Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spór o dzwony kościelne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spór o dzwony kościelne. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 stycznia 2019

Spór o choczeńskie dzwony według "Gwiazdki Cieszyńskiej"

Spór o choczeńskie dzwony w 1928 roku był tematem poruszanym przez całą ówczesną polską prasę. 
Nie tylko zresztą polską, ponieważ pisały o tym również gazety i czasopisma polonijne oraz czeskie i austriackie.
W zależności od światopoglądu autorzy publikacji najczęściej bezkrytycznie brali stronę jednej lub drugiej strony sporu.
W zaskakujący sposób sprawa ta została zrelacjonowana w "Gwiazdce Cieszyńskiej", opowiadającej się przeciw Putkowi. Nie dość, że tekst z 25 maja 1928 został napisany w formie rozmijającego się nieco z prawdą satyrycznego dialogu pomiędzy Jurą i Jonkiem, to na dodatek w gwarze stylizowanej na cieszyńską.

Oto jego fragmenty:

Jonek: Toś nie słyszoł? Toć dziwne. Na niedaleko od Wadowic w jednej dziedzinie, nazywo sie Chocznia, jedzie sie przez nie na Kalwaryje, fojtuje jedyn poseł z tej partyje, co zawsze wszędzi wrzeszczy: ziemie brać a nie płacić ! Nazywa sie Potek, ale za potka1 jeszcze nigdy nie był, bo sie boi, że jakby go ksiądz w kościele pokropił wodą święconą, toby mu sie wszyscy djabli wypowiedzieli z kwartyru, a mo ich snoci w sobie dość godnie.
Jura: To ten Potek też chce robić u nas Meksyk?2
Jonek: Jeszcze je kapke słaby, toż ni może tak z fleku strzylać abo wieszać ludzi, toż sie chyto z inszygo końca. Ni może wyposłuchać zwonienio, bo zaroz w nim djabli zaczynają wyć, jak psy na miesiączek. A w tej dziedzinie mieli akurat wyciągać nowe zwony na wieże, tak sie Potkowi zdało, że sie nie wiem kaj ugryzie od złości i zakazoł tamtejszemu farożowi zwony wyciągać.
Jura: Na cóż on tez farożowi mo do pokręcanio w kościele?
Jonek: Psiniec z przeproszeniem ciebie. A potem Ci jeszcze chcioł naporęczyć, kiedy i komu sie mo tymi zwonami zwonić, a paterek na niego rzecy: utrzyj se nos a przywitej ludzi jak pujdą z kościoła, a nie styrkej mi sie tu do moich wiecy.
Jura: To mu dobrze wpolił. A cóż Potek na to?
Jonek: Strasznie sie rozczercił, skoczył ku kościołu, ale dwiyrze naprzód zamkli, toż jeny  z pod dwiyrzy wywrzaskowoł na paterka aż go puści, że on idzie jako urzędnik, a welebny mu na to: Nie jeż mi sie tu jak wesz we strupie, taki urzędnik jako ty, ni mo nic w kościele do pokręcanio i nie odewrzył.
Jura: To sie dziepro musioł wściekać. 
Jonek: To możesz wiedzieć, gańba go kapke było, że mu tak strasznie szaptnie utrzyli nos, toż chcioł koniecznie na swoim postawić. Zawołoł ślosorza, aby dwiyrze odewrzył jaki szperhokem, ale ślosorz był jakisi po pulyrce i żodnym końcem ni móg odewrzyć, toż miły Potek zawołoł pore swoich baranów i ci wywalili dwiyrze do kościoła.
Jura: Panie sie smiłuj, że też sie taki człowiek Pana Boga nie boji.
Jonek: Takimu to je wszycko fuk. Ale za to biskup krakowski rzucili na niego klątwe, toż jak sie o tem dowiedzioł, toż zaczon wrzeszczeć i przeklinać w sejmie i po dziedzinach, że prędzy nie spocznie, póki wszyckich katolików z Polski nie wyżnie.
Jura: Ze też takigo człowieka nie zawrą, kie tela ostudy robi.
Jonek: Jakoż go mają zamknyć, kie je nietykalny jako poseł. 


