piątek, 31 maja 2019

Bajka Aleksandra Widlarza

W 1939 roku w poznańskiej "Naszej Gazetce" ukazało się historyczno- fantastyczne opowiadanie Aleksandra Widlarza (link) pod tytułem "Skąd Wielkopolska ma pszczoły", które skierowane było dla młodych czytelników.
Zbliżający się Dzień Dziecka to dobra okazja, by je tu zaprezentować.
W opowiadaniu tym występują w nim zarówno wątki choczeńskie, jak i wielkopolskie, co nie powinno dziwić, zważywszy z jednej strony na choczeńskie pochodzenie autora, a z drugiej na jego wieloletnią pracę i zamieszkanie w okolicach Gniezna.

Skąd Wielkopolska ma pszczoły?

Piękną krainę wśród licznych jezior i pagórków obrał sobie Lech dla siebie i swoich towarzyszy na siedzibę. Wszystko tu było: lasy, łąki i poła, dużo dzikiego zwierza i rybne wody. Jednego tylko brakowało: pszczół. Nie znali Lechici miodu, ani wosku. Kilkoro dziatek rozweselało liczne komnaty lechowego grodu w Gnieźnie. Najmilszą ojcu była szesnastoletnia córeczka Świętosława. Niezwykłej urody to dziewczę śliczny głos miało. Śpiewało też od rana do nocy, brząkając na gęślikach wesołe piosenki. Skoro usiadła na przyzbie dworzyszcza z gęślikami i zaczęła śpiewać, ojciec rozchmurzał swe czoło, a cały dwór nadsłuchiwał i wielbił piękną kneziównę za jej słowiczy śpiew.
Przy kołowrotku, czy prując srebrzyste wody jeziora, spędzała wesoło i beztrosko czas w gro-nie rówieśnic. Pewnego razu stało się straszne nieszczęście. W zimny, wiosenny wieczór wróciła kneziówna z jeziora z twarzą rozpaloną. Była tak osłabiona, że ledwie o swej mocy dowlokła się do progów zamczyska. Z jękiem rzuciła się na posłanie ze skór w sypialnej komnacie. Rzucono się na pomoc nieszczęsnej dziewczynie. Ojciec sprowadził mądrych znachorów z całego państwa. Daremnie kapłani kadzili komnatę ziołami święconymi przed posągiem Światowida. Daremnie zaklinali czary. Na nic się zdały ojcowskie modły do wszechwładnego Swarożyca o pomoc. Mijały dnie i tygodnie, poprawy w zdrowiu nie było. W bladej i wychudzonej twarzyczce kneziówny daremnie szukałbyś dawnego blasku i krasy. Cisza i głęboki smutek zapanowały w Gnieźnie. Wieść o chorobie pięknej kneziówny obiegła i napełniła smutkiem cały kraj. Dotarła też aż do niebotycznych gór karpackich. Tam wśród odwiecznych borów, nad szumiącym strumykiem mieszkał w osiedlu zwanym Chocznia, stary władyka imieniem Witosław. Był to człowiek, który w młodości za Karpaty chodził, królom węgierskim sługiwał. Poznał tam wiele tajemnic leczniczych różnych ziół. Umiał przyrządzać z miodu pszczelego wyborny napój. Gdy chory wypił kubek tego napoju, po kilku dniach przychodził do zdrowia, jeżeli go jeszcze Marzanna nie brała pod swoją opiekę. Szeroko słynęła sława lekarska starego władyki i jego cudownych leków. Bogaty czy ubogi jednako doznał u niego pomocy. Dumą i oczkiem w głowie starego Witosława był syn jedynak, Ziemowit. Jemu chciał stary przekazać tajemny sposób przyrządzania leków, pasiekę i bogactwo. Na utrapienie ojca syn ani myśleć nie chciał o tych sprawach. Najmilszym jego zajęciem było dosiąść dzikiego konia i gnać w bezkresną dal, polować na grubego zwierza, lub tworzyć hufce zbrojne z wiejskich chłopaków i staczać zacięte boje. Wodzem chciał zostać. Stanąć przed muzyką, zaśpiewać swawolną piosenkę, zatańczyć ogniście zbójnickiego to jego żywioł. Bystry, obrotny, odważny, miał wielki mir u rówieśników. Już mały wąsik przyciemniał mu wargę, gdy ojciec zawołał go do siebie. — Słuchaj, chłopcze: zachorowała bardzo ciężko córka naszego kochanego knezia Lecha, pana na Gnieźnie i Kruszwicy. Weźmiesz najlepszego konia z naszej stajni, jednego towarzysza ze sobą i co koń wyskoczy pojedziesz do Gniezna z lekarstwem dla chorej. Nie żałuj konia, abyś późno nie zajechał. Za osiem dni i nocy powinieneś stanąć na miejscu. Jest lato, trawy i wody dla koni nie zbraknie, matka ci sakwę wypełni mięsiwem i chlebem, a zresztą dobrzy ludzie też dopomogą. Pokłonisz się księciu ode mnie i