"Niedoszły przemyt" to kolejny fragment wspomnień chocznianina Ryszarda Woźniaka, udostępniony dzięki życzliwości jego syna Krzysztofa.
Na kartach mych
wspomnień wielokrotnie przewija się postać Józefa Bandoły, mojego przyrodniego wujcia,
nasze wspólne przeżycia oraz wzajemne relacje. Osoba jego wywarła bardzo duży
wpływ na moje lata dzieciństwa i pierwszej młodości. Był dla mnie inspiratorem
i towarzyszem zabaw dziecięcych, który – niczym starszy brat - wyrobił i
ugruntował w mym umyśle „poważne” spojrzenie na świat i jego tajemnice.
Pozostał w mej pamięci jako człowiek niezwykły – zapaleniec mocno wierzący w
swe idee, czerpiący je z przeczytanych książek oraz z tradycji, w której
głęboko zapuściły korzenie miłość do Ojczyzny i do swej ziemi rodzinnej. W
późniejszych latach otworzył przede mną nowe horyzonty myślowe i ukształtował
mój światopogląd w sferze politycznej, duchowej i intelektualnej.
Wkroczywszy
w lata młodzieńcze stał się wujciu czynnym działaczem ONR1 i był żarliwym propagatorem
idei tej organizacji. Na zebraniach odbrązawiał legendarną postać Komendanta -
pryskał mit o wielkim Marszałku, a ukazywało się oblicze dyktatora,
wprowadzającego rządy silnej ręki w Polsce. Wyznać muszę, że byliśmy tym
rozczarowani i nie bardzo chcieliśmy w to wszystko wierzyć. Jak było naprawdę,
przekonałem się wiele lat później.
Józek
organizował także spotkania mych szkolnych kolegów. Nie mając odpowiedniego
lokum zbieraliśmy się po prostu w stodole, gdzie ukazywał nam, jak w naszym
kraju kształtuje się życie polityczne, jaką rolę odgrywała w nim postać Józefa
Piłsudskiego, a jaką jego wielkiego antagonisty, Romana Dmowskiego2 .
Działalność
tę przerwała brutalna wojna, która przyniosła tragiczne następstwa. Dziadków
Bandołów wraz z całą rodziną - o czym wspominałem uprzednio - wysiedlono;
Józkowi, który zawsze był ryzykantem, udało się zbiec i wrócić do Choczni.
Pracował później u Albina Cibora (prawdopodobnie chodzi o Albina Kręciocha- uwaga moja) i szyciem zarabiał na swe utrzymanie.
Przychodził jednak często do nas, by choć popatrzeć na dawne gniazdo rodzinne,
gdzie spędził tyle chwil drogich i niezapomnianych.
A gdy
okrutny los rzucił nas na tułaczkę i poniewierkę, odwiedzał nas i we
Frydrychowicach - nieodmiennie wesoły i uśmiechnięty, przynosząc nowe wieści z
wojny i związane z tym kawały. Szliśmy nieraz groblą między stawami, a wśród
szuwarów i poszumu drzew ginęły nasze głosy, mówiące o tym, co niosą wiosenne
wiatry. Z tego okresu zapamiętałem na poły śmieszne, na poły żałosne
wydarzenie:
Pewnego
razu, spacerując wspomnianą groblą, zobaczyliśmy przy brzegu „prawdziwą” łódź z
wiosłami i, oczywiście, zachciało się nam popływać po stawie. Wskoczyliśmy więc
do środka i wypłynęliśmy na „szerokie wody”, rozkoszując się przyjemną
przejażdżką. Aliści niebawem dziurawa jak rzeszoto łódź zaczęła nabierać wody i
zanurzała się coraz głębiej, aż w końcu zaczęliśmy tonąć. Widząc, że to nie
przelewki chlupnęliśmy w ciemnozieloną toń i wpław dobiliśmy do brzegu.
Wygramoliwszy się na groblę spojrzeliśmy po sobie i wybuchnęliśmy śmiechem:
wyglądaliśmy jak dwie zmokłe kury. Od razu też przypomniał się nam sławetny rejs
w balii sprzed lat, który równie niefortunnie się zakończył. Dobrze, że choć
umieliśmy pływać.