1 potek = chrzestny
2 nawiązanie do reform rządu Meksyku, które miały na celu nie tylko ograniczenie doczesnej roli Kościoła, ale również stłumienie wpływu religii na społeczeństwo.

poniedziałek, 30 października 2017

Grono Wzajemnej Pomocy "Chocznia" w Chicago

Grono Wzajemnej Pomocy "Chocznia" w Chicago było jedną z dwóch organizacji polonijnych, które odgrywały dużą rolę w życiu choczeńskiej emigracji w Stanach Zjednoczonych Ameryki.
Oprócz działalności wspierania członków w ich codziennych problemach na obczyźnie zajmowała się również urządzaniem obchodów różnego rodzaju rocznic patriotycznych, oprawą świat kościelnych i podtrzymywaniem polskich tradycji.
Grono skupiało osoby nie tylko urodzone w Choczni, ale także ich małżonków i potomków oraz Polaków z pochodzenia, powiązanych z chocznianami więzami towarzyskimi.
Pod koniec lat dwudziestych XX wieku o Gronie głośno stało się także w Choczni i całej Polsce za sprawą sporu wynikłego o choczeńskie dzwony kościelne.(link)
Choczeńska emigracja od dawna wspierała różnego rodzaju inicjatywy społeczne i przedsięwzięcia realizowane w kraju jej pochodzenia, jak na przykład budowę Domu Ludowego ("Sokoła") w Choczni, czy pomnika Tadeusza Kościuszki w Krakowie.
Toteż gdy w 1924 roku pojawił się w Choczni pomysł ufundowania nowych dzwonów kościelnych na miejsce poprzednich, zarekwirowanych na potrzeby wojenne przez władze austriackie w 1917 i 1918 roku, choczeńscy Polonusi i tym razem nie szczędzili na ten cel swoich ciężko zarobionych dolarów.
W rozpropagowaniu samego pomysłu i zbiórce pieniężnej największe zasługi mieli:
  • Stanisław Sikora, prezes Grona, syn byłego choczeńskiego wójta Antoniego, który przedstawił Gronu Wzajemnej Pomocy założenia fundacji dzwonów,
  • Franciszek Wcisło, były choczeński sklepikarz i działacz Kółka Rolniczego, doświadczony przy organizacji kwest wśród Polonii,
  • Antoni Guzdek, sekretarz Grona, inżynier mierniczy, były uczestnik walk w obronie Lwowa w latach 1918-1919.
W czerwcu 1927 roku przybyła do Choczni trzyosobowa delegacja Grona, w której oprócz wymienionego wyżej Franciszka Wcisły znaleźli się też Ignacy Ścigalski, były żołnierz armii Hallera, z zawodu „policyant” w banku Peoples Stock Yards State Bank w Chicago i Jan Tomasz Turała, były żołnierz armii amerykańskiej we Francji podczas I wojny światowej. 
Delegaci dokonali uzgodnień z probostwem, co do warunków fundacji oraz zgodnie z posiadanym upoważnieniem zamówili w ludwisarni Karola Schwabe w Białej dzwon "Święty Jan Chrzciciel" o wadze 993 kg ufundowany przez Grono Wzajemnej Pomocy z Chicago i drugi mniejszy (470 kg) ze składek zebranych w Detroit, na wykonanie których wpłacono stosowną zaliczkę.
Pozostałą kwotę przywiezioną przez delegację, to znaczy 705 dolarów (w przeliczeniu 6300 złotych), wpłacono 12 lipca 1927 roku do Kasy Stefczyka w Choczni. 
Do czasu realizacji zlecenia wyznaczonego na listopad, pieniądze te miały być pożyczone członkom kasy, a potem zwrócone (z procentem), w celu zapłaty za wykonanie i dostawę dzwonów do Choczni. 
Lista darczyńców - członków Grona przedstawiała się następująco:
  • Stanisław Bandoła,
  • Edward Bąk, syn chocznian urodzony w USA,
  • Józefa Botko, córka Kacpra Drapy z Choczni i jej córka Józefa,
  • Marianna Bryndza, urodzona w USA, córka Jana Bryndzy z Choczni,
  • Wojciech Dąbrowski i jego żona Agnieszka,
  • Dziadoszowie- Wojciech i jego pochodząca z Choczni żona Maria oraz ich dorosłe dzieci: Edward, Stanisław i Janina Kordt,
  • Tomasz Góra, jego żona Zuzanna i syn Jan,
  • Antoni Guzdek,
  • ksiądz Jan Guzdek (link),
  • Franciszek Gzela i jego żona Bronisława z domu Ruła,
  • Jasińscy (Tomasz i Helena),
  • Piotr Jaworski, 
  • Maria Kamykowska z domu Jędrzejowska,
  • Klimaszowie: Józef i jego żona Helena z domu Ramenda,
  • Jan Koman,
  • Jan Kozubowski,
  • Kółko Literacko- Dramatyczne "Ognisko" z Chicago,
  • Michał Kręcioch i jego żona Balbina z domu Stuglik,
  • Stefan Kręcioch,
  • Jan Łapka i jego żona Maria,
  • Antoni Maciejewski,
  • Władysław Majewski i jego żona Maria ze Ścigalskich,
  • Mąkowie- Florian, jego żona Marianna i syn Antoni,
  • Stanisław Mucha,
  • Józef Myszkowski,
  • Jan Naglik,
  • Jan Nikliborc i jego żona Maria z domu Wcisło,
  • Józef Pawelak i jego żona Józefa z Jędrzejowskich,
  • Jan i Elżbieta Ramendowie,
  • Piotr Sikora,
  • Stanisław Sikora i jego żona Henrietta,
  • Wiktoria Smith z domu Bryndza,
  • Mikołaj Stopa i jego żona Balbina z domu Łapka,
  • Jan Stuglik i jego żona Franciszka,
  • Józef Stuglik i jego żona Magdalena,
  • Józef Szczur,
  • Wacław Szczur i jego żona Wiktoria,
  • Wojciech Szot,
  • Ignacy i Franciszka Ścigalscy,
  • Jan Ślusarczyk,
  • Jan Turała i jego żona Maria,
  • Jan Tomasz Turała,
  • Adam Wcisło i jego żona Regina,
  • Franciszek Wcisło, jego żona Katarzyna z domu Guzdek oraz synowie Jan i Józef z żoną Heleną,
  • Józef Wiewióra,
  • Franciszek Wróblewski z żoną Joanną z domu Ramenda.

