Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sępek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sępek. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 grudnia 2017

Wspomnienia Józefa Sępka - część IV

Po półrocznej pracy zostałem ponownie powołany do wojska, czym byłem ze względu na posadę bardzo zmartwiony. Zostałem zaraz przydzielony na poprzednie miejsce w kancelarii dywizjonowej i garnizonowej. Po wyjeździe garnizonu na manewry zostałem sam z jednym oficerem, prowadząc prawie samodzielnie pracę kancelarii przez 2 miesiące.
Po wysłużeniu obowiązującego czasokresu zostałem w wojsku na jeden rok w charakterze kapitulanta, czyli kandydata na podoficera zawodowego. W tym czasie zaczynało być bardzo trudno o pracę, dlatego też chciałem ten okres przetrwać w wojsku. Pobory moje w tym charakterze wynosiły 55 złotych miesięcznie. To była gotówka netto, gdyż utrzymanie pobierałem bezpłatnie jako żołnierz aktywny. Warunki zatem nie były złe.
Po upływie roku, mimo że czasy się stale pogarszały, postanowiłem definitywnie pójść do cywila. Mój bezpośredni dowódca oraz szef kancelarii starali się wszelkimi siłami, abym został przy wojsku na zawodowego. Mnie jednak ten rodzaj pracy nie odpowiadał. Podziękowałem za uznanie i odszedłem do cywila. Jakże szczęśliwy byłem, gdy poczułem się znowu w cywilu.
Po miesiącu otrzymałem posadę na Górnym Śląsku u pewnego adwokata w kancelarii. Szef mój był pijak. Pensję wypłacał mi codziennie po kilkadziesiąt groszy, co na życie mi nie starczało. Musiałem wskutek tego żyć bardzo skromnie. Podczas półrocznego okresu u tego pana żywiłem się samym mlekiem i chlebem. To znaczy na śniadanie, obiad, i kolację mleko i chleb i to przeważnie w stanie zimnym. Sypiałem w pokoju zupełnie nie opalanym w zimie i nie miałem się czym przykryć. Kłapałem zębami jak pies. W niedzielę tylko poszedłem do restauracji na porządniejszy obiad. Widząc, że nie ma idei pracować w takich warunkach podziękowałem za posadę. Szef został mi winien 300 złotych, których nie miałem nigdy otrzymać.
Pojechałem do domu w Choczni, jako jedynej mojej ostoi w krytycznych chwilach. (...) Myślałem, że zwariuję, chociaż w domu nie próżnowałem i pomagałem matce na roli i pasałem krowę. Brak mi było atmosfery, w którą silnie zapuściłem korzenie i nie czułem się dobrze w domu rodzinnym. (...)
Nie długo wyjechałem do Krakowa. Wyczytałem bowiem w gazecie, w której ogłoszenia w rubryce "wolne posady" u pewnej pani na poczcie w Choczni codziennie pilnie przeglądałem, że wakuje posada biurowa.
Na kolej nie miałem pieniędzy i aby uzyskać parę złotych, sprzedałem kapelusz za bezcen jednemu z bogatszych kolegów. Po przybyciu do Krakowa zgłosiłem się pod podanym adresem, lecz miejsce już było zajęte. Przez dwa tygodnie plątałem się po całym Krakowie i po uciążliwych poszukiwaniach znalazłem wreszcie pracę w biurze w zbrojowni. Nie posiadałem się z radości z osiągniętego sukcesu, gdyż miałem poważnych konkurentów płci pięknej, silnie protegowanych. Zwyciężyłem dzięki temu, że byłem już zasłużony, ochotnik z 1919 roku. To się działo w 1928 roku.
Pracowałem i cieszyłem się, że potrafiłem już z łatwością podołać włożonym na siebie obowiązkom. Przede wszystkim wynająłem mieszkanie, za które płaciłem 25 złotych miesięcznie. Mieszkałem wspólnie w kuchni, gdyż pokoje były podówczas bardzo drogie. Pracowałem 7 godzin dziennie jednorazowo, to jest od ósmej rano do piętnastej. Uposażenie wynosiło około 115 złotych miesięcznie. Aby móc odłożyć na osobiste potrzeby, musiałem się przez 2 lata żywić tak samo, jak na Śląsku, to jest mlekiem i suchym chlebem.
Pieniędzy mi trzeba było na inne konieczne potrzeby. Dla uzupełnienia moich pobieżnych wiadomości z dziedziny biurowej zapisałem się niezwłocznie do Szkoły Ekonomiczno-Handlowej na roczny wieczorowy kurs księgowości, korespondencji, stenografii, itd. Prócz tego sam studiowałem osobno wyższy kurs stenografii parlamentarnej. Opłata za naukę wynosiła miesięcznie wszystko razem 20 złotych. (...) Aby mieć więcej pieniędzy potrzebnych na naukę przestałem palić i od tego czasu nie palę zupełnie. W niedziele i święta dla urozmaicenia chodziłem na obiady do restauracji.
Po ukończeniu kursu zdałem egzamin z wynikiem dobrym. Nie zostałem co prawda samodzielnym buchalterem- bilansistą, gdyż ten dział aby go opanować wymaga kilkuletnich studiów. Niemniej jednak uzupełniłem przynajmniej teoretycznie moje dotychczasowe skromne wiadomości z tego zakresu.
Uczęszczałem także, naturalnie ukradkiem, na uniwersytet na wykłady stenografii. Później nieco zapisałem się na kurs francuskiego i niemieckiego, gdyż wiedziałem jaką rolę odgrywa znajomość języków obcych.
Jednym słowem żadnej wolnej chwili żadnego dnia nie chciałem zmarnować.
Po dziewięciu miesiącach zwolniłem się z posady w zbrojowni, ponieważ znalazłem co prawda gorszą, ale za to lepiej płatną pracę w sklepie sportowym w charakterze ekspedienta. Tu byłem zajęty prawie cały dzień, musiałem gonić jak pies za różnymi sprawami i pracowałem od 8 rano do 8 wieczór. No ale moja pensja była większa, bo 150 złotych miesięcznie i to było najważniejsze, gdyż pieniędzy potrzebowałem na naukę.
