Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bandoła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bandoła. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 sierpnia 2023

Nowe ustalenia co do dawnych choczeńskich rodów

 

Zapisy choczeńskiej księgi wójtowskiej, zwanej też gromadzką, dostarczają nowych wiadomości co do historii dawnych choczeńskich rodów. To źródło, znane dotąd tylko z cytatów w książkach dr Józefa Putka, zawiera przede wszystkim informacje o zawartych w XVI, XVII i XVIII wieku transakcjach kupna/sprzedaży gruntów choczeńskich, a także sprawach spadkowych chocznian.

Z punktu widzenia genealogii i historii rodów choczeńskich najbardziej interesująca wydaje się być notatka sporządzona w środę po Wielkanocy roku pańskiego „tysięcznego szescszetnego pieńdziesiątego wtórego” (1652), w której przeczytać można, że gromada choczeńska, reprezentowana przez wójta Bartosza Kieznara i przysiężników Błażeja Kaczmarskiego oraz Marcina Rokowskiego sprzedała pustą rolę, a więc nieprzynoszącą dochodu z „powinności” i podatków zarówno ówczesnemu dzierżawcy Choczni Justowi Rottermundowi, jak i samej gromadzie oraz choczeńskiej parafii.

Owa pusta rola była skutkiem decyzji Jakuba Kómorka, zwanego Murzynem, który „poszedł sobie ze wsi precz” nie mogąc dłużej znosić „ustawicznych swarów w domu” czynionych przez jego żonę Agnieszkę Kómorkową.

Nabywcą tejże opuszczonej roli został niejaki Błażej Mateyczyk zwany Twarok, czyli Twaróg. Ponieważ Mateyczyk to nazwisko używane dawniej przez męskich przodków dzisiejszych Widlarzów, mamy tu wyraźne powiązanie między dwoma dawnymi choczeńskimi rodami (Widlarzami i Twarogami), które jak się okazuje, pochodzą najprawdopodobniej po linii męskiej od wspólnego przodka, mimo że używają obecnie różnych nazwisk. Twaróg jako osobne nazwisko pojawiło się w Choczni w 1668 roku, a Widlarz w 1714 roku.

Biorąc dodatkowo pod uwagę, że z Twarogów wywodzą się (również po linii męskiej) notowani od I połowy XVIII wieku Bandołowie, to od dawnych choczeńskich Matejków/Mateyczyków można ustalić pochodzenie aż trzech żyjących obecnie w Choczni rodów.

Ale to jeszcze nie koniec. Otóż wśród świadków aktu przekazania roli Błażejowi Mateyczykowi vulgo Twarokowi znalazł się kolejny przedstawiciel rodu Mateyczyków o imieniu Maciej, którego z kolei nazywano Skowronek i którego syna Marcina oraz wnuki zapisywano w metrykach choczeńskich właśnie jako Skowronków.

W innym akcie kupna/sprzedaży roli (także z 1652 roku) figuruje natomiast Sobestyan Mateyko określany jako Kołodziej, zapewne od zawodu który uprawiał.

Konieczność nazywania ówczesnych Mateyków i Mateyczyków dodatkowymi mianami, czy też przezwiskami, które z biegiem czasu stawały się osobnymi nazwiskami ich samych lub ich potomków świadczy o znacznym rozrośnięciu tego rodu w Choczni w połowie XVII wieku.

Skoro pochodzenie tego nazwiska można wywodzić od słowackiej, czy czeskiej wersji imienia Maciej, to być może właśnie z tych rejonów dotarł kiedyś do Choczni (w XVI wieku ?) przodek późniejszych Widlarzów, Twarogów, Bandołów, Skowronków i Kołodziejów/Kołodziejczyków.

czwartek, 21 kwietnia 2022

Genealogia choczeńskich Twarogów i Bandołów

 Choczeńscy Twarogowie i Bandołowie stanowią jeden ród posługujący się od XVIII wieku dwoma nazwiskami. W 1973 roku Twarogowie mieszkali w Choczni w pięciu domach, a Bandołowie w siedmiu. Mimo że wszyscy z  nich pochodzą zapewne od jednego przodka, to na podstawie choczeńskich ksiąg metrykalnych nie da się ustalić jego danych. Twarogowie z 1973 roku byli potomkami Walentego Twarożka, choczeńskiego wójta z drugiej połowy XVII wieku lub Józefa Twaroga, który w 1750 roku poślubił Jadwigę z domu Drapa. Natomiast Bandołowie wywodzili się albo od Grzegorza Twaroga, być może brata wójta Walentego, albo od Szczęsnego (Feliksa) Bandoły, prawdopodobnie wnuka owego Grzegorza.