Gdy
powróciliśmy już do Choczni i przeżywaliśmy boleśnie śmierć Ojca, Józek był
razem z nami, podnosił nas na duchu i dodawał otuchy. Później, gdy znaleźliśmy
się w starej chacie opodal Dąbrowskiego, wpadał niespodzianie, wnosząc jak
zwykle wiele radości życia i przekornego śmiechu, po czym znikał równie nagle,
jak się pojawił. Tylko Mama po jakimś czasie spostrzegała mały zwitek pieniędzy
ukryty za obrazem lub tajniacko podrzucony w półstolu.3 To był Józio w
całej swej istocie - niby otwarty i wesoły, a jednak tajemniczy i zadumany.
Lecz serce pozostało takie samo: wielkie i dobre, czułe na smutek i cierpienie,
skore do poświęceń i pomocy. Nie można się zatem dziwić, że człowiek ten odcisnął
na mej psychice niezatarte piętno.
Przy
całym swym altruizmie trzeba przyznać, że czasami Józio miewał pomysły wielce
oryginalne, czego przykładem niech będzie następujący epizod:
Późną
jesienią 1944 roku wykoncypował mianowicie, aby w Krakowie kupić i przewieźć
przez granicę 15 kg tytoniu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż
w roli łącznika, który miałby pojechać do wujcia Kazka i wykonać ową misję,
miał wystąpić 12-letni wówczas mój brat, Tadzio.
Plan
ten wydawał się Józiowi wspaniały, uważał bowiem, że nie ma nic prostszego jak
pojechać, kupić tytoń, przywieźć z powrotem go Choczni i po sprawie. Nie
wszyscy jednak podzielali tę jego opinię, o czym za chwilę.
W myśl
wcześniejszych ustaleń, późnym wieczorem wujciu z Tadkiem poszli razem do
Wadowic i tam przeczekali noc. Wcześnie rano Józek wsadził chłopca do pociągu
zmierzającego do Krakowa. Oczywiście zaopatrzył go w grubszą gotówkę i mimo, że
był trochę beztroski, nie omieszkał udzielić mu instrukcji, aby pieniądze ukrył
w pończosze, co miało go zabezpieczyć przed kradzieżą i ewentualną rewizją.
Wybór Tadka jako kuriera wynikał z prostego założenia, że mały chłopak łatwo
przemknie się w tłumie i nie zwróci na siebie uwagi.
I tak
też się stało – brat, choć miał niezłego pietra, bo prócz rutynowej kontroli
biletów przeszedł przez lustrację przedziału przez patrol żandarmerii polowej,
dotarł bez większych problemów do Krakowa. Na dworcu już czekała na niego Janka
Fajfrówna, siostra wujenki Józki, która zaprowadziła go do mieszkania wujostwa,
na dobrze mi znaną ulicę św. Tomasza.
Wujciu
Kazek, dowiedziawszy się z czym Tadek przybywa, najpierw zdumiał się
niepomiernie, a po zapoznaniu się z planem Józka wpadł w gniew. Oświadczył
wprost, iż jest to największa głupota, jaką można
wymyślić i że to wszystko nie ma najmniejszego sensu, bo ryzyko jest
niewspółmierne do wątpliwych korzyści jakie z tego można by osiągnąć. Rzecz
jasna, nie zgodził się na żadne kombinacje tego typu. Tak więc Józiowe zamysły
(prawdopodobnie mające na celu podreperowanie naszej marnej sytuacji
finansowej) spaliły na panewce.
Tadziowi
natomiast było w to graj – nie tylko omijał go stres związany z przemytem, ale
mógł sobie posiedzieć w Krakowie przez całe dwa tygodnie. Chadzał na spacery z
dokonującą zakupów Janką i pełen zachwytu podziwiał krakowskie zabytki.
W
międzyczasie trwała burzliwa korespondencja między obydwoma wujciami, w wyniku
której Tadzia odprowadzono na dworzec kolejowy i wysłano w drogę powrotną.
