czwartek, 8 września 2022

Chocznianie w Jaszczurowej i z Jaszczurowej

 

Pierwszy znany mi przypadek przeprowadzki mieszkańca Choczni do Jaszczurowej wydarzył się w 1867 roku. Stało się to za sprawą małżeństwa 24-letniego Franciszka Bąka z pochodzącą z Jaszczurowej Anną Dura, cztery lata od niego młodszą. Ślub miał miejsce w kościele pod wezwaniem św. Wojciecha w Mucharzu, ponieważ Jaszczurowa należała ( i należy) właśnie do tej parafii. Młoda para zamieszkała pod nr 59, gdzie w 1869 roku przyszedł na świat ich pierworodny syn Józef Bąk. Franciszek i Anna Bąkowie doczekali się w sumie ośmiorga dzieci- oprócz wspomnianego już Józefa byli to: Franciszek, Jan, Helena, Józefa, Władysław, Eleonora i ponownie Franciszek (ponieważ pierwszy o tym imieniu zmarł jako dziecko). Gdy Anna zmarła w 1900 roku owdowiały Franciszek pozostał w Jaszczurowej i dwa lata później poślubił o 35 lat młodszą Mariannę Szczygieł rodem z Zawoi, ale mieszkającą w Śleszowicach, z którą miał jeszcze kolejnych czterech synów: Alojzego, Antoniego, Stanisława i Ignacego oraz dwie córki: Filomenę i Mariannę. Z mucharskich ksiąg metrykalnych wynika, że przed śmiercią Franciszka Bąka w 1917 roku własne rodziny zdążyli założyć: pierworodny Józef Bąk (który zresztą zmarł 15 lat przed ojcem), córka Helena, która poślubiła Piotra Byrskiego i córka Eleonora, która została żoną Jana Piecka.

W 1907 roku w Jaszczurowej mieszkali kolejny Bąkowie z Choczni. Byli to Alojzy Bąk i jego żona Marianna Bąk z domu również Bąk, druga kuzynka wspomnianego wcześniej Franciszka Bąka. Jednak w przeciwieństwie do Franciszka ich pobyt w Jaszczurowej był tylko przejściowy, a jedynym dowodem na to, że rzeczywiście się wydarzył, są przechowywane w mucharskim archiwum parafialnym metryki chrztu i zgonu ich syna Wojciecha z 1907 roku. Trzeba tu dodać, że Alojzy i Marianna Bąkowie przed urodzonym w Jaszczurowej Wojciechem mieli czworo dzieci w Choczni, a po nim także czworo, wszystkie urodzone w Choczni.

Następny po Franciszku i Annie związek małżeński osób urodzonych w Choczni i Jaszczurowej został zawarty w 1903 roku w Białej Krakowskiej. Szczęśliwym małżonkiem Rozalii Zmełty z Jaszczurowej został wówczas kowal Józef Szczur, urodzony w Choczni w 1877 roku. Niespełna trzy miesiące później przyszedł na świat ich syn Edward, późniejszy proboszcz w Kasinie Wielkiej. Szczurowie noszący później nazwisko Szczerzyński byli mieszkańcami osady Bark wchodzącej w skład Komorowic, stanowiących obecnie część Bielska-Białej.

Do pierwszego znanego mi małżeństwa chocznianki i mieszkańca Jaszczurowej doszło dopiero po II wojnie światowej, kiedy to Michał Banaś (ur. 1920) został mężem Stefanii Drożdż, urodzonej w 1928 roku w Choczni.