Twarogowie

W 1973 roku potomkowie wójta Walentego Twarożka mieszkali tylko w jednym domu- pod numerem 597. Byli to Michał Twaróg, urodzony w 1919 roku, bohater spod Monte Cassino wraz z żoną Marią i dwoma synami: Michałem oraz Józefem. Michała Twaroga (seniora) od wójta Walentego dzieliło 6 pokoleń.


Liczniejsi w Choczni byli natomiast potomkowie Józefa Twaroga, urodzonego w pierwszej połowie XVIII wieku, którzy zamieszkiwali w 1973 roku w czterech domach:

- pod nr 82A Emil Twaróg, urodzony w 1927 roku,

- pod nr 327 Józef Twaróg (ur. 1914) z synem Ryszardem (ur. 1951),

- pod nr 212 Tadeusz Twaróg (ur. 1918) z synami: Eugeniuszem (ur. 1949) i Józefem (ur. 1954),

- pod nr 281 Cecylia Twaróg (ur. 1923).

Emil, Józef (ur. 1914), Tadeusz i Cecylia Twarogowie byli rodzeństwem, dziećmi Józefa Twaroga (ur. 1883) i Anny z domu Bryndza, a zarazem pra-pra-prawnukami Józefa Twaroga z XVIII wieku:


Jak wspomniałem, nie sposób określić pokrewieństwa tych dwóch linii rodowych Twarogów, ale w 1973 roku ich przedstawiciele byli z pewnością bardzo odległymi kuzynami.

Dość liczni wówczas Twarogowie z Wielkopolski to także potomkowie Józefa Twaroga i Jadwigi z domu Drapa, następnie jego syna Piotra i wnuka Józefa (nieuwzględnionego na wykresie- brata ujętego na nim Wojciecha).

Bandołowie

Potomkowie Bandołów, czyli tych Twarogów, którzy w XVIII wieku mieszkali na Pagórku Komanim, byli w 1973 zapewne  zstępnymi dwóch braci: Jana Twaroga vulgo Bandoły i Szczęsnego (Feliksa) Bandoły. Ale tylko w przypadku potomków pierwszego z nich można powiedzieć jednoznacznie, że wywodzili się także od Tomasza Twaroga vulgo Bandoły i jego ojca Grzegorza Twaroga, męża Krystyny z Grządzielów.

W spisie wyborców z 1973 roku potomkowie Jana to:

- Kazimierz Bandoła (ur. 1929) i jego brat Jerzy Bandoła (ur. 1934) spod nr 31,

- Jan Bandoła (ur. 1908) spod nr 375,

- sołtys Piotr Bandoła (ur. 1921) z córką Zofią spod nr 49.

Ponadto na liście znalazły się wdowy po przedstawicielach tej linii Bandołów:

- Weronika Bandoła z domu Skirło spod nr 386, wdowa po Stanisławie Bandole (1894-1963), której matka również pochodziła z Bandołów (patrz wykres potomków Szczęsnego Bandoły),

- Franciszka Bandoła z domu Klimek spod nr 510A, wdowa po Piotrze Bandole (1886-1963), czyli bracie wymienionego wyżej Stanisława.

Wszyscy wymienieni wyżej wywodzili się także od Izydora Bandoły (syna Jana) i Szczepana Bandoły (wnuka Jana, a syna Izydora). Przy czym Kazimierz, Jerzy oraz zmarli Piotr i Stanisław to potomkowie Antoniego Bandoły, syna Szczepana, a sołtys Piotr i jego przyrodni brat Jan byli synami Piotra Bandoły, brata Antoniego.


Na wykresie ujęto także Anatola Bandołę i jego brata Dominika, którzy nie występowali w spisie wyborców z 1973 roku, ale znaleźli się na podobnej liście z 1946 roku i nadal wówczas żyli, tyle że nie w Choczni. Oni także wywodzili się od Szczepana Bandoły, ale nie od jego synów Antoniego i Piotra, lecz od ich przyrodniego brata Jana.

 Z kolei potomkami Szczęsnego Bandoły byli:

- Józef Bandoła (ur. 1927) i jego synowie: Józef (ur. 1949) oraz Krzysztof (ur. 1955), którzy mieszkali pod nr 408 i wywodzili się od Bartłomieja (syna Szczęsnego) oraz jego syna Macieja,

- Stanisława Bandoła, córka mieszkającego poza Chocznią Bolesława, spod nr 347, wywodząca się od Bartłomieja (syna Szczęsnego) i jego syna Jana.