powiesz, że sam go odwiedzić nie mogę, jako żem bardzo stary. Oblicze Ziemowita zajaśniało niezwykłą radością. Objął staremu nogi, po czym w mig rozpoczął przygotowania do drogi. Dawno już, żądny sławy i przygód, marzył o jakiejś dalekiej wyprawie w nieznane światy. Czuł niewypowiedziane szczęście i wdzięczność w sercu dla rodzica, że nie zawahał się wysłać go w tak daleką drogę. W godzinę był już gotowy do podróży. W nowiutkim, góralskim stroju dobrze wyglądał, przewiesił przez ramię łuk i kołczan ze strzałami, do boku przypasał krótki ostry miecz dla obrony przed dzikim zwierzem. Do siodła przytroczył sakwę z jedzeniem dla siebie i towarzysza, wreszcie lekarstwo mające przy-wrócić zdrowie Lechowej córze. Ziemowit wyszedł z chaty, trzy razy splunął za siebie, szepcąc zaklęcia, mające odpędzić złośliwe chochliki, uchylił kornie czoła przed posągiem Światowida, stojącego pod rozłożystym dębem i ruszył co koń wyskoczy na północ. W Gnieźnie tymczasem rozpacz się wzmaga. Piękna Świętosława, znękana chorobą śmiertelną, leży. Zaledwie odrobina życia w niej tleje. W koło niej płaczą i zawodzą jej towarzysz-ki i druhny. Lech załamuje ręce, spoglądając z trwogą na życie uciekające z ciała ukochanej córki. Żadnej już, żadnej pomocy się nie spodziewa. Nie usłyszy już więcej głosu najulubieńszej cór-ki. Wtem za oknami dworzyszcza tętent się rozlega. Ostro uderza-ją kopyta końskie o bruk podwórza. Zaciekawiony kneź wychodzi przed bramę i widzi nieznanego młodzieńca w dziwnym stroju. — Kto jesteś, młodzieńcze, i z czym przybywasz? — Ziemowit jestem, przybywam z dalekich gór Karpackich i przywożę lekarstwo dla waszej córki, miłościwy panie. Puśćcie mnie czym prędzej do niej, aby nie było za późno. — Zgoda, młodzieńcze, lecz moją córeczkę. Jeśli ją uleczysz, hojna nagroda cię nie minie, lecz jeśli umrze  …
Nie słyszał już Ziemowit dalszych słów zbolałego Lecha. Już jest przy łożu chorej kneziówny, otwiera sakwy, sięga po leki. Z trudem wypiła chora część lekarstwa i natychmiast popadła w długi sen. Przez kilka dni następnych walczyła z chorobą, lecz wnet poznać było można, że nastąpi poprawa. I rzeczywiście. Po załamaniu się choroby kneziówna szybko przychodziła dc, siebie. Ogromna radość zapanowała w całym kraju. Złotym łańcuchem nagrodził Lech dzielnego górala. Wszyscy pytali: — Skąd jest ten piękny młodzian, co naszą kneziównę uzdrowił? Co to za cudowne leki z sobą przywiózł? Dziesiątki razy urodny góral opowiada o ślicznych, skalistych, lesistych górach Karpackich, o wsi rodzinnej, o rodzicach, a zwłaszcza o starym ojcu, co takie leki przyrządza i o dziwnych małych owadach, co to słodziutki miód w dziuple noszą. Z roziskrzonymi oczami słucha tych opowiadań Świętosława, a coraz częściej uśmiech rozjaśnia jej bladą twarzyczkę. Szybko też wraca do sił i zdrowia. I znowu jak dawniej jeździ na łodzi po ulubionym jeziorze. Ale nie sama. Towarzyszy jej wysmukły góral, któremu życie zawdzięcza. Śpiewają razem wesołe piosenki, a czas mknie chyżo. Nareszcie nadszedł czas pożegnania. Lech ściska serdecznie młodzieńca, płacze nadobna Świętosława. Wszyscy żałują wesołego i dowcipnego górala. — Jakiej nagrody żądasz —pyta Lech — za uleczenie córki? — Majątku nie pragnę, miłościwy panie, gdyż mam go dosyć u siebie. Jeżeli wola wasza, dajcie mi. Świętosławę za żonę. Nie zdumiał się Lech na to żądanie. Dawno już zauważył, że młodzi lgną do siebie. — Dobrze, mój młodzieńcze, zgadzam się na to. Poznałem cię jako mądrego i roztropnego, pracowitego męża. Jesteś mężny, potrafisz w razie potrzeby ode-przeć najazd wrogów. Takiemu nie waham się powierzyć mej najulubieńszej córki. W zamian przyślesz mi kilka dziupli z pszczołami, aby lud tutejszy mógł się tak samo leczyć miodem, jak wy to czynicie. Przez cały tydzień trwało wesele, po czym oboje ruszyli w Karpaty. Zanim dwa razy księżyc odmienił swoją pyzatą twarz, już liczne roje pszczół rozweselały gnieźnieńskie bory ku wielkiej radości lechowego ludu.