W choczeńskiej księdze małżeństw (Liber Copulatorum) przed 1990 rokiem odnotowano ponadto związki:

  • Stanisława Dudziaka z Jaszczurowej-Jamnika (ur. 1925) i Wandy Marii Polak z Choczni (ur. 1927) w 1951 roku,
  • Franciszka Józefa Godawy z Jaszczurowej (ur. 1932) i Janiny Ludwiki Polak z Choczni (ur. 1932) w 1952 roku,
  • Stefan Dury z Jaszczurowej (ur. 1899) i Heleny Stuglik z domu Góralczyk z Choczni (ur. 1911) w 1971 roku,
  • Henryka Ficka z Jaszczurowej  i Teresy Wiesławy Zajda z Choczni w 1976 roku,
  • Tadeusza Fili z Jaszczurowej i Renaty Barbary Pietruszka z Choczni w 1983 roku,
  • Bogdana Kowalczyka z Jaszczurowej i Marii Władysławy Wilk z Choczni w 1987 roku.

Za małżeństwo choczeńsko-jaszczurowskie można uznać także związek, który zawarli Adam Biel (1914-1992), wywodzący się z Jaszczurowej, ale urodzony w Niemczech i Józefa Tyralik (1920-2017) z Choczni. Po wojnie Bielowie po krótkim pobycie na Ziemiach Odzyskanych osiadli w Choczni, gdzie Adam został gminnym instruktorem rolnym i agronomem.

Nie był on jednak pierwszą osobą związaną z Jaszczurową, która zamieszkała w Choczni. Już w 1930 roku 50-letni Wojciech Czechowicz z Jaszczurowej zakupił gospodarstwo rolne w Choczni, którego właścicielem był aż do wysiedlenia przez Niemców. Tuż przed wybuchem II wojny światowej został wybrany nawet zastępcą radnego choczeńskiej gromady. Choć dom Czechowicza został zburzony w czasie okupacji, to Wojciech z żoną Marią po wojnie nadal mieszkał w Choczni (w 1946 roku pod nr 417).

W artykule wykorzystano informacje, które nadesłał Tomasz Szweda- dziękuję.



poniedziałek, 5 września 2022

Choczeńska kronika policyjna- część lX

"Nowiny"- dziennik niezawisły demokratyczny ilustrowany w wydaniu z 17 kwietnia 1909 roku zamieściły krótki artykuł o świętokradztwie w Choczni:

Wygrzebane przez bawiące się dzieci złote kielichy i naczynia kościelne na śmietnisku na Dajworze (Kraków), jak się okazało, pochodzą z kradzieży, dokonanej w nocy z dnia 10 na 11 b. m. w kościele w Choczni pod Wadowicami. Zawiadomiony przez policję o znalezieniu tutaj tych przedmiotów, przybył wczoraj do Krakowa ks. kanonik Dunajecki, proboszcz w Choczni i rozpoznał je, jako skradzione z tamtejszego skarbca i zakrystyi. Złodzieje dostali się do kościoła po drabinie przez okno na pierwszem piętrze. Zabrali oni ogółem 7 kielichów złotych, 3 srebrne pozłacane, 4 srebrne, 7 patyn srebrnych, krzyżyk pozłacany i 7 wotów, w łącznej wartości około 1600 koron. Rabusie próbowali włamać się najpierw do urzędu pocztowego, lecz spłoszeni wystrzałem rewolwerowym pocztmistrza, który słysząc łoskot w oknie, strzelił do nich, udali się do kościoła. Skradziona przedmioty ukryli oni chwilowo na śmietniku, nie mogli ich bowiem nigdzie sprzedać z powodu świąt. Poszukiwania na śmietniku trwają w dalszym ciągu, odgrzebano już kilka podstaw do kielichów, brak jeszcze trzech kielichów w stylu gotyckim. Policya jest już na tropie sprawców. Ks. kanonik Dunajecki złożył na ręce policyi 30 koron dla dzieci, które odszukały w śmieciach połamane kielichy i przybory kościelne.


