poniedziałek, 15 listopada 2021

Karol Styła i jego rodzina

 W przeciwieństwie do zasłużonego dla Choczni byłego posła Antoniego Styły, o którym przypomina choćby tablica pamiątkowa, umieszczona na budynku starej szkoły w Choczni Dolnej, postacią znacznie mniej znaną był jego młodszy brat Karol Styła.

Być może nie zapisał się trwale w pamięci chocznian, ponieważ większość swojego życia spędził poza Chocznią. Na pewno jednak jego losy i dzieje jego rodziny zasługują na bliższe się z nimi zapoznanie.

Karol Styła był ósmym z kolei dzieckiem Jana Styły i jego żony Wiktorii z domu Polak, a drugim w kolejności ich synem, po sławnym w późniejszym czasie Antonim. Gdy urodził się 23 maja 1868 roku, jego ojciec Jan, były wieloletni żołnierz armii austriackiej, miał już 56 lat. Drugim (i ostatnim) synem dane mu było się cieszyć tylko 6 lat- po śmierci Jana 1 grudnia 1874 roku opiekę nad Karolem i czwórką jego pozostałego w domu rodzeństwa sprawowała już tylko matka Wiktoria. Jego najstarsza siostra Marianna dwa lata wcześniej opuściła już dom rodzinny, poślubiając Jana Bylicę, a kilka kolejnych sióstr zmarło we wczesnym dzieciństwie.

Karol Styła ukończył w Choczni 3 klasy szkoły ludowej i zajmował się pracą w rodzinnym gospodarstwie. W latach 1889-92 odbywał służbę wojskową w trzecim pułku taborów austriackich, przez pewien czas również jako ordynans oficerski. Po powrocie do cywila związał swoje życie z kolejnictwem. W latach 1893-96 znalazł zatrudnienie przy budowie linii kolejowej Bielsko-Kozy. W tym czasie (w 1895 roku) zawarł w Choczni związek małżeński z dwa lata od siebie młodszą Ludwiką Guzdek, córką Andrzeja i Marianny z domu Leśniak, wdowy po Franciszku Widrze.

W kolejnych latach Karol Styła pracował jako prowizoryczny dróżnik kolejowy na trasie Bielsko-Żywiec, a następnie jako strażnik kolejowy. Od 1904 roku był zatrudniony w Kalwarii Zebrzydowskiej, a od 1908 roku na linii Andrychów-Wadowice. Od 1913 roku jego oficjalnym pracodawcą była Sekcja Utrzymania Ruchu w Bielsku (Nordbahndirektion). Po I wojnie światowej pracował na analogicznym stanowisku w PKP. W 1925 roku awansował na starszego dróżnika, a w 1927 roku został przeniesiony w stan spoczynku.

fragment akt pracowniczych Karola Styły

Powyższe informacje pochodzą z zachowanej do dziś w archiwach państwowych teczki pracowniczej Karola Styły. Istotnym uzupełnieniem tych danych są informacje zawarte w niepublikowanych wspomnieniach jego wnuka Jerzego Bielskiego (1929-2015). Pisze on w nich tak o swoim dziadku Karolu:

Dziadek pracował na kolei i początkowo był delegowany do pracy w Morawskiej Ostrawie, gdzie moja mama (Maria, córka Karola- uwaga moja) rozpoczęła naukę w czeskiej szkole (Pan učitel hral na houslach, a mysmy spivali). Po powrocie do Wadowic przejął obsługę szlabanu kolejowego przy ulicy Zatorskiej (tzw. budnik), wraz z chałpą i kawałkiem pola (własność kolei). Dziadek był strasznym kutwą. Na utrzymanie rodziny nie dawał nic (żyli z gospodarstwa rolnego prowadzonego przez babcię), a całą wypłatę (w koronach w złocie) chomikował, co przypłacił życiem. Jego bratowa bowiem (Honorata Styła, żona Antoniego- uwaga moja), będąca w komitecie budowy szkoły w Choczni, namówiła go do pożyczenia 3000 koron na budowę szkoły. Po I-szej wojnie, kiedy upomniał się o zwrot długu, oświadczyła mu, że sprzeda dwie kury (była duża inflacja) i mu dług zwróci. To go tak wkurzyło, że dostał apopleksji (a chorował na rozedmę płuc) i umarł (X 1929). Tak więc szkoła w Choczni (Dolnej- uwaga moja) stoi za pieniądze mojego dziadka.