Po poznaniu początków francuskiego przestałem chodzić na naukę języków. Kupiłem sobie podręczniki i w dalszym ciągu uczyłem się sam francuskiego i niemieckiego. Przede wszystkim uczyłem się obcych języków dlatego, abym mógł czytać prasę obcą i tym samym uniezależnić się od własnej i często tendencyjnej strawy gazetowej.
Po roku znów podziękowałem za posadę w sklepie sportowym, gdyż znalazłem ostatecznie pracę w moim zawodzie, to znaczy biurową. Na tej posadzie pracuję dotychczas. Są to kamieniołomy. Pracuję 6 godzin dziennie. Resztę cennego czasu, którego mam pod dostatkiem, poświęcam nauce języków.
Mam już lat 33 i mogę powiedzieć, że jestem samoukiem w całym tego słowa znaczeniu.(...)
Jak już wspominałem moi dwaj bracia w podobny sposób sami zdobywali kawałek chleba. Między innymi niedogodnościami była i ta, że czasami nas wszy gryzły. To jest może nieestetycznie mówić tu o tym, jednak było tak i dziś zgroza mnie przejmuje, gdy przypomnę sobie o tych czasach. Obecnie wszyscy jesteśmy w Krakowie. Wcale się nam dobrze nie powodzi, ale wolimy już tu, jak na wsi, gdzie obecnie jest ruina. Sami bez niczyjej pomocy zdołaliśmy się utrzymać na powierzchni szarego życia. (...)
Odnośnie literatury to lubiłem czytać książki, jak również gazety różnego rodzaju. Podczas mojego pobytu u Karmelitów w Wadowicach czytałem początkowo książki religijne, jak żywoty świętych, itp. Te jednak mnie znudziły. Z pasją zacząłem więc czytać opisy podróżnicze i awanturnicze. Ponieważ bibliotekę mieli dużą, więc wybór także był. Podczas wojny zawzięcie znów czytałem "Epizody Wojenne". Były to tygodniki. Następnie pod koniec czytywałem Sienkiewicza. Dziś straciłem jednak dla niego sympatię na zawsze, na skutek tego, że dzieła jego traktowały przeważnie o wojnach. Unosił się nad nimi opar krwi i jęki. Po przeczytaniu takiej fabuły uczułem jakiś niesmak, wskutek czego tak ich znienawidziłem, że nie biorę ich do ręki. Tego rodzaju pisma moim zdaniem powinny być w dobie dzisiejszej wyeliminowane, zwłaszcza ze szkół. (...)
Z dzienników czytam czasami dla orientacji, co mi wpadnie w rękę. (...) Na ogół jednak prasa nasza ma knebel na ustach i nie można się tam wiele dowiedzieć. Między wierszami zaś nie każdy czytać umie. Dlatego też chętniej czytam prasę obcą, co dziś nie jest mi zbyt trudno. To był jeden z powodów, które skłoniły mnie do nauki obcych języków.
Co do kobiet, to nie będę im poświęcał dużo miejsca. Odegrały w życiu moim poważną rolę. U nas z tymi sprawami coś jest nie w porządku. Młodzież dzisiejsza na skutek przemożnie panującego bezrobocia, to bagno rozpusty i lenistwa. Ja do 24-tego roku życia nie miałem z kobietami nic wspólnego- ożeniłem się dopiero jak miałem 29 lat.
Od 5 lat jestem więc żonaty. Żona początkowo pracowała również zawodowo w handlu. Niedługo po przyjściu na świat syna została zredukowana. Dziecko pragnąłbym wychować w duchu nowoczesnym, tak jak mego punktu widzenia i doświadczenia życiowego uważałbym za stosowne. (...) Życzyłbym sobie, aby były tego rodzaju szkoły w wolnej republice, aby każdy obywatel mógł posyłać dziecko do takiej szkoły, jaką sam uważałby za stosowne.(..)
Moje plany życiowe zostały więc co do mej osoby prawie zrealizowane.

piątek, 24 listopada 2017

Wspomnienia Józefa Sępka - część III

Po odejściu z kopalni przyjechałem do domu na parę dni. Niedługo potem zrobiłem wypad do Krakowa. Miałem tu wujka, przy którego pomocy dostałem się do restauracji, do bufetu, gdyż koniecznie chciałem skończyć wreszcie praktykę.
Znów zmieniło się gwałtownie moje otoczenie i towarzystwo, jak również sama praca. Co za krańcowy kontrast z kopalnią !
Ujrzałem nowy świat: ludzi ładnie ubranych i piękne kobiety. Było nadzwyczaj wesoło, codziennie wieczorem koncert. (...)
Jedzenie na nowym miejscu było pierwszorzędne. Warunki mieszkaniowe dość znośne. Stosunek mój do przełożonych , jak i na odwrót, był zadowalający. Ja byłem przyzwyczajony do pracy, więc tym bardziej starałem się zawsze pracować, aby zadowolić moich przełożonych. Nie byłem jednak zadowolony z tego rodzaju zajęcia. Bardziej mi się podobała robota pod ziemią w opisywanych wcześniej warunkach. 
Znów byłem niewolnikiem. Wstawałem rano o siódmej i cały dzień bezustannie na nogach , aż do pierwszej lub drugiej w nocy. Gdy się położyłem spać na te 5 godzin, które mi pozostawały, to nóg nie czułem ze zmęczenia. Praca w tym zawodzie jest najuciążliwsza. Na skutek przemęczenia nie mogłem tu wytrzymać długo i po pół roku odszedłem.
