poniedziałek, 8 sierpnia 2022

Wspomnienia Jana Latochy z wysiedlenia (część II) i powrotu do Choczni

 

W czasie uczęszczania do kościoła spotykaliśmy Chocznianów , rozlokowanych po sąsiednich wsiach. Np. Zającowie byli na Strzelcach, w Piotrowicach Byrscy, dalsi sąsiedzi w innych wsiach.

Mieszkaliśmy razem, pracowali, a szczególnie tata, nie licząc mnie i mamy, co pozwoliło nam na jakie takie ułożenie sobie życia. Mama choć nie miała zbyt wiele sił, podejmowała się nawet ciężkich prac, jaką bez wątpienia było pranie, oczywiście ręczne. Częścią procesu takiego prania było płukanie lnianych rzeczy kijanką na pomoście wystawionym do wody w sadzawce. W jesieni lub wiosną było to zajęcie niebezpieczne ze względu na możliwość przeziębienia się.

Budynek, gdzie mieszkaliśmy, nie był nowy, ściany były zbutwiałe szczególnie od spodu i do naszej izdebki przedostawały się gryzonie. Mama widząc warunki starała się o uzyskanie jakiego lepszego pomieszczenia. W rodzinie tych Mańków jedna z córek była chora umysłowo, całymi nieraz dniami a nawet nocą śpiewała lub krzyczała, czasem nawet wpadała do naszej izdebki. Nieszczęśliwa ta dziewczyna pod koniec naszego pobytu w Paulinowie wsiadła do pociągu towarowego i wszelki słuch po niej zaginął. Po dłuższych pertraktacjach jedną izdebkę z osobnym wejściem odstąpili nam Szeleźniakowie, ci u których przebywała mama z siostrą. Był to dom w dobrym stanie i warunki znacznie lepsze jak w poprzednim miejscu. 

Tymczasem Niemcy uderzyli na Związek Radziecki i chełpili się sukcesami. Niebawem odkryli w Katyniu groby polskich oficerów i szeroko prasa informowała  o tej zbrodni. Wówczas jednak nie wierzyliśmy w te doniesienia traktując je jako propagandę, jednak w tym przypadku okazało się to prawdą. Skoro jednak do wojny włączyły się Stany Zj. to pojawił się jakiś promyk nadziei. Tęskniliśmy bardzo za naszymi stronami, domem, nie wiedzieliśmy, czy on w ogóle stoi, bo nadszedł sygnał, że był naznaczony do wyburzenia. Faktycznie miał na ścianie namalowany białą farbą krzyż, ale bauer widząc, że jest to dom nowy – murowany pozostawił go i pozwolił zamieszkać rodzinie, która pracowała u niego w polu.

W tych okolicach ożywił się znacznie ruch oporu.  Partyzanci albo wysadzali transporty wojskowe, jadące na wschód, albo likwidowali rezydentów po dworach lub komendantów posterunków. W odwet za te działania okupant pacyfikował ludność cywilną. Tak było w Strzelcach, wiosce oddalonej od naszej ok. 1,5 km. Po wysadzeniu torów kolejowych Niemcy spalili kilka domów i wystrzelali ludność. Widząc co się dzieje byliśmy przygotowani do ucieczki w las, gdyby tak zechcieli zrobić z naszymi domami to samo. Często w okolicy słychać było strzelaninę. Zauważyłem, że synowie Zasadów często znikają na noc i właśnie w czasie ich nieobecności jakaś grupa uzbrojona zażądała wydania koni, a gdy spotkali się z odmową, ostrzelali dom i spalili zabudowania gospodarcze. Spaliła się też stodoła Mańków, gdzie przez krótki czas mieszkaliśmy w ich domu. Zaraz też przystąpili do odbudowy stodoły i stajni. Przyglądałem się z zaciekawieniem ręcznemu przecieraniu drzewa na deski. Klocek drewna ociosany i poliniowany wsparty był na dwu krosnach. Jeden mężczyzna stał na tym klocku a dwóch pod spodem i piłowali specjalnie skonstruowaną piłą. Chwilę grozy przeżyłem będąc na stacji Nałęczów z obiadem dla taty. Właśnie zastrzelono tam komendanta policji i w odwet urządzano formalne polowanie po okolicy. Wracając szybko do domu starałem się iść wąwozami, by mnie nie trafił jaki pocisk. Często wracając od taty niosłem w torbie trochę uzbieranego na torach węgla. On też zresztą przynosił po pracy węgiel w worku lub torbie. Drzewo na opał mogliśmy zbierać w pobliskim lesie. Postawiony był jedynie warunek, by nie ścinać rosnącego drzewa. W lesie tym zwanym Paulinowski zbieraliśmy jagody i grzyby. Pasąc krowy opodal mogłem tam schronić się przed słońcem. Do drugiego lasu zwanego Gutanowskim też chodziliśmy na grzyby i jagody. Niejednokrotnie jakiś mężczyzna zawracał nas, co oznaczało, że przebywają tam partyzanci i jest niebezpiecznie.