Niewspomniany w teczce pracowniczej epizod pracy Karola Styły w Morawskiej Ostrawie musiał mieć miejsce pomiędzy 1904 rokiem (początek zatrudnienia w Kalwarii) a 1908 rokiem (początek zatrudnienia w Wadowicach).

A tak w pamięci wnuka zachowała się postać Ludwiki Styła, żony Karola:

Babcia Ludwika bardzo mnie lubiła (z wzajemnością), tak że pierwsze lata mojego życia spędziłem praktycznie „na budce”. Bywało, że moi rodzice (mieszkali po drugiej stronie ulicy) musieli mnie w środku nocy przenosić, bo się darłem „do babusi”. Odkarmiała mnie mlekiem prosto od krowy (asystowałem przy dojeniu) i licznymi jajkami (babciu upać mi jajusio), co podobno przypłaciłem nieżytem żołądka, ale odtąd zawsze lubiłem jajka.

Karol (1868-1929) i Ludwika  (1870-1943) Styłowie spoczywają na cmentarzu parafialnym w Wadowicach (kwatera 98 w rzędzie XXIII).

Doczekali się dziesięciorga dzieci, w tym sześciu synów: Józefa, Jana, Franciszka, Konstantego, Romana i Floriana oraz czterech córek: Dominiki, Marii, Anny i Antoniny. Spośród nich jedynie Jan i Roman zmarli jako dzieci, a z pozostałej ósemki własne rodziny założyło sześcioro. Nie uczynili tego Anna (ur. w 1904 roku), która wstąpiła do zgromadzenia zakonnego (szarytek ?) i najmłodszy Florian, zmarły tragicznie w KL Auschwitz. Ofiarą niemieckiego obozu Auschwitz był też Franciszek Styła (1903-1942), po którego śmierci Styłowie musieli opuścić budkę dróżniczą przy Zatorskiej (obecnie Wojska Polskiego).

Najbardziej znanym dzieckiem Karola i Ludwiki Styłów był wspomniany Florian, podporucznik Wojska Polskiego, któremu poświęcona jest osobna notatka (link).

Osobą znaną w Wadowicach była również ich córka Dominika (1898-1975), mistrzyni krawiecka, od 1927 roku żona Erwina Kęckiego, z którym miała syna Antoniego (1929-2004). Jej synową była Krystyna Kęcka (żona Antoniego), związana pracą i miejscem zamieszkania ze szkołą w Gorzeniu.

Z kolei dzięki wspomnieniom Jerzego Bielskiego i jego syna Jana najwięcej wiadomo na temat losów urodzonej w Choczni Marii (1901-1992), kolejnej córki Karola i Ludwiki Styłów. To ta, która w dzieciństwie pobierała lekcje czeskiego w Morawskiej Ostrawie. W późniejszych latach pracowała w Wadowicach jako krawcowa u siostry Dominiki. 26 grudnia 1926 roku poślubiła w Wadowicach Juliana Bielskiego, sierżanta III Batalionu 12 pułku piechoty. Jej mąż, jak pisze Jerzy Bielski:

(…) brał udział w 1920 roku w obronie Lwowa, skąd wrócił z rozciętą wargą – podobno od szabli kozackiej (wg mamy – od kufla piwa). Jako weteran miał prawo awansować na stopień oficera, ale po zdaniu matury (miał ukończone dwie klasy seminarium nauczycielskiego). W tym celu zakupił podręczniki (za pieniądze mamy), ale jej nigdy nie zdawał, tak że do końca życia pozostał sierżantem.

Co do rozciętej wargi Juliana Bielskiego, to wśród jego potomków znane były także inne wersje tego wydarzenia- ta rana miała jakoby powstać po rykoszecie kuli karabinowej lub po uderzeniu dyszlem wozu wskutek nieostrożnego podejścia do konia.