Pojechałem do ojca, który wrócił z Niemiec i od kilku lat pracował w hucie cynkowej w Trzebini przy wytapianiu cynku. Ojciec w dalszym ciągu nie troszczył się o nas. Chcąc go niejako zmusić do pewnych świadczeń udałem się do niego, aby przynajmniej jeść dostać. Naturalnie udałem się do niego w tej myśli, że ojciec prędzej znajdzie mi zajęcie. W hucie jednak pracy dla mnie nie było, gdyż byłem za młody, a praca przy ogniu była bardzo ciężka. Temperatura, przy jakiej pracował ojciec, wynosiła tam powyżej 60 stopni i wszyscy robotnicy pracowali w kalesonach lub nago. Praca trwała 4 do 5 godzin na szychtę. Szkodliwie działała zwłaszcza siarka, która się wydobywała przy wytapianiu rudy. Ojciec miał na szychtę 5 koron przed wojną.
Ponieważ pracy dla mnie na razie nie było, pełniłem u ojca obowiązki kucharza i pokojówki. Gotować umiałem, bo się nauczyłem w klasztorze u Karmelitów. Z przykrością muszę zaznaczyć, jakiego to typu był mój rodzony ojciec, który mi chleba tyle oddzielił, że nigdy nie mogłem sobie należycie pojeść, na obiad tylko mogłem uzupełnić niedomagania- z tego powodu, że byłem kucharzem. Poznałby gdybym wziął chleba, więc musiałem inaczej sobie radzić. Ja mimo to, że byłem głodny, nigdy ojcu nie mówiłem o tym, lecz tylko matce się poskarżyłem pisząc do niej. Tu zestawiłem sobie usposobienie matki i ojca. Były to dwa skrajne charaktery. Podczas gdy matka dosłownie nic nie zjadła sama i każdą okruszyną dzieliła się z dziećmi, to ojciec sam w ukryciu zajadał, a dziecku nie dał. A był przecież więcej obyty niż matka, bo jeździł prawie całe Niemcy, umiał po niemiecku dobrze i mimo to był to dzik.(...)
Po roku dopiero udało mi się otrzymać pracę w kopalni węgla w Sierszy koło Trzebini. Nie była to więc dla mnie nowość. O tyle się różniła od poprzedniej, że pokład węgla był grubszy i wynosił około 6 metrów. Do pracy miałem daleko. Codziennie musiałem przebywać przeszło 8 kilometrów tam i z powrotem, przez pola i wertepy. Najgorzej było, gdy pracę miałem na noc, musiałem prawie po omacku iść. Najgroźniejsza była jednak zima i dni deszczowe, gdy się przybyło na miejsce zmokniętym do nitki lub zmarzniętym- i dopiero na dole człowiek przyszedł do siebie.
Nie pamiętam już dziś, ile zarabiałem. Czasy były bardzo zmienne. Zdaje mi się, że była inflacja, człowiek był milionerem, ale nic nie miał za to.
Mieszkania nie płaciłem, bo byłem przy ojcu. Na jedzenie tylko musiałem dawać pewne kwoty z mego zarobku. W każdym razie pobyt u ojca był dla mnie korzystny.
Tu nastąpił zasadniczy przełom, który zdecydował o moim losie. Sam bez niczyjej namowy zacząłem się uczyć buchalterii drogą korespondencyjną oraz stenografii w ten sam sposób. Stenografia była dla mnie łatwiejsza. Uczyłem się i tematy opracowywałem zupełnie sam. Chwili nie zmarnowałem. Zaraz po powrocie z kopalni do domu zabierałem się do opracowywania moich zadań, które posyłałem pocztą do Krakowa i Warszawy, skąd otrzymywałem je z powrotem poprawione wraz z nowym materiałem. Pożerałem po prostu wszystkie wiadomości z tych dziedzin, w dodatku musiałem się śpieszyć, ponieważ za 9 miesięcy miałem iść do wojska, dla odbycia obowiązkowej służby.
Uciechą i zachętą było dla mnie, gdy otrzymywałem zadanie poprawione, gdzie nie było dużo byków. Ojciec spod oka patrzył na moje eksperymenty, gdyż inaczej nie można tego nazwać i mówił do znajomych, że "śtuderuję" na kancelistę.
Okrągło rok przepracowałem w kopalni w Sierszy, szczegółów nie będę podawał.
W jesieni w 1923 roku zostałem powołany do wojska i zostałem przydzielony do pułku artylerii, którego dywizjon stacjonował na Górnym Śląsku, gdyż z Śląskiem łączyły mnie już wspomnienia wcześniej opisane.
Po wyszkoleniu rekruckim, które trwa zwykle 3 miesiące, zostałem przydzielony do kancelarii bateryjnej jako pisarz. Dzięki kursom wyrobiłem sobie trochę pismo. Stenografowałem dość biegle, gdyż ten materiał studiowałem ze szczególnym zamiłowaniem. Nie długo byłem w kancelarii bateryjnej. Gdy się tylko dowódca dywizjonu dowiedział, że umiem stenografować, niezwłocznie mnie zabrał do kancelarii dywizjonowej. Awansowałem tym samym, gdyż była to główna kancelaria, w której się mieściło także dowództwo garnizonu. Co za pole miałem do popisu !
Była tu także maszyna do pisania, na której z uporem zacząłem się uczyć pisać. Nie długo, a pełniłem specjalną funkcję stenotypisty.
W wojsku zatem był mój szczęśliwy debiut, pierwsza praktyka. Źle mi nie było przez to, gdyż zawsze byłem zawalony pracą. Musiałem stale ślęczeć nad maszyną i przepisywać ze stenogramów raporty, sprawozdania i różne meldunki. Mimo przemęczenia cieszyłem się, bo wiedziałem już niezbicie, że to jest złoto dla mego skarbca wiedzy. Byłem dumny z siebie, gdyż w całym pułku nie było stenografa. Dowódca mój sam często wyrażał mi swoje uznanie, gdy mi dyktował jakieś sprawozdanie. Stenografowałem wtenczas z szybkością 50 słów na minutę. Najwięcej zajęcia miałem podczas manewrów. Satysfakcją dla mnie było odbieranie telegramów telefonem. Normalnie telefonista odbierał niedługi tekst około 5 minut i często się zdarzało, że było tam pełno błędów, wskutek czego trzeba było ponownie odbierać i poprawiać. Ja za 2 minuty odebrałem depeszę bezbłędnie, a za parę minut była przepisana na maszynie. Stenografii uczyłem się w dalszym ciągu.