Choć sama podróż przebiegła bez przeszkód,
emocje zaczęły się na stacji w Kalwarii Zebrzydowskiej, gdzie brat nie zastał
wujcia, który miał tam na niego oczekiwać. Po dłuższym czasie Józio wreszcie
się pojawił i uspokoił nieźle już spanikowanego Tadeuszka. Bez dalszej zwłoki
wyruszyli do Wadowic.
Długa,
trzynastokilometrowa droga stawała się jeszcze dłuższa, za przyczyną
listopadowej pogody. Dokuczliwy kapuśniaczek i przenikliwy wiatr przeszywał
zimnymi podmuchami całe ciało aż do kości. Po prawie trzygodzinnej peregrynacji
doszli do granicy na Skawie i posterunku Zollamtu4 .
We mgle zamajaczyła przed nimi budka strażnicza i opuszczony szlaban. Szmer
padającego monotonnie deszczu przerwało gromkie:
- Halt! Wer ist da?5 – po czym z mroku
wynurzyła się masywna sylwetka wartownika z wymierzoną w nich lufą karabinu.
- Ausweis bitte!6 - szczeknął
urzędowo Szwab w mundurze feldgrau.
W tym
momencie zaczęły się poważne kłopoty, które mogły się zakończyć dramatycznym
epilogiem. Otóż Józio, gdy poszedł po Tadka do Kalwarii, umówił się ze
strażnikiem, iż tylko „na chwilę” chce pójść na drugą stronę, aby odebrać
dziecko, na co tamten wyraził zgodę. Tymczasem zanim doszedł na piechotę z
Wadowic do Kalwarii i powrócił z Tadkiem na granicę, nastąpiła zmiana wartownika.
Zmiennik nie był, oczywiście, wtajemniczony w zamiary wujcia, który
prawdopodobnie nie przewidział takiej ewentualności. Nie dziwota zatem, że nowy
wartownik zmierzył ich wrogim spojrzeniem i po dłuższej chwili, która wydawała
się wiecznością zakonkludował złowieszczo:
- Sie sind festgenommen!7
Na
takie dictum serce Tadkowi uciekło w
pięty ze strachu i spocił się jak mysz, mimo odczuwanego jeszcze przed chwilą
chłodu. Uznał, że koniec z nimi i że wujciu na pewno zostanie aresztowany.
Narastający strach podsuwał mu koszmarne wizje, które wywołały głośne burczenie
w brzuchu i konieczność natychmiastowego udania się na stronę.
Tymczasem
Józek bynajmniej nie stracił kontenansu; ze strażnikiem rozmawiał tak
spokojnie, jakby nic się nie stało, a na twarzy nie drgnął mu nawet jeden
muskuł. Ze stoickim spokojem udał się na kontrolę, podczas której zachowywał
się całkiem naturalnie, a nawet z pewną dezynwolturą.8
Po
długiej chwili, ku bezgranicznemu zdumieniu i radości brata, pojawił się przed
nim uśmiechnięty i wyluzowany wujciu, który najspokojniej oznajmił, że wszystko
jest w porządku i wkrótce będą wolni.
Na
potwierdzenie jego słów cerber w hełmie oddał w końcu dokumenty i burknąwszy:
- Kann man
weg gehen - Sie sind frei!9 – podniósł
wreszcie szlaban.
Wszystko
zatem zakończyło się dobrze, czyli jak powiadają Niemcy: Ende gut - alles gut10 .
Pod biednym
Tadeuszkiem, który najadł się strachu po uszy, aż nogi ugięły się z wrażenia,
co było całkiem zrozumiałe – jak na jeden dzień stanowiło to dość przeżyć dla
12-letniego dziecka.
Nie
wiadomo, jakich wujciu użył argumentów i w jaki sposób potrafił przekonać
strażnika, iż ten mu uwierzył i puścił ich wolno. Jak jednak później opowiadał
Tadzio, w dalszej drodze wujciu stwierdził, że tylko zimna krew konspiratora,
dobrze wykonane „lewe” dokumenty, znajomość języka, wiarygodność wymyślonej
przez siebie legendy, no i dużo szczęścia przyczyniło się w sumie do tego, iż
nie wpadł w łapy gestapo.