20 października 1927 roku zgodnie z dyspozycją Grona z ich konta w Kasie Stefczyka wypłacono kwotę 5051,93 złotych na potrzeby sfinalizowania zakupu.
28 grudnia dokonano wypłaty kolejnej transzy z konta Grona w KS w wysokości 1183,43 zł, a pozostałości w wysokości 68,10 zł oraz 169,62 zł wypłacono ostatecznie 17.06.1928r. i 21.10.1928r.
24 czerwca 1928 roku proboszcz Dunajecki w obecności świadków: Tomasza Bursztyńskiego i Szymona Łapki spisał akt fundacyjny dzwonu "Święty Jan Chrzciciel", w którym sporne kwestie zarządu nad dzwonem i funduszu podzwonnego uregulowano w następujący sposób:
  • dzwon miał zostać własnością parafii rzymsko-katolickiej w Choczni i pozostawać pod jej wyłącznym zarządem,
  • co roku miano odprawiać jedną mszę świętą w intencji fundatorów "po wieczne czasy",
  • opłaty za dzwonienie (podzwonne) miały być składane w kasie kościelnej i pozostawać w dyspozycji proboszcza,
  • dla ubogich na pogrzebach miano dzwonić bezpłatnie (według uznania proboszcza),
  • zmarłemu fundatorowi przysługiwać miało bezpłatne dzwonienie.
Na skutek nieporozumień, oskarżeń i pretensji związanych z warunkami fundacji oraz deponowaniem zebranej kwoty, z działalności w Gronie Wzajemnej Pomocy wycofał się Stanisław Sikora, jeden z inicjatorów całego przedsięwzięcia.
Pozostali członkowie Grona ostatecznie przyjęli akt fundacji i we wrześniu 1928 roku przesłali na ręce proboszcza Dunajeckiego dodatkowo kwotę 10 dolarów na zakup lin do wciągnięcia ufundowanego dzwonu na wieżę kościelną.
26 kwietnia 1930 roku Grono z Chicago wsparło budowę Domu Katolickiego w Choczni kwotą 100 dolarów. Sekretarz Grona Antoni Guzdek w dołączonym liście tłumaczył, że ze względu na panujące w USA bezrobocie i pogorszenie się warunków życia członkowie Grona nie są w stanie w tym momencie zaoferować większej pomocy, ale gdy warunki się polepszą "będą starali się pospieszyć z pomocą Waszej zbożnej pracy rozpoczętej dla dobra młodzieży w Choczni".
Jednocześnie z tego pisma wywnioskować można, że działalność Grona została wówczas zdecydowanie ograniczona, a członkowie skupiali się na swoich własnych problemach i poszukiwaniu pracy.

pieczęć Grona Wzajemnej Pomocy i podpis Antoniego Guzdka
Jako ciekawostkę można podać fakt, że zapis punktu 5 aktu fundacyjnego dzwonu odnośnie dzwonienia zmarłemu fundatorowi zrealizowano tylko raz, po śmierci Jana Stuglika w 1935 roku. 


 

piątek, 9 grudnia 2016

Choczeńscy wikariusze- ksiądz Franciszek Miśkowiec

Franciszek Miśkowiec urodził się w Słonem koło Rabki 26 stycznia 1884 roku, jako syn Sebastiana Miśkowca.
Od 1897 roku kształcił się w krakowskim gimnazjum św. Anny, które ukończył w 1906 roku. W tym samym roku wstąpił do seminarium duchownego i rozpoczął studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.
3 lipca 1910 roku został absolwentem Wyższego Seminarium Duchownego Archidiecezji Krakowskiej, po czym uzyskał święcenia kapłańskie z rąk kardynała Jana Puzyny.
Zaraz po święceniach został skierowany do Choczni, do pomocy księdzu proboszczowi Józefowi Dunajeckiemu. W parafii choczeńskiej spędził jako wikariusz trzy lata. Dał się poznać jako kapłan zaangażowany w działalność duszpasterską i założyciel nowych stowarzyszeń religijnych.
Z drugiej strony był negatywnie oceniany przez choczeńskich ludowców, skupionych wokół posła Antoniego Styły, wójta Maksymiliana Malaty i jego sekretarza Józefa Putka.
W 1912 roku zgorszeni kazaniem ks. Miśkowca ludowcy wysłali korespondencję na ten temat do numeru dziewiątego "Przyjaciela Ludu", w której przeczytać można między innymi:

"Gmina nasza, bez przesady możemy powiedzieć, jest jedną z najbardziej uświadomionych gmin w powiecie. Zasługa to miejscowego rzutkiego włościaństwa i inteligencji. Jest tu już »Kółko rolnicze«, »Czytelnia ludowa«, a w ostatnich czasach powstało Towarzystwo gimnastyczne »Sokół«. Przy »Sokole« istnieje »Kółko śpiewackie«, które niejednokrotnie śpiewem upiększało nabożeństwa w kościele, tudzież »Kółko amatorskie«, które przygotowało do grania »Betleem polskie« Rydla i „Kościuszkę pod Racławicami«. 
Z powodu jednak »życzliwości« Rady szkolnej krajowej, która na ten cel nie chce użyczyć sali szkolnej, nie można było odegrać tych sztuk w Choczni. Obecnie mają Chocznianie na myśli budowę »Domu ludowego«, zwłaszcza, że dzięki ofiarności p. Franciszka Malaty jest już miejsce pod budowę, a dzięki ofiarności ogółu jakiś kapitał. Wszystkie te zabiegi jakoś nie mogą znaleźć aprobaty u ks. Miśkowca. 
W święto Matki Boskiej Gromnicznej postanowił generalnie zgromić tych, co śmią inaczej myśleć, niż on. A więc zaczął z ambony wyzywać od »obszarpańców«, »bałamutnych szerzycieli oświaty«, a skończył na »świniach« i „bydlętach«. »Przyjaciela Ludu« nazwał »świńskiemi otrębami«. A najkapitalniejsze było twierdzenie, że będzie budowie Domu ludowego przeszkadzał, bo w nim rządzić będą ludowcy. 
Jeżeli ks. Miśkowiec ma tak złą wolę, że chce parafjanom w pracy społecznej przeszkadzać, to chyba nie powinien się u nas trzymać. My chcemy takiego kapłana, któryby z nami współpracował, a nie takiego, co w pracy przeszkadza i nas chłopów siwowłosych nazywa »świniami«, a nasze dzieci »bydlętami«. Już dzisiaj bardzo wielu parafjan jest tak zniechęconych, że omijają kościół w Choczni, a chodzą do kościoła w Ponikwi i Wadowicach, byle tylko nie słuchać wyzwisk, szkalowań godnych »krowoderskiego zucha«, ale nie piastuna Bożego. On więcej wierze przynosi szkody, niż niejeden wróg."

Z kolei w numerze 26 "Przyjaciela Ludu" opisano zaangażowanie ks. Miśkowca w lokalne prawybory:

"W Choczni ks. Miśkowiec i proboszcz Dunajewski zorganizowali wszystkich chłopów z bractw, dali im kartki z nazwiskami, na kogo mają przy prawyborach głosować. Kilka razy na kazaniach gromił ks. Miśkowiec ludowców i zachęcał „lud chrześcijański" do utrącenia choczeńskich masonów (tak nazywają tutejszych ludowców). Na liście kandydatów umieścili ci księża samych takich chłopów, którzy albo mają braci albo synów, albo krewniaków księżmi, i także siebie proboszcz też postawił. Żadnemu innemu chłopu nie ufali, tylko takiemu, który ma księdza w rodzie. Na głosowanie stawili się obydwaj księża i prawie przez sześć godzin siedzieli w sali głosowania kamieniem, takim sposobem chcieli terroryzować chłopów. Chłopi jednak nic sobie z ich obecności nie robili, ale olbrzymią większością głosów na wyborców wybrali wszystkich siedmiu ludowców z Styłą i wójtem Malatą na czele."

