Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1920. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1920. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 stycznia 2024

Szpital epidemiczny w Choczni po I wojnie światowej i jego kierownicy

Państwowy Szpital Epidemiczny powstał w Choczni w kwietniu 1920 roku jako reakcja na pandemię grypy hiszpanki, określanej wtedy jako influenza oraz nasilenie zachorowań na dyzenterię (czerwonkę).

O przebiegu epidemii w Choczni po I wojnie światowej można przeczytać we wcześniejszej notatce (link).

Początkowo szpital mieścił się w prywatnym budynku i miał charakter domu izolacyjnego, czyli służył bardziej do oddzielenia osób chorych od zdrowych, niż do ich leczenia. W tej formie szpital istniał do września 1920 roku, kiedy zarządzono przejęcie na cele szpitalne Domu Ludowego (Sokoła). Dotychczasowy szpital został zamknięty,  a część jego wyposażenia uległa zniszczeniu lub rekwizycjom na rzecz wojska.

Po dostosowaniu pomieszczeń w Domu Ludowym ponowne otwarcie Szpitala Epidemicznego w Choczni nastąpiło 1 grudnia 1920 roku. Był on obliczony na przyjęcie około 50 chorych. 

Na parterze Domu Ludowego znajdowała się jedna duża sala dla chorych i druga mniejsza, magazyn, kancelaria, łazienka i pralnia. Natomiast na piętrze znajdowały się mieszkania dla personelu szpitala i kuchnia. Obok szpitala dobudowano kostnicę i drewniany barak dla służby szpitalnej (jeńców z wojny polsko-bolszewickiej).

Największa liczba chorych w tym szpitalu przypadła na lipiec i sierpień 1921 roku, to znaczy na szczyt fali zachorowań na dyzenterię.

Oprócz utworzenia szpitala prowadzono również w Choczni akcję szczepień prewencyjnych przeciw czerwonce, ale ich skuteczność nie była duża - w 1920 roku zmarła w Choczni osoba dwukrotnie zaszczepiona.

Nie wiadomo dokładnie, kiedy choczeński szpital został zamknięty, ale stało się to zapewne w pierwszej poowie 1922 roku, kiedy przestano notować nowe przypadki zachorowań.

Nie wiadomo również, jaka łączna liczba chorych przewinęła się przez ten szpital i jak była w nim skuteczność leczenia (stosunek liczby osób zmarłych do ozdrowieńców). W samej Choczni epidemie po I wojnie światowej spowodowały zgon 186 osób, ale tylko część z nich była pacjentami omawianej placówki szpitalnej. Ponadto w Choczni leczono także osoby z zewnątrz. Przykładem może być tu Jan Orłowski, kierownik szkoły w Kleczy Dolnej, który trafił do szpitala w Choczni jako chory na czerwonkę. Niestety jego życia nie udało się uratować - zmarł we wrześniu 1921 roku. Na czerwonkę zmarło także w podobnym czasie pięcioro z jego siedmiorga dzieci.

Szpital Epidemiczny w Choczni w krótkim okresie swojego istnienia miał trzech kolejnych kierowników, którzy prawdopodobnie byli jedynymi lekarzami zatrudnionymi w tej placówce.

Ich nazwiska to: Zygmunt Górka, Maria Pruszyńska i Karol Krzysztoforski. 

Zygmunt Górka (1894-1941) objął kierownictwo szpitala w Choczni krótko po ukończeniu studiów medycznych, a według niektórych źródeł nie miał wtedy jeszcze dyplomu lekarza. Później pracował jako lekarz kolejowy w Krakowie, chirurg i urolog w Poznaniu oraz jako kierownik szpitala w Końskich na Kielecczyźnie. Był mężem Zofii z domu Talapka, lekarki specjalizującej się w dermatologii oraz ojcem Zygmunta Górki, chirurga, profesora Śląskiej Akaddemii Medycznej, Tomasza Górki - lekarza dermatologa, Andrzeja Górki - podporucznika Armii Krajowej i Krystyny Górki-Kisner, która podobnie jak brat Zygmunt brała udział w Powstaniu Warszwskim.

