Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zbrodnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zbrodnia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 sierpnia 2022

Choczeńskie korzenie zbrodniarza wojennego Guzdka

 

Engelbert Guzdek (w środku)

Nazwisko Engelberta Guzdka, zwanego „Katem Powiśla” lub „Krwawym upiorem”, należy do najczęstszych w Choczni, a osoby je noszące mieszkały w niej już w XVI wieku. Biorąc pod uwagę, że dziadek Engelberta urodził się w nieodległym Andrychowie, można było domniemywać, że przodkowie tego zbrodniarza wojennego, który miał na sumieniu ponad 1000 istnień ludzkich, wywodzili się właśnie z Choczni. Dotychczas brakowało jednak na to dowodów, a wszystkie znane życiorysy Guzdka nic o tym nie wspominały. Dopiero niedawno udało się to wyjaśnić i potwierdzić.

Choć o Guzdku pisał między innymi Adam Kazimierz Musiał w książce „Krwawe upiory” , czy Zygmunt Szych w opracowaniu „Guzdek, kat Powiśla” to dla jego zbrodnicze dokonania z okresu II wojny światowej znane są głównie mieszkańcom okolic Dąbrowy Tarnowskiej, których wielu krewnych i przodków odczuło bezpośrednio sadyzm, okrucieństwo i bezwzględność.

Engelbert Guzdek przyszedł na świat 29  października 1909 roku w Stonawie na Śląsku Cieszyńskim. Jego ojciec Jan był z zawodu rzeźnikiem, a matka Anna z domu Ciemała wywodziła się z okolic Skoczowa i przed ślubem pracowała jako kucharka na plebani. W czeskim spisie mieszkańców z 1921 roku Guzdkowie figurują jako mieszkańcy domu nr 258, należącego do Aloisa Febera. Tylko Jan deklarował narodowość polską, natomiast jego żona i trzech synów zapisani byli jako czescy Ślązacy, wyznania katolickiego. Co ciekawe, Engelbert występuje tam w czeskiej wersji swojego imienia (Andelin). Wbrew temu imieniu nawiązującemu do anioła (Engel i andel to właśnie anioł- odpowiednio po niemiecku i czesku), młody Guzdek już przed wojną dał się poznać jako sadysta i osoba skłonna do chuligańskich wybryków. Odznaczał się też potężnym wzrostem (ponad 190 cm), a pracując w masarni ojca, miał zwyczaj picia świeżej krwi zwierzęcej. W 1929 roku zabił podczas napadu 33-letniego Faustyna Gołąbka, po czym ukrywał się w oczekiwaniu, aż sprawa przyschnie. W 1934 roku pracując jako robotnik rolny w posiadłości księcia pszczyńskiego i w rzeźni w Cieszynie poznał i poślubił Hildegardę Perleger, z którą miał trójkę dzieci. W czasie II wojny  światowej zadeklarował narodowość niemiecką i jako folksdojcz wstąpił na służbę w niemieckiej żandarmerii. Został skierowany do Generalnego Gubernatorstwa, służąc kolejno w Gorlicach, Jaśle, Tarnowie, Radgoszczy, Mędrzechowie i Otfinowie, gdzie zginął zastrzelony 22 sierpnia 1943 roku. Jak pisze Musiał

Gdy Guzdek przejeżdżał przez wsie w towarzystwie policjantów granatowych na wózku z karabinem maszynowym gotowym wciąż do strzału, wsie były jak gdyby wymarłe. Do każdego napotkanego młodego zdolnego na partyzanta mężczyzny, strzelał bez pytania. Na początku przebrany za cywila, udając handlarza chodził po okolicy i nabierał sromotnie ludzi. Dokonywał mordów na bezbronnej ludności polskiej, żydowskiej i cygańskiej. (…) Dla dodania sobie odwagi wypijał podobno codziennie ćwierć litra wódki na czczo i rozlepiał afisze ostrzegające, że za niego zginie 100 Polaków. Miał więc ten ludobójca doskonałą osłonę i wyjątkową wśród tej wyjętej spod prawa ludności polskiej okazję, do dawania upustu swoim zbrodniczym zapędom. Mógł zatem zabić kogo chciał i ilu chciał ludzi na raz. Za nic nie odpowiadał- przeciwnie dostawał awanse, nagrody i pochwały. Wolno mu było stosować różnego rodzaju wyrafinowane tortury i w różny zastraszający sposób śmierć zadawać.

Guzdek uczestniczył między innymi w likwidacji tarnowskiego getta, masakrze Żydów pod ratuszem w Tarnowie i mordzie Romów w Szczurowej, gdzie zginęły 93 osoby. Osobiście strzelał do ludzi, chcąc wyśrubować swoisty rekord w ilości zabitych, których liczba, jak wspomniałem wcześniej, przekroczyła 1000 osób. Sam Guzdek zginął przez przypadek- gdy rzucił się w pogoń za uciekającym Ukraińcem, został postrzelony przez innego niemieckiego żandarma. W jego pogrzebie w Otfinowie uczestniczył ojciec Jan i brat Józef, uczestnik kampanii wrześniowej w 1939 roku (w wojsku polskim). Drugi z braci Engelberta- Rudolf Guzdek- służył z kolei w wojsku niemieckim i zaginął na froncie wschodnim.


Z przedstawionych w ubiegłym miesiącu  czterech głównych linii rodowych choczeńskich Guzdków (link) Engelbert i jego ojciec należeli do potomków Marcina Guzdka, licznie reprezentowanych w powojennej Choczni. Przodek Engelberta-  Wawrzyniec Guzdek, urodzony w 1783 roku w Choczni jako syn Alojzego Jana Guzdka i Barbary Reginy z domu Gurdek, osiedlił się w Andrychowie, gdzie pracował jako piekarz. Utrzymywał jednak kontakty z rodziną w Choczni, a jego żona Regina z Jaśkowskich była matką chrzestną dwojga z dzieci Jędrzeja Guzdka, pozostałego w Choczni brata Wawrzyńca. Tenże Wawrzyniec był pra-pradziadkiem Engelberta, który swoje nazwisko i pewną pulę „choczeńskich” genów zawdzięczał Janowi, synowi Wawrzyńca (ur. w 1818 roku w Andrychowie) i Józefowi, wnukowi Wawrzyńca (ur. w 1849 roku w Andrychowie). Synem Józefa i Marianny Nowak był wspomniany już  rzeźnik Jan Guzdek, ojciec Engelberta. Autorem tego genealogicznego wywodu jest T.M. Można jeszcze dodać, że Engelbert Guzdek był nie tylko potomkiem choczeńskich Guzdków, ale i Ramendów, z których wywodziła się babka jego pra-pradziadka. Natomiast po matce Wawrzyńca Guzdka odległe korzenie Engelberta tkwią w Chobocie. W Choczni do dzisiaj mieszkają krewni tego zbrodniarza wojennego, do których sam się niestety zaliczam. Choć Engelbert Guzdek był zaledwie kuzynem czwartego stopnia mojego ojca (przy wspólnym przodku Alojzym Janie Guzdku), to takie odległe pokrewieństwo pociąga jednak za sobą na tyle duże podobieństwo genetyczne, że łatwo byłoby je wykryć i potwierdzić za pomocą instrumentów genealogii genetycznej.

Ilustarcje z książki A. K. Musiała "Krwawe upiory":

Engelbert Guzdek w mundurze

Hildegarda, żona Engelberta

Eryk Guzdek, syn Engelberta

Anna, matka Engelberta

Jan Guzdek (ozn. x) ojciec Engelberta w mundurze strażaka

Dom Guzdków w Stonawie


czwartek, 6 maja 2021

Mieszkaniec Choczni świadkiem w głośnym procesie sądowym

 

W latach 1931-33 polska prasa szeroko relacjonowała procesy sądowe Andrzeja Sarny z Juszczyna koło Makowa, którego oskarżano o to, że 2 lipca 1931 roku pozbawił życia swoją kochankę Marcjannę Cebulankę, uderzając ją tępym narzędziem w głowę, a następnie upozorował jej samobójstwo, wieszając jej zwłoki na polnej gruszy.  Sekcja zwłok wykazała u denatki obrażenia-zadrapania na policzku, szyi, ramionach i nogach oraz duży guz na głowie. Podejrzenia na Sarnę skierował miejscowy chłopiec Wincenty Marszałek, który krytycznej nocy pilnował skoszonej koniczyny niedaleko miejsca zdarzenia i słyszał krzyk:

„Jezus Maria Jędruś puść mnie !” 

a następnie przekleństwa z ust mężczyzny, którego po głosie rozpoznał jako Sarnę. A że Sarna był kochankiem Cebulanki, z którą ostatnio żył w niezgodzie, to poszlaki wskazujące na jego winę wydawały się bardzo poważne. W dniu śmierci Cebulanki Sarna bawił się na miejscowym weselu do 11 wieczorem, a później opuścił towarzystwo, twierdząc, że idzie do domu. Nikt nie widział go już tej nocy, ani następnego poranka, po czym już po odkryciu zwłok pojawił się na poprawinach.

W pierwszych dwóch procesach, które toczyły się przed sądem w Wadowicach, Sarna został uznany za winnego i skazany na karę śmierci. Jednak za każdym razem Sąd Najwyższy uwzględniał kasację jego obrońcy i dopatrując się błędów formalnych w prowadzonych postępowaniach zwracał jego sprawę do ponownego rozpatrzenia. Za trzecim razem wadowicki sąd skazał Sarnę na karę 15 lat więzienia, ale i w tym przypadku kasacja obrońcy była skuteczna. Doszło do czwartego procesu, tym razem przed sądem przysięgłych w Krakowie. Powołano i przesłuchano przeszło 70 świadków, w tym niejakiego Piotra Cipcię, mieszkańca Choczni. Co ciekawe, Cipcia był inwalidą wojennym, który stracił wzrok, ale dla sądu nie było istotne, co mógł zobaczyć, lecz co miał usłyszeć. Podobno Sarna przyznał się mu do popełnienia zbrodni, co nie znalazło jednak potwierdzenia w jego zeznaniach.

Biegli sądowi nie byli zgodni, czy zadrapania na ciele Cebulanki powstały za jej życia, czy po  śmierci.

19 maja 1933 roku sąd zarządził wizję lokalną na miejscu zdarzenia. Sędziowie, przysięgli, prokurator obrońca i oskarżony w asyście policyjnej przyjechali do Juszczyna autobusem i udali się pod fatalną gruszę, gdzie znaleziono zwłoki. Jak pisał „Nowy Czas”:

Pierwsze próby szły w kierunku zrekonstruowania sytuacji, w jakiej zastano zwłoki Cebulanki. Pod dziką gruszą ułożono w pozycji klęczącej wieśniaczkę Helenę Salównę, założono jej na szyję pętlę, którą przytwierdzono do gałęzi. Matka nieboszczki oraz świadkowie wyjaśniali, w jakiej pozycji zastali nieboszczkę i jakie na niej stwierdzili ślady.” 

Następnie sąd przystąpił do odtwarzania sytuacji, jaka miała miejsce krytycznej nocy. Wincenty Marszałek, główny świadek oskarżenia udał się na pagórek, na którym wówczas przebywał i z tej odległości miał rozpoznawać znane mu osoby, które pojawiały się pod gruszą. Okazało się, że często mylił się w identyfikacji okazywanych. Nie rozpoznał także oskarżonego Sarny. Później stojący pod gruszą Sarna i Marianna Cebulanka, siostra Marcjanny wypowiadali głośno słowa, które miał 2 lata wcześniej usłyszeć Marszałek. Także i w tym przypadku rozpoznał je tylko częściowo, nie zawsze poznawał głos Sarny a z kwestii wypowiadanej przez Cebulankę usłyszał tylko słowo Jędrek. To bardzo podkopało wiarygodność składanych przez niego zeznań.

 24 maja sąd sformułował pytania, na które mieli odpowiedzieć przysięgli, decydując o winie lub niewinności oskarżonego. Gdy głos zabrał prokurator, przed sądem doszło do nieoczekiwanego incydentu. Sarna chwycił krzesło i zaczął nim uderzać o podłogę, a następnie ruszył z nim w kierunku prokuratora i obrońcy. Bełkotał przy tym niezrozumiałe słowa.  Po chwili udało się go obezwładnić, ale potrzeba było do tego aż 4 strażników. Po tym ataku szału prokurator wniósł o zbadanie stanu umysłowego oskarżonego

25 maja wznowiono rozprawę. Postępowanie Sarny z poprzedniego dnia przypisano wyczerpaniu nerwowemu. Swoje ostatnie mowy wygłosili prokurator oraz obrońca, po czym przysięgli udali się na naradę.  Ostatecznie orzekli oni jednogłośnie, że Sarna nie zabił Cebulanki. Wobec takiego orzeczenia przewodniczący sądu zarządził natychmiastowe zwolnienie Sarny z więzienia, a prokurator zapowiedział wniesienie kasacji.