W czasie żniw zbieraliśmy kłosy pszenicy. Pozornie jest to praca lekka, ale w czasie upału ciągłe zginanie okazało się zadaniem wyczerpującym. Czasem z takiej zbiórki uzyskaliśmy 50 kg pszenicy. Zżyliśmy się z rówieśnikami i wspólnie chodziliśmy do kościoła, a nawet w wolnych chwilach zabawialiśmy się razem. U Szeleźniaków było 5- cioro dzieci, w tym 2 w naszym wieku. U sąsiadów, gdzie mieszkała rodzina tego Szeleźniaka, było 6 dzieci i z nimi szczególnie byliśmy zaprzyjaźnieni (…).

Wspomnę tu na zakończenie opisu naszego bytowania na wysiedleniu w lubelskim o przygodzie, jaką miałem z autentycznym Niemcem. Otóż w zimowe popołudnie zjawił się z rowerem, w mundurze i z karabinem. Polecił mi, bym się ubrał i szedł z nim, uspokoił rodziców, że zaraz wrócę. Ja prowadziłem jego rower, a on szedł w kierunku Garbowa polami i lasem strzelając do zajęcy. Pudłował, ale w końcu ustrzelił 3 szt. Pod wieczór dał mi po 10 zł od szt. i zwolnił. Wszyscy oczekiwali mnie z niecierpliwością.

Tymczasem front na wschodzie załamał się i gadzinówki niemieckie wychodzące w języku polskim coraz częściej pisały, że Niemcy wycofują się na z góry zaplanowane pozycje. Warszawiacy przyjeżdżający w te strony po żywność, a szczególnie tak zwaną rąbankę /mięso wieprzowe ze słoniną/ mówili, że lada moment wybuchnie w Warszawie powstanie.

            Nasilenie akcji dywersyjnych ze strony partyzantów, zapowiedź powstania i zbliżający się front wskazywało na niechybną klęskę Niemiec i w takiej sytuacji rodzice zaczęli rozważać, czy nie należy pomyśleć o powrocie w nasze strony, żeby przynajmniej przybliżyć się, dopóki jeszcze działa komunikacja kolejowa. Mama zdecydowała się na wyjazd do rodziny w Barwałdzie. Przy ciągłych łapankach, rewizjach i pacyfikacjach był to krok bardzo ryzykowny. Zdobyła się jednak na odwagę i pojechała. Na wypożyczoną przepustkę przekroczyła nawet granicę na Skawie i popatrzyła się na nasz dom w Rzeszy. Uzgodniła, że jej siostra Żakowa odstąpi nam swój stary domek zwany Betlejemką. Zasługiwał jak się okazało na takie określenie, był kryty słomą, bez komina na dachu, 2 izdebki i sień /kurna chata/. Z takimi wiadomościami przyjechała ku naszej radości, bo zdawaliśmy sobie sprawę, co jej może w drodze grozić. 

Zamiar wyjazdu przybierał realne kształty. Pojawiały się jednak wątpliwości co z nami władze zrobią po ujawnieniu, że nielegalnie zmieniamy miejsce zamieszkania wyznaczone przez okupanta, czy nie znajdziemy się w Oświęcimiu, o którym już było wówczas głośno. Byliśmy przecież naocznymi świadkami rozwiązywania problemu Żydów. Wiosną 1944r pędzono ich z miasteczka Markuszów przez Paulinów do stacji w Nałęczowie. Był to okropny widok, byli popędzani, ubłoceni, nieśli jakiś dobytek, często małe dzieci, jedna z kobiet wpadła do sadzawki, umoczona poszła dalej, próbującego się oddalić Żyda zastrzelili na naszych oczach. Niektórym jednak udało się umknąć z tego konwoju. Na drugi dzień o świcie usłyszałem jakiś płacz i idąc w tym kierunku za stodołą Zasadów pod lasem zauważyłem kobietę z dwójką małych dzieci, które właśnie płakały. Był przymrozek. Był to mały wykop po kiszonce buraczanej, gdzie pozostało trochę słomy, która osłaniała te dzieci od zimna. Przekazałem tę wiadomość mamie, która zaraz zaniosła im coś ciepłego do zjedzenia. Przebywanie tej Żydówki z dziećmi stawało się coraz głośniejsze i po zaopatrzeniu jej w coś z ubrania i do jedzenia poszła przez ten las do wioski bardziej oddalonej od drogi. Informacje o niej przekazaliśmy młodym Żydom, którzy na drugi dzień przechodzili ukradkiem, umykając do lasu.