9 kwietnia 1929 roku Maria Bielska urodziła w Wadowicach syna Jerzego, który tak pisze o tym wydarzeniu i następujących bezpośrednio po nim:

(…) byłem bardzo zdechły, tak że ochrzczono mnie już 16 kwietnia w trybie nagłym (rodzice chrzestni: ciotka Hanka i wujek Franek – rodzeństwo matki). Nadano  imię Jerzy. Podobno miał być jeszcze Maciej, ale ojciec zapomniał to zgłosić (wg. mamy był wtedy podobno „na cyku”), tak że w akcie urodzenia nie mam tego imienia.(…)

A tak wyglądało to w wersji jego syna Jana Bielskiego:

(…) Z opowieści Dziadka (Juliana Bielskiego- uwaga moja) pamiętam jak mówił, że Tata był bardzo chory, że aż bali się czy przeżyje i dlatego szybko Go ochrzcili. I, według Dziadka, „po tym chrzcie świętym, jak ręką odjął”, czyli Tata natychmiast wyzdrowiał. Nie jestem niestety pewien czy to z tą okolicznością należy łączyć dziadkową determinację, że „nie da dziecka rżnąć”, kiedy chodziło o przeprowadzenie operacji. Jego ojcowska troska jakby nieco zmalała, kiedy wyszedłszy w poszukiwaniu lekarza wrócił po trzech dniach, bo spotkał jakiegoś kumpla. Decyzję o operacji Babcia podjęła sama.

W 1934 roku III batalion 12 pułku piechoty został przeniesiony z Wadowic do Krakowa. W związku z tym Bielscy także opuścili Wadowice i zamieszkali w koszarach przy ulicy Warszawskiej, na których miejscu znajdują się obecnie budynki Politechniki Krakowskiej (Dziadek, biorąc nas tam na spacery pokazywał, że tam gdzie dziś wydział Architektury była żandarmeria, tam gdzie biblioteka były stajnie (za czasów naszego dzieciństwa była tam stołówka, z której zapachy ogarniały ‘pół ulicy’ Szlak, a czuliśmy je czekając na znajdującym się tam wtedy przystanku stodziewiętnastki), tam gdzie budynek główny były mieszkania dla kadry itd.- wspomina Jan Bielski).

W koszarach przy Warszawskiej Bielscy mieszkali przez trzy lata, jak wynika z kolejnego fragmentu wspomnień Jerzego Bielskiego:

W 1937 r. usunięto z terenu koszar rodziny wojskowe (ok. 10) i wtedy przeprowadziliśmy się na ul. Mazowiecką 7. W 1938 Hitler wyrzucił z terenu Niemiec Żydów posiadających obywatelstwo polskie. Wtedy właściciel kamienicy (Żyd) wypowiedział nam mieszkanie, bo potrzebował je dla swoich ziomków z Niemiec. Przeprowadziliśmy się na ul. Warszawską 18, gdzie ojciec i matka (Julian Bielski i Maria Bielska z domu Styła – uwaga moja) mieszkali aż do śmierci.

We wrześniu 1939 roku Bielscy uchodzili na wschód przed zbliżającymi się wojskami niemieckimi, mijając kolejno Bochnię, Tarnów i Jarosław, by ostatecznie dotrzeć do Lwowa. Oblężenie Lwowa przez Niemców, a następnie wkroczenie Rosjan przeżyli w przyszpitalnym pokoiku, zorganizowanym przez wspomnianą wcześniej zakonnicę Annę Styła, która była w nim zatrudniona. Ostatecznie Bielscy zdecydowali się na powrót do Krakowa i po nielegalnym przekroczeniu Sanu dotarli tam pociągiem z Jarosławia 24 września, czyli w dniu utworzenia przez Niemców Generalnego Gubernatorstwa.

W czasie II wojny światowej razem z Bielskimi zamieszkiwał Florian Styła, brat Marii, aż do momentu jego aresztowania, a jesienią 1944 roku wprowadzili się do nich Lipińscy- rodzina Antoniny (1908-1977), kolejnej córki Karola i Ludwiki Styłów. W 1945 roku Antonina z mężem Janem i córkami Marią oraz Anną wyjechały do Puszczykowa pod Poznaniem, gdzie Jan został inspektorem oświatowym w poznańskim kuratorium, a Antonina uczyła w miejscowej szkole. Na cmentarzu w Puszczykowie znajdują się dziś groby Antoniny i Jana Lipińskich, a także zakonnicy Anny Styła (siostry Antoniny), która zamieszkiwała z Lipińskimi pod koniec życia.