środa, 29 maja 2019

Historyczne nazwy choczeńskich cieków wodnych

Osiemnastowieczna Metryka Józefińska oprócz powszechnie znanych Choczenki i Konówki  zawiera kilkadziesiąt (!) nazw mniejszych potoczków przepływających przez Chocznię. Nie oznacza to oczywiście, że choczeńska sieć cieków wodnych była/jest aż tak dobrze rozwinięta-  często małe potoki posiadały bowiem więcej niż jedną  nazwę.
Niespełna 14-kilometrowa Choczenka nie ma źródeł na terenie Choczni i nie odprowadza całości choczeńskich wód płynących do Skawy.
Wynika to z faktu, że niektóre choczeńskie potoczki są dopływami Dąbrówki, a inne Wieprzówki, które samodzielnie prowadzą do Skawy swoje wody.
Nazwa Choczenka pojawia się w źródłach pisanych już w 1581 roku, kiedy to król Stefan Batory dał Wadowicom folusz sukienny usytuowany nad rzeką Choczenką. Później nazwa Choczenka została zapisana w lustracji województwa krakowskiego z 1660 roku. Na niektórych austriackich mapach z XIX wieku jest określana jako Kaczyna Bach (potok Kaczyna).
Według wzmiankowanej wyżej Metryki Józefińskiej nazwy prawobrzeżnych dopływów Choczenki (z południa lub południowego- zachodu) brzmiały następująco (w kolejności od strony Wadowic):
  • potok Olszynki/Olszyny (przecinający dzisiejszą ulicę Kościuszki przed wjazdem na osiedle Malatowskie),
  • Konówka,
  • Studziany Potok (pod Przytnicą),
  • potok Olszynki/Brzezinki (pod Przytnicą na dawnej Kręciochówce).
Z kolei nazwy dopływów lewobrzeżnych Choczenki to:
  • Głownik (wypływający z obszaru na północ od Zawala i wpadający do Choczenki już na terenie Wadowic),
  • Potok Dzielny,
  • Rętowiec,
  • Olszowiec,
  • Leszczyny/Srzodkowy Potok/Rakoczyna/Dębowiec/Dąbkowiec (wypływający spod Gronia nad Chocznią i zasilajacy stawy sołtysie).

Potok Dzielny i Rętowiec zasilają obecnie Choczenkę poprzez rów wzdłuż torów kolejowych.
Metryka Józefińska nie podaje niestety, jak nazywał się w XIX wieku rdzawy potok Meksyk, przecinający Zawale.
Nazwa Konówki, największego dopływu Choczenki, pojawia się po raz pierwszy właśnie w Metryce Józefińskiej. Austriacy w XIX wieku nazywali go również Opusta, a w zapiskach choczeńskich proboszczów funkcjonowała też nazwa Kunówka. To największy ciek wodny płynący w całości przez Chocznię. Autorzy Metryki Józefińskiej mieli zresztą wątpliwości, czy to Konówka wpada do Choczenki, czy też odwrotnie, ponieważ zapisali:
"Rzeka Choczenka i Konówka przez Gront Plebański płynąca i łączą się obydwie wpadaiąc iedna w drugą."

Dopływy Konówki pod koniec XVIII wieku nosiły nazwy:
  • Upelsza, Głąbowiec, Łaski, Złotnik (z prawej strony z rejonu Pagórka Komaniego)
  • Głęboki Potok (za cmentarzem),
  • Dzielny Potok (na południe od osiedla Ramendowskiego, przecinający ulicę Kościelną),
  • Stawisko (na południe od Dzielnego Potoku).
Powyżej sołtystwa nie używano już nazwy Konówka, ale każdy z jej potoków źródłowych miał własną nazwę, przy czym w każdej ze spisywanych w Metryce ról nazwy te różniły się od siebie.
Na Graboniówce nazywano je: Głębowiec/Głąbowiec, Grabiniec/Grabowiec, Olszowice/Olszowy, Pod Granicą/Górnica, na Bryndzówce: Pierwszy Potok, Drugi Potok/Brzezina/Brzeziny, Smarza/Snaza/Snarza, Golec/Goły Potok, Wielki Potok, Wąski Potok, Podlasie/Podlesie, a na roli Romandowskiej pojawiają się określenia: Pierwszy Potok, Łech, Snoza/Snarza, Przycznica/Przyczka, Zimna Woda, Wielki Potok, Mały Potok, Krzączka/Krzątka, Podlesie i Ostatni Potok.