            Nie było szans na jazdę pociągiem osobowym z bagażami, trzeba było starać się o wagon towarowy. W załatwianiu tego wagonu pomógł tacie vice-dyrektor cukrowni, poznał tatę w pracy i czasem z nim rozmawiał, był to niewątpliwie szlachetny człowiek. Zrobił to bezinteresownie ale zastrzegł, że nie ręczy co się z nami w tej sytuacji może stać.  Na wyjazd z nami zdecydowało się kilka rodzin z Choczni, rozlokowanych w okolicy Paulinowa. Byli to Zającowie /5 osób/, Widrowie /4 osoby/ i Piegzowie /5 osób/ - razem z nami 19 osób. W kwietniowy dzień w 1944r niemal cała wieś przyszła nas pożegnać, myśmy dziękowali za gościnę i jechali w nieznane. Odwieziono nas do tej samej stacji w Nałęczowie, skąd przed 4 laty wieziono nas do Paulinowa. W wagonie dość długo trwało układanie bagaży, przygotowanie miejsc do spania, wstawiono piecyk żelazny, na razie nie wypuszczając rury na zewnątrz, bo oficjalnie na liście przewozowym był to towar. Jechaliśmy w kierunku Puław, Dęblina i do Skarżyska Kamiennej. Tam spotkała nas przykra przygoda. Jest to duża stacja towarowa, gdzie następuje formowanie pociągów w różne kierunki. Wagony puszczane są z pochylni na różne tory. Najwidoczniej kolejarze nie zauważyli, że w wagonie są ludzkie istoty i gdy nasz wagon jadąc po takiej pochylni dobił do właściwego składu – to nasza sytuacja wyglądała jak po trzęsieniu ziemi. Na szczęście nikt nie odniósł obrażeń, przynajmniej poważniejszych, zdołano ugasić pożar, który powstał od przewróconego piecyka. Po uporządkowaniu powstałego bałaganu pojechaliśmy dalej. Kolejarze doradzili nam, by w Krakowie – Płaszowie uprzedzić, bo tam też wykonuje się takie manewry. Pomni   na tę przestrogę w Płaszowie zgłosiliśmy kolejarzom, prosząc o wyhamowanie naszego wagonu. Uwzględnili naszą prośbę, ale wyłudzili jakiś okup w postaci kilku kilogramów cukru, które mama podała im. Próbowali nas nawet straszyć, że nielegalnie jedziemy.