W osobnej notatce zostaną przedstawione życiorysy wnuków Karola Styły- księdza Jacka Styły i porucznika Marynarki Wojennej Włodzimierza Styły.


czwartek, 11 listopada 2021

Wspomnienia legionisty z pobytu w Choczni w 1914 roku- część II

 Dalszy ciąg wspomnień Tadeusza Chełmeckiego, żołnierza Legionów Polskich, stacjonującego w Choczni w 1914 roku. Co ciekawe, znalazła się w nich także próbka choczeńskiej gwary sprzed 107 lat.

Pierwsza część jego wspomnień jest dotępna tu: (link)

----

Rano poszedłem do służby. Stanąłem najspokojniej przed ambulansem i równocześnie kwaterą lekarzy w oczekiwaniu zleceń, aż mię zawołała jakaś kobiecina, okazało się, że jest właścicielką tego domu w Choczni, w którym kwaterowali lekarze i kazała zrobić porządek w pokoju. Mówię, że to nie do mnie należy.

 - Jakto —  odpowiada. kobiecina i po chwili:

- jo wom ta panie radze, zróbcie po dobrości, bo wszyscy, co ich tu przysełajom, to robiom. Mnie toto nic nie obchodzi, bo mi nie płacom, ale zawdy mi żol, jak dochtory swarzą chłopoków, że porzundek nie jest zrobiony. Łóżka umicieto słać?

- Nie

- No to jo wom pościele, ale z nocników to se wylijcie sami

- Z jakich nocników?

- A z tych co stojom pod łózkami - i widząc moją przerażoną minę, ciągnęła dalej:

- ii był tu tyz taki nizinier1, co nie chcioł wylać, to mu pedziały, ze w wojsku ni ma nizinierów ino zołnierze, no i cóz, wzion i wyloł, ino go jesce wyzwały. A wylijcie na grzundki, to się nie zmarnuje.

 Co było robić, wylałem babie na grządki tą cenną zawartość, przeklinając doktorów i myśląc sobie, jak to dużo jednak poezji zawiera w sobie życie wojskowe. No nareszcie ten cholerny porządek zrobiony. Stanąłem na drodze, aby pokazywać maruderom, gdzie lekarze, a gdzie izba chorych, bo napisów nie było i myślałem o Felku, bo lubiliśmy go wszyscy, a kara czekała go dosyć duża, za granie w karty, światło w stodole i co najgorsza, kopnięcie pana feldfebla i podanie fałszywego nazwiska. Nagle słyszę komendę:

- Baczność ! W prawo patrz!

I patrzę, a tu Artur, Wałek i Franek maszerują, ocierając łzy ze śmiechu, a na odwach2 pod karabinem prowadzi ich Felek i salutuje przede mną, niby z tego powodu, że ja na posterunku, a on tylko konwojent. Okazało się, że gdy dowódca kompanii wywołał Fijołka do „raportu”, no i naturalnie nikt się nie odzywał, Felek stojąc w szeregu robił takie miny dopóty, aż go wreszcie kompanijny wywołał i zapytał, czego chce?  Felek tłómaczy, że ci trzej nic nie są winni, bo ich do wszystkiego namówił ten Fijołek, który zdaje się jest z innej kompanji, no i z pewnością podał fałszywe nazwisko. Kompanijny uśmiał się z min Felka i w nagrodę za to, że jest taki porządny i tak broni swoich kolegów, kazał mu ich zaprowadzić na odwach. Felka z radości, że mu się upiekło, obnieśli potem w triumfie na rękach naokoło stodoły. Co prawda, dzięki Felkowi, kradzieży u nas wcale nie było. Raz, jakoś na drugi dzień po naszem przyjściu do Choczni, zginęło, nie pamiętam komu, 6 koron. Dowiedział się o tem Felek; za godzinę przyniósł pieniądze, a na zapytanie kto ukradł, odpowiedział tylko, że ten, komu znać na twarzy 10 palców. O tem, kto ukradł nie dowiedzieliśmy się nigdy. Przyszedł nowy dowódca plutonu obywatel Aleksander Wojtecki3, blondyn, średniego wzrostu, pochodzi z kieleckiego, słuchacz 2-go roku filozofii. Dziwnie nam odrazu przypadł do serca. Przedewszystkiem przyszedł z I-szej Brygady, otoczony aureolą stoczonych kilku potyczek z Moskalami, a powtóre, nie jest sztywny, postawił nas na baczność, zobaczył wszystkich, kazał się rozejść i zaczął z nami gawędzić. Mówi, że chce poznać pluton, którym ma dowodzić. Pierwsza rzecz, opowiedzieliśmy mu o Felku, bo, coprawda, baliśmy się, żeby Felek nie zrobił jakiego kawału, onby go wziął do galopu i w rezultacie Felek poszedłby pod karabin, ale nowego plutonowego by ośmieszył. Opowiedzieliśmy więc coś niecoś i odrazu taszczymy Felka do niego. Strasznie wszyscy byliśmy ucieszeni, bo i Felek bez żadnych szop stanął na baczność i obywatel Wojtecki znalazł się morowo. Poklepał Felka po ramieniu i mówi:

-Właśnie obywatelu, takiego jak wy potrzeba mi w plutonie, róbcie ile chcecie i ile się wam podoba kawałów, aby nam zawsze wszystkim było wesoło.

Felek zasalutował jak należy, porządnie zrobił w tył zwrot, powiedział nam, że obywatel Wojtecki jest morowy. A no jutro ta sławetna przysięga. Ucieszyłem się strasznie, bo mnie i kilku jeszcze z naszego plutonu przydzielili do skrobania kartofli — a więc na przysięgę nie poszedłem. Co prawda, wolałbym przez tydzień nosić doktorom nocniki, niż robić z siebie błazna, powtarzając machinalnie słowa przysięgi, a w duchu złorzecząc temu właśnie za tą przysięgę, komu się niby przysięga. Nie ciekawiło mię zupełnie, jak się przysięga odbyła, a na zapytanie moje po powrocie czy są już teraz wierni, odpowiedzieli mi, że teraz dopiero całą Austrję mają gdzieś i że takiej szopy jak ta przysięga jeszcze nie widzieli, no i że wszyscy mruczeli, a nikt słów nie powtarzał.

Coś o naszym prowiantowym nie tęgo słychać, jedzenie podłe, podobno go biorą do galopu, a on się wywija, jak może. Nie wiem dokładnie, o co go tam posądzają, ale coś jest zdaje się, w nieporządku. Stałem dwie godziny pod karabinem, bo chcieli mię zrobić jakimś rachunkowym, ale uciekłem na ćwiczenia, a gdy mnie przyprowadzili z powrotem, powiedziałem, że nie będę, bo nietylko rachunków, ale i pisać zapomniałem, no i gotówbym się jeszcze tak pomylić, że musiałbym stać za karę pod karabinem, a kompanijny siedzieć w dziurze. Na to mi obywatel Stryj odpowiedział, że pod karabin pójdę odrazu i wyrzucił z kancelarii. Pod karabinem stałem, ale żadnym rachunkowym nie będę. Dosyć mam już tej matematyki i tych ciągłych korepetycji z gimnazjum, a zresztą nie po to poszedłem do Legjonów, żeby liczyć krupy. Felek powiada, żem się powinien był na dowód, że zapomniałem liczyć, pomylić i stać 15 minut; prawda chciałem to zrobić, ale cóż kiedy komendant warty nie chciał się pomylić i musiałem odstać swoje aż hej. Austrja bierze po skórze. Lwów już podobno zajęli Moskale4. To niby myśmy razem z Austrią mieli bić Moskali, a tu tymczasem ona bierze wały. Mam wrażenie jednak, że to tylko chwilowe, przecież nie sposób, żebyśmy z tej wojny nie dostali Polski wolnej. Jak się to stanie, to niech myślą ci, co, nas poprowadzili, a naszym obowiązkiem jest tylko się bić, a nie za dużo myśleć, bo i tak nic nie wymyślimy. Dzisiaj batalionowy Kitay5osobiście przeczytał naszej kompanii rozkaz, że już nie wolno mówić obywatelu, tylko panie. I tak nie ma już „obywatelu Komendancie”, tylko „panie komendancie plutonu, kompanji itd.”, nie sekcyjny, tylko pan kapral, a żołnierzom do siebie nie wolno też mówić obywatelu, lecz „panie żołnierzu”. Chyba długo poczekają, aż się od obywatela. odzwyczaimy, bo w naszej kompanji nie ma ani jednego, któremu by się to nowe „panie” podobało, a i sam ob. Kitay pożegnał nas po tym całym rozkazie

 - Cześć Obywatele!