Ta część choczeńskich cieków wodnych, która wpadała do Dąbrówki, była wówczas nazywana:
  • Babi Potok, Wielki Potok, Srzedni Potok, Rzeczka Maykutów (ze źródłami na obszarze pomiędzy Pagórkiem Malatowskim a Góralską Drogą)
  • Graniczny Potok, Przykopa, Potok pod Lasem/Dąbrówka/Bary (ze źródłami w rejonie Księżego Lasu).
Wypływający z Zarąbków Olszowiec stanowiła na pewnym odcinku granicę między Chocznią a Inwałdem, później przecinała obecne ulice Drapówka oraz Kościuszki, by w rejonie Barańciaka powrócić na teren Inwałdu i zasilić Frydrychówkę, która z kolei przez frydrychowskie stawy dopływa do Wieprzówki i dalej do Skawy.
Źródłem zasilania w wodę frydrychowskich stawów były również potoczki: Jałowcowy, Matlak z dopływem Głęboki Potok, Krzesiłowiec/Kruszlowiec/Chrustowiec, Brzezinka/Krótki Potok, Potok Głęboka Dolina i Grabowiec, wypływające w rejonie obecnego składowiska odpadów.
Na północ od Starego Gościńca ma swoje źródła potok nazywany obecnie Lendwok (dopływ Frydrychówki), którego części lub dopływy w Metryce Józefińskiej zapisano jako: Studziennik/Studzienny Potok/Studzienki (w górnym biegu), Moczydło, Wielki Potok, Granicznik, Bagieniec, Fołtenik/Foltynek, Padwa, Ostatni Potok, Lisza, Głowacz, Srzedni Potok i Rypel.
Nazwa Lendwok jest identyczna, jak nazwisko choczeńskiego kmiecia z XVI wieku, które może pochodzić od niemieckiego słowa "Landvoigt", czyli wójt.
Również nazwa Fołtenik/Foltynek pochodzi od nazwiska właściciela jednej z choczeńskich ról w XVII wieku.
Obecnie część z wymienionych wyżej cieków pełni rolę rowów melioracyjnych, a niektóre są zasilane w wodę tylko okresowo, będąc w zasadzie bardziej wąwozami, czy jarami.
Według Metryki Józefińskiej w Choczni istniały ponadto liczne cieki nie mające charakteru naturalnego, czyli różnego rodzaju: strugi, młynówki lub przykopy, zasilające liczne stawy, wykorzystywane do hodowli karpi lub przez młynarzy.





poniedziałek, 27 maja 2019

Księża z Choczni- ksiądz Ignacy Wójcik

Ignacy Wójcik urodził się 9 lutego 1841 roku w rodzinie Błażeja Wójcika i jego żony Anny z domu Szczur.
Jako piętnastolatek rozpoczął naukę w gimnazjum w Cieszynie (1856), a następnie kontynuował ją w Krakowie, aż do 1863 roku.
Wiadomo, że w 1866 roku Ignacy Wójcik wziął czynny udział w wojnie austriacko- niemieckiej, oczywiście po stronie przegranych Austriaków.
Już rok później został przyjęty jako eksternista od razu na II rok seminarium duchownego w Bochni, kształcącego kadry dla diecezji tarnowskiej, do której należała wówczas Chocznia.
Zwieńczeniem tego etapu edukacji były święcenia kapłańskie, które Ignacy Wójcik przyjął w Tarnowie 24 września 1870 roku, czyli w  wieku 29 lat.
Jako neoprezbiter został skierowany 30 października do parafii Trójcy Przenajświętszej i św. Leopolda w podbocheńskiej Rzezawie. Ze względu na doświadczenie w armii został mianowany równocześnie kapelanem wojskowym.
W 1872 roku został przeniesiony do parafii Matki Boskiej Różańcówej w Lisiej Górze. Rok później proboszczem w tejże parafii został pochodzący z Choczni ksiądz Wojciech Bryndza.
Choczeńska obsada parafii lisiogórskiej przetrwała tylko przez rok, jako że w 1874 roku ksiądz Ignacy Wójcik rozpoczął posługę wikariusza w Straszęcienie, w parafii pod wezwaniem Wszystkich Świętych.
Tam zmarł 30 stycznia 1877 roku w wieku niespełna 36 lat.
Warto dodać, że księżmi usiłowało zostać także dwóch kuzynów ks. Ignacego Wójcika: Franciszek Dąbrowski i Antoni Nowak. Ostatecznie pierwszy z nich wybrał karierę prawniczą, a drugi przeniósł się z teologii na studia filozoficzne.

Księża z Choczni - link