Następczynią Zygmunta Górki w choczeńskim szpitalu była wywodząca się z kresów niespełna trzydziestoletnia Maria Pruszyńska,  lekarz z niewielkim stażem (dyplom uzyskała w 1917 roku). Dr Pruszyńska specjalizowała się później w leczeniu chorób płucnych i do wybuchu II wojny światowej pracowała w Szpitalu Spółki Brackiej w Wodzisławiu oraz w Domu Zdrowia w Bystrej. W czasie II wojny światowej była więziona w obozach koncentracyjnych KL Ravensbrueck i KL Buchenwald. Po wyzwoleniu wróciła dom Polski i nadal pracowała jako lekarz w Legnicy i powiecie górowskim.

Ostatnim kierownikiem szpitala w Choczni był Karol Krzysztoforski (1884-1958) z Wadowic, absolwent wadowickiego gimnazjum (1904) i Uniwersytetu Jagiellońskiego, doktor wszech nauk lekarskich od 1911 roku. Z trójki kolejnych kierowników szpitala w Choczni był więc osobą najstarszą i najbardziej doświadczoną. Po epizodzie pracy w Choczni dr Krzysztoforski pracował jako ordynator w szpitalu powiatowym w Wadowicach i lekarz położnik. W czasie II wojny światowej był dyrektorem szpitala w Wadowicach, a po jej zakończeniu jest podawany jako lekarz ogólny w Jaworzynie Śląskiej w powiecie świdnickim (1948). Spoczywa na wadowickim cmentarzu parafialnym.



czwartek, 14 września 2023

Krzyż Walecznych dla Klemensa Turały

 Klemens Turała był czwartym z kolei dzieckiem choczeńskiego rolnika oraz murarza Jana Turały i jego żony Julii z domu Cap. Urodził się w Choczni 1 listopada 1898 roku. W czasie I wojny światowej służył w armii austriackiej i podczas walk na froncie włoskim dostał się do niewoli. Po wyjściu na wolność udał się do Francji, by 7 listopada 1918 roku wstąpić na ochotnika do Armii Polskiej dowodzonej przez generała Józefa Hallera. Przebywał przez kilka miesięcy w obozie koło Nancy, gdzie przechodził gruntowne wyszkolenie. 

15 kwietnia 1919 roku wyruszył wraz z Błękitną Armią ze stacji kolejowej Bayon do Warszawy. Trasa transportu wiodła przez Moguncję, Erfurt, Lipsk i Kalisz. Z Warszawy zostali skierowani na miejsce koncentracji w rejonie Chełm-Kowel-Włodzimierz i w maju przystąpili na Wołyniu do walk najpierw z wojskami ukraińskimi, a następnie przeciwko okupującym Ukrainę wojskom Rosji bolszewickiej. 

17 września pułk, w którym służył, otrzymał nazwę 43. Pułk Strzelców Kresowych, a w listopadzie jego dowództwo objął major Piekarski. W czasie postoju zimowego nad rzeką Słuczą Turała uniknął epidemii tyfusu, która zdziesiątkowała jego jednostkę. 

Na wiosnę pułk przystąpił do ofensywy, a w maju 1920 roku doszło do pierwszych krwawych starć z Armią Konną Budionnego. Turała brał udział w bitwie pod Dziunkowem 22 maja, gdzie udało się zatrzymać sowiecką ofensywę. W czasie tego boju niejednokrotnie dochodziło do starć na bagnety i walk wręcz. Ponieważ Armia Budionnego przełamała jednak front na północ od 43. PSK, to zarządzono odwrót.

W trakcie zajmowania nowego rejonu pod Horynką (obecnie Rejon Krzemieniecki Obwodu Tarnopolskiego na Ukrainie) pułk natknął się 13 lipca 1920 roku na przeważające siły kawalerii sowieckiej. 14 lipca, gdy bolszewicy okrążali wieś Kuszlin od strony południowej, starając się odciąć część wojsk polskich, plutonowy Klemens Turała został wysłany z połową plutonu zabezpieczenia odwrotu. Jak pisał jego dowódca kapitan Tyczyński:

Nie zważając na gwałtowny ogień i przeważającą liczbę nieprzyjaciela powstrzymał jego ruchy tak długo, iż pozwolił wycofać się zagrożnym dwóm kompaniom piechoty. 