środa, 5 lutego 2020

Franciszek Cibor - córkobójca

"Courier-Post", wychodzący w Camden w stanie New Jersey, w numerze z 20 lipca 1932 opisuje tragiczną historię, która wydarzyła się w domu emigranta z Choczni Franciszka Cibora:

Ostatnia kula na siebie. Córki w poważnym stanie w szpitalu.

Zrozpaczony ojciec, pozostający przez miesiąc bez pracy, postrzelił dwie małe córki, raniąc je poważnie, a potem popełnił samobójstwo ostatnią kulą rewolweru w ich domu w Filadelfii.
Tym człowiekiem był 53-letni Frank Cibor z ulicy Migdałowej 3363. Jego córki Jean (13 lat) i Lucy (9 lat) przebywają w szpitalu Northeastern General Hospital. 
Jean została postrzelona w lewą pierś, a Lucy w prawą stronę i plecy.
Policja uważa, że ​​Cibor próbował zabić swoją 45-letnią żonę Josephine i syna Benjamina (23 lata), ale jedna z kul w pistolecie nie wybuchła, a on wykorzystał ostatnią, aby zakończyć własne życie. Umarł natychmiast po samobójczym strzale.

Dziewczyny spały w tylnej sypialni. Cibor wszedł i strzelił do Lucy, która spała na boku. Kula trafiła ją pod prawą pachę i zsunęła w dół przez jej plecy.
Gdy pistolet wystrzelił, Jean usiadła na łóżku i wrzasnęła. Ojciec pociągnął za spust i uderzyła ją druga kula. Potem wybiegł.
„Tatuś wpadł do pokoju Benny'ego i baliśmy się wstać z łóżka” powiedziała policji Jean. „Kiedy usłyszeliśmy, jak wybiega z pokoju Benny'ego, wstaliśmy i pomogłam Benny'emu wziąć Lucy. Zaniósł nas na dół i zabrał do szpitala. Nigdy nie widziałem, żeby Tatuś patrzył na nas tak, jak wtedy, gdy do nas strzelał”.
Syn powiedział policji, że ostatniej nocy ojciec najwyraźniej był w dobrym humorze i nie mieli pojęcia, że ​​coś jest nie tak. Benjamin powiedział policji, że ojciec nie był alkoholikiem. Gdy był zatrudniony, pracował dla Reading Railway.
Bennie zadzwonił na policję ze szpitala Northeastern, a do domu wysłano wóz patrolowy, który zastał Cibora zastrzelonego w korytarzu swojego mieszkania.
Detektyw porucznik Choplinski próbował przesłuchać panią Cibor. Była roztrzęsiona i nie mogła nic powiedzieć. Nie słyszała, jak jej mąż wstaje z łóżka i wychodzi z pokoju, ale obudziła się na dźwięk strzałów.

Lucy Cibor zmarła w szpitalu 20 lipca 1932 roku. 
Jej siostra Jean Cibor przeżyła postrzał. Jako dorosła osoba dwukrotnie wychodziła za mąż- za Matthew Bisha i Franka Maslankę. Zmarła w 1979 roku.
Ich brat Benjamin- a właściwie Bolesław James Cibor - rok po opisanych tu wydarzeniach poślubił Bronisławę z domu Skoczylas. Doczekał się córki Catherine i syna Vincenta oraz czworga wnuków. Zmarł w 1986 roku.
Wspomniana w artykule Josephine Cibor (z domu Koczorowska) była drugą żoną Franciszka Cibora, czyli macochą w stosunku do: Benny'ego, Jean i Lucy. Ich matką była Katarzyna Cibor (z domu Strzempek), zmarła w 1926 roku, którą Franciszek poślubił w USA w 1905 roku.
Natomiast sam Franciszek Cibor, córkobójca i samobójca, urodził się w Choczni 2 marca 1877 roku, jako syn Jana Cibora i Antoniny z domu Szczur. Do USA wyemigrował w 1903 roku. 
Żaden z potomków jego braci i sióstr nie mieszka obecnie w Choczni.

Informację wyszukał T.M.