Po roku zostałem z pewną częścią mojego rocznika urlopowany na okres nieograniczony. Pojechałem do matki (do Choczni). Po miesiącu znalazłem sobie już posadę u notariusza w Andrychowie w charakterze siły kancelaryjnej. Mo koledzy i znajomi byli zdziwieni, co się to ze mną tak nagle stało i nie chcieli wierzyć, że pracuję w kancelarii u notariusza. Do pracy codziennie dojeżdżałem pociągiem rano. Urzędowanie było od dziewiątej do szóstej wieczorem z dwugodzinną przerwą obiadową, czyli siedem godzin pracy.
Śniadanie i kolacje jadłem w domu. Na obiad brałem sobie zwykle do manierki pół litra mleka gotowanego i kawałek chleba suchego. Podczas przerwy obiadowej jak było ciepło szedłem na pobliskie góry i tam spożywałem swój obiad, rozkoszując się czystym powietrzem, którego wartość cenił. Gdy było zimno lub deszcze- spędzałem czas w zadusznej poczekalni na stacji kolejowej. Jakże inaczej były urządzone stacje na Śląsku- nieraz myślałem.
Uposażenie moje wynosiło już 80 złotych miesięcznie, z którego byłem w zupełności zadowolony. (...) Posada dla mnie była bardzo korzystna, gdyż mieszkania nie płaciłem, a wyżywienie domowe było również tanie. W dalszym ciągu uczyłem się moich przedmiotów. W pracy starałem się być pilny i punktualny. Przyszłość zaczynała różowieć !



piątek, 17 listopada 2017

Wspomnienia Józefa Sępka - część II

Ciąg dalszy wspomnień chocznianina Józefa Sępka (1902-1942), których pierwsza część była zamieszczona przed tygodniem. (link)

(...) Następnie poszedłem znów na służbę- do Klasztoru Karmelitów Bosych w Wadowicach. Miałem wtenczas coś 14 lat. Początkowo pracowałem w ogrodzie z braciszkiem zakonnym, następnie po pół roku przydzielono mnie do kuchni, do pomocy kucharzowi. W klasztorze było mi najlepiej. O ile kiedyś mógłbym coś powiedzieć o komunie, to ona tu panowała pod jednym względem, a mianowicie wyżywienia. To co jadał sam przeor jadła cała służba. Nie było żadnych wyjątków. Zarabiałem tu nieźle, gdyż co miesiąc dostawałem 10 koron i coś niecoś z garderoby. Obchodzono się ze mną również bardzo dobrze.
Tu już zacząłem pojmować, co to znaczy praca zorganizowana, jaka tu panowała. Wstawałem i szedłem na spoczynek o jednej oznaczonej porze. W wolnych chwilach czytałem książki, z początku pobożne, ale ponieważ były bardzo nudne i monotonne, zacząłem czytać inne, jak opisy podróżnicze i inne powieści, gdyż biblioteka była olbrzymia. Prócz tego przez pół roku pełniłem rolę ministranta, usługując codziennie rano do mszy, co sprawiało mi dużą przyjemność, zwłaszcza matka cieszyła się, że zostanę braciszkiem. Na pozór byłem zadowolony. Mnie jednak wciąż coś pchało gdzie indziej. Mimo dobrobytu buntowałem się na myśl, że tu zostanę do śmierci za służącego. Horyzont myślowy rozszerzał się i było mi już za ciasno !
Po roku odszedłem zasobny w siły ciała, jak również moralnego wychowania chrześcijańskiego, które stamtąd wyniosłem w dalszą wędrówkę.
W tym właśnie czasie miałem możność widzieć skutki przeciągającej się wojny. Nie zdawałem sobie oczywiście jeszcze sprawy, co to jest wojna i dlaczego się ją prowadzi. Pamiętam jakie to sceny działy się podczas wystawania w ogonkach, gdzie ludzie czekali całymi godzinami, by dostać kawałek chleba lub szczyptę cukru. Sam często musiałem się ustawić w takim szpalerze, gdzie mnie o mało nie zadusili. Ile to razy wystałem się godzinami i nic się nie otrzymało, gdyż przed samymi drzwiami jak już byłem, zabrakło chleba lub cukru. Na sobie doznałem "zbawczych" skutków wojny, gdy mi się jeść chciało.
Podczas ofensywy Rosjan na Gorlice i Kraków w Wadowicach stały piekarnie polowe. U żołnierzy dało się nieraz kupić chleba i naturalnie musiałem to czynić ostrożnie, gdyż proceder ten był surowo karany. Ludzie ze śmietników wygrzebywali ochłapy jedzenia. Przydał mi się wtenczas język niemiecki, którego się w szkole uczyłem. Widziałem rannych całe masy, przywożonych do szpitala w Wadowicach. Zgroza była na nich patrzeć, jak który nie miał rąk i nóg. Także widziałem jak chowano tych obrońców- bohaterów na cmentarzu wojskowym, kładąc po 100 do jednego wspólnego grobu, przesypując ich obficie wapnem. Za ich poświęcenie nie dano im trumny nawet- chowano na wpół nago, gdyż zaledwie w kalesonach.
Co tydzień podziwiałem jak odchodziły strojne marszkompanie na front, ubrane w zieleń, jakby szły na zabawę. Tak szedł kwiat ludzki na rzeź, żegnały ich rozdzierające jęki i płacz, które starała się przygłuszyć orkiestra wojskowa. Nie żałowano przy tym święconej wody i ognistych przemówień oraz błogosławieństwa. 
(...) Z klasztoru udałem się na praktykę, lecz do innego działu. Mianowicie do handlu śniadankowego, przy którym mieścił się wyszynk wódek z restauracją. Tu pod względem wyżywienia było mi też źle. Szefowa była skąpa, wskutek czego głód musiałem zaspokajać w sklepie, zjadając niektóre artykuły żywnościowe. Ja dorastałem i w tym okresie najwięcej potrzebowałem jeść. Nie wysypiałem się, gdyż szedłem spać o 12-stej, a wstawałem o 7-mej. Tak mijał mi czas na pracy. Byłem jak niewolnik. W niedzielę jedynie miałem coś 4 godziny wolnego po południu.
