Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1933. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1933. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 lipca 2024

Choczeńska kronika policyjna - część XII

 Wydawany w Krakowie tygodnik "Prawda" w numerze z 10 stycznia 1903 informował:

Śmiały złodziej. W Choczni koło Wadowic przed świętami Bożego Narodzenia, wieczorem o godzinie 8. wyprowadził złodziej ze stajni jedyną krowę pewnej wdowie. Po drodze spotykał się z różnymi ludźmi, a także z wójtem tej wsi. Pytał się o drogę do Tomic i w tym kierunku uszedł. Dziwna rzecz, że dotąd go nie odkryto. 

Prawie 2,5 roku później ta sama "Prawda" donosiła o kolejnej kradzieży, tym razem konia (numer z 3  czerwca 1905):

Na złodzieju czapka gore. W zeszłym miesiącu ukradł w nocy złodziej pewnemu gospodarzowi w Choczni konia. Gdy gospodarz zaglądnął w nocy do stajni, znalazł tylko jednego konia, a z drugiego ani śladu. Siada więc co prędzej na konia i jedzie w stronę Wadowic, pytając po drodze przechodniów, czy kto z nich nie widział złodzieja. Tymczasem złodziej przejeżdżał przez miasto na koniu i spotkał dwóch stróżów nocnych. Ci, spotkawszy jadącego, żartem zawołali: Stój, już dawno na ciebie czekamy. Złodziej myśląc, że naprawdę go poznali, zeskoczył z konia i uciekł. Stróże zaprowadzili konia przed magistrat, gdzie ze zdziwieniem spotkali właściciela, który sobie konia odebrał.

Amerykański "Democrat and Chronicle" z 13 lipca 1915 roku przynosi następną notatkę o kradzieży, tym razem popełnionej przez choczeńskiego sprawcę:

Batavia 12 lipca. Frank Mlak z Choczni lat 25, zamieszkały przy Webster Avenue w Rochester został dziś aresztowany w Batavii i odstawiony przez policję z powrotem do Rochester pod specjalnym nadzorem. Zostało udowodnione, że Mlak włamał się do polskiego gimnazjum przy Sobieski Street i zabrał stamtąd pieniądze, papierosy, cygara i czekoladę.

11 lipca 1933 roku doszło w Krakowie do kradzieży, w której poszkodowanym był Tadeusz Tarasek, mąż choczeńskiej nauczycielki. Zajście opisał dziennik ilustrowany "Siedem groszy":

Tadeusz Tarasek usnął na ławce na Plantach w Krakowie obok Głównej poczty, z czego skorzystał złodziej, zabierając mu z kieszeni spodni zegarek i kwotę 35 zł. Podobne wypadki zdarzają się dość często na Plantach krakowskich, lecz mimo to, publiczność jeszcze ciągle jest mało ostrożna.  

Ostatni w tym odcinku przypadek wielu powtarzających się kradzieży w okolicy Wadowic, w tym i w Choczni, został zrelacjonowany przez korespondenta "Głosu Narodu" w numerze z 6 października 1908:

Od dwóch tygodni grasują w okolicy Wadowic z niezwykłą śmiałością złodzieje i awanturnicy różnego rodzaju. Napady i rabunki powtarzają się prawie codziennie. I tak w Woźnikach okradziono organistę na kilkadziesiąt koron, w Tomicach obrabowano Fr. Kujawskiego, a na szynk Kałza urządzono formalny napad z rewolwerami. W Choczni okradzionym został Ruliński i Zając, w Gorzeniu zabrano Zollmanowi przedmioty złote i srebrne wartości 300 koron. Wczoraj bandy złodziejskie przeniosły się do samych Wadowic i okradły już p. Hałatka na kwotę 386 koron, a propinatorowi zabrały dwa palta wartości 386 kor, nadto rozbili złodzieje w biały dzień biurka u geometry ewidencyjnego. Przy tem jednak włamaniu sprawcy zostali pochwyceni. Są to dwaj małoletni, źle po polsku mówiący złodzieje. Przy rewizji znaleziono u jednego nabity rewolwer. Aresztowni nie chcą dać żadnych wyjaśnień. W jednym z nich policja rozpoznała niejakiego Richtera z Misilesów. Przedsięwzięto następnie rewizję w bawiącym tu od dwóch dni taborze cygańskim i znaleziono kilka skradzionych przedmiotów. Policja zarządziła teraz liczne aresztowania cyganów i ma nadzieję, że wyśledzi wszystkich sprawców ostatnich kradzieży.


czwartek, 22 lutego 2024

Choczeńska kronika policyjna - część XI

"Goniec Śląski" z 10 kwietnia 1924 podawał, że:

W Katowicach niejakiemu Ignacemu Felmanowi z ulicy Kościuszki skradziono różne rzeczy o wartości 5 miliardów marek, policja aresztowała 11 osób za włóczęgostwo, a niejakiego W.W. z Choczni powiat Wadowice za kradzież z włamaniem, K. H. za kradzież złotego zegarka i B. J. za podejrzenie uprawiania nierządu zarobkowego.