Stacją przeznaczenia była Kalwaria Zebrzydowska. Tu na peron wyładowaliśmy swoje tobołki i zastanawiali się, co dalej. Każdy szukał jakiejś furmanki, by dojechać do celu. Byliśmy zastraszeni, zmęczeni podróżą, ale widok klasztoru Bernardynów, gdzie bywaliśmy na odpustach, napawał nas otuchą. Przypadek zdarzył, że przejeżdżał taką platformą kuzyn Kleszcz Marian i zabrał nas i Zająców dobytek, zawożąc do wspomnianej już Betlejemki w Barwałdzie Górnym. Było to na wzniesieniu opodal przystanku kolejowego, przy drodze prowadzącej przez las do klasztoru. Choć te 2 izdebki były nader skromne dla 10 osób, ale można powiedzieć, że na razie problem mieszkaniowy był rozwiązany. Pojawił się z całą ostrością problem z zameldowaniem. Sołtys przynaglał, czy jesteśmy zameldowani, a władze gminy nie chciały nawet słyszeć o dokonaniu tego aktu w obawie o konsekwencje. Przebąkiwano, że możemy wylądować w Oświęcimiu, o którym z racji bliskości było tu już całkiem głośno. Tata natknął się na znajomych sprzed wojny w Spółce Rolnej w Brodach obok stacji Kalwarii Lanckorony i tam dostałby jakąś pracę ale też wymagane było zameldowanie. Mama pochodziła z pobliskiego Barwałdu Średniego, ale przecież nie była tu obecna od 20 lat. Znalazła jednak znajomych jeszcze z panieńskich czasów i do nich zwróciła się z prośbą. Pamiętam, że ten proceder trwał dość długo, zanosiła albo wódkę albo cukier, uzyskując nadzieję na zameldowanie. W końcu dokonano tego zameldowania i mogliśmy odetchnąć. Tata podjął pracę w magazynie wódczanym i coś zarobił, siostra z racji ukończenia 14 lat skierowana została do pracy we dworze, a ja miałem wybór albo rozpocząć naukę zawodu albo wg słów sołtysa skierowany zostanę na roboty do Niemiec, gdyż miał on obowiązek typowania na wyjazd wszystkich po ukończeniu 14 lat a nie podejmujących nauki lub pracy. Nie miałem wyboru i rozpocząłem naukę w warsztacie szewskim Filka Adama – znajomego mamy z młodych lat.  (…) Przebywałem tam od godz. 7 do 6 wieczór z godzinną przerwą na obiad. Wychodziłem wieczór przeważnie z bólem głowy. Formalnie byłem zapisany do szkoły zawodowej w Kalwarii Zebrzydowskiej, ale praktycznie to byłem w tej szkole zaledwie kilka razy, szkoda było czasu. To terminowanie przybierało czasem dla najmłodszego charakter jakiejś tresury, dokuczano mu, wyśmiewano i nie mógł się nikomu pożalić. Zakończenie wojny przerwało moją edukację zawodową. Nim do tego doszło wypada nadmienić, że i tutaj, choć znacznie dalej od frontu i Warszawy, dawał o sobie znać ruch oporu. Zdarzyło się, że wieczorem wpadli partyzanci i zabrali zboże przygotowane do odstawy w korytarzu tego budynku. (…) Na dodatek musiałem iść z tymi partyzantami i wskazać im drogę, prowadzącą obok naszego domu przez las do Stryszowa., do kompleksu leśnego Chełm. Tam prawdopodobnie było zgrupowanie AK. Przywilejem niejako dla najmłodszego ucznia było odnoszenie zrobionych na gotowe butów do domu klienta. Zawsze przy tej okazji dopytywano mnie, czy dostałem tryngla, co faktycznie czasem się zdarzyło.

            Tymczasem front przybliżył się do linii Wisły, a w Warszawie wybuchło powstanie. Nadzieja na klęskę Niemiec i powrót do domu rosła z każdym niemal tygodniem. Okupant rękami miejscowej ludności wykonał rów przeciwczołgowy ciągnący się przez Barwałd Średni, a w Kleczy Górnej wybudowano okopy i fortyfikacje.

            Szosą od Kalwarii Zebrzydowskiej jechały sznury samochodów ciężarowych, co oznaczało wycofywanie się okupanta. Niejednokrotnie lśniły w słońcu eskadry samolotów, kierujące się na Śląsk, gdzie bombardowały różne obiekty. Styczeń 1945r był przełomowy. Pojawiły się czołgi, działa, różne wozy opancerzone, wiele żołnierzy mających na mundurach wdzianka z białego płótna. Odgłosy wybuchów pocisków świadczyły o zbliżaniu się frontu do naszej okolicy. W czasie jednego z licznych nalotów myśliwce radzieckie zaatakowały kolumny wojskowe na szosie, a przy okazji sporo pocisków spadło wokół naszego domu. Potwierdzeniem tego były liczne ciemne plamy na śniegu. Byliśmy w tym czasie przytuleni do ściany tej chaty. Ogarnął nas strach i na czas przesuwania się walk frontowych przenieśliśmy się do sąsiadki Banasiowej, gdzie schroniliśmy się na dwie doby do małej piwniczki o ceglanym sklepieniu. Tam przy świeczce przeżywaliśmy chwile trwogi w czasie bombardowania umocnień w Kleczy i uruchomienia wyrzutni rakiet typu katiusza. Przy jednej świeczce szeptaliśmy modlitwy i czekali jakiegoś rozwiązania. Zmęczenie i strach odbierały apetyt. Po dwu dniach całe to tornado przesunęło się w kierunku Wadowic, które wyzwolone zostały 26 stycznia. (…) Stworzyło nam to możliwość powrotu do swojego domu. W rejonie Żywca i Bielska toczyły się jeszcze kilka dni walki, ale my niezwłocznie powędrowaliśmy pieszo do Choczni. Skutki walk były widoczne wszędzie. Ruiny domów, w rowach różne pojazdy, sporo pocisków. Most na Skawie był zburzony i obok położony prowizoryczny – drewniany. Mieszkającym w naszym domu sąsiadom zapowiedzieliśmy swój powrót i poprosili o opuszczenie w miarę możliwości tego mieszkania.