Dopiero po zabezpieczeniu odwrotu Turała wycofał swój oddział, nie tracąc przy tym żadnego żołnierza. Ogółem jego pułk stracił jednak w tych walkach kilkudziesięciu żołnierzy, którzy zostali pochowani w Kuszlinie.

Po tym bohaterskim dokonaniu przełożeni Turały złożyli wniosek o odznaczenie go Krzyżem Walecznych, który wręczono mu w listopadzie 1920 roku.

On sam w dalszym ciągu brał udział w starciach z bolszewikami pod Lwowem, kontrofensywie na Lubelszczyźnie, forsowaniu Bugu pod Grodnem i ponownych walkach na Wołyniu. Zawieszenie broni 18 października 1920 roku zastało go w Zwiahlu.


Po przejściu do cywila w stopniu starszego sierżanta Turała zajmował się murarką, głównie na Śląsku, ale uczestniczył też w odnawianiu choczeńskiego kościoła w 1924 roku. Rok wcześniej (12 listopada 1923 roku) poślubił w Choczni o sześć lat młodszą Walerię Widlarz. W 1926 roku wyemigrował z grupą chocznian do Montevideo w Urugwaju, gdzie pracował jako mistrz murarski i kierownik budów. Po pewnym czasie dołączyła do niego żona i urodzony w Choczni syn Edward. W 1928 roku Turała znalazł się w Komisji Rewizyjnej Towarzystwa Polskiego im. T. Kościuszki w Montevideo. W Urugwaju przyszli na świat jego dwaj kolejni synowie: Clemente (Klemens) i Adolfo Roberto.

Zmarł na emigracji 1 października 1972 roku.


czwartek, 26 listopada 2020

Niedoszła ofiara zamieszek przed plebiscytem na Śląsku Cieszyńskim

 Po wojnie polsko-czeskiej o Śląsk Cieszyński w 1919 roku obie strony konfliktu przystąpiły do negocjacji pokojowych. Na międzynarodowej konferencji w Paryżu ustalono, że o przynależności państwowej tych terenów zadecyduje plebiscyt przeprowadzony wśród ich mieszkańców.

Tymczasem na spornym obszarze Śląska Cieszyńskiego dochodziło do licznych zamieszek, prowokacji, pogromów i napadów bojówek. Sytuacji nie uspokoiło nawet wprowadzenie międzynarodowych sił rozjemczych.

Niedoszłą ofiarą pogromu w Orłowej (dziś Orlova koło Ostrawy w Czechach) w maju 1920 roku był mieszkaniec Choczni Franciszek Byrski.

O jego sprawie pisały wówczas "Dziennik Cieszyński", "Gwiazdka Cieszyńska" i ukazujący się w Warszawie "Robotnik" - organ Polskiej Partii Socjalistycznej. Właśnie w tym ostatnim piśmie w wydaniu z 4 czerwca znalazła się następująca informacja:

"Z Orłowej nam donoszą, że zmarł tam Franciszek Bierski, chłopak z Wadowic, który przypadkowo przyjechał do Orłowej. 25 maja pchnięto go wtedy nożem i od ciężkiej rany w płucach chłopak zmarł."

Znacznie więcej szczegółów znalazło się w artykule "Gwiazdki Cieszyńskiej" z 9 czerwca, opartej na relacji inżyniera Józefa Kiedronia (przyszłego ministra przemysłu i handlu):