Francuski dziennik "L'Echo du Nord" w numerze z 17 kwietnia 1935 roku odnotował, że:

Maria Wilkosz (z domu Widlarz), pochodząca z Choczni, powiat Wadowice w Polsce, lat 32, właścicielka tawerny w Roubaix, zamieszkała przy rue Darbo 34, wniosła skargę o pobicie ze strony swojej lokatorki Marianny Bartczak, lat 26. Ta ostatnia, która przyznała się do winy, stanie przed sądem.

Katowicki dziennik "Polonia" z 5 listopada 1935 roku informował o bójce na weselu z udziałem mieszkańców Choczni:

Na Groblach pod Wadowicami, w jednej z podrzędnych karczm odbywało się wesele niejakiego Wągrzyka z Frydrychowic. Wśród gości weselnych znajdował się brat pana młodego, Wągrzyk Franciszek, Kobielas Czesław, Banaś Franciszek, oba z Gorzenia Dolnego, Ramza Jan, Ogiegło Józef z Choczni, Rzepka z Wadowic i inni. Wszyscy, mocno popijając, gwarzyli. W pewnej chwili Banaś Franciszek zwrócił się do Ramzy, aby postawił mu litr wódki, na co ten się zgodził, mówiąc, ze za chwilę mu ją postawi. Nie dotrzymał jednak słowa, a zawiedziony Ramza upomniał się natrętnie o obiecaną wódkę. Wyprowadzony tem z równowagi, Ramza uderzył dwa razy Banasia w twarz. To stało się powodem bójki. Na placu bójki, którą zlikwidowała policja z Wadowic i milicja miejska, został ciężko ranny Wągrzyk Franciszek, przebity dwa razy nożem w pierś i pobity tępem narzędziem po głowie. Wągrzyka odwieziono do szpitala powszechnego w Wadowicach. Innych, lżej rannych, po opatrzeniu doprowadzono na posterunek policji państwowej, gdzie po spisaniu protokulów i wylegitymowaniu, wypuszczono ich na wolność.

"Kronika Beskidzka" w numerze nr 35 z przełomu sierpnia i września 1985 roku zamieściła krótką notatkę o kradzieźy biżuterii należącej do mieszkanki Choczni:

Barbara B. z Choczni powiadomiła MO o kradzieży biżuterii wartości 100 tysięcy złotych. Na pytanie kiedy to miało miejsce, odpowiedziała, że „gdzieś między 14 a 15... maja bieżącego roku." Maluczko i milicja zacznie się dowiadywać o wyczynach legendarnego Szpicbródki...




czwartek, 6 maja 2021

Mieszkaniec Choczni świadkiem w głośnym procesie sądowym

 

W latach 1931-33 polska prasa szeroko relacjonowała procesy sądowe Andrzeja Sarny z Juszczyna koło Makowa, którego oskarżano o to, że 2 lipca 1931 roku pozbawił życia swoją kochankę Marcjannę Cebulankę, uderzając ją tępym narzędziem w głowę, a następnie upozorował jej samobójstwo, wieszając jej zwłoki na polnej gruszy.  Sekcja zwłok wykazała u denatki obrażenia-zadrapania na policzku, szyi, ramionach i nogach oraz duży guz na głowie. Podejrzenia na Sarnę skierował miejscowy chłopiec Wincenty Marszałek, który krytycznej nocy pilnował skoszonej koniczyny niedaleko miejsca zdarzenia i słyszał krzyk:

„Jezus Maria Jędruś puść mnie !” 

a następnie przekleństwa z ust mężczyzny, którego po głosie rozpoznał jako Sarnę. A że Sarna był kochankiem Cebulanki, z którą ostatnio żył w niezgodzie, to poszlaki wskazujące na jego winę wydawały się bardzo poważne. W dniu śmierci Cebulanki Sarna bawił się na miejscowym weselu do 11 wieczorem, a później opuścił towarzystwo, twierdząc, że idzie do domu. Nikt nie widział go już tej nocy, ani następnego poranka, po czym już po odkryciu zwłok pojawił się na poprawinach.