Moi dwaj bracia poszli w moje ślady- nie chcieli już służyć i też chcieli się czegoś nauczyć. Jeden starszy poszedł do ślusarza, drugi do masarza na praktykę. Ten ostatni jeszcze najlepiej dokonał wyboru, miał co jeść.Pomimo wielkich trudności, z jakimi walczyliśmy rękami i nogami, trzymaliśmy się, by wytrwać do końca. Brat który uczył się na ślusarza był w dodatku bardzo wątły. Do pracy musiał dochodzić z domu codziennie, robiąc około 8 km dziennie. Zima dla niego była straszna, gdyż nie miał się w co ubrać i prawie na pół boso chodził do pracy. Dosyć że skończył praktykę i zdał egzamin na ślusarza. Co to był za sukces i uciecha, miał bowiem w rękach fach !
W roku 1919 poszedłem jako 16-letni ochotnik na odsiecz Lwowa. Matka się śmiała ze mnie, gdy się z nią żegnałem. Niedługo przekonała się, że nie żartowałem. Szefowi nic nie mówiłem o mym przedsięwzięciu, gdyż by mnie nie puścił. Po trzech miesiącach wojaczki wróciłem do domu. Gdy opowiadałem matce moje przygody, to śmiała się i płakała na przemian. By ją pocieszyć dałem jej 300 koron uskładane z żołdu, który wynosił 115 koron za 10 dni.
Za kilka dni poszedłem na stare miejsce, skąd uciekłem do wojska. Nie było mi jednak dane skończyć praktyki, gdyż pryncypał wkrótce sklep sprzedał, a mnie dał tylko zaświadczenie, jaki czas byłem u niego. Była to późna jesień.
Przez zimę musiałem nudzić się w domu i przemyśliwać, co dalej robić, gdyż matka była skołatana i nie miała głowy, aby mi w tym pomóc. Ojciec jakby nie istniał. Kolegów nie miałem, ani ich nie szukałem. Tego rodzaju częste zmiany wyrobiły u mnie wiele cech dodatnich, uczyły samodzielności. Domu już nienawidziłem i tęskniłem do innego życia. 
Gdy tylko pierwsze dni wiosny nastały wyjechałem z domu i udałem się na Górny Śląsk, na chybił trafił szukać jakiej takiej pracy. W praktyce wydarłem się do nitki prawie, więc palącą sprawą było sprawienie sobie ubrania. Na Śląsku podówczas administrowały oddziały francuskie, włoskie i angielskie. Był to okres plebiscytowy. Naturalnie musiałem się szwarcować z jednym kolegą przez Wisłę między Oświęcimiem a Bieruniem. Po szyję się brodziło w zimnej wodzie, lecz dość szczęśliwie  bez przeszkód przebyliśmy granicę i dostaliśmy się na drugi brzeg. Tego samego dnia pojechałem do Brzezinki przed Mysłowicami.
Górny Śląsk zaimponował mi na pierwszy rzut oka. Z ciekawością dziecka podziwiałem z dala lasy kominów i smugi dymów, który świadczył o ich czynności. Nadzwyczaj podobały mi się stacje kolejowe, koleje i drogi żelazne. Czystość i porządek tu panujący, uczyniły na mnie największe wrażenie, gdyż lubiłem zawsze czystość i nienawidziłem brudu. Pracę zaraz dostałem na jednej z kopalń koło Brzezinki tzw. "Laryszu", chociaż nie bez pewnych trudności, gdyż sztygar, który mnie przyjmował do roboty powiedział, że jestem "zu jung" (za młody). Prosiłem go, że jestem bez wyjścia i przyjął mnie.
Dziwne uczucie ogarnęło mnie, gdy po raz pierwszy zjeżdżałem windą jako 17-letni chłopiec ze starymi górnikami do wnętrza kopalni na głębokość 120 metrów. Zaczęła się ciężka i znojna praca jak na mój wiek. Jakże inaczej wygląda ona na powierzchni ziemi. Specjalnie ciężka była dlatego, że grubość pokładu węgla wynosiła zaledwie 60 do 80 centymetrów. Były to tak zwane węgle gazowe wyborowej jakości. Ze względu na bezpieczeństwo miała dodatnie strony, gdyż na wysokich pokładach wystarczy mały kawałek węgla lub kamienia, aby człowieka zranić lub zabić. N atak niskim pokładzie obsuwający się kamień 10 do 30 kg zesunie się prawie po plecach bez szkody. Wielkie przestrzenie trzeba było przebywać zgiętym we dwoje. Gdy z początku chciałem przez omyłkę podnieść głowę, uderzyłem całą siłą o kapę lub górną warstwę pokładu, aż gwiazdy zobaczyłem. Jakie to trudności musiało sprawiać ludziom, którzy byli dorośli, bo ja byłem przecież mały. Przez 2 tygodnie tak mnie kości bolały, że nie mogłem się wyprostować.
Przez rok pobytu przeszedłem na kopalni niemal wszystkie rodzaje prac- a więc ciskałem wózki próżne i z węglem, ładowałem węgiel do wózków, smarowałem maszyny pomocnicze, itd. W końcu zostałem przydzielony jako pomocnik przy szramowaniu węgla. Jest to praca najcięższa i polega na tym, że eksploatuje się węgiel mechanicznie za pomocą specjalnej maszyny, poruszanej zgęszczonym powietrzem tzw. "Schrammmaschine".  Samo ustawienie tej maszyny stanowiło wielką trudność. Sama część ruchoma zwana cylindrem ważyła około 150 kilogramów. Zawieszenie i przymocowanie cylindra było uciążliwe, gdyż z powodu bardzo niskiego pokładu nie można się było wyprostować i tym samym wykorzystać siły całego ciała tak koniecznej. Trzeba było zatem te uciążliwe operacje wykonywać klęcząco, gdzie sam tułów pracować musiał za całą część ciała.