"Koło godziny 9. agenci przyprowadzili do naszej celi nowego towarzysza niedoli- młodego, bardzo sympatycznego chłopaka w wieku lat około 18, który już z zewnętrznego wyglądu swoje nietutejsze pochodzenie zdradzał. Zapytany przez nas, opowiedział nam, że wyjechał dnia poprzedniego z Wadowic, by udać się do brata, pracującego od niedawna we Frysztacie. Na swoje nieszczęście zdrzemnął się w pociągu, przejechał Karwinę i został przez konduktora wysadzony w Orłowej, gdzie czekał na najbliższy pociąg w stronę Karwiny. Nad ranem zjawiła się na dworcu bojówka czeska i zaprowadziła go do ratusza, gdzie go trzymano, zbito i następnie wrzucono do naszej celi. Odtąd dzielił już nasz los, który u niego zakończył się jeszcze tragiczniej. Kiedy komitet plebiscytowy czeski ściągnął już dostateczną ilość bojówek, otworzono (...) po południu drzwi aresztu i rzucono nas na pastwę rozbestwionego tłumu. (...) Bierski oprócz ciężkiego pobicia palkami otrzymał od jednego z bandytów pchnięcie długim nożem czy bagnetem w pierś, przyczem przecięto mu płuca. Zalewającego  się krwią rozbestwieni bandyci nie pozwolili odprowadzić do szpitala, znajdującego się obok, lecz przywleczono go do (...) sierocińca. Widać oprawcom chodziło o ewentualne zatajenie jego śmierci. (...) W sierocińcu nie było nie tylko lekarza, lecz także żadnych opatrunków. Gdy stan zdrowia Bierskiego stawał się coraz groźniejszy, zdecydowano się nareszcie zaprowadzić go do lekarza- lecz i tu wychodzi na jaw cała ohyda postępowania owych bandytów. Nie przysłano lekarza prawie umierającemu, nie zaprowadzono go do któregoś z pobliskich doktorów lub niedalekiego szpitala, lecz wleczono go do Dąbrowy, do dr Buzka, oddalonego o godzinę drogi !

Dr Buzek po założeniu opatrunku odesłał go do szpitala w Orłowej, gdzie go natychmiast operowano. Ogromne wycieńczenie i męki, jakie przechodził, kilkagodzinne odmówienie opieki lekarskiej i upływ krwi spowodowały jego śmierć ! Umarł jako nowa ofiara niewinna rozbestwionych czeskich bojówek w Orłowej !"

Ale już niecały tydzień później "Gwiazdka Cieszyńska" opublikowała sprostowanie Międzynarodowej Komisji Plebiscytowej, z którego wynika, że Franciszek Byrski jednak przeżył. Czytamy w nim:

"Mamy zaszczyt donieść, że przeczytawszy list inż. Kiedronia (...) w sprawie tragicznej śmierci niejakiego Franciszka Bierskiego, zbitego przez bandytów w Orłowej dnia 15 maja br., poranionego nożem i zmarłego po ciężkich udrękach, udaliśmy się do szpitala w Orłowej celem otrzymania szczegółów, pozwalających na poważną opinię w tej sprawie. Naczelny lekarz szpitala opowiedział nam, co następuje. Dnia 16 maja 1920 zgłosił się do szpitala w Orłowej niejaki Bierski Franciszek, urodzony w Kaczynie (Galicya) w roku 1902, zamieszkały w Choczni przy Wadowicach (Galicya), a obecnie na czas plebiscytu u swego brata, robotnika we Frysztacie. Bierski otrzymał kilka uderzeń laską i jedno pchnięcie nożem, które zraniło szczyt jednego płuca. Dnia 28 maja br, to znaczy 13 dni po wypadku Bierski wyszedł ze szpitala całkiem uzdrowiony i wrócił do swojej rodziny. Słowa lekarza naczelnego potwierdza register przybycia i wyjścia ze szpitala, który jak mogliśmy się przekonać jest zupełnie w porządku."

Śmierć Franciszka Byrskiego była więc tylko (a dla niego na szczęście) faktem propagandowym. W rzeczywistości zmarł on dopiero 30 grudnia 1989 roku, dożywszy 87 lat. Jego nagrobek znajduje się do dziś na choczeńskim cmentarzu.

Natomiast relacja inż. Kiedronia z zajść w dniu 15 maja była nieścisła być może z tego powodu, że w czasie wywlekania z aresztu w gmachu straży pożarnej przedstawicieli miejscowej polskiej inteligencji został on pobity do nieprzytomności. 