W pierwszych dwóch procesach, które toczyły się przed sądem w Wadowicach, Sarna został uznany za winnego i skazany na karę śmierci. Jednak za każdym razem Sąd Najwyższy uwzględniał kasację jego obrońcy i dopatrując się błędów formalnych w prowadzonych postępowaniach zwracał jego sprawę do ponownego rozpatrzenia. Za trzecim razem wadowicki sąd skazał Sarnę na karę 15 lat więzienia, ale i w tym przypadku kasacja obrońcy była skuteczna. Doszło do czwartego procesu, tym razem przed sądem przysięgłych w Krakowie. Powołano i przesłuchano przeszło 70 świadków, w tym niejakiego Piotra Cipcię, mieszkańca Choczni. Co ciekawe, Cipcia był inwalidą wojennym, który stracił wzrok, ale dla sądu nie było istotne, co mógł zobaczyć, lecz co miał usłyszeć. Podobno Sarna przyznał się mu do popełnienia zbrodni, co nie znalazło jednak potwierdzenia w jego zeznaniach.

Biegli sądowi nie byli zgodni, czy zadrapania na ciele Cebulanki powstały za jej życia, czy po  śmierci.

19 maja 1933 roku sąd zarządził wizję lokalną na miejscu zdarzenia. Sędziowie, przysięgli, prokurator obrońca i oskarżony w asyście policyjnej przyjechali do Juszczyna autobusem i udali się pod fatalną gruszę, gdzie znaleziono zwłoki. Jak pisał „Nowy Czas”:

Pierwsze próby szły w kierunku zrekonstruowania sytuacji, w jakiej zastano zwłoki Cebulanki. Pod dziką gruszą ułożono w pozycji klęczącej wieśniaczkę Helenę Salównę, założono jej na szyję pętlę, którą przytwierdzono do gałęzi. Matka nieboszczki oraz świadkowie wyjaśniali, w jakiej pozycji zastali nieboszczkę i jakie na niej stwierdzili ślady.” 

Następnie sąd przystąpił do odtwarzania sytuacji, jaka miała miejsce krytycznej nocy. Wincenty Marszałek, główny świadek oskarżenia udał się na pagórek, na którym wówczas przebywał i z tej odległości miał rozpoznawać znane mu osoby, które pojawiały się pod gruszą. Okazało się, że często mylił się w identyfikacji okazywanych. Nie rozpoznał także oskarżonego Sarny. Później stojący pod gruszą Sarna i Marianna Cebulanka, siostra Marcjanny wypowiadali głośno słowa, które miał 2 lata wcześniej usłyszeć Marszałek. Także i w tym przypadku rozpoznał je tylko częściowo, nie zawsze poznawał głos Sarny a z kwestii wypowiadanej przez Cebulankę usłyszał tylko słowo Jędrek. To bardzo podkopało wiarygodność składanych przez niego zeznań.

 24 maja sąd sformułował pytania, na które mieli odpowiedzieć przysięgli, decydując o winie lub niewinności oskarżonego. Gdy głos zabrał prokurator, przed sądem doszło do nieoczekiwanego incydentu. Sarna chwycił krzesło i zaczął nim uderzać o podłogę, a następnie ruszył z nim w kierunku prokuratora i obrońcy. Bełkotał przy tym niezrozumiałe słowa.  Po chwili udało się go obezwładnić, ale potrzeba było do tego aż 4 strażników. Po tym ataku szału prokurator wniósł o zbadanie stanu umysłowego oskarżonego

25 maja wznowiono rozprawę. Postępowanie Sarny z poprzedniego dnia przypisano wyczerpaniu nerwowemu. Swoje ostatnie mowy wygłosili prokurator oraz obrońca, po czym przysięgli udali się na naradę.  Ostatecznie orzekli oni jednogłośnie, że Sarna nie zabił Cebulanki. Wobec takiego orzeczenia przewodniczący sądu zarządził natychmiastowe zwolnienie Sarny z więzienia, a prokurator zapowiedział wniesienie kasacji.