W przeciwieństwie do potomków Jana Twaroga vulgo Bandoły zstępni Szczęsnego nie byli już w 1973 roku ze sobą blisko spokrewnieni- Stanisława, córka Bolesława to kuzynka czwartego stopnia w stosunku do Józefa (ur. 1949) i Krzysztofa (ur. 1955), synów Józefa.


Na powyższym wykresie można znaleźć także osoby, które nie występowały na liście wyborczej z 1973 roku:

- Daniela Bandołę i jego synów Stanisława (nauczyciela i harcmistrza) oraz Józefa, urodzonych w Wadowicach,

- Irenę Jończyk z domu Bandoła (ur. 1922), obecną na liście wyborczej z 1946 roku pod panieńskim nazwiskiem.

Do potomków Szczęsnego Bandoły zaliczają się również Bandołowie z Jaroszowic, gdzie wywędrował jego syn Andrzej (1785-1846). Wywodząca się od niego Zofia Widlarz z domu Bandoła, żona Jana Widlarza, w 1973 roku także znajdowała się na choczeńskiej liście wyborczej.


środa, 29 kwietnia 2020

Księża z Choczni - ks. Franciszek Bandoła

Przyszły ksiądz Franciszek Bandoła urodził się w Wadowicach 7 września 1859 roku i także w Wadowicach został ochrzczony. W tym mieście spędził również większość swojego krótkiego życia.
Do rubryki "Księża z Choczni" trafił natomiast z dwóch powodów:
  • jego ojcem był chocznianin Piotr Bandoła, urodzony w 1817 roku na Komanim Pagorku, jako syn Bartłomieja Bandoły i Julianny z domu Koman,
  • rodzina Bandołów- ojciec Piotr, jego pochodząca z Zawadki żona Franciszka z Zawiłów i ich dzieci: Franciszek oraz starsza od niego o pięć lat Wiktoria przez pewien czas mieszkali u krewnych w Choczni.
Co ciekawe przyszły ksiądz był drugim synem Piotra Bandoły, który nosił imię Franciszek. Przed małżeństwem z Franciszką z Zawiłów Piotr związany był ze swoją rówieśniczką Anną z Ciborów, którą poślubił w Choczni w 1844 roku i jedynym owocem tego związku był właśnie Franciszek I, przyrodni brat księdza, który urodził się 28 czerwca 1846 roku i zmarł 15 lipca 1847 roku, wkrótce po śmierci swojej matki Anny.
Przed podjęciem decyzji o pójściu za głosem powołania Franciszek Bandoła uczęszczał do wadowickiego gimnazjum, które ukończył maturą w 1879 roku. Jego kolegą szkolnym był chocznianin Ludwik Szczur, który również tak jak i Bandoła po maturze rozpoczął studia teologiczne na Uniwersytecie Jagiellońskim.
W 1883 roku obydwaj zostali wyświęceni w Krakowie przez biskupa Albina Dunajewskiego.
Nie udał mi się ustalić, do której parafii został skierowany po święceniach ks. Bandoła. Dwa lata później (1885) był wikariuszem w Krzęcinie i jednocześnie kapelanem wojskowym. Później krótko sprawował posługę w Mogile, by w 1886 roku trafić do parafii pod wezwaniem św. Wawrzyńca i św. Kazimierza Królewicza w Rajczy, gdzie trwała właśnie budowa nowej murowanej świątyni.
Rok później "Wiadomości Katolickie" informowały o jego śmierci w lakonicznej notatce:
"Dnia trzeciego października zmarł zaopatrzony św. Sakramentami ks. Fr. Bandoła, wik. w Rajczy, ur. 1859, ord. 1883. RIP"
Ksiądz Franciszek przeżył więc zaledwie 28 lat, z tego cztery jako kapłan. Rok później zmarł w Wieliczce jego kolega ze szkoły średniej i studiów ks. Ludwik Szczur/Szczurowski, który był od niego o dwa lata młodszy.

piątek, 12 kwietnia 2019

Wspomnienia Ryszarda Woźniaka o dziadku

Fragment wspomnień zmarłego w ubiegłym roku Ryszarda Woźniaka, który dotyczy jego dziadka Piotra Bandoły (1866-1950).