Wspomniany wyżej plebiscyt nie doszedł ostatecznie do skutku. Sporny obszar Rada Ambasadorów podzieliła arbitralnie 28 lipca 1920 roku, w wyniku czego Polsce przypadło 44 % terenu, a reszta (z Trzyńcem, Karwiną, Jabłonowem i lewobrzeżnym Cieszynem) znalazła się w granicach Czechosłowacji.




piątek, 21 lipca 2017

Chocznianie w Armii Hallera

Nazwa Armia Hallera powstała od jej ostatniego dowódcy - generała Józefa Hallera, który pełnił tę funkcję od 4 października 1918 roku.
Nazywano ją również Błękitną Armią (po francusku L’Armée bleue)- od koloru mundurów lub Armią Polską we Francji.
Została sformowana na terenie Francji na podstawie dekretu prezydenta Francji z 4 czerwca 1917 roku, z inicjatywy Komitetu Narodowego Polskiego, kierowanego przez Romana Dmowskiego.
W jej skład wchodzili głównie byli jeńcy wojenni, służący wcześniej w armii austro- węgierskiej lub pruskiej oraz emigranci polscy w pierwszym lub drugim pokoleniu z terenu Francji i obu Ameryk.
Żołnierze Armii Hallera byli wyposażeni i uzbrojeni sprzętem i uzbrojeniem jednostek francuskich i służyli początkowo głównie pod dowództwem francuskich oficerów.
Niewielka część Armii Hallera wzięła udział w walkach podczas I wojny światowej.
W 1919 roku Błękitna Armia opuściła terytorium Francji i pociągami została przetransportowana przez Niemcy na teren Polski. Pierwszy transport żołnierzy Hallera stanął na polskiej ziemi w nocy z 19 na 20 kwietnia 1919 roku. W maju 1919 roku oddziały Armii Hallera zostały wysłane na front polsko- rosyjski, a 1 września zostały formalnie włączone organizacyjnie do Wojska Polskiego.
Wśród około 69.000 żołnierzy, którzy przybyli z Armią Hallera do Polski nie zabrakło również chocznian i ich potomków.

Byli to:
  • Karol Bandoła, urodzony w 1886 roku w okolicach Ostravy jako syn choczeńskiego górnika Franciszka Bandoły, emigrant z USA,
  • Eugeniusz Bielenin, urodzony w 1891 roku w Kętach, od dzieciństwa mieszkaniec Choczni, były żołnierz armii austro-węgierskiej i jeniec rosyjski,
  • Franciszek Graca, urodzony w 1894 roku w Choczni, emigrant z Ford City w stanie Pensylwania w USA,
  • Jan Gzela, urodzony w 1881 roku w Choczni, emigrant z Detroit, USA,
  • Szymon Hałat, urodzony w 1898 roku w Choczni, emigrant z USA,
  • Józef Alfred Kręcioch, urodzony w 1900 roku w Massachusetts, USA, jako syn chocznianina Wojciecha Kręciocha,
  • Franciszek Mlak, urodzony w 1895 roku w Stryszowie, emigrant z Rochester w stanie Nowy Jork, USA,
  • Piotr Nęcek, urodzony w 1893 roku w Czułowie, przed I wojną światową mieszkaniec Choczni, były jeniec rosyjski,
  • Ignacy Ścigalski, urodzony w 1881 roku w Choczni, emigrant z USA,
  • Jan Ścigalski, urodzony w 1893 roku w Choczni, emigrant z Francji,
  • Klemens Turała, urodzony w 1898 roku w Choczni, były jeniec włoski,
  • Jan Wątroba, urodzony w 1892 roku w Choczni, były jeniec rosyjski,
  • Adam Wcisło, urodzony w 1893 roku w Choczni, emigrant z Chicago w USA,
  • Władysław Wider, urodzony w 1899 roku w Choczni, były jeniec włoski,
  • Józef Ignacy Widlarz, urodzony w 1886 roku w Choczni, żołnierz armii austriackiej- wstąpił we Włoszech do Pułku Piechoty im. Francesco Nullo.
W Armii Hallera walczyli także późniejsi mieszkańcy Choczni:
  • Jan Latocha, urodzony w 1898 roku w Przybradzu, żołnierz armii asutriackiej, który trafił do niewoli włoskiej,
  • Jan Filek, urodzony w 1892 roku w Barwałdzie Średnim, emigrant z Toledo w stanie Ohio, USA.
Jan Ścigalski w okresie międzywojennym był działaczem Związku Hallerczyków w Krakowie, organizacji skupiającej byłych żołnierzy Armii Hallera, pod honorowym przewodnictwem generała Józefa Hallera.
Natomiast Eugeniusz Bielenin- w okresie międzywojennym znany dziennikarz i działacz ludowy, swojemu pobytowi w Armii Hallera poświęcił komedię sceniczną "Hallery idą", wyróżnioną w konkursie Związku Teatrów i Chórów Włościańskich we Lwowie w 1923 roku oraz część swoich wspomnień, opublikowanych w "Szkicach z przeszłości" i zapiskach "Z włóczęgi po szerokim świecie".