środa, 30 marca 2016

Choczeńska kronika policyjna

Niemieckojęzyczny "Weltblatt" z 8 grudnia 1898 roku informował:

Mężczyzna w damskim stroju.
Z Bielska meldują- posterunek bialskiej żandarmerii zatrzymał w dniu 1 grudnia i dostarczył do budynku sądu męskie indywiduum ubrane w damski strój, przynależne do Choczni pod Wadowicami. 
Aresztant- dotknięty wolem góralski kretyn nie jest w stanie podać informacji o swoim pochodzeniu.
Jego wprowadzenie do budynku sądu wzbudziło duże podekscytowanie.

"Zielony Sztandar" z listopada 1933 roku podawał:

Z niedzieli na poniedziałek (26 listopada), gdy wszystka policja strzegła domu dr Putka, nieznani sprawcy skradli z dolnej Choczni 15 kur biednemu gospodarzowi.

"Polska Zachodnia" z 26 lipca 1939 roku donosiła:

Głupich nie sieją... 
Trójka "naparstkarzy" pod kluczem.
Niestety naiwnych nigdy nie brak ! O tym przekonała się onegdaj trójka oszustów, którzy przy stacji kolejowej Biała-Lipnik, zatrzymywali śpieszących do pracy robotników, by wciągnąć ich do gry w naparstki. Policja bialska zajęła się oszustami i osadziła ich we więzieniu. 
Są nimi: 26-letni Józef Piskorz z Krakowa, 27-letni Władysław Kolber z Choczni pod Wadowicami i 27-letni Stanisław Kosior z Warszawy. 
Po odebraniu im 24 zł gotówki, uzyskanej przez oszukańczą grę ustalono, że spryciarze mieli podzielone role: jeden z nich prowadził grę, drugi, jako wabik, wygrywał stale, zachęcając innych do hazardu, a trzeci stał na warcie, by ostrzec kolegów o zbliżaniu się policji. 
Ofiary oszustów. które w ub. sobotę przegrały jakiekolwiek kwoty, mogą się zgłosić w komisariacie policji w Białej, celem odebrania przegranych pieniędzy. 

czwartek, 25 czerwca 2015

Okoliczności aresztowania Józefa Putka w 1933 roku

W listopadzie 1933 roku doszło do aresztowania Józefa Putka, w związku z jego udziałem w strajku rolnym rok wcześniej. Okoliczności tej sprawy opisuje w sposób miejscami humorystyczny "Zielony Sztandar" z 24 grudnia 1933 roku, w korespondencji Franciszka Świadka:

Jak było w Wadowickiem przy aresztowaniu D-ra Putka 

Po wyroku Sądu Najwyższego w sprawie brzeskiej, Komisarz Policji p. Stankiewicz za gorliwość jaką wykazał na terenie powiatu Wadowickiego wobec byłego więźnia brzeskiego Dr. Józefa Putka- zasługuje na szczególny awans i odznaczenie. Tajna i mundurowa policja na wszystkie strony jeździła i chodziła po piętach skazanego. W sobotę wieczorem, w zapale służbowym jeden „tajny" z kolegą, sprowadzonym do pomocy, zgubili Dr. Putka w dziwnych okolicznościach. Oto on, wracając z miasta z sekretarzem Zarządu pow. 0leksym, wstąpili w Choczni do sąsiada Malaty. W tym czasie synowie Malaty zaprzęgli konia do wózka i odjechali. Tajnym zdawało się że zginęli, uciekł według ich mniemania Dr. Putek. Młodzi zapytani przez policję, na hecę oświadczyli, że odwozili go do Wadowic, gdy on tymczasem najspokojniej po szedł do swojego domu. 
Rwetes był nie do opisania. Zaalarmowano wszystkie posterunki w powiecie i koło czeskiej granicy. Szukano zbiega w Zygodowicach, w Zebrzydowicach, koło Kalwarji, u Oleksego. Wszystkie gościńce obsadzono, a na gościńcu Wadowice- Kalwarja legitymowano wszystkie furmanki. Nawet na wypadek mobilizacji nie byłoby takiego pogotowia. Posterunkowy Mamoń, na ślub swojej siostry nie dostał na kilka godzin przepustki, bo tak wielkie niebezpieczeństwo groziło skołatanej Ojczyźnie. 26-go listopada odbywał się w Wadowicach odpust; gdy kilku pijanych wszczęło awanturę, to w mieście nie było ani jednego policjanta, bezpieczeństwo publiczne wyglądało tak, że miejska policja musiała prosić żołnierzy o pomoc. Chocznia honorowana była wszystką policją, a wieczorem Komisarz Stankiewicz przybył autem na inspekcję. Owi tajni, co strzegli, za karę trzymali służbę bez zmiany 3 dni i 2 noce, na słocie i błocie jesiennem. Służby takiej nie ma im co zazdrościć, a Dr, Putek powiedział Komisarzowi, że wilk ma lepszą wygodę. A ile djet, kosztów podróży, zdrowia ludzkiego pochłonęła ta gorliwość, — zupełnie zbędna.
 W poniedziałek, o godz. 17-tej towarzyszyliśmy z kolegą Oleksym Dr. Putkowi z Choczni do więzienia w Wadowicach. Gdy chcieliśmy wstąpić na herbatę do b. burmistrza Kluka jeden z policjantów, który na rowerze z Choczni nam towarzyszył chwycił konia za uzdę, dopiero Dr. Putek zwrócił mu uwagę, że tamuje ruch uliczny i uspokoił się. Zajście to wywołało zbiegowisko w mieście. Jeszcze gorliwszy był Komisarz Stankiewicz, który wszedł do Kluka domagając się by Dr. Putek szedł z nim. Ten go zapytał czy ma zarządzenie na piśmie, a gdy tego nie miał, to mu powiedział, że on sam przyjdzie do kryminału — a nie chce by p. Komisarz brał order za gorliwość. (...) W tym czasie przybył do Kluka sędzia Skowroński, który w tym dniu ogłosił wyrok za zeszłoroczny strajk rolny, skazując Putka na 6 miesięcy więzienia i 100 zł. grzywny (...) Zapowiedziano apelację. Dr. Putek podziękował sędziemu za wyrok. O godzinie 18-ej Komisarz w towarzystwie 4-ch policjantów wygłosił uroczyście: „w imieniu prawa aresztuję pana", Putek trzykrotnie, z ironją skłonił się do ziemi, i odjechał do więzienia. Taką ma zapłatę za uczciwą pracę obywatelską w gminie Choczni, w powiecie i dla całego państwa. (...) 

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Okoliczności śmierci Antoniego Styły w 1933 roku - ciąg dalszy

Ponownie o okolicznościach śmierci Antoniego Styły, byłego posła do Sejmu Krajowego we Lwowie.
Tym razem na podstawie artykułu w organie PPS- "Dzienniku Ludowym" z 1933 roku, numer 173.
Nawiązanie do wcześniejszej notatki:
LINK

Samobójstwo teścia dra Putka

Z Wadowic piszą nam:
Niesłychane poruszenie w mieście, powiecie wadowickim i całej szerokiej okolicy wywołała tragiczna śmieć wybitnego działacza stronnictwa ludowego Antoniego Styły w Choczni, b. posła na sejm galicyjski, teścia więźnia brzeskiego dra Józefa Putka.
Siedemdziesięcioletni starzec popełnił samobójstwo, rzucając się pod pociąg kolejowy. Z myślą o samobójstwie nosił się od pewnego czasu, powtarzał nieraz, że żyć nie warto w dzisiejszych stosunkach. Za udział w tamtegorocznym strajku rolnym przesiedział kilka tygodni w więzieniu wadowickim, gdzie nabawił się choroby, która cierpieniem dręczyła go do śmierci. Dręczyły go wypadki ostatnich czasów, a najbardziej dolegało mu zasądzenie na skutek zeznań osobistego wroga, oraz wyrok, jaki spotkał był więźniów brzeskich, a pomiędzy niemi i jego zięcia. Uporządkowawszy stosunki majątkowe, upełnomocniwszy zięcia, jako adwokata, do działań prawnych, pozostawił listy, w których daje dobitny wyraz tego co czuł. Listy policja przejęła i oddała prokuraturze  w Wadowicach. Wskazują one na samobójstwo z rozmysłem, skutkiem czego wszelkie wieści rozpuszczane stugębnemi pogłoskami, jakoby Styła został "sprzątnięty" przez nieznanych sprawców, bezwzględnie odpadają. 
W ubiegła niedzielę odbył się pogrzeb tragicznie zmarłego. Księża miejscowi odmówili ludowcowi i samobójcy pogrzebu kościelnego, nawet na interwencję dziekana, który wpływał na proboszcza ks. Dunajeckiego bezskutecznie. Zebrała się i tak masa ludzi. Pomimo ulewnego deszczu ostatnią posługę tragicznie zmarłemu oddano z czcią należną zmarłemu. 
Nad grobem wygłosili szereg rzewnych mów: Fr. Świadek z Zygodowic, J. Oleksy z Kalwarji i b. poseł Szczepański, żegnając wybitnego działacza imieniem stronnictwa ludowego i starszej generacji ludowców i podnosząc piękny charakter zmarłego. Straż ogniowa pełniła honory, muzyka miejscowa grała pieśni pogrzebowe, na zakończenie tłumy odśpiewały pieśń "Gdy naród do boju...". Na grobie złożono liczne wieńce. Nad grobem stanie wkrótce pomnik ufundowany ofiarnością przyjaciół. 
Antoni Styła należał w sejmie galicyjskim (dwukrotnie wybierany) do najradykalniejszych i najczystszych ideowo chłopskich posłów. W powiecie wadowickim, z którego swego czasu posłował, był postacią znaną i powszechnie szanowaną. Długie lata wójtował, był radcą powiatowym i dyrektorem Pow. Kasy Oszczędności, przewodniczył na licznych zebraniach. Sąd o sprawach wypowiadał wprost, otwarcie, nienawidził upodlenia. Cieszył się Polską, a ciężko i często smucił się tem, czego był świadkiem. Po Andrzeju Średniawskim zeszedł drugi starszej generacji ludowej działacz Antoni Styła. Pierwszy osierocił powiat myślenicki, drugi sąsiedni pierwszemu, wadowicki. Ruch ludowy poniósł bolesna stratę.
Zięć śp. Antoniego Styły, b. poseł i adwokat dr. Putek w Choczni koło Wadowic otrzymuje liczne wyrazy współczucia z okazji tragicznej śmierci teścia. Niedawno stracił matkę, obecnie teścia. Smutny to przydatek do procesu brzeskiego.





poniedziałek, 17 listopada 2014

Okoliczności śmierci Antoniego Styły w 1933 roku

Okoliczności śmierci Antoniego Styły, byłego posła do galicyjskiego Sejmu Krajowego, które opisane zostały w "Nowinach Codziennych" z 31 lipca 1933 roku w artykule pod tytułem: "Nieboszczyk przybył na swój własny pogrzeb- tragiczna śmierć byłego posła Styły":

"Koło Wadowic zdarzył się wypadek, który z początku zakrawał na tragikomedję, dopiero potem sprawa przemieniła się w ludzką tragedję. 
W środę o godzinie 5.15 popoł. pod pociąg, zdążający z Wadowic do Krakowa, na odcinku kolejowym Klecza dolna rzucił się nieznany mężczyzna. Denatowi koła pociągu odcięły głowę. Zawiadomione natychmiast o wypadku władze, przybyły na miejsce, gdzie z wyglądu zdołano stwierdzić, że denatem jest rzekomo niejaki Wincenty Siwek, umysłowo upośledzony. W mniemaniu, iż jest Siwek, zwłoki po sporządzeniu protokołu w Kleczy pochowano. 
Tymczasem w dwa dni później, t.j. w piątek rano, na ulicach Wadowic, spaceruje sobie najspokojniej "nieboszczyk" Siwek, głosząc wszem i wobec i każdemu z osobna, iż przyjechał na swój pogrzeb, w drodze bowiem dowiedział się, iż w mieście uważają go za nieboszczyka. Ukazanie się nieboszczyka na ulicach miasta wywołało zrozumiałe poruszenie, a u władz konsternację. 
Wobec takiego obrotu sprawy skierowano śledztwo w innym kierunku. Doszło bowiem do wiadomości władz, iż przed kilku dniami z mieszkania swego zięcia w Choczni k. Wadowic, wydalił się w nieznanym kierunku b. poseł  i znany działacz ludowy Antoni Styła, teść  byłego posła dr Putka. 
Przy zwłokach znaleziono list, nie podpisany w którym denat podaje, iż samobójstwo popełnia, gdyż czuje się załamany. Ta okoliczność skierowała podejrzenie, iż zmarłym jest b. poseł Styła, którego domownicy od kilku dni szukają. Okoliczność tę potwierdził syn zmarłego, który rozpoznał pismo ojca w liście pośmiertnym. 
Rodzina wdrożyła kroki o ekshumację zwłok. 
Styła był posłem do parlamentu austrjackiego i sejmu galicyjskiego. W okresie pomajowym miał kilka procesów i przebywał w więzieniu."