            Przetransportowanie naszego dobytku odbyło się dzięki przypadkowi. Otóż wujek Łubik Ludwik wracał z tzw. przymusowej podwody parą koni i saniami, i jemu załadowaliśmy wszystko na te sanie. Nim dojechał do Choczni to płozy w saniach miał już całkiem zdarte, na szosie bowiem nie było już śniegu. Musiał te sanie pozostawić przy naszym domu, a sam z końmi powędrował do Przybradza. Sąsiedzi zdążyli się wyprowadzić, a my po 4 latach tułaczki znów byliśmy w swoim własnym domu, który był zupełnie ogołocony, ale radość z kończącej się wojny nie pozwalała nad tym się zastanawiać. Wszędzie było jeszcze mnóstwo wojska rosyjskiego. Dyscyplina u nich szwankowała i często zabierali co im tylko trochę się spodobało. Takie splądrowanie naszego domu odbyło się w czasie nieobecności rodziców, ale co było robić, nie było sensu zwracać się gdziekolwiek ze skargą.

            Stopniowo sytuacja normalizowała się. Sołtys Świątek, o którym już wspomniałem jako o autorze historii Choczni, przydzielił nam krowę. Szukaliśmy dla niej paszy tam, gdzie były zbiory z naszego pola. Tata zatrudnił się na poczcie jako jeden z pierwszych. Przesyłki przewoził rowerem do Andrychowa i Kalwarii – dopóki nie uruchomiono komunikacji kolejowej. Ten przyjazd wcześniejszy do Barwałdu z Paulinowa był niebezpieczny, ale okazało się, że była to trafna decyzja. Gdyby nie ta wcześniejsza podróż – to powrót nasz do domu opóźniłby się o kilka tygodni. Zerwane były połączenia, uszkodzone mosty, brak taboru i nie było możliwości podróżowania.     


czwartek, 4 sierpnia 2022

Repatrianci w wadowickim oddziale PUR w latach 1945-48

 PUR czyli Państwowy Urząd Repatriacyjny został powołany na mocy dekretu PKWN z 7 października 1944 roku. Jego zadaniem było organizowanie powrotu wysiedlonych przez niemieckiego okupanta do poprzednich miejsc zamieszkania oraz przesiedlenia na tereny odzyskane ludności z innych okręgów państwa polskiego. Istniejący w Wadowicach oddział PUR zajmował się ewidencją przybyłych migrantów, udzielał im zapomóg i  kierował ich do przeznaczonych im czy też obranych przez nich miejsc osiedlenia. Wśród emigrantów nie brakowało także osób urodzonych w Choczni lub deklarujących zamiar osiedlenia się w Choczni. Byli to:

  • Janina Groczyło urodzona w 1926 roku, przybyła do Wadowic we wrześniu 1945 roku z Niemiec, ale pochodząca z Tiutkowa koło Trembowli (dzisiejsza Ukraina) zawodu robotnica, która zatrzymała się w Choczni pod nr 105 (otrzymała zapomogę w wysokości 200 zł),
  • Ludwika Buśko, urodzona w 1922 roku, przybyła do Wadowic w marcu 1946 roku z Baranowicz (obecnie Białoruś), bez zawodu, która zatrzymała się w Choczni, ale z myślą o wyjeździe do Świdnicy na Ziemiach Odzyskanych,
  • Teresa Guzdek, urodzona w 1924 roku w Wadowicach jako córka Romana Guzdka z Choczni i Anieli z domu Smaza z Kaczyny, która przybyła do Wadowic w lipcu 1946 roku z Francji, która zatrzymała się w Wadowicach,
  • Józef Guzdek, urodzony w 1927 roku, który przybył do Wadowic w sierpniu 1946 roku z Niemiec, z zawodu robotnik, który zatrzymał się w Choczni, ale z myślą o wyjeździe do Bystrzycy Kłodzkiej na Ziemiach Odzyskanych (w Choczni w 1927 roku nie urodził się taki Józef Guzdek, być może chodzi o Józefa Guzdka z 1924 roku, który pochowany jest w Kłodzku, niedaleko od Bystrzycy),
  • Roman Marian Zadorecki, urodzony w 1914 roku w Lublińcu, przedwojenny mieszkaniec Choczni (był mężem chocznianki Zofii z domu Miarka, z którą miał w Choczni dwóch synów), przybyły do Wadowic w lipcu 1946 roku z Niemiec, były więzień obozów koncentracyjnych, z zawodu nauczyciel, który zamierzał udać się do Gniewkowa na Kujawach (gdzie zmarł w 1993 roku),
  • Piotr Wcisło, urodzony w 1910 roku w Choczni, jako syn Józefa i Wiktorii z Dąbrowskich, przybyły do Wadowic w lipcu 1946 roku z Niemiec, z zawodu kupiec, który zamierzał osiedlić się w Kłodzku na Ziemiach Odzyskanych (zmarł tam w 1990 roku),
  • Franciszek Panek, urodzony w 1914 roku, przybyły do Wadowic we wrześniu 1946 roku z Alzacji, były więzień stalagu, z zawodu robotnik, który zatrzymał się w Choczni z żoną Julią, urodzoną w 1925 roku i synem Wiktorem, urodzonym w 1946 roku (wszyscy spoczywają na cmentarzu w Choczni),
  • Pelagia Gondek (ur. 1914) i Marianna Gondek (ur. 1938), przybyłe do Wadowic we wrześniu 1946 roku z Rosji, które zatrzymały się w Choczni z zamiarem osiedlenia się w Cieplicach na Ziemiach Odzyskanych,
  • Władysław Wcisło, urodzony w 1905 roku w Choczni jako syn Aleksego i Marii z domu Wojtala, przybyły do Wadowic w listopadzie 1946 roku z Belgii, z zawodu górnik, który zamierzał wyjechać do miejscowości Graby koło Swidnicy na Ziemiach Odzyskanych,
  • Stefania Paterak, urodzona w 1923 roku w Choczni jako córka Jana i Anieli z domu Zając, przybyła do Wadowic w listopadzie 1946 roku, była robotnica przymusowa w Austrii, która zamierzała wyjechać do Jeleniej Góry,
  • Adam Świątek, urodzony w 1928 roku w Zakopanem jako syn Walentego i Marii z domu Ptak, przedwojenny mieszkaniec Choczni, przybyły do Wadowic w styczniu 1947 roku z brytyjskiej strefy okupacyjnej Niemiec, bez zawodu, który zatrzymał się w Choczni,
  • Antoni Pietras, urodzony w 1912 roku w Choczni jako syn Franciszka, przybyły do Wadowic w maju 1947 roku z amerykańskiej strefy okupacyjnej Niemiec, z zawodu robotnik, który zatrzymał się w Choczni pod nr 123,
  • Stefan Moskwa, urodzony w 1891 roku w Złotnikach jako syn Antoniego i Marii, przybyły do Wadowic w czerwcu 1947 roku z Anglii, były mieszkaniec Choczni w okresie międzywojennym i podchorąży Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, deklarowany zawód urzędnik, który osiedlił się w Wadowicach (gdzie zmarł w 1953 roku),
  • Józef Pindel, urodzony w 1915 roku w Choczni jako syn Wojciecha i Zofii z domu Styła, przybyły do Wadowic z brytyjskiej strefy okupacyjnej Niemiec, z zawodu stolarz, który zatrzymał się w Choczni pod nr 404 (zmarł w 1988 roku w Kanadzie),
  • Antoni Sordyl, urodzony w 1917 roku w Choczni jako syn Jana, przybyły do Wadowic we wrześniu 1947 roku z Niemiec wraz z żoną Haliną Kiriłową (ur. 1926) i synem Piotrem Bogusławem (ur. 1937), podoficer Wojska Polskiego, który zatrzymał się w Choczni (zmarł w 1957 roku),
  • Antoni Ligięza, urodzony w 1899 roku w Choczni, jako syn Józefa i Franciszki z domu Strzeżoń, przybyły do Wadowic w styczniu 1948 roku z Włoch, były żołnierza gen. Andersa, zamieszkał w Choczni pod nr 24 (zmarł w 1980 roku), 
  • Jan Dykas, urodzony w 1895 roku w Nienaszowie jako syn Franciszka, przybył w lipcu 1948 roku do Wadowic z Francji wraz z żoną Rozalią (ur. 1904) oraz dziećmi: Janiną i Romanem, z zawodu palacz, który zatrzymał się z rodziną w Choczni,
  • Henryk Piórkowski, urodzony w 1904 roku, który przybył do Wadowic z Francji lipcu 1948 roku wraz z żoną Marią Piórkowską, urodzoną w 1906 roku w Choczni jako córka Franciszka Malaty i Zuzanny z domu Czapik oraz synem Ludwikiem (ur. 1933), z zawodu robotnik, który zatrzymał się z rodziną w Choczni (ale po zapoznaniu się z sytuacją na miejscu powrócił z powrotem do Francji, gdzie zmarł; także we Francji zmarła jego żona Maria - w 1990 roku i syn Ludwik/Louis - w 2018 roku),
  • Maria Hareńczyk, urodzona w 1915 roku w Choczni jako córka Karola Bryndzy i Wiktorii z domu Balon, przybyła do Wadowic w sierpniu 1948 roku z Francji, by zamieszkać w Choczni (gdzie wyszła powtórnie za mąż za Jana Koima i zmarła w 1970 roku),
  • Maria Kosińska, urodzona w 1894 roku w Choczni, jako córka Jana, która przybyła do Wadowic w październiku 1948 roku z Francji wraz z mężem Józefem i zatrzymała się w Andrychowie (w 1973 roku mieszkała w Choczni pod nr 113, oboje z mężem są pochowani na cmentarzu w Choczni),
  • Janina Wajdzik, urodzona w 1926 roku w Gorzeniu Dolnym jako córka Michała, która przybyła do Wadowic z Francji we wrześniu 1948 roku, z zawodu robotnica, która zatrzymała się w Choczni.
Należy pamiętać, że w powyższym zestawieniu znalazły się wyłącznie osoby, które zgłosiły się do PUR w Wadowicach, a łączna liczba repatriantów związanych z Chocznią była znacznie większa.