Rok później, na łamach tego samego "Przyjaciela Ludu", w numerze z 31 sierpnia pojawiły się następne zarzuty i pretensje:

"Nadmieniłem w poprzednim numerze, że napiszę o ogłupianiu ludu przez naszego ks. wikarego Miśkowca. Ogłupianie to uprawia on już od czasu jak do nas przyszedł. Nazakładał sporo najrozmaitszych bractw, a wszystko to nie w celu służenia Bogu, ale, by kieszeń jego była pełna. Każde takie bractwo musi co niedzielę słono zapłacić za wotywę. To jasny daje dowód, że ks. Miśkowiec służy nie Bogu, ale mamonie. Z łakomstwa za mamony siedzi jeszcze do dnia dzisiejszego w Choczni, a pobyt ten będzie słodko do grobowej deski wspominał! Przecież sama kolęda przyniosła mu w jednym roku blisko dwa tysiące koron. A wszelakie korzyści mamy z księdza!! Nawet przed złodziejami zabezpiecza! Tego roku, gdy chodził po kolędzie, zaglądnął także  do jednej kobiety, którą okradli złodzieje. Rozżalona kobieta pokazywała mu otwór, przez który się złodziej do mieszkania dostał. Ksiądz Miśkowiec, pocieszając kobietę, zamaczał kropidło w wodzie święconej i kilkakrotnie pokropił ten otwór, zaręczając, że na skutek tego pokropienia złodziej się znaleźć musi. Tak, to nawet w średnich wiekach nie ogłupiali ludzi, jak to czyni w wieku dwudziestym ks. Miśkowiec. Wiadomem jest, że klęska tegorocznej powodzi jest w kraju powszechną. Dotknęła także i gminę Chocznię. Ksiądz wikary, zamiast przyjść biednej ludności z pocieszeniem i doradą i przestać ją wyzyskiwać jeszcze wymyśla z ambony, że to za to Pan Bóg karze Chocznię, że w niej ludowcy i że nie pozwalają klerykałom polityki w gminie prowadzić.
(...) Ponadto ksiądz Miśkowiec przy pomocy młodego i starego Drapy urządził sobie z mleczarni lokal agitacyjny, gdzie się rozdaje pisemka, skierowane przeciw ludowcom. Sprawę tę będziemy zmuszeni przedstawić w patronacie (spółdzielczości mleczarskiej- uwaga moja) we Lwowie."

W sierpniu 1913 roku ks. Miśkowiec został przeniesiony do Mucharza, gdzie spędził trzy lata.
W 1916 roku został mianowany katechetą i administratorem parafii pod wezwaniem św. Wawrzyńca w Kleczy, a rok później jej proboszczem.
W 1928 roku pojawił się ponownie w Choczni, uczestnicząc w dochodzeniu w sprawie sporu pomiędzy parafią, a gminą w Choczni, jako notariusz ze strony Kurii Krakowskiej.
W tym samym roku powołał w Kleczy Papieskie Dzieło Rozkrzewiania Wiary, które zaprzestało działalności w 1939 roku. 
Był prezesem Ochotniczej Straży Pożarnej w Kleczy (1933) oraz delegatury Polskiej Opieki Społecznej w Kleczy, zaangażowanym w opiekę nad dziećmi, rozdawnictwo żywności i odzieży oraz akcję zapomogową. Przy probostwie prowadził punkt dożywiania dla 25 dzieci w wieku 5-12 lat. Co kwartał rozdysponowywał żywność dla co najmniej 200 osób oraz wypłacał zapomogi na kwotę około 2000 zł. 
Jako ciekawostkę można podać fakt, że ks. Miśkowiec w tym okresie był jednym z zaledwie kilkudziesięciu posiadaczy samochodu osobowego w całym powiecie wadowickim, a swój pojazd także wykorzystywał w działalności dobroczynnej.
Tej działalności nie przerwał wybuch II wojny światowej- w ramach Rady Głównej Opiekuńczej trwała ona co najmniej do połowy 1943 roku. 
W 1941 roku ks. Miśkowiec uratował przed zarekwirowaniem przez Niemców główny dzwon parafialny "Franciszek", przez zakopanie go z pomocą parafian na podwórzu plebani. Aby jednak ilość oddanych Niemcom na złom dzwonów się zgadzała, zamiast głównego dzwonu przekazał im starą sygnaturkę. 
Jako proboszcz posługiwał w Kleczy przez niemal 39 lat. Pełnił również funkcję wicedziekana dekanatu wadowickiego i radcy Kurii Metropolitalnej.
Zmarł 6 lutego 1955 roku. 

piątek, 25 listopada 2016

Karykatura polityczna z 1928 roku

Opublikowana jakiś czas temu karykatura polityczna z 1930 roku (LINK), nawiązująca do sporu o choczeńskie dzwony (LINK), nie była jedyną, jaka pojawiła się w okresie tego konfliktu.
18 czerwca 1928 roku we lwowskim "Dzienniku Ludowym"- organie Polskiej Partii Socjalistycznej zamieszczono inny rysunek satyryczny, związany z wydarzeniami w Choczni, wraz z krótką rymowanką:


Jedyną osobą, którą można jednoznacznie zidentyfikować, jest kardynał krakowski Adam Stefan Sapieha (pierwszy z lewej).
Natomiast człowiek z pieczęcią gminną to być może wójt choczeński dr Józef Putek.
Podobnie jak na rysunku dwa lata późniejszym, występuje tu motyw krowy z dzwonami kościelnymi zamiast wymion.
Autor karykatury chciał w ten sposób uwypuklić jeden z aspektów sporu- niezgodę strony kościelnej na:
  • przekazywanie dochodów z podzwonnego na rzecz komitetu parafialnego (opanowanego przez zwolenników Putka, z nim samym na czele), a nie proboszcza,
  • nieodpłatne dzwonienie na pogrzebach ludzi ubogich,
  • używanie dzwonów nie tylko w święta kościelne, ale i państwowe.
Należy jednak pamiętać, że narastający od dawna konflikt pomiędzy choczeńską władzą samorządową, a parafią, który w sporze o dzwony osiągnął swoje apogeum, miał głównie tło polityczne i osobisto- ambicjonalne, przez co sprowadzanie go tylko do sporu o finanse (czyli "walki o dojną krowę") jest dużym uproszczeniem.



wtorek, 5 maja 2015

Karykatura polityczna z 1930 roku

Karykatura polityczna z 1930 roku, rozpowszechniana w formie pocztówki przez zwolenników Józefa Putka. 
Nawiązuje do dwóch istotnych konfliktów w ówczesnej Choczni:
- sporu o dzwony kościelne (LINK),
- sprawy rozwiązania przez władze wojewódzkie Zarządu Gminy Chocznia (23 listopad 1929).
Karykatura pochodzi z archiwum rodzinnego Leona Bąka, a do publikacji udostępniła ją pani Katarzyna Pawelec-Tarkota.


Osoby występujące na rysunku to według opisu Leona Bąka:
  • Uciekający (od góry): ks. Józef Kmiecik (na krowie, z dzwonami w miejsce wymion), Tomasz Bursztyński (komisarz gminy, były żandarm austriacki), Tomasz Płonka (były agent emigracyjny, zwolennik endecji) i Henryk Kot (strażnik leśny, oponent Putka)
  • Grupa pościgowa (od góry): Antoni Styła (z kosą, były poseł),  Maksymilian Malata (z batem, były wójt), Klemens Guzdek (z batem, członek zarządu), Kazimierz Szczur (z miotłą, członek zarządu).
  • Obserwatorzy pod Domem Ludowym: w środku Józef Putek (wójt i poseł), poniżej Stanisław Szczepański (poseł), powyżej poseł Szczepan Fidelus z Zembrzyc.
Ciekawostkę (a może dodatkowy aspekt jej sprawy) stanowi fakt, że "wypędzanymi" są osoby, co prawda mieszkające wtedy w Choczni, ale w niej nie urodzone, natomiast "wypędzającymi" są rodowici chocznianie.



czwartek, 30 kwietnia 2015

Spór o choczeńskie dzwony według Józefa Turały

Wydarzenia związane z zakupem i montażem choczeńskich dzwonów w okresie międzywojennym, w relacji Józefa Turały, spisanej w listopadzie 1975 roku i zawartej w jego „Kronice wsi Chocznia”.

Przedstawienie tej sprawy przez Józefa Turałę różni się w kilku punktach, nie tylko co do ocen, ale i faktów, w porównaniu do tych fragmentów obszernego, naukowego opracowania „Wójta Józefa Putka droga do interdyktu” Marcina Witkowskiego, które dotyczą tematu choczeńskich dzwonów. 
Dodać należy, że Józef Turała odwoływał się do własnych wspomnień, natomiast „Wójta Józefa Putka droga do interdyktu” została napisana na podstawie dokumentów kościelnych, choć są tam również odwołania do tekstu J. Turały (całość opracowania M. Witkowskiego można przeczytać tu - LINK).

Pomysł ufundowania dzwonów dla choczeńskiego kościoła parafialnego pojawił się według Turały w 1924 roku, podczas wizyty w Choczni Stanisława Sikory- przedstawiciela choczeńskiej Polonii z Chicago, a zarazem syna byłego wójta Antoniego Sikory. Kościół choczeński był ich pozbawiony od 1915 roku, kiedy to poprzednie dzwony skonfiskowały władze austriackie na potrzeby wojenne. Po powrocie Stanisława Sikory do USA emigranci choczeńscy rozpoczęli zbiórkę na ten cel w Chicago i w Detroit.
W czerwcu 1927 roku przybyła do Choczni trzyosobowa delegacja Polonii w składzie: Franciszek Wcisło, Ignacy Ścigalski i Jan Turała (brat autora relacji), z zebraną na zakup dzwonów kwotą pieniędzy.
W czasie spotkania z ks. proboszczem Józefem Dunajeckim i wikariuszem ks. Kmiecikiem delegaci zaznaczyli, że życzeniem darczyńców jest, aby z ich składek zostały zakupione dzwony, których gospodarzem ma być każdorazowo aktualny proboszcz choczeński. Przedstawili także proponowane stawki za dzwonienie oraz propozycję utworzenia Funduszu Podzwonnego, z którego miano finansować bezpłatne dzwonienie przy pogrzebach ubogich parafian. Po przyjęciu tych warunków przez stronę kościelną (z zastrzeżeniem co do Funduszu Podzwonnego) delegaci i ks. Kmiecik następnego dnia złożyli zamówienie na dzwony w fabryce Schwabego w Bielsku i wpłacili stosowną zaliczkę. Pozostałą kwotę zebranych pieniędzy delegaci wpłacili do Zarządu Kasy Stefczyka w Choczni, co zaproponował im wójt Józef Putek. Do czasu realizacji zlecenia wyznaczonego na listopad, pieniądze te miały być pożyczone członkom kasy, a potem zwrócone (z procentem), w celu zapłaty za wykonanie i dostawę dzwonów do Choczni. Ta decyzja delegatów spowodowała duże niezadowolenie Komitetu Parafialnego i proboszcza. 

Jak pisze Józef Turała: 
„Teraz dopiero przeciwko Delegatom rozpętała się burza- nieporozumienia i nieuzasadnione zarzuty ! Komitet Parafialny tez zmienił front do nich – nawet przepoczciwy zawsze ks. J. Dunajecki także solidaryzował się z Komitetem , nie przedstawił  im obiektywnie sprawy! A zresztą , cóż on mógł zrobić ? Staruszek blisko 80-letni, gdyż nie zdawał sobie sprawy , gdzie prawda leży, po czyjej jest stronie? (…) Do Ameryki popłynęły oszczercze listy, pełne nieuzasadnionych pretensji, spóźnionych rzekomych przestróg – kogoście posłali? Dali pieniądze, a dzwonów teraz nie będzie! Kto zwróci pieniądze ? (…) Teraz społeczeństwo choczeńskie podzieliło się na dwa obozy: jedni- dewotki zwłaszcza i rodziny członków Komitetu Parafialnego oraz część inteligencji, nieznającej sprawy byli po jednej stronie, - drudzy, to zwolennicy delegatów z Chicago, radni Gminy z wójtem dr Józefem Putkiem na czele i część znaczna społeczeństwa choczeńskiego , umiejąca zdrowo i obiektywnie myśleć, spokojnie mówili, ażeby poczekać do listopada, a na pewno pieniądze na dzwony zostaną zwrócone, a wtedy za dzwony się zapłaci i zostaną one zgodnie z umową dostawione!”.

I rzeczywiście po pisemnym zawiadomieniu z Fabryki Dzwonów o gotowości do dostawy, władze Gminy uregulowały należność, a dzwony zostały przywiezione do Choczni. Ponieważ władze Gminy nie chciały składować dzwonów przed bramą kościoła, zwróciły się z bezskuteczną prośbą do kościelnego i plebani o klucze. Wobec nieudostępnienia kluczy wezwano ślusarza, otworzono kościół, złożono dzwony wewnątrz pod chórem i zamknięto ponownie drzwi kościelne w obecności wójta Putka.

Co było dalej opisuje Józef Turała tak:
„I dopiero teraz  rozpoczął się krzyk i ogromna burza w obozie przeciwnym, że heretyk Putek  przemocą wdarł się do kościoła, zbeszcześcił go i przez to, czynem tym, dopuścił się gwałtu i popełnił świętokradztwo i za to powinien ponieść zasłużoną karę. (…) Niektórzy zwolennicy Komitetu Parafialnego (…) pisali listy do Kurii Biskupiej w Krakowie, że Putek z miejscowymi gospodarzami przemocą wdarł się do kościoła, że złamano przepisy kościelne (…) Nadto podobne listy popłynęły do USA (…) Na dr J. Putka jeżdżono ze skargami do Kurii Biskupiej do Krakowa, wyolbrzymiając sprawę z dzwonami, względnie niewłaściwie i jednostronnie ją tam przedstawiając.”

W rezultacie tych działań ks. kardynał Adam Sapieha rzucił w 1928 roku na Józefa Putka klątwę – interdykt, którą odczytał z ambony w choczeńskim kościele delegat kurii ks. Domasik.
Równocześnie przed kościołem wiec protestacyjny swoich zwolenników zwołał wójt Putek. Większej awanturze zapobiegła choczeńska nauczycielka Anna Zrazik, która zaintonowała pieśń religijną, podchwyconą przez wychodzących z kościoła ludzi, co zagłuszyło i storpedowało wiec. Wtedy wójt Putek wydał polecenie policjantowi gminnemu aresztowania nauczycielki, którego ów policjant nie wypełnił, zorientowawszy się w napiętej sytuacji.