Rozkaz ten wyszedł podobno dlatego, że generał Baczyński6 miał się czuć bardzo obrażony, gdy w Oleandrach w Krakowie7, któryś strzelec na zapytanie generała, czy dobrze się czuje w wojsku, zamiast odpowiedzieć: „Tak jest ekscelencjo" !, odpowiedział, „G..wno dobrze obywatelu generale !” 

Dowódca baonu zrobił dzisiaj zbiórkę obydwu batalionów; kilku lekarzy chodziło wzdłuż szeregów i kto im się tylko nie podobał, kazali mu wystąpić: Potem nastąpiła zbiórka tych, którzy wystąpili, my znowu musieliśmy łączyć i tak się ta historia powtarzała do trzech razy, aż nas z obu baonów pozostało 1000 ludzi. Nie wiedzieliśmy z początku, co to wszystko ma znaczyć, aż nagle ktoś, nie wiadomo skąd, bąknął, że my pójdziemy zaraz na front, a tamci do Krakowa z powrotem, że nam mają dać dobrą szkołę i dlatego nas tak przebrali, aby nikt nie był słaby. Pomięszali nas teraz, że niech Bóg broni. Od nas między innymi odszedł prof. Tync, architekt i Felek, ku zmartwieniu wszystkich. Jesteśmy teraz w pierwszym plutonie, 7-mej kompanji, 3-go pułku piechoty I-go Legionu Zachodniego, a chociaż teraz jest przynajmniej połowa z kieleckiego, to jednak  i oni krzyczą, że nasz batalion to czysto krakowski. Dowódcą kompanii został ob. Tarkowski8 (pseudonim „Czechna” z baonu kieleckiego) student politechniki lwowskiej. Do naszego plutonu przyszedł ob. Godzijewski9, jako młodszy od obywatela Wojteckiego, ale coś za dwa dni odrazu dostał pluton czwarty. Tego feldfebla z 2-go plutonu nareszcie zabrali i to, jak mówią, w kajdankach podobno odwieźli, bo coś tam miał skraść w wojsku austrjackiem i uciekł do nas. Felek, odchodząc od nas, pobił się na, pożegnanie z ob. Dziedzicem z 2-go plutonu. Dziedzic, robotnik z Prus, w porównaniu do Felka olbrzym, ale okropnie ciężki. Felek się czegoś przypiął do niego i nigdy mu nie dawał spokoju, a dziś to już specjalnie chyba zawziął się i tak kpi z niego, że go przecież rozruszał. Aniśmy się spostrzegli, jak Dziedzic skoczył do Felka z pięściami i zanim znowu zdążyliśmy Felkowi pobiedz na pomoc, już Dziedzic dostał w gębę i leżał jak długi na ziemi, a Felek trącał go delikatnie nogą pytając: 

- Obywatelu, coście zasłabli, że was tak pieronem zmietło z ziemi? 

Dziedzic porwał się do Felka i znowu jak długi rozciągnął się na ziemi. Wstał, ale już nie zabierał się do bitki, a myśmy stali z rozdziawionemi gębami, bo przecież Dziedzic był przynajmniej o dwie głowy wyższy od Felka. Wreszcie Felek podszedł do Dziedzica, podskoczył, złapał go za szyję i zaczął przepraszać, że ta bitka to tylko dlatego, że mu smutno, iż od nas odchodzi. Rozśmieszył nas wszystkich, ale przez to jeszcze go nam bardziej żal. Dostaliśmy żołd. Na noc poszedłem do dowódcy baonu, jaka łącznik naszej kompanii. Gdym wrócił w południe, wszyscy już byli umundurowani.  Mnie zostawili cały mundur, ale czapki nie mam. Co teraz robić? W cywilu już przecież chodzić nie mogę. Resztki tego cywila zostawiłem u ks. wikarego10. śmieją się wszyscy ze mnie, bo chodzę z gołą głową. Nie wiem, czy naprawdę dla mnie czapki nie było, czy też mi ją schowali. Z tej rozpaczy poszedłem do karczmy na wódkę. A tam znowu ze mnie kpią: 