Dziadek nasz Piotr Bandoła (...) będąc młodym chłopcem pasał krowy i chodził do szkoły,  a potem, gdy już był młodzieńcem jeździł konną furmanką po węgiel dla handlarzy żydowskich do dalekich kopalń w Libiążu lub w Brzeszczach. W ten sposób zarabiał trochę pieniędzy na utrzymanie rodziny, gdyż w tych czasach była wielka bieda i niedostatek. Kultura upraw rolnych była bardzo niska i trudno było wtedy wyżyć nawet z dzięsięciomorgowego gospodarstwa licznym na owe czasy rodzinom.
Nadszedł jednak czas, że trzeba było się zastanowić nad zdobyciem jakiegoś zawodu dającego możliwość ugruntowania sobie przyszłości. Wtedy to młody Piotr postanowił zostać murarzem, a potem przeszedł specjalny kurs, po ukończeniu którego otrzymał nominację na majstra murarskiego, czyli tak zwanego palera. 
(...) Rok 1914 zapisał się czarnymi zgłoskami w dziejach ludzkości. Wydarzenia w Sarajewie przyspieszyły wybuch I wojny światowej, która zatopiła świat w morzu krwi i nieszczęść i nie oszczędziła cierpień żadnej rodzinie. Dziadek, jak wielu mężczyzn, otrzymał powołanie do armii austriackiej i został wysłany na front. (...) Można chyba powiedzieć, iż do dziadka uśmiechnęło się szczęście, gdyż jeszcze w okresie działań wojennych został zdemobilizowany, ponieważ ukończył wtedy 50 lat i zgodnie z obowiązującą ustawą mógł wrócić do cywila. (...) Oprócz murarki jego domeną było gospodarstwo rolne. Dziadek Piotr był typem prawdziwego wiejskiego gospodarza, który znał swoją godność, nosił się z powagą i wyznawał zasadę, że "dobre twoje- dobre moje", co w dużej mierze odnosiło się do spotkań w świątyni Bachusa (miejscowej austerii).
Typowy strój gospodarski, a więc przestronny surdut zwany kapotą, szerokie spodnie wpuszczone do butów z cholewami oraz sumiaste wąsy, które zawsze podkręcał, dodawały mu dostojeństwa i powagi. To sprawiało w sumie wrażenie, że miał w sobie coś z Boryny. Jego wygląd zewnętrzny, pełne godności zachowanie oraz rozwaga i trafność sądu kojarzyły się nieodparcie z cechami Reymontowskiego bohatera. Do jego popularności przyczyniał się ponadto fakt, że był on, jak już wspomniałem mistrzem murarskim, co w jeszcze większym stopniu przydawało mu miru i znaczenia we wsi. Nauczył on wielu murarskiego fachu.(...) Stopniowo 
jednak z biegiem czasu zrezygnował z murarki na rzecz pracy w polu. Jego codzienną ewangelią była praca na roli, do której był przywiązany głęboko. Krajał uparcie lemieszem gliniaste skiby i chociaż słoneczko rzucało na ziemię ostatnie promienie, nie odrywał utrudzonych dłoni od swego pługa. Rano skoro świt brał na ramię wyklepaną uprzednio kosę, szedł w pole i siekł jak zwykle z powagą koniczynę, bądź zboże, nie zwracając uwagi na przypiekające lipcowe słońce. 
Podziwiali też ludzie ową Bandołowską zachłanność pracy , a i Mama opowiadała, że dobrze musiała się natrudzić, aby na czas odebrać skoszony przez niego pokos. Kiedy dziadkowi przyszła ochota na papierosa, to aby nie tracić czasu wołał:
- Przysiec że ta Maryś, a jo se zakurze.
Wtedy Mama brała kosę niczym chłop, położyła pokos i odebrała, a w tym czasie dziadek skończył "zakurkę". Sąsiedzi widząc to mawiali:
- Te Bandoły zażarte i do roboty i do zabawy !
A była to rzeczywiście prawda.
W niedzielę po całotygodniowym trudzie paler Bandoła obchodził swe poletka i rozmiłowanym okiem spoglądał na kołyszące się w lekkim podmuchu wiatru łany zbóż, na równo okopane zagony kwitnących ziemniaków, w które wsiąkło tyle potu i znoju.