Z tego drugiego tytułu pochodzą cytowane poniżej fragmenty:

 (…) Po przybyciu z Marsylii do Quintin, po paru dniach zostałem wezwany, wspólnie z innymi oficerami- ochotnikami do Paryża, by przedstawić się naczelnemu wodzowi wojsk polskich we Francji, generałowi J. Hallerowi.
Poprzedzony przez kapitana Malinowskiego, adiutanta wodza wojsk polskich, wszedłem do gabinetu generała.
Rozmowa – było to właściwie „curriculum vitae”, ściągane ze mnie krótkim stylem wojskowym. Szczególny nacisk położył generał Haller na moje miejsca pobytu w Rosji, sondując moją opinię co do bolszewizmu. Zaraz na audiencji dowiedziałem się, że będę przeznaczony na uzupełniający kurs francuski, który według opinii gen. Hallera miał być wysoko postawiony. (…)
(…) W uroczej pagórkowatej okolicy, w departamencie „Cotes du Nord', nad potokiem Gues, leży miasteczko Quintin. Nad stawem, przez który przepływa wspomniany potok, w dawnym parku, znajdowały się baraki obozu polskiego. Ze barakami rozciągały się wzgórza z uprawnemi polami. Tamto w jednym z tych baraków zostałem zakwaterowany z kilkoma mami kolegami, z którymi odbyłem podróż z Szanghaju do Marsylii. Reszto towarzystwa tworzyli elewi szkoły podoficerskiej, przeważnie poznańczycy, dawni jeńcy pruscy, a także Polacy z Ameryki, z obozów wojskowych z Kanady. Umieszczony na środku baraku piecyk żelazny oblegano wieczorami, a to z powodu dosyć chłodnych dni. Nie brakowało nigdy jednak humoru i właściwego tylko starym żołnierzom nabierania na kawał współkolegów. Zdrowy humor żołnierski wzniecał czasami takle barze śmiechu, że aż drewniany barak dygotał. Nie obeszło się bez tego, że wspólnie z kolegami prowadziliśmy wykłady, objaśniając żołnierzom przyszłe stanowisko Polski w Europie Środkowej. Autorytet mój i kolegów wzmagał się z każdym dniem, tak że w końcu staliśmy się wyroczniami we wszystkich sprawach politycznych, jakle dochodziły do nas z gazet francuskich, które w tym czasie zaczęły żywo interesować się kwestią polską.(…)
(…) Rozejm zawarty... Warunki, podyktowane przez Focha (marszałka Francji), przyjęte przez Niemców ! Vive la France ! Dzwony biją w uroczysty ton w jesienny wieczór. Garnizon wojska wyszedł na ulice. Parada. Rzecz nie da wiary. Wąsate Wojtki, Franki, Staszki, Bartki, w rogatych czapkach, lub hełmach, z długimi bagnetami na karabinach, idą miarowym krokiem ulicami Quintin- Vive la Pologne ! odbija się od starych murów kamienic I leci echem pomiędzy pagórki bretońskie. „Vive la Pologne ! wołają tłumy cywilów siwych i wąsatych basowym głosem. Vive la Pologne ! wołają kobiety i dzieci. 
Nie do wiary. W ten cichy świąteczny wieczór obywatel francuski w dzień swojego wielkiego święta narodowego tak wiwatował na cześć Polski i wojska polskiego, jakby co najmniej Polscy przechylili szalę zwycięstwa na stronę Francji i Koalicji. Serdeczny lud francuski w tej wielkiej swej radości wiwatował na cześć tej Polski, która dopiero wyłaniała nią z mroków historii. Światła lampjonów odświetlające rynek, zapchany ludem. Słychać głos jakiegoś mówcy. I znowu Vive la Pologne ! Tak witała ludność Quintin wieść o zwycięstwie nad „bochem" (Niemcami). Tak witał ją garnizon polski. Tak witały ją garnizony polskie w Lemans, w Lessaye, w Potigny itd. itd. (…)