Z kolei "Nowiny" z 22 sierpnia 1912 roku informowały:

 Rabunkowe kradzieże i napady, które w tutejszym powiecie przez kilka tygodni codziennie się powtarzały, zostały dzięki sprężystości inspektora policyi miejskiej p. Uhrynowskiegona razie osłabione. — Głównych sprawców przyłapano w Choczni i osadzono w aresztach sądu tutejszego. Są to parobczaki po lat 18 liczący, którym przewodził niejaki Dąbrowski. Kradzione rzeczy przechowywał jego ojciec. Do kradzieży przyznali się. Aresztowani byli już karani za złodziejstwo. Mimo przymknięcia tych rzezimieszków, rabunki w okolicy Zatora są na porządku dziennym. Urządzona na rabusiów obława nie wydała rezultatów. Także w Wadowicach ponawiają się kradzieże. Onegdaj okradziono restauracyę Szancerowej.

A już 6 dni później w tym samym piśmie pojawiła się kolejna notka, w której wymieniono Chocznię:

 Zamach na prochownię w Wadowicach. Z Wadowic piszą nam- Po szeregu zamachów na prochownie w Austryi, (niektóre zamachy trzeba położyć na karb fantazyi żołnierzy przyp. red.) przyszła kolej także na prochownię w Wadowicach. W nocy z 22 na 23 bm. usłyszeli po godz. 12-tej mieszkańcy domów położonych w pobliżu prochowni 7 strzałów. Straż wojskowa zaniepokojona strzałami wezwała pogotowia z koszar, poczem rozpoczęto dokładne poszukiwania za sprawcą strzałów, ale napróżno. Dochodzenia prowadzone przez cały następny dzień nie wydały także prawie żadnego rezultatu — miano tylko stwierdzić, że do żołnierza, stojącego na straży koło prochowni miał strzelać jakiś młodzieniec, który następnie znikł w pobliskich zaroślach. Znaleźli się podobno świadkowie, pomiędzy nimi także student, którzy widzieli w owej nocy uciekającego, mężczyznę w stronę Choczni. Dochodzenia prowadzone są w dalszym ciągu. Dodać należy, że prochownia w Wadowicach położona jest zaledwie 1 km. od Rynku a 100 m. od najbliższych mieszkań; prawie tuż koło niej, bo tylko w odległości 20 kroków przechodzi gościniec. Z powodu niebezpieczeństwa, którem zagraża miastu , sąsiedztwo prochowni czyni miasto od szeregu lat zabiegi o przeniesienie prochowni, ale bezskutecznie. W razie udałego zamachu całe miasto ległoby w gruzach.

czwartek, 1 września 2022

Wspomnienia z wysiedlenia w 1940 roku

 Wspomnienie o wysiedleniu autorstwa chocznianki Marii Latocha (1931-2003), które ukazało się w piśmie "Carolus" w 2001 roku:

Rok 1940 dobiegał końca. Czarna noc okupacji niemieckiej osnuwała Polskę coraz to głębszymi cieniami, gasząc resztki nadziei odzyskania utraconej wolności. Miałam wtedy lat 9 i byłam drobną, chudziutką dziewczynką, patrzącą na otaczający świat szeroko otwartymi oczami zdziwionego dziecka, któremu życie wydaje się, pomimo wszystko, bardzo ciekawe i pociągające, godne przeżycia do końca, mimo tej rozpętanej pożogi wojennej, po przebytym rok temu froncie wojennym i trzy tygodnie trwającej ucieczce przed wkraczającymi do Kraju wojskami okupanta. Obecnie po powrocie z tej tułaczki i po powrocie ojca z niewoli niemieckiej żyliśmy skromnie i cicho na swoim małym gospodarstwie rolnym. Od dawna już po wsi krążyły ciche, niepokojące pogłoski o mającym nastąpić wysiedleniu mieszkańców Choczni, ale tak naprawdę nikt w to do końca nie wierzył na serio, lub nie chciał uwierzyć w taką możliwość. Bo niby dlaczego mieliby nas Niemcy wywłaszczać i usuwać, skoro jesteśmy lojalnymi obywatelami, płacimy nałożone podatki i daniny i nie drażnimy okupanta swoim utajonym patriotyzmem. A jednak stało się i oto w jeden z mroźnych grudniowych poranków, osnutych jeszcze półmrokiem długiej zimowej nocy, do naszego domku zapukało dwóch niemieckich żandarmów, Ślązaków z pochodzenia i łamaną polszczyzną zmieszaną z żargonem niemieckiej mowy dali nam rozkaz, by do pół godziny stawić się w komplecie w punkcie zbornym w centrum wsi /koło Sokoła/. Równocześnie poinformowali nas, że można zabrać ze sobą rzeczy najpotrzebniejsze - tyle, ile zdołamy unieść w rękach, czy na plecach. Nasza rodzina składała się z 5-ciu członków tj. z rodziców i nas trojga /rodzeństwo starsze ode mnie o parę lat -brat i siostra/. Z powodu dużego mrozu włożyliśmy na siebie ciepłe ubrania i ciepłe obuwie, zabierając ponadto koce, pierzynę i trochę żywności do przetrwania przez kilka najbliższych dni. W punkcie zbornym czekały na nas furmanki -podwody, które niebawem miały nas przewieźć wraz z rzeczami do Szkoły Nr 2 w Wadowicach na Plantach przy ul. Sienkiewicza. Obserwując wszystko wnikliwie byłam świadkiem, jak ludzie z płaczem rzucali się sobie nawzajem w ramiona, żegnając się ze sobą przed tą podróżą w nieznane. Widziałam jak znana mi starsza kobieta z płaczem przepraszała sąsiadów za te niepotrzebne swary o miedzę, garść trawy lub przyorany zagon, czy skibę ziemi. Teraz wydało się to nawet śmieszne, bo oto wszyscy zostaliśmy pozbawieni niemal wszystkiego zrządzeniem wyższym, wszystko trzeba zostawić i iść na poniewierkę bez pewności jutra. Tymczasem domy nasze zajmowała w tym czasie sprowadzona przez Niemców ludność pochodzenia niemieckiego z Bukowiny, tak zwani bauerzy. W Szkole Podstawowej Nr 2 w Wadowicach przetrzymywano nas przez dwie doby. Z powodu mnóstwa ludzi zapchała się kanalizacja i ścieki szeroką strugą spływały po schodach wejściowych z piętra na dół. Spotkała nas tutaj miła niespodzianka, bo oto jeden z bauerów nadzorujący między innymi nasz mały domek - przysłał nam tu do szkoły paczkę z żywnością, sporządzoną z pozostawionych przez nas zapasów twierdząc, że ci ludzie zostawili wszystko, należy im zatem coś posłać na drogę. Po dwóch dniach postoju, pod nadzorem konwoju niemieckiego odstawiono nas do stacji kolejowej w Wadowicach. Po drodze pewien starszy człowiek zasłabł i osunął się na ziemię, ale pod wpływem głośnego dopingu ze strony niemieckiego żołdaka zmuszony był ostatkiem sił podnieść się i słaniając się szedł razem z innymi do celu. Na stacji wtłoczono nas wraz z tobołami do podstawionych wagonów, jak przysłowiowe śledzie do beczek i pod osłoną nocy pociąg przeładowany wysiedlonymi ruszył w stronę Bielska. Nocą przejeżdżaliśmy przez Chocznię. Od