderem Polonia Restituta IV klasy, dwukrotnie Złotym Krzyżem Zasługi, Krzyżem Walecznych i Krzyżem Niepodległości.  (link)
  • 1989- zmarł Julian Pędziwiatr, ślusarz, od grudnia 1954 roku radny gromadzki, przewodniczący komisji finansowo- budżetowej (do 1958 roku). Ławnik Sądu Powiatowego w Wadowicach od 1956 roku, sekretarz Obwodowej Komisji Wyborczej w Choczni w 1956 roku. Ponownie wybierany radnym gromadzkim w 1958 i w 1961 roku (członek Komisji Finansów). 

8 lipca

  • 1808- w miejscowości Gnezda na Spiszu urodził się Aleksy Bocheński, wikariusz choczeński w latach 1832-33, później wieloletni proboszcz w Wadowicach. Notariusz i dziekan dekanatu wadowickiego, obwodowy dozorca szkół. Zainicjował budowę kościołów w Ponikwi i w Jaroszowicach, kaplicy w Tomicach oraz cmentarza w Jaroszowicach. Honorowy obywatel miasta Wadowice (od 1857 roku), honorowy radca Kurii Biskupiej. 
  • 1865- urodził się Władysław Koman, rolnik i murarz, jeden z budowniczych szkoły w Choczni Dolnej (od 1910 roku). 
  • 1871- w Porębie urodziła się Maria Okręglicka, później po mężu Małusecka, choczeńska sklepikarka, która po śmierci męża Łukasza sprzedała sklep i gospodarstwo w Choczni i przeniosła się do Wadowic.
  • 1878- w Starej Wsi zmarł tamtejszy proboszcz ksiądz Jakub Wojdyłowicz, były wikariusz choczeński (1829).
  • 1889- urodził się Jan Stuglik, żołnierz armii austriackiej w czasie I wojny światowej, który zaginął w czasie działań wojennych i został uznany sądownie za zmarłego w 1926 roku. 
  • 1895- urodził się Antoni Turała, murarz, żołnierz armii austriackiej w czasie I wojny światowej. W 1926 roku wyemigrował do Urugwaju, gdzie mieszkał do śmierci, z niewielką przerwą na pobyt w Choczni (1933). 
  • 1896- urodził się Jan Cibor, żołnierz armii austriackiej w czasie I wojny światowej, który zginął na froncie wschodnim. 
  • 1896- urodził się Wincenty Wcisło, ofiara wysiedleń w czasie II wojny światowej- zmarł wskutek przeziębienia podczas transportu (1942).
  • 1941- w Wadowicach zmarł Ferdynand Foryś, wadowicki urzędnik, który mieszkał w Choczni od 1907 roku, po ślubie z Balbiną z domu Widlarz.
  • 1986- zmarł Ignacy Nowak, radny Gromadzkiej Rady Narodowej wybierany w 1961, 1965 i 1969 roku, jako członek PZPR. Sekretarz Komisji Mienia Gromadzkiego od 1961 roku, wiceprzewodniczący Gromadzkiej Komisji Rolnej i Zaopatrzenia Wsi (od 1967 roku). 

9 lipca

  • 1853- lekarz miejski z Wadowic Gerhard donosił, że na terenie Choczni znajduje się kilka osób zarażonych syfilisem.
  • 1895- zmarł zasłużony choczeński proboszcz ksiądz Józef Komorek, budowniczy aktualnego kościoła parafialnego. Brał udział w pracach Komisji Fizjograficznej Towarzystwa Naukowego Krakowskiego (1867), członek Rady Miejscowej Szkolnej od 1872 roku, a od 1873 roku inspektor szkolny miejscowy.  W 1880 roku radny powiatu wadowickiego. Dziekan wadowicki w latach 1881-95, w 1885 roku mianowany został radcą konsystorza biskupiego. W 1889 roku wybrano go członkiem rady nadzorczej „Ludowego Towarzystwa Zaliczkowego i Ochrony Własności Ziemskiej w Wadowicach”. W ogrodzie obok plebani prowadził pasiekę, był propagatorem pszczelarstwa w Choczni.  (link)
  • 1896- urodził się Jakub Porębski, rzeźnik, członek choczeńskiej Sokolej Drużyny Polowej (1913). 
  • 1899- urodził się Stefan Ruła, nauczyciel, uczeń wadowickiego gimnazjum od 1911 do 1917 roku. 
  • 1904- urodził się Wincenty Dąbrowski, uczeń wadowickiego gimnazjum, członek zastępu harcerskiego w Choczni, żołnierz zawodowy Wojska Polskiego. W sierpniu 1932 roku awansowany na stopień porucznika. W kampanii wrześniowej 1939 roku dowódca baterii artylerii przeciwlotniczej w garnizonie Warszawa. Żołnierz Polskich Sił Zbrojnych we Francji i w Anglii. Po wojnie na emigracji w Kanadzie, gdzie prowadził farmę w okolicach Toronto. 
  • 1919-w Tomicach urodził się Stanisław Dudzik, prezes zarządu Ochotniczej Straży Pożarnej w Choczni do 1977 roku.
  • 1941- zmarł Jan Bandoła, członek zarządu choczeńskiej Kasy Zapomogowo-Pożyczkowej (1921).
  • 1959- zmarł w szpitalu w Wadowicach Edward Woźniak, ofiara zderzenia powożonej przez niego furmanki z lokomotywą pociągu na niestrzeżonym przejeździe kolejowym w Choczni.