(…) Witaj nam, majowa jutrzenko „lewicowa" ! Z końcem listopada 1918 r. porozsyłano do żołnierzy i oficerów Armii Polskiej we Francji odezwy. Treść ich była mniej więcej taka: 
„Obywatele! Stary, burżuazyjny rząd runął w Warszawie! Nowy, demokratyczny, rodzi się w bólach itd.”
Trochę o burżujach, trochę o proletarjatach, a na końcu, by nie tworzyć armii na obczyźnie, bo tego „kraj" nie żąda.
Szkoda, że pod odezwą tchórzliwi a przewidujący autorzy zapomnieli się podpisać. ...”Główki ich należałoby spalić pod historycznym kamieniem Quintin” - tak rozumowali żołnierze w błękitnych mundurach.
Z końcem listopada 1918 r. otrzymaliśmy wiadomość, że do naszego garnizonu przyjeżdża Haller. Przed przyjazdem Hellera jednak przyjechał do nas p. Potocki, krytyk-literat. Celem jago przyjazdu było poinformowanie żołnierzy o sytuacji, jaka się w Polsce wytworzyła. Bezsprzecznie, że przyjazd stał w związku z odezwami, które jakiś tajemniczy komitet rozrzucał po obozach polskich. Potocki rozwinął przed audytorjum perspektywy „naszej potęgi w przyszłości, ideę sojuszu Polski z Francją itd.”. Przemawiał również do żołnierzy p. Wacław Gąsiorowski, znany literat, wonczas porucznik wojsk polskich we Francji. (...)
(...) Ze miastem, na łące, pod lasem, stoją kompanje w kolumnach, karabiny maszynowe w szyku, szkoły oficerska i podoficerska w dwu szeregach. Garnizon miejscowy oczekuje na przybycie gen. Hellera, Zbliża się samochód. Na łące ukazuje nią gen. Haller z adjutantem, w towarzystwie gen. Capade Ponte. Las bagnetów zachrzęścił na „Prezentuj broń !". Haller okrzykiem: „Czołem !” powitał garnizon. A podpierając się laską, przechodził przed frontem kompanij. Po kilku małych zadaniach taktycznych następuje defilada. Tak zakończyłaby się każda parada wojskowa w normalnych warunkach. Na ziemi jednak francuskiej takie zakończenie parady nie wypełniłoby programu, bo żołnierze chcieliby dowiedzieć się, co myśli ich naczelny wódz. Komendant oddziału na obczyźnie powinien być nie tylko dobrym wodzem i organizatorem, lecz także i mówcą. I dobrze się stało, że generał Haller po całej paradzie wojskowej w kilku jędrnych słowach zwrócił się do żołnierzy. Treść jego przemówienia była następująca: 
,,Zbliża się czas, że wkrótce mamy wrócić do Polski, Mamy wrócić silnymi, gdyż Polska takich nas oczekuje. Po wsiach i miastach w Polsce mówią tak: Niech tylko wrócą ci z Francji, to i w Polsce nastanie poprawa. Wrócimy silni, dzięki tym narodom, które miały dla Polski rozum i serce. Kiedy jeszcze byłem w Warszawie, to tam szeptano sobie, że tylko tych oficerów i żołnierzy chcemy, którzy tam we Francji się ćwiczą. Musimy wrócić silni moralnie i fizycznie. I ja wierzę, że te obowiązki, jakie na was wkłada nowopowstałe państwo, spełnicie”. 
Odśpiewaniem „Boże coś Polskę” i „Roty” zakończył się przegląd wojsk garnizonu w Quintin.(...)