poniedziałek, 1 sierpnia 2022

Choczeńskie korzenie zbrodniarza wojennego Guzdka

 

Engelbert Guzdek (w środku)

Nazwisko Engelberta Guzdka, zwanego „Katem Powiśla” lub „Krwawym upiorem”, należy do najczęstszych w Choczni, a osoby je noszące mieszkały w niej już w XVI wieku. Biorąc pod uwagę, że dziadek Engelberta urodził się w nieodległym Andrychowie, można było domniemywać, że przodkowie tego zbrodniarza wojennego, który miał na sumieniu ponad 1000 istnień ludzkich, wywodzili się właśnie z Choczni. Dotychczas brakowało jednak na to dowodów, a wszystkie znane życiorysy Guzdka nic o tym nie wspominały. Dopiero niedawno udało się to wyjaśnić i potwierdzić.

Choć o Guzdku pisał między innymi Adam Kazimierz Musiał w książce „Krwawe upiory” , czy Zygmunt Szych w opracowaniu „Guzdek, kat Powiśla” to dla jego zbrodnicze dokonania z okresu II wojny światowej znane są głównie mieszkańcom okolic Dąbrowy Tarnowskiej, których wielu krewnych i przodków odczuło bezpośrednio sadyzm, okrucieństwo i bezwzględność.

Engelbert Guzdek przyszedł na świat 29  października 1909 roku w Stonawie na Śląsku Cieszyńskim. Jego ojciec Jan był z zawodu rzeźnikiem, a matka Anna z domu Ciemała wywodziła się z okolic Skoczowa i przed ślubem pracowała jako kucharka na plebani. W czeskim spisie mieszkańców z 1921 roku Guzdkowie figurują jako mieszkańcy domu nr 258, należącego do Aloisa Febera. Tylko Jan deklarował narodowość polską, natomiast jego żona i trzech synów zapisani byli jako czescy Ślązacy, wyznania katolickiego. Co ciekawe, Engelbert występuje tam w czeskiej wersji swojego imienia (Andelin). Wbrew temu imieniu nawiązującemu do anioła (Engel i andel to właśnie anioł- odpowiednio po niemiecku i czesku), młody Guzdek już przed wojną dał się poznać jako sadysta i osoba skłonna do chuligańskich wybryków. Odznaczał się też potężnym wzrostem (ponad 190 cm), a pracując w masarni ojca, miał zwyczaj picia świeżej krwi zwierzęcej. W 1929 roku zabił podczas napadu 33-letniego Faustyna Gołąbka, po czym ukrywał się w oczekiwaniu, aż sprawa przyschnie. W 1934 roku pracując jako robotnik rolny w posiadłości księcia pszczyńskiego i w rzeźni w Cieszynie poznał i poślubił Hildegardę Perleger, z którą miał trójkę dzieci. W czasie II wojny  światowej zadeklarował narodowość niemiecką i jako folksdojcz wstąpił na służbę w niemieckiej żandarmerii. Został skierowany do Generalnego Gubernatorstwa, służąc kolejno w Gorlicach, Jaśle, Tarnowie, Radgoszczy, Mędrzechowie i Otfinowie, gdzie zginął zastrzelony 22 sierpnia 1943 roku. Jak pisze Musiał