„Obywatela oddej ciako !11” 

Niech was cholera zatłucze, co tu robić? Kupić nie ma gdzie; tak, to względnie dosyć porządnie wyglądam, jakiś mundur dostałem nie zanadto wielki, buty, getry austriackie, spodnie, pas, bagnet, ładownice, wszystko to dosyć porządnie wygląda, bom się ściągnął jak należy, tylko ta cholerna czapka. Przecież w twardym meloniku nie sposób chodzić przy mundurze. Wypiłem. trzy wódki i wyszedłem wściekły z powrotem na kwaterę; tak czekałem na ten mundur, dostałem i teraz bardziej nigdzie się ruszyć nie mogę.


1 nizinier- gwarowo inżynier.
2 odwach- areszt, wartownia.
3 Aleksander Wojtecki, urodzil się w 1890 roku w Morawianach, na początku 1915 roku został ranny i podczas leczenia zdał eksternistycznie maturę w Wiedniu, w 1918 roku został przyjety do Wojska Polskiego w stopniu podporucznika, brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej, a po jej zakończeniu przeszedł do rezerwy w stopniu kapitana. Ukończył studia na Uniwersytecie Poznańskim, w 1933 roku obronił doktorat. Był autorem kilku książek.
4 wojska rosyjskie zajęły Lwów 3 września 1914 roku.
5 Paweł Kittay urodził się w 1889 roku w Pawłowie koło Lwowa. Przed I WŚ studiował w Krakowie i we Lwowie, był znanym taternikiem. W 1915 roku został zwolniony z Legionów z powodu choroby. Pracował w firmie eksportowej i przebywał Chinach, Afryce Południowej, Indiach. Przez jakiś czas w czasie II wojny był attaché prasowym polskiej ambasady w Chunkingu. Będąc w Indiach ciężko zachorował. Był leczony w Londynie, potem w Nowym Jorku, gdzie zmarł w 1948 roku.
6 Rajmund Baczyński, urodzony w 1857 roku w Krakowie, był generałem armii austro-węgierskiej, w 1914 roku mianowanym dowódcą Legionu Zachodniego. W 1915 roku awansowany na stopień feldmaszałka, w 1916 roku przeniesiony w stan spoczynku. W 1918 roku przyjęty do Wojska Polskiego bez przydziału. Zmarl w 1929 roku w Poznaniu.
7 Oleandry w Krakowie- ulica w Krakowie, w mieszczącym się przy niej teatrze nocowali w 1914 roku I Kompanii Legionów i stamtąd wyruszyli w kierunku Królestwa Polskiego.
8 Zygmunt Tarkowski urodził się w 1889 roku w Rzeczycy (powiat Biała Podlaska). W 1914 roku został mianowany porucznikiem, a w 1915 roku kapitanem. Poległ w bitwie pod Kostiuchnówką 5 listopada 1915 roku. Pośmiertnie odznaczony Krzyżem Virtuti Militari.
9Godzijewski- prawdopodobnie Godziejewski.
10 mowa o ks. Franciszku Żaku.
11czapka wojskowa, nakrycie głowy austriackiej piechoty.

poniedziałek, 8 listopada 2021

Choczeńska kronika sądowa - część V

 

W związku z trudną sytuacją zaopatrzeniową w Polsce po I wojnie światowej 11 stycznia 1919 roku powstał Urząd do Walki z Lichwą i Spekulacją, którego zadaniem, jak nazwa wskazuje, była walka z wszelkimi przejawami lichwy i spekulacji artykułami pierwszej potrzeby. Urzędnicy mogli konfiskować przedmioty oraz nakładać kary administracyjne w postaci 3-miesięcznego aresztu lub grzywny do 50 tysięcy marek polskich. Oddziały terenowe tego urzędu miały siedziby w sądach okręgowych i działały na obszarze właściwości tychże sądów.