strony opustoszałej wsi wiało straszliwym smutkiem i grozą, które wsączały się w dusze wywożonych mieszkańców. Ludzie zaczęli szlochać i lamentować coraz głośniej, ale oto gdzieś z kąta wagonu podniósł się nieśmiały zrazu, potem coraz głośniejszy śpiew znanej pieśni maryjnej: Serdeczna Matko, Opiekunko ludzi Niech Cię płacz sierot do litości wzbudzi, Wygnańcy Ewy do Ciebie wzdychamy, Zlituj się, zlituj, niech się nie tułamy! A następnie: Boże, coś Polskę przez tak liczne wieki Otaczał blaskiem potęgi i chwały. Niektórzy z wysiedlonych uciszali te śpiewy w obawie przed represjami od Niemców. Jednak nie słyszałam, aby interweniowali konwojenci. Widocznie było ich niewielu i obawiali się drażnić zbuntowanego tłumu wysiedlonych. Złączyłam swój głos i swoje serce ze śpiewem zbuntowanych i cały pociąg głośno śpiewał: Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy, Bo niby dlaczego mielibyśmy zamilknąć, skoro sprawując się lojalnie wobec okupanta zostaliśmy przez nie-go tak źle potraktowani, to teraz przynajmniej damy upust swemu patriotyzmowi i umiłowaniu wolności. Szczęściem minęliśmy Oświęcim i pociąg z tym dziwnym „żywym towarem" skierowano do Generalnej Guberni i, wożąc nas po całej tamtejszej Polsce w poszukiwaniu miejsca na rozładunek, co widocznie nie zostało uzgodnione wcześniej. Podróż ta, bardzo męcząca przy trzaskającym mrozie trwała dni kilka. Otulona w matczyną  chustkę wychuchałam w oblodzonej szybie wagonu mały otwór, przez który patrzyłam na pozostawiany w tyle zewnętrzny świat. W ciągu nocy chustka przymarzła do szyby, widocznie temperatura była grubo poniżej zera stopni. Przez Warszawę zawieziono nas do miasta Łodzi, gdzie konwojenci skonfiskowali Żydowi przewożone mleko i każde z nas dzieci otrzymało po szklance zimnego napoju. Był to odruch zdrętwiałego serca okupanta. Stamtąd skierowano nas do województwa lubelskiego, gdzie nareszcie na stacji Nałęczów 3 w pobliżu wsi Piotrowice znaleźliśmy punkt rozładunku. Na stacji czekały już na wysiedlonych chłopskie furmanki z okolicznych wsi. Naszą rodzinę wraz z sąsiadką wdową z dwojgiem dzieci przywieziono do odległej o 4 km wsi Paulinów i wprowadzono do sołtysa. Wieś była mała, liczyła kilkanaście numerów, zamieszkiwali ją chłopi posiadający po kilkanaście ha pola, ale byli też biedniejsi. W ciasnej kuchennej izbie sołtysa, śmiertelnie zmęczona podróżą położyłam się na podstawionej leżance i przez sen słyszałam i czułam, jak nad naszą rodziną odbywa się przetarg. Rodzinę rozdzielono w zależności od potrzeb gospodarzy i przydatności wysiedlonych. I tak ojciec będący jeszcze w sile wieku został zatrudniony w charakterze parobka do „obrządzania" krów i koni, starsza siostra przydała się, jako niańka do bawienia 2-letniej dziewczynki, brat przydzielony został bogatemu gospodarzowi do pasienia 6-ciu krów w lecie i do karmienia tego stada w oborze zimą. Mama została służącą u następnego gospodarza, a ja jako mocno niepełnoletnia zostałam przy mamie do różnych posług. I tak rozpoczął się w naszym życiu nowy rozdział. Było to życie trwające kilka lat na tzw. wysiedleniu, życie w skrajnym ubóstwie, o głodzie i chłodzie, bez uczęszczania do szkoły, przepełnione pracą ale czasem i zabawą z tamtejszymi rówieśnikami, wszak dzieciństwo i młodość mają swoje prawa. Dużo też było wspólnej, rodzinnej modlitwy. Bogu Najwyższemu niech będą dzięki za to, że nie zginęliśmy, jak te ponad 50 milionów istnień ludzkich, które pochłonęła II wojna światowa. Za to, że pozwolił nam wrócić do domu, uzupełnić wykształcenia, odbudować zniszczenia, choć na zdrowiu do dziś czujemy mocne braki. Pomimo wszystko dzięki Bogu i Opiece Matki Bożej - żyjemy!

Fotografia autorki wspomnień