Gdy Guzdek przejeżdżał przez wsie w towarzystwie policjantów granatowych na wózku z karabinem maszynowym gotowym wciąż do strzału, wsie były jak gdyby wymarłe. Do każdego napotkanego młodego zdolnego na partyzanta mężczyzny, strzelał bez pytania. Na początku przebrany za cywila, udając handlarza chodził po okolicy i nabierał sromotnie ludzi. Dokonywał mordów na bezbronnej ludności polskiej, żydowskiej i cygańskiej. (…) Dla dodania sobie odwagi wypijał podobno codziennie ćwierć litra wódki na czczo i rozlepiał afisze ostrzegające, że za niego zginie 100 Polaków. Miał więc ten ludobójca doskonałą osłonę i wyjątkową wśród tej wyjętej spod prawa ludności polskiej okazję, do dawania upustu swoim zbrodniczym zapędom. Mógł zatem zabić kogo chciał i ilu chciał ludzi na raz. Za nic nie odpowiadał- przeciwnie dostawał awanse, nagrody i pochwały. Wolno mu było stosować różnego rodzaju wyrafinowane tortury i w różny zastraszający sposób śmierć zadawać.

Guzdek uczestniczył między innymi w likwidacji tarnowskiego getta, masakrze Żydów pod ratuszem w Tarnowie i mordzie Romów w Szczurowej, gdzie zginęły 93 osoby. Osobiście strzelał do ludzi, chcąc wyśrubować swoisty rekord w ilości zabitych, których liczba, jak wspomniałem wcześniej, przekroczyła 1000 osób. Sam Guzdek zginął przez przypadek- gdy rzucił się w pogoń za uciekającym Ukraińcem, został postrzelony przez innego niemieckiego żandarma. W jego pogrzebie w Otfinowie uczestniczył ojciec Jan i brat Józef, uczestnik kampanii wrześniowej w 1939 roku (w wojsku polskim). Drugi z braci Engelberta- Rudolf Guzdek- służył z kolei w wojsku niemieckim i zaginął na froncie wschodnim.


Z przedstawionych w ubiegłym miesiącu  czterech głównych linii rodowych choczeńskich Guzdków (link) Engelbert i jego ojciec należeli do potomków Marcina Guzdka, licznie reprezentowanych w powojennej Choczni. Przodek Engelberta-  Wawrzyniec Guzdek, urodzony w 1783 roku w Choczni jako syn Alojzego Jana Guzdka i Barbary Reginy z domu Gurdek, osiedlił się w Andrychowie, gdzie pracował jako piekarz. Utrzymywał jednak kontakty z rodziną w Choczni, a jego żona Regina z Jaśkowskich była matką chrzestną dwojga z dzieci Jędrzeja Guzdka, pozostałego w Choczni brata Wawrzyńca. Tenże Wawrzyniec był pra-pradziadkiem Engelberta, który swoje nazwisko i pewną pulę „choczeńskich” genów zawdzięczał Janowi, synowi Wawrzyńca (ur. w 1818 roku w Andrychowie) i Józefowi, wnukowi Wawrzyńca (ur. w 1849 roku w Andrychowie). Synem Józefa i Marianny Nowak był wspomniany już  rzeźnik Jan Guzdek, ojciec Engelberta. Autorem tego genealogicznego wywodu jest T.M. Można jeszcze dodać, że Engelbert Guzdek był nie tylko potomkiem choczeńskich Guzdków, ale i Ramendów, z których wywodziła się babka jego pra-pradziadka. Natomiast po matce Wawrzyńca Guzdka odległe korzenie Engelberta tkwią w Chobocie. W Choczni do dzisiaj mieszkają krewni tego zbrodniarza wojennego, do których sam się niestety zaliczam. Choć Engelbert Guzdek był zaledwie kuzynem czwartego stopnia mojego ojca (przy wspólnym przodku Alojzym Janie Guzdku), to takie odległe pokrewieństwo pociąga jednak za sobą na tyle duże podobieństwo genetyczne, że łatwo byłoby je wykryć i potwierdzić za pomocą instrumentów genealogii genetycznej.

Ilustarcje z książki A. K. Musiała "Krwawe upiory":

Engelbert Guzdek w mundurze

Hildegarda, żona Engelberta

Eryk Guzdek, syn Engelberta

Anna, matka Engelberta

Jan Guzdek (ozn. x) ojciec Engelberta w mundurze strażaka

Dom Guzdków w Stonawie