(...) W tych właśnie dniach wrócił z niewoli niemieckiej jeniec francuski z okolic Quintin, który był umieszczony w obozie kolo Poznania. Nauczył się tam trochę po polsku I zapoznał się ze stosunkami, panującemi w Poznańskiem. Toteż kiedy wrócił do swojej ojczyzny i dowiedział się, że niedaleko od jego wioski rodzinnej znajduje się obóz wojsk polskich, uważał za stosowne złożyć Polakom w obozie wizytę, nawiązać z nimi znajomość i poinformować ich o tem, czego był świadkiem w Poznańskiem. W rozmowie z żołnierzami nie szczędził pochwał pod adresem poznańczyków. W czasie swojego wyjazdu z Poznania widział jak Polacy Niemców przeganiali. Nic też więc dziwnego, że Francuza raczyły Wojtki winem, opychali tytoniem i ze śpiewem odprowadzili za miasteczko. To serdeczne współżycie miedzy żołnierzem polskim i żołnierzem wojsk aljanckich nie datowało się od tej chwili. Żołnierz polski z pierwszej i drugiej dywizji polskiej we Francji, gdy jechał na urlop, to był karmiony, a równocześnie i pojony winem, nie tylko przez żołnierzy francuskich, swoich towarzyszy broni, lecz również i przez ludność cywilną. Ponieważ żołnierz z korpusu polskiego nie miał gdzie przepędzać urlopu, dlatego też zwykle wybierał się do tego gospodarza, u którego ongiś praco-wał, jako jeniec wojenny. I nie zawiódł się też nigdy. Przyjęcie bywało zwykle uroczyste. Dawnego jeńca „bocha”, a obecnego żołnierza wojsk sprzymierzonych, sadzano za stołem na poczesnem miejscu, raczono winem, dając mu nocleg w izbie gościnnej. Jeżeli zaś padło na wdową, to ta jeszcze i czem innem umiała uraczyć żołnierza.
Zachowanie się naszych było zawsze taktowne, nic więc dziwnego, że „rogate czapki” byty lubiane we Francji, jak nikt z armii sprzymierzonych. Na zabawach w gospodach podmiejskich nasi zawsze rej wodzili, nierzadko ku oburzeniu francuskich żołnierzy. Tęga mina, pewnego rodzaju elegancja, zdrowy, junacki wygląd — były właśnie temi przyciągającemi magnesami, dzięki którym lgnęły do naszych kobiety francuskie. Żołnierz dbał o swoją powierzchowność, chwacki, pełen animuszu, zyskał sobie w krótkim czasie nie tylko popularność, ale i ogólną sympatię, jak żaden żołnierz z armil koalicyjnej. Mimo częstych zabaw w dni świąteczne, nie słyszało się nigdy o jakiejś bójce, czy też ordynarnej awanturze, bo żołnierz polski instynktownie odczuł, że na obczyźnie powinien i musi strzec honoru Polski.(...)
(...) Dnia 4 czerwca 1919 r. o godzinie 17.40 załadowany samochodami ciężarowemi z eskortą pół kompanii i ze sztabem I batalionu 20 pułku strzelców polskich, ze stacji St. Dizier, ubrany chorągiewkami o barwach polskich, ruszył pociąg (z marszrutą na Metz-Nassau-Wilhelmshoehe-Cottbuss) do Polski. Poprzez sady i winnice, przez urocze krajobrazy, leciał ten potężny wąż, wioząc do Polski któryś już z setnych transportów tych niebieskich wojaków, którzy przez Murmańsk, Odessę, Władywostok, z obozów dla jeńców z Francji, Włoch, Serbii, wolnych z Ameryki Północnej, Brazylii, z Legji Cudzoziemskiej z Marokko, zebrawszy się we Francji, utworzyli stutysięczną armię generała Hallera, mając dawny wzór w sławnych Legionach Dąbrowskiego, a kamień węgielny w Legionie Bajończyków (jednostki polskie sformowane w Bayonne we Francji w 1914 roku i wcielone do Legii Cudzoziemskiej).(...)

Wykorzystano informacje znalezione przez Barbarę Goralczyk z USA.