"Dziennik Cieszyński" z 11 kwietnia 1922 roku zamieścił imiona i nazwiska osób, na które bielski Urząd do Walki z Lichwą nałożył kary w marcu 1922 roku.

Wśród nich znalazł się niejaki Józef Waluś z Choczni, ukarany za "lichwę mlekiem" w Bielsku grzywną w wysokości 1000 marek z zamianą na 5 dni aresztu.

----

"Dziennik Zachodni" z 25 czerwca 1947 roku informował:

W Sądzie Okręgowym w Wadowicach rozegrał się finał bójki, jaka miała miej­sce w Trzy Króle, w restaura­cji Fujawy w Choczni. Teofil Wider z Wadowic, będąc przejazdem w Choczni, wstąpił do restauracji Fujawy, gdzie w czasie zabawy doszło do bójki na sztachety. Widera porwał rów­nież za sztachetę i atakując prze­ciwników — uderzeniem w głowę spowodował złamanie czaszki i w następstwie śmierć Stanisława Żaka, nieznanego sobie zresztą osobiście.Sąd uznał, że zabójstwo zosta­ło dokonane nie umyślnie i ska­zał oskarżonego Widerę na 6 lat więzienia, darowując mu połowę kary na mocy amnestii.

Wspomniany Teofil Wider był rzeczywiście mieszkańcem Wadowic (dzisiejszej ulicy Sadowej), ale wywodził się z Choczni. Był synem Aleksandra Widra i Joanny/Janiny z domu Moskalik. Żył w latach 1904-1971; z żoną Heleną z Byrskich z Kaczyny doczekał się siedmiu córek i jednego syna, ale większość z nich zmarła wkrótce po urodzeniu.

----

Z kolei "Dziennik Bałtycki" z 10 stycznia 1963 roku, podawał, że:

W środę 9 bm Prokuratura Wojewódzka w Krakowie zakończyła śledztwo przeciwko grupie byłych pracowników Spółdzielni Inwalidów "Wisła", oskarżonych o dokonanie milionowych nadużyć. Jak wynika z aktu oskarżenia były kierownik działu włókienniczego Spółdzielni "Wisła" w Choczni (powiat Wadowice) Eugeniusz I. oraz były kierownik Zakładu Włókienniczego tej spółdzielni w Żywcu - Józef K., przy pomocy wspólników, zagarnęli w wyniku nieuczciwych machinacji ponad 2 miliony złotych. W procesie, który odbędzie się przed Sądem Wojewódzkim w Krakowie zeznania złoy ponad 60 świadków.

Spółdzielnia Inwalidów mieściła się w budynku choczeńskiego Domu Ludowego/Sokoła.

----

Na koniec sprawa sądowa z 1906 roku, opisywana przez "Dziennik Cieszyński", w której także pojawia się wzmianka o Choczni:

Wydanie z 4 sierpnia 1906 roku:

Donieśliśmy przed miesiącem, że wdowa Mayerowa, została skazana na 2 lata aresztu za oszustwa tytoniowe. Zwróciła się ona po swem skazaniu z prośbą do władz, by karę mogła odsiadywać w Białej, ze względu na dzieci, które tu pozostawiła. Prośba ta nie została wysłuchaną i Mayerowa miała zostać odstawioną do więzienia w Wadowicach. Stało się to we wtorek. Przy żegnaniu się z dziećmi przyszło do tak wstrząsających scen, że wielu z przypatrującej się publiczności stanęły łzy w oczach. Dzieci formalnie nie chciały matki puścić. Nie dość na tem. Szesnastoletnia córka wyjechała tego samego dnia do Bystrej i tam strzeliła do siebie z rewolweru. Nieszczęśliwą przewieziono do szpitala powszechnego, trzema zaś pozostałemi nieletniemi dziećmi zajęła się gmina.

I ciąg dalszy tej sprawy w wydaniu z 11 sierpnia:

Przed kilku dniami wysłana do więzienia wadowickiego wdowa Jetty Mayerowa z Białej została wypuszczona na wolność. Stało się to wskutek zarządzenia lwowskiej krajowej Dyrekcyi finansowej. Mayerowa udała się do swych krewnych w Choczni.

----