Wieczorem po pracowitym dniu cała rodzina zasiadała do kolacji i wtedy z misek znikała kasza z grochem podlana obficie mlekiem. Słychać było tylko grzechot łyżek, bowiem prowadzenie rozmów przy jedzeniu było surowo zakazane. Dopiero wówczas, gdy dziadek odłożył swoją łyżkę, obtarł sumiaste wąsy i powiedział "liganckie"- było znakiem, że wieczerza skończona. Potem kładziono się spać, by skoro świt znów wyruszyć w pole na kolejny pracowity dzień.
W tych czasach dziadek już dawno rozstał się był ze swoim palerstwem, które było osobnym rozdziałem w jego życiu i stanowiło niemal legendę. (...) I tylko czasem kompani dziadka, zasiadający w dawnej austerii, przy kielichu byli wdzięcznymi słuchaczami, jak to dawniej się murowało i ...popijało.
Wbrew swemu rozważnemu usposobieniu dziadek miewał czasami odruchy ułańskiej wręcz fantazji. Jadąc w pole drogą, która prowadziła przez tory kolejowe, widział wyraźnie nadjeżdżający pociąg. Wtedy podcinał siarczyście konie batem, podciągał lejce i brawurowo, w pełnym galopie "przelatywał" przez szyny, ocierając się niemal o lokomotywę. Kiedy na to patrzyłem, zdawało mi się, iż ani chybi wpadnie pod pociąg i wtedy będzie zgubiony bez ratunku. Zamykały mi się oczy przerażone, ale gdy po chwili usłyszałem donośny głos dziadka: 
- Wio psiakrew !
oddychałem z ulgą, wiedziałem bowiem, że znów uniknął śmierci.
(...) Dziadek wysoko cenił pracę, ale miał też w tym względzie duże wymagania. Na zakup nowych butów, ubrania, tudzież innej odzieży trzeba było sobie zasłużyć. Ale jeśli Bożej pomocy i własnemu wysiłkowi wybraniec losu rzeczywiście na coś zasłużył, ofiarowanie zakupionego przedmiotu odbywało się bardzo uroczyście. Dziadek- mistrz ceremonii zasiadał z patriarchalną powagą za stołem, wzywał do siebie owego szczęśliwca, wręczał mu prezent i mówił z łaskawością:
- Mos ! A patrz i rób !
podtykając z godnością swa rękę do pocałowania. Wówczas obdarowany cmokał zamaszyście "w mankiet" dostojnego ofiarodawcę i spoglądał z nabożeństwem na otrzymany przedmiot, przysięgając sobie zarazem w duchu, że odtąd będzie więcej pracował jak dotychczas.
Jeśli chodzi o zamiłowanie "kulturalno- oświatowe", dziadek czytywał gazety, aby móc zabrać głos w gronie starszyzny wioskowej przy kuflu piwa w gospodzie. Tam bowiem panowała odpowiednia atmosfera do tego rodzaju dysput. Natomiast książek raczej nie czytywał. Pewnego rodzaju zobaczył książkę, którą czytała Mama, o melodramatycznym nieco tytule "Przez miłość do nędzy". Zaintrygowany zabrał się z zainteresowaniem do czytania. Nie wiadomo, czy przeczytał ją do końca, wszelako zapewne pod wpływem treści tej książki zaczął Mamie przymawiać:
- No widzis Marysiu- przez miłość do nędzy. 
Była to wyraźna aluzja do tego, że kiedy zamierzano mamę wyswatać z majstrem szewskim Kublinem w Wadowicach, to nie chciała nawet o tym słyszeć, albowiem kochała Ojca.
(...) Nieprzewidziane koleje losu sprawiły, iż dziadkowie podjęli dosyć drastyczny zamiar. Był to rok 1938. Od dłuższego czasu nasilały się nieporozumienia między nimi, a sąsiadami. Obwiniały się obydwie strony, mnożyły się zarzuty, uciekano się do różnych, nie tylko słownych argumentów. W końcu doszło do tego, że dziadkowie zdecydowali się sprzedać swoją gospodarkę i przenieść na tak zwany Pagórek Malatowski, aby tam zamieszkać. Życie jednak lubi płatać niespodzianki- okazało się późniejsza ich sąsiadka L. była prawdziwą jędzą, która im zatruwała żywot. Gdy chodziliśmy do nich na Pagórek, babka z żalem wspominała lata spędzone na Bandołówce, ale cóż- nie można było odwrócić biegu wydarzeń.
Potem przyszła wojna i wysiedlenie, lecz Opatrzność Boża pozwoliła dziadkowi wrócić szczęśliwie do swego gniazda.
Będąc już dorosłym odwiedzałem dziadka- był on podówczas już sędziwym staruszkiem. Spoglądając na mnie i uśmiechając się melancholijnie mówił:
- