wtorek, 25 kwietnia 2023

Książka "Dzieje dawnych choczeńskich rodów"

Nagłówek okładki

 W ubiegłym tygodniu ukazała się drukiem książka "Dzieje dawnych choczeńskich rodów", która na 402 stronach zawiera informacje historyczno-genealogiczne o 84 rodzinach mieszkających w Choczni 200 lat temu lub wcześniej. W większości przypadków ich potomkowie, choć noszący już niekiedy inne nazwiska, żyją w tej miejscowości do dziś, nie zawsze świadomi wzajemnych powiązań, czy pokrewieństwa.

Ze względu na przyjęte ramy czasowe publikacja nie obejmuje dziejów na przykład: Hałatów, Górów, Skowronów, Klaczaków, Gawędów, czy Bieleninów, którzy zamieszkali w Choczni na stałe po 1823 roku. Być może uda się uwzględnić także i ich losy w planowanej części drugiej.

Treść książki opiera się w większości na artykułach publikowanych w blogu „Chocznia kiedyś”, uzupełnionych i poprawionych według aktualnej wiedzy autora, ale zdarzają się też teksty premierowe.

Najważniejszymi źródłami informacji były choczeńskie metryki chrztów, zgonów i małżeństw, dawne spisy podatkowe i wyborcze, archiwalne wydania gazet, Kronika Parafialna, „Kronika Wsi Chocznia” Józefa Turały, publikacje Józefa Putka, Gustawa Studnickiego, Teresy Kolber, Ewy Widlarz, wspomnienia Ryszarda Woźniaka i innych chocznian oraz akta przechowywane w archiwach kościelnych i państwowych, a szczególnie w AP w Bielsku-Białej. 

Opracowanie jest skierowane do tych czytelników bloga "Chocznia kiedyś", którzy cenią sobie możliwość kontaktu z tradycyjną książką w wersji papierowej, jak również do wszystkich pozostałych osób zainteresowanych historią i genealogią choczeńskich rodów.

Ponieważ nakład omawianej książki był niski, to właściwie wszystkie wydrukowane egzemplarze znalazły już odbiorców lub są zarezerwowane. Planowany jest jednak szybki dodruk, a zainteresowani książką mogą zgłaszać się w tej sprawie mailowo: chocznia.kiedys@gmail.com, telefonicznie (668-916-961) lub poprzez kontakt z Marią Biel-Pająk.

Z książką można się również zapoznać w Bibliotece Jagiellońskiej w Krakowie i w Bibliotece Narodowej w Warszawie. 




poniedziałek, 24 kwietnia 2023

Spis wydatków kościelnych z XIX wieku źródłem interesujących danych

 

Rejestr wydatków kościelnych prowadzonych przez choczeńskiego proboszcza z XIX wieku ks. Józefa Komorka może być ciekawym źródłem informacji nie tylko o ówczesnych cenach różnych produktów i usług, ale także o samych chocznianach i innych mieszkańcach okolicy.

Analizując poniesione wydatki z lat 1886-1894, możemy ustalić na przykład listę miejscowych pszczelarzy, u których ks. Komorek zaopatrywał się w żółty wosk do wyrobu świec kościelnych, płacąc im 1 złoty reński za funt wosku.

Byli to:

  • Jan Janik – 2,5 funta (1888),
  • Józef Kolber – 1 funt (1888),
  • Bobczyńska z Rzyk – 11 funtów (1888),
  • Józef Rzycki – 1 kilo (1887),
  • Franciszek Strzeżoń  - 1 kilo (1886), 2,5 kilo (1887), 1,5 funta (1889), 1 ¼ funta (1892), 1 kilo (1893), 3,5 funta (1894),
  • Andrzej Kolber – 5 funtów (1887),
  • Jan Byrski z Kaczyny – 5 kilo (1887), 4 funty (1889), 4 funty (1886), 19 funtów (1886), 1 kilo (1886),
  • Józef Byrski 1,5 kilo (1886),
  • Tomasz Drożdż – 2 funty (1886), 2 funty (1887), 7 funtów (1889), 4 ¾ funta (1891), 5 funtów (1892), 4 funty (1894),
  • Agnieszka Kolber – 2 funty (1889),
  • Andrzej Janicki – 3 funty (1889), 6 funtów (1891),
  • Jan Sordyl z Kaczyny– 1 funt (1889),
  • Jan Ziomkowski z Kaczyny – 3 kilo (1886), 2 funty (1889),
  • Andrzej Sikora z Wysokiej  - 9 funtów (1889),
  • Michał Płonka z Rzyk – 10 funtów (1889), 7 funtów (1890), 8 funtów (1893),
  • Antoni Białoń z Targanic – 8 funtów (1889), 8 funtów (1892),
  • Andrzej Domin (?) z Kleczy – 2 funty (1891),
  • Wojciech Szydłowski z Kleczy – 10 funtów (1892), 2,5 funta (1893), 9 ¾ funta (1893),
  • Franciszek Kręcioch  - 5,5 funta (1893),
  • Franciszek Oles (?) Oleksy (?) z Kleczy – 2 kilo (1894),
  • Wojciech Gzela – 3 funty (1894),
  • Książek z Kaczyny – 1 ¾ (1886),
  • Franciszka Romańczykowa 1.5 funta (1886),
  • Jakub Sikora – 6 funtów (1886), 1,5 kilo (1886).

Choczeński organista Józef Czapik otrzymywał 31,5 złr pensji rocznej (1886-1894), a kościelny po 2 złr na kwartał za dzwonienie (1886-1893) lub 2,5 złr od 1894. Ponadto organista dostarczał opłatki na hostie, co stanowiło roczny wydatek 5 zł reńskich (od 1886 r.) lub 6 złr (od 1891 r. ), a kościelny z zakupionego wosku wyrabiał świece za 1,20-1,50 złr, naprawiał ornaty za 40 centów (1890) lub 1,60 złr (1894) oraz prał i naprawiał kościelną bieliznę za 3 do 5 złr na kwartał.

Sprzątaniem choczeńskiego kościoła zajmowały się "dwie babki", którym płacono po 5 zł reńskich rocznie. W niektórych latach były wspierane przez grabarzy i wówczas roczny koszt sprzątania wynosił 10 zł reńskich. Przy końcu analizowanego okresu do sprzątania została już tylko jedna babka, ale za to wymieniona z imienia i nazwiska (Marianna Koman), która nadal otrzymywała 5 zł reńskich rocznie + 1 zł za zamiatanie ekstra.

Odrzucaniem śniegu spod kościoła również zajmowali się grabarze, otrzymując za to początkowo po 30 - 40 centów. W 1893 roku odśnieżał już tylko grabarz Jan Hatłas za 60 centów, a w 1894 roku za 1 złoty reński (być może zimy były coraz bardziej śnieżne)

Rzemieślnikami opłacanymi przez proboszcza byli w tym czasie:

  • Karol Moński vel Młyński (choczeński stolarz urodzony w 1835 roku), który wykonał w 1888 roku nowy konfesjonał i gradus (stopień) do następnego za 5,5 złr oraz odnowił kataflak dla zmarłych i mary za 16 złr,
  • Teodor Mrzygłód (ur. 1857), który w 1888 roku odnowił krzyż na cmentarzu za 7 złr,
  • Józef Mrzygłód (ur. 1851), który w 1888 roku odmalował rzeźby koło ambony i wykonał ich złocenia za 8 złr,
  • szklarz Józef Dworak z Wadowic, który za wstawienie dwóch szyb do okien otrzymał 2,7 złr (1888), nieokreślonej liczby szyb 5,50 (1891), 5 szyb – 10,40 (1891), 1 szyby – 2 złr (1892),
  • Jan Baca, stolarz z Andrychowa, który za wykonanie klęcznika otrzymał 15 złr (1889), dwóch szaf z szufladami do zakrystii 83 złr (1889),
  • krawiec Fiołek za materiał i uszycie wierzchu baldachu otrzymał 9,60 złr (1891),
  • niewymienieni z nazwisk murarze za naprawienie schodów otrzymali 12 zł (1891),
  • kowal Antoni Sikora za „robotę” otrzymał 8,50 złr (1891), 3 złr za wykonanie nożyc do obcinania grabków na cmentarzu, czyli sekatora (1892) i za reparacje 1 złr (1894),
  • Józef Wójcik za naprawienie figury Chrystusa pod wieżą otrzymał 90 centów (1892),
  • Jan Pohl z Wadowic za 12 sztuk kilowych świec stearynowych otrzymał od 11,4 do 12 złr (prawie co roku),
  • stolarz Mlak za sprawienie stoliczka małego otrzymał 60 centów (1894).

Ceny różnego rodzaju ciekawszych rzeczy zakupionych przez probostwo wynosiły wówczas:

  • 20 centów za drewnianą pucierkę, czyli wiaderko na wodę (1888),
  • 25 centów za paczkę gwoździ (1891),
  • 38 centów za łopatę do odgarniania śniegu, a 45 centów za szuflę (1888),
  • 50 centów za trzcinkę do trzepania (1894),
  • 60 centów za kropidło (1893) lub 70 centów (1894),
  • 90 centów za szczotkę do zamiatania kościoła (1889),
  • 95 centów za księgę dziennika podawczego z oprawą (1893)
  • 2 złr za „olea święte” i watę do chrztów (1892),
  • 2,4 złr za baryłkę cementu (1892),
  • 2,5 złr za garniec wina mszalnego (1887-1890),
  • 3 złr za kapturki dla ministrantów (1894),
  • 30 złr za biały ornat od Sióstr Felicjanek ze Lwowa (1889) i 25 złr za kolejny (1894),
  • 38,58 zł za ornat biały od wytwórcy z Krosna (1893).



czwartek, 20 kwietnia 2023

Choczeńska kronika policyjna - część X

Ogólnopolskie, górnośląskie i zagłębiowskie gazety, takie jak "Polonia", "Górnoślązak", "Polska Zachodnia", "Polska Zbrojna", "Pomorzanin", czy "Expres Zagłębia" w latach 1923-28 opisywały historię bandyty i złodzieja Lelka, w której pojawił się też wątek choczeński.

Już w 1923 roku ów Lelek, mający różne przewinienia na sumieniu, usiłował zbiec z aresztu śledczego w Bielsku, namawiając do wspólnej ucieczki innych więźniów. Jeden z nich zdradził jednak dozorowi aresztu te zamiary i ucieczce udało się zapobiec.

Dwa lata później (1925) Lelek był już na wolności i wznowił przestępczą działalność. Tak pisała o tym "Polonia:

Z początkiem roku 1925 wędrowało po G. Śląsku dwóch żebraków, jeden ślepy, noszący wielkie, ciemne okulary, a drugi kulawy bez nogi, który ślepca wodził. Żebracy zachodzili wszędzie prosząc o kawałek chleba. Swoim widokiem budzili litość u ludzi, gdyż wszyscy mieli wrażenie, że są to kalecy z wojny światowej. Żebracy wędrowali przeważnie w oddalonych powiatach G. Śląska, a zwłaszcza w lublinieckim, pszczyńskim i rybnickim. Jednocześnie w powiatach tych zanotowano liczne wypadki śmiałych włamań i kradzieży. Okazało się, że żebracy dniem wypatrywali miejsca odpowiednie do popełnienia nocnych kradzieży. (...) W jednym przypadku okradziono doszczętnie rzeźnika, w drugim zabrano ubrania, kury i gęsi, Szczególne zaś upodobanie mieli złodzieje do garderoby i ubrań. Wszystkie te przedmioty pochodzące z kradzieży sprzedawano w Sosnowcu.

Sprawcami okazali się mieszkaniec Mysłowic- Tomasz Lelek (udający ślepego) i Jan Dudek z Modrzejowa, który rzeczywiście nie miał nogi oraz pomagający im Feliks Żdżarski z Mysłowic. Lelkowi udowodniono 23 kradzieże i skazano go na 8 lat ciężkiego więzienia.

28 października 1927 roku więzień Lelek zbiegł ze szpitala Bonifratrów w Bogucicach, o czym doniósł "Górnoślązak". 

Dalszy ciąg historii Lelka zamieścił "Expres Zagłębia". Okazało się, że w połowie lutego 1928 roku policja dostała informację, że niejaką Irenę Krasek w Modrzejowie często odwiedza zbiegły bandyta Lelek. Wobec tego w pobliżu mieszkania Karasek roztoczono obserwację i któregoś dnia po północy rzeczywiście zauważono poszukiwanego Lelka, gdy wychodził z obserwowanego lokalu. Podjęto próbę jego zatrzymania, ale Lelek mimo zaskoczenia sięgnął po broń. Padły strzały i po chwili przeszyty kilkoma kulami martwy bandyta padł na ziemię. Znaleziono przy nim kilka wytrychów, dwa rewolwery, kilkadziesiąt nabojów i 40 zł gotówką. Dalej "Expres" podaje życiorys Lelka, który miał wtedy 31 lat i pochodził z powiatu krakowskiego. Wyjaśniło się też, że Lelek odsiadując wyrok dlatego trafił do szpitala Bonifratrów (z którego zbiegł), ponieważ symulował obłęd. Po ucieczce stanął na czele bandy, dokonującej śmiałych rabunków w powiecie krakowskim, w Zagłębiu i na Górnym Śląsku, mającej między innymi na koncie włamanie do kasy pancernej fabryki Schoena i Hulczyńskiego i zabójstwo stróża Kaisera na Kopalni "Jerzy". W nocy, podczas której został zastrzelony, Lelek wybierał się dokonać złodziejskiego napadu na ks. prałata Gołę w Niwce. Podobną relację zamieścił "Pomorzanin", z tym że tam kochanka Lelka nazywała się Anna Krefek, a nie Irena Krasek.

Po zastrzeleniu Lelka policja przystąpiła energicznie do likwidacji jego szajki. Ustalono, że główna melina bandytów znajdowała się we wsi Chocznia pod Wadowicami. Tam u stryja bandyty wywiadowcy policyjni znaleźli dużą ilość towarów pochodzących z kradzieży. Stryjenka Lelka z jedwabnych materiałów miała uszyte suknie i bluzki, a ze skradzionej delikatniejszej tkaniny sporządzała dla siebie i sąsiadek "piękne dessoux" (bieliznę), jak wspomniał "Expres Zagłębia" z 21 marca 1928 roku. Cały ten asortyment towarów został skonfiskowany, a stryjostwo Lelka trafiło do aresztu. Druga "dziupla" bandy Lelka znajdowała się w Łodzi. Pod sąd trafił także pozbawiony nogi Jan Dudek, który znów pomagał Lelkowi, tym razem jako paser.

----

"Katolik Polski"  z 8 lipca 1930 roku informował:

Mikołów. (Aresztowani pod zarzutem kradzieży). 

W pociągu, zdążającym z Suminy do Katowic wybrali się prawdopodobnie na złodziejskie występy dwaj poszukiwani osobnicy Michałek Jan Choczni i Moiczek P. z Brennej. 

Niepewne zachowanie się w pociągu zwróciło uwagę posterunkowego w Mikołowie, który też przystąpił do natychmiastowego aresztowania. 

Przy rewizji osobistej przytrzymanych znaleziono u Moiczka większą ilość gotówki, 2 zegarki, z których 1 bvł złoty, 4 wytrychy i portfel. 

Przy przesłuchiwaniu Moiczek przyznał się do popełnienia dwóch kradzieży. Michałek zaś wypiera się wszelkiej winy, jakkolwiek jest on wspólnikiem Moiczka. 

Przytrzymanych przekazano do dalszego badania urzędowi śledczemu.

----

Niemieckojęzyczna gazeta "Kattowitzer Zeitung" z 8 września 1937 roku zamieściła następującą notatkę:

Wadowitz (Wadowice). Robota policyjnego psa.

Od pewnego czasu we wsi Friedrichau (Frydrychowice) dochodziło do włamań bez możliwości zatrzymania choćby jednego ze sprawców. 

W końcu ktoś poczuł się zmuszony do użycia odnoszącego sukcesy w śledztwach psa policyjnego z Białej.

Dzięki temu udało się w ciągu kilku godzin wyśledzić prowodyra bandy włamywaczy - Franza Adamowicza z Hoczni koło Wadowitz.