Tymczasem, jak pisze Józef Turała : 
„Miesiące mijały, a dzwony nadal w zaniedbaniu i bez opieki były złożone pod chórem. Wrogo patrzyły w czasie tych awantur dewotki choczeńskie na nie- opowiadano, że w pogardzie i w swojej głupocie kopano je, czy nawet pluto na nie! (…) Dzwony zaś, (…) które powinny być dawno umieszczone na wieży kościelnej , głosić chwałę Bogu i zwoływać ludzi na nabożeństwa do kościoła, to w tak wielkim i karygodnym były poniżeniu!”

W lecie 1928 roku Józef Putek zwrócił się w tej sprawie pisemnie do Kurii Metropolitalnej w Krakowie, podając jednocześnie odpis listu do wiadomości Komitetu Parafialnego. Przypomina w liście, że dzwony od listopada 1927 roku nie spełniają swojej roli i Komitet Parafialny winien niezwłocznie zorganizować ich montaż na wieży kościelnej. Jeżeli w określonym czasie tego nie dokona, wtedy zajmie się tym Zarząd Gminy.
Kuria wezwała w tej sprawie ks. Kmiecika w zastępstwie chorego proboszcza i w lipcu 1928 roku rozpoczęły się przygotowania do wciągnięcia dzwonów na wieżę, a w sierpniu pod kierownictwem mistrza ślusarskiego Sikory z Wadowic dzwony ostatecznie umieszczono na wieży, czego świadkiem, fotografującym to wydarzenie, był sam Józef Turała. Potem nastąpiła konsekracja dzwonów, już w znacznie spokojniejszej atmosferze.

I na tym jego relacja odnośnie sprawy dzwonów się kończy. Sprawy, w której co widać wyraźnie, sympatia Turały jest po stronie wójta Józefa Putka. Jednak w odniesieniu do innych sporów pomiędzy gminą, a plebanią autor „Kroniki wsi Chocznia” zajmował stanowisko kompromisowe, a będąc zaangażowanym w działalność społeczno-kulturalną katolikiem, wywodzącym się z choczeńskich chłopów, widział racje obydwóch stron sporu. 

Na koniec warto sprostować pewne nieścisłości zawarte w relacji Józefa Turały oraz wypunktować wspomniane różnice pomiędzy jego opisem sprawy, a opracowaniem Marcina Witkowskiego:

- Józef Turała pomija całkowicie w swojej relacji temat zakupu trzeciego, najmniejszego dzwonu, ufundowanego przez Komitet Dzwonny, powołany przez choczeńskiego proboszcza ks. Dunajeckiego,
- wymieniany przez Turałę Komitet Parafialny należy rozumieć jako grupę osób wspierających probostwo w sporze z gminą, a nie właściwy Komitet Parafialny, który obsadzony był w tym czasie przez zwolenników Putka, z nim samym na czele,
- autor „Kroniki wsi Chocznia” nie wspomina o poświęceniu dwóch z trzech zakupionych dzwonów (średniego - z datków z Detroit i najmniejszego- ufundowanego przez Komitet Dzwonny) w grudniu 1927 roku (przed interdyktem i zawieszeniem dzwonów),
- zasadniczą różnicę stanowi określenie momentu, w którym doszło do wtargnięcia w przestrzeń sakralną przez wójta Putka i jego zwolenników, co stanowiło jeden z głównych  zarzutów przed wydaniem interdyktu. Według J. Turały, po przywiezieniu dzwonów z fabryki w Bielsku w listopadzie 1927 roku, wobec nieudostępnienia kluczy, doszło do otworzenia drzwi kościoła przez ślusarza, w celu złożenia tam sprowadzonych dzwonów (o czym nie pisze M. Witkowski). Natomiast według M. Witkowskiego, 4 kwietnia 1928 roku, w trakcie montażu najmniejszego z dzwonów na wieży kościelnej, wójt Putek nakazał kowalowi rozbicie drzwi prowadzących na wieżę, aby wstrzymać montaż dzwonu bez zezwolenia (o tym z kolei nic nie wspomina J. Turała).
- 2 maja 1928 roku odbyło się w Choczni dochodzenie w sprawie sporu z udziałem wszystkich zainteresowanych stron, to jest: Kurii Biskupiej, Urzędu Wojewódzkiego, wójta gminy i proboszcza, wskutek którego wojewoda krakowski podjął decyzję, że nie ma żadnych przeciwwskazań do zawieszenia dzwonów na wieży (według M. Witkowskiego, na podstawie udokumentowanych źródeł- brak informacji o tym u J. Turały),
- do zawieszenia dwóch mniejszych dzwonów doszło 11 maja 1928 roku (M. Witkowski ), a J. Turała pisząc o zawieszaniu dzwonów na wieży w lipcu i sierpniu 1928 roku, ma zapewne na myśli największy dzwon (dar Polonii z Chicago), poświęcony 24 czerwca 1928.