Ładowanie węgla do wózków wykonywało się również klęcząco, a nawet leżąco. W dodatku przodek był oddalony, trzeba było transportować węgiel na żelaznych nieckach kilkanaście metrów. Takich wózków ładowało się na szychtę (8 godzin) 10 do 15 sztuk, a każdy wózek miał około 700 kg węgla pojemności.
Dwa razy ledwo uniknąłem zasypania podczas zawalenia się olbrzymiej ściany. Zakosztowałem więc i tego rodzaju życia i coraz lepiej zaczynałem rozumieć jego sens.
(...) W kopalni były wszędzie całe tumany pyłu węglowego i dymu unoszącego się w powietrzu, którym musiało się przez całe 8 godzin oddychać. Po odstrzale dynamitowym wskutek niskiego pułapu dym nie miał ujścia. W dymie górnicy wyglądają jak cienie i jeden drugiego prawie nie widzi. Światełka latarek tylko dają znać, gdzie się kto znajduje. Gdy pierwszy raz znalazłem się w taki smrodzie zachorowałem i musiano mnie na pół przytomnego wynieść na powierzchnię. Często są miejsca w kopalni, gdzie jest mokro. Wtedy człowiek jest zmoczony do nitki.
Wielkim dobrodziejstwem są na kopalni łazienki, gdzie każdy człowiek może się przebrać przed pracą, a po pracy umyć porządnie. Zbrudzone i mokre ubranie wyciąga się na łańcuszku do góry, zamyka na kłódkę i zostawia  do następnego dnia. Gdy znów idzie się do pracy w ten sposób wiesza się ubranie, w którym przychodzi się do roboty i które służy do spaceru także.
Mieszkałem w tzw. Schlafhausie. Jest to rodzaj koszar, gdzie jest kantyna i gdzie można się stołować. W jednej z izb było nas najmniej 20-stu różnego wieku. Smród unoszący się z karbidu czuć było wszędzie. Warunki jakie tu panowały dla mnie były opłakane. Dlatego że byłem najmłodszy musiałem często znosić kaprysy starszych robotników. Trzeba im było różne posługi załatwić.
(...) Zarobek mój wynosił na 2 tygodnie około 60 RM, z czego połowa szła na utrzymanie, reszta na ubranie i inne osobiste potrzeby. Cieszyłem się zawsze, ilekroć zbliżał się termin wypłaty, że będę mógł kupić sobie coś. Matce też dawałem od czasu do czasu część mojego zarobku. Pamiętam jak raz na Boże Narodzenie gdy przyjechałem do domu przywiozłem w plecaku węgla kawał, który sam z głębi wyniosłem, jako namacalny dowód mej pracy, aby sobie nim w piecu napaliła. 
Podczas mego pobytu na terenie Górnego Śląska zetknąłem się bliżej z jego mieszkańcami- Górnoślązakami. Ludzie ci bez porównania stali na wyższym poziomie pod każdym względem od emigrantów z Galicji względnie Kongresówki. Przede wszystkim zauważyłem, że stopa życiowa była tu bez porównania lepsza, jak również warunki bytowania. Czystość na każdym kroku bezwzględna, tak w domu , jak i na ulicy lub w sklepie. Każdy Górnoślązak umiał pisać i czytać, czytał gazety i orientował się szybko. Jednym słowem byli to ludzie kulturalni i uprzejmi. Spotykałem się z rodowitymi Niemcami, lecz nic nie mogą powiedzieć, żeby byli ujemnie nastawieni do Polaków. Gdy na przykład poszedłem coś kupić w sklepie, to wzruszała mnie ich grzeczność, nigdzie nie spotykana. Przydał mi się w takich wypadkach język niemiecki, którego się w szkole nauczyłem. Skarżyli się tylko nieraz Górnoślązacy na małe zarobki. Czynili porównania, że przed tym nigdy nie było maszyn, mniej węgla górnik ufedrował (urobił), mniej się napracował, a zarobił 10 razy tyle. W dodatku robotę popsuli emigranci z Galicji w ten sposób, że ją wyśrubowali na ostatni guzik. Dlatego też Ślązacy byli ujemnie nastrojeni do nich.
(...) Gdy czasem pojechałem do Katowic lub Mysłowic po zakupy, spoglądałem na chłopców sklepowych, którzy byli ładnie ubrani i dobrze wyglądali. Postanowiłem opuścić pracę, by dokończyć zaczętą praktykę.
Po upływie roku tej ciężkiej pracy z żalem żegnałem te strony. Pomimo tego, że zawsze się pociłem i nigdy nie byłem pewny, czy zobaczę powierzchnię ziemi, to polubiłem tę pracę. Łoskot piekielny maszyn, powstały z rytmu pracy był mi piosenką. Pracowałem ciężko, a nigdy nie czułem zmęczenia ani nudy- a trzeba wiedzieć, że co trzeci tydzień miałem szychtę na noc. Wolałem 10 razy tę pracę, jak służbę na wsi lub praktykę u pryncypała. Przed tym nigdy nie miałem czasu, teraz mi go zbywało.Mogłem studiować jak akademik i wiem, żem robił postępy. Teraz jeszcze dobitniej zrozumiałem, jak korzystnie wpływa na robotnika 8-mio godzinny dzień pracy. Zrobiłem swoje i resztę doby 16 godzin byłem zupełnie wolny. Na służbie i w praktyce pracowałem 16 godzin na dobę w lepszych warunkach, a zawsze byłem zmęczony i osowiały.
(...) Przez cały czas pobytu na kopalni należałem do organizacji górniczej i co miesiąc wpłacałem przypadającą składkę. Udziału czynnego oczywiście nie brałem ze względu na mój wiek młody. Stwierdziłem, że niektórzy robotnicy z byłej Galicji niechętnie zapisywali się w szeregi organizacji. W przeciwieństwie do nich Górnoślązacy wszyscy należeli i czynny brali udział w życiu organizacji i w razie potrzeby umieli zająć  zwarte stanowisko.
Po pracy w czasie odpoczynku czytywałem gazety lub książki, częściej jednak prałem swoją bieliznę i łatałem ubranie przeznaczone do pracy.

piątek, 10 listopada 2017

Wspomnienia Józefa Sępka

Pierwszy fragment wspomnień chocznianina Józefa Sępka, dotyczący okresu przed pierwszą wojną światową. Autor pochodził z Komaniego Pagórka, żył w latach 1902-1942, a jego wspomnienia zostały opublikowane w wydanej w 1938 roku w książce "Robotnicy piszą- pamiętniki robotników" w rozdziale pod tytułem "Awans".

Urodziłem się w roku 1902 w jednej podkarpackiej wiosce Choczni. Rodzice moi też pochodzili ze wsi. Ojciec nawet był  zapadłej mieściny. Należeliśmy do ludzi biednych. Nasz cały majątek stanowiły 3 morgi pola z czego połowa nieużytki i stara chata słomą kryta.
Ani ojciec, ani matka nie mieli specjalnego zawodu- byli wyrobnikami. Matka ledwo umiała pisać, bo chodziła tylko przez rok, czy dwa do szkoły, ojciec natomiast był zupełnym analfabetą. Umiał się tylko podpisać, czego go matka nauczyła.
Trudno się było utrzymać z małego skrawka ziemi, trzeba było pracować zarobkowo. Ojciec był, że tak powiem obieżyświat. Od małych lat jeździł po świecie za pracą- zwykle po Prusach, gdzie pracował, przy czym tylko się dało- na roli lub w fabrykach. Po ożenieniu się z moją matką wyjechał do Niemiec za robotą i przebywał tam całymi latami. Na większe święta zaglądał tylko do kraju. Początkowo dbał o dom i posyłał pieniądze, lecz z czasem zaczął zapominać o żonie i dzieciach, zostawiając je na łasce losu.
Gdy świat zapamiętałem- miałem może lat 5. Niedługo zapisała mnie matka do szkoły ludowej. W wolnych chwilach od nauki pomagałem matce. Popularną moją czynnością było pasienie krowy, naszej jedynej żywicielki. A gdy byłem starszy 8-9 lat pracowałem z matką przy cięższych robotach polowych, jak sadzenie, okopowanie ziemniaków i przy zbiorze innych ozimin.
Do szkoły chodziłem przeważnie o głodzie. Uczyłem się dość dobrze. Czasami tylko, o ile matka miała jakieś grosze, to dała mi, abym sobie kupił chleba podczas pauzy w szkole. Chleb naturalnie jadałem suchy w takich wypadkach. Moja nauczycielka, u której się zwykle zwalniałem, gdy szedłem po chleb do sklepu, który był dość oddalony od szkoły, pytała mnie, dlaczego matka ni daje mi śniadania przed pójściem do szkoły. Moje odpowiedzi brzmiały przez łzy, że niema czasu na gotowanie śniadania. Zresztą ja byłem zadowolony z kawałka suchego chleba, bo częściej się zdarzało, że go nie miałem. Nieraz ślinka szła do ust, gdy widziałem , jak moi rówieśnicy w szkole zajadali chleb z masłem. Moja biedna matka sama starać się musiała o codzienną strawę dla nas. Wielka uroczystość była w domu, gdy mieliśmy chleb, kupowaliśmy go przeważnie na niedzielę lub święta, poza tym jedynym naszym pokarmem były ziemniaki jałowe z takąż kapustą. Śniadania, obiady i kolacje były do siebie podobne. Codziennie były więc trzy jednakowe dania, na śniadanie ziemniaki lub zacierka, na obiad i kolację to samo. Dość często się zdarzało, że obiadu nie było wcale. Mleko, co było po jednej krowie matka musiała w mieście sprzedać, by za to kupić jakieś drobne i potrzebne rzeczy, jak sól, zapałki, naftę, itd. Na głowie matki spoczywał więc cały ciężar, często przekraczający jej siły. Aby podołać wyżywieniu dzieci musiała prócz pracy w domu iść na zarobek do sąsiadów, pracując w pocie czoła na roli. Matka sama nie zjadła- a niosła wszystko prawie dzieciom. Gdy na przykład dostała podwieczorek w pracy, to zawsze przyniosła nam do domu chleba lub z obiadu jakieś przysmaki. Matka była bardzo pracowita, ale brak jej było praktyczności w tej pracy, ile to wysiłków wskutek tego poszło na marne.
Co moja matka przeszła, tego nie da się opisać. Zresztą posądzono by mnie o bujną fantazję. A moim zamiarem jest rzetelnie opisać rzeczywistość bez fałszywej tendencyjności.
Ileż to nocy ona nie spała przemyślając nad nami, co nam dać jeść i w czym będziemy chodzić. Ileż łez wylała, że zdało się, że oczy wypłacze. Matka to wszystko przebolała i zwycięsko przeszła ! Podziwiam dziś jej odporność, że się nie załamała pod tym brzemieniem nieszczęść. Dziś doznaję szczęścia, gdy patrzę na jej postać. Matka moja to bohaterka i męczenniczka losu. Jej poorane zmarszczkami oblicze daje odbicie jak w lustrze przebytych trudów, które znieczuliły jej ciało, za to duch zahartował się w kuźni życia ! Była i będzie dla mnie przykładem. Nie kłaniam się żadnym obrazom ani posągom, czynię to jedynie przed matką. Synowskie serce potrafi tylko ocenić jej trudy i poświęcenie.
W międzyczasie rodzeństwa przybyło. I tak w pierwszym pięcioleciu było nas już czworo: trzech braci i siostra. Ojciec gdy przyjeżdżał czasem do kraju z początku to cieszył się dziećmi. Często przywoził ze sobą jakiś praktyczny podarek- ubranie lub buty. Ale to było tylko z początku. Gdy mu później matka robiła wyrzuty, że zapomina o dzieciach, że cierpimy głód, to odpowiedź jego brzmiała w ten sposób „że dzieci niech idą służyć, że on od sześciu lat służył”.
I na skutek biedy, która z każdym dniem się zwiększała, gdyż ojciec nic nie dawał, musiałem iść na służbę do jednego gospodarza we wsi. Miałem podówczas coś 11 lat. Jako pierworodny rozpocząłem z żalem tę iście krzyżową drogę. W domu pozostało jeszcze dwóch braci młodszych i jedna siostra. Z początkiem uciekałem ze służby do domu, lecz to nic nie pomagało. Trzeba było zostać. Do szkoły posyłała mnie gospodyni tylko dwa razy w tygodniu, ot tak aby kary tylko za mnie nie zapłacić. Trzeba było pracować, a nie uczyć się. Tyle miałem lepiej, że jadłem trochę inaczej i punktualniej. Praca była jednak ponad moje siły. Zasadniczo matka dała mnie tylko do pasienia krów, ale kto tam się pyta o to- po tym byłem do wszystkiego. Jako uposażenie miałem otrzymać 25 reńskich na rok. Miałem straszny kłopot z krowami, które paść musiałem aż cztery i to na powrozie, gdyż pastwisk było tyle, co na długiej drodze polnej, po której obu stronach rosły ziemniaki i zboże. Wstawać musiałem o trzeciej rano i zaczynać codzienną pracę. We znaki dawał się najbardziej noszenie wody w drewnianych konewkach, które próżne były ciężkie, a co dopiero z wodą. Mozolne było także mielenie zboża na żarnach dla świń i na mąkę na chleb. W zimie oprócz tego musiałem wstawać rano i iść młócić zboże w stodole, razem z dorosłymi młockami, wynajętymi do tego celu.
Zamiast pieniędzy za moją pracę pobierała matka zwykle na przednówku żyto lub ziemniaki, których brak było dla wyżywienia reszty rodzeństwa, a ja musiałem chodzić w łachmanach.
Ileż to dzieci dziś żyje w podobnych warunkach, a może w jeszcze gorszych. Co za piękna rola humanitaryzmu byłaby do spełnienia i ile łez przez to można by obetrzeć!
(…)Te same koleje co ja przeszli dwaj młodsi bracia. Gdy tylko trochę odrośli musieli i oni iść na służbę, nie skończywszy nawet szkoły. Ja byłem pod tym względem szczęśliwcem, który ukończył wszystkie cztery klasy ludowe. W żadnej klasie nie repetowałem i miałem ochotę do nauki, tym bardziej, że gimnazjum było tak blisko- w Wadowicach.
Niestety nie było za co się uczyć. Rozlecieliśmy się jak ptaki z walącego się gniazda, by szukać chleba u ludzi. (…)
Ani rodzice, ani koledzy nigdy nie mieli żadnego wpływu na nas. Matka o tyle miała ten wpływ, że dała nas na służbę. Zresztą gdy się nam jeść chciało, sami uważaliśmy za stosowne opuścić dom. Na nasze poczynania miało wpływ tylko życie, silniejsze niż wszystko.
Warunki mieszkaniowe zawsze były w zgodzie z naszym losem. W domu jeszcze było jako tako. Na służbie gdzie byłem, stajnia była na tak wysokim poziomie, że tuż obok krów i żłobu znajdowała się kuchnia. Czyli połowa dużej izby (dom był murowany) była przeznaczona dla krów, a druga połowa na kuchnię. Przepierzenia nie było, choć mogło być z pożytkiem uskutecznione. Znajdował się tu stół do jedzenia, w kącie zaś stało moje łóżko. Proszę sobie wyobrazić higienę w takich warunkach. W lecie naturalnie roje much i innych owadów skrzydlatych, prawdziwy koncert brzęczących owadów trwał całe lato. Zabawne to było, gdy muchy kąsały krowy, a te biły nogami po drewnianych dylach i wywijały na nasze strony swymi ogonami, muchy jednak z ogonów nic sobie nie robiły, spędzone z jednego miejsca, gryzły z większą zajadłością w innym. Wskutek tego wszędzie je można było znaleźć, w zupie, mleku, maśle, itd. Na domiar złego były także zapachy stajenne. W dzień i w nocy czuć było nieznośny odór. Noc była o tyle znośniejsza, że człowiek był zawsze zmęczony pracą, kładł się i spał jak zarżnięty. Zgroza mnie obecnie przejmuje, jak ludzie na wsi mają skromne wymagania odnośnie powietrza. Ile to jeszcze pracy mrówczej trzeba będzie, by ten stan zmienić.
Tam gdzie był mój brat młodszy na służbie, było jeszcze gorzej, gdyż jedzenie gotowano nie na kuchni, lecz na tak zwanym drajfusie- trójnogu, który umieszczony na środku izby i paliło się pod tym trzechnożnym przyrządem ogień. To było zupełnie podobne do ćwiczeń gazowych bez użycia masek. Wszędzie pełno dymu, wskutek czego „dom” taki wyglądał jak jaskinia zbójców, budząc nastrój żałobny. U powały wisiały całe pasma sadzy, osadzone na sznurach pajęczyn. I w takich to warunkach ludzie u nas żyją.
Po dwóch latach służby poszedłem do Wadowic do sklepu żelaznego na praktykę z własnej inicjatywy. (…) Pamiętam tylko, że matka dziwiła się, skąd ja mam takie pomysły. Koledzy moi, których znałem trudnili się popularnym „zbijaniem bąków”, czyli próżnowaniem – nie chciało się im jeść, jak nam. Nam zawsze życie było na piętach, więc musieliśmy być ruchliwi.
A więc zostałem w tym sklepie, bo chciałem zostać kupcem. Do pracy dochodziłem z domu. Znów powtórzyła się historia niejadania śniadań i byłem w sklepie bez życia. Reagowałem z początku silniej, , gdyż na służbie jadałem inaczej. Co miałem jednak robić. Myślałem sobie, że jak zostanę panem, to sobie wszystko odbiję. Niedługo przeniosłem się na inne, lepsze miejsce, gdzie dostawałem już jedno danie, nie pamiętam czy śniadanie, czy na kolację. Był to sklep bławatny, praca lżejsza i higieniczniejsza. W obu tych sklepach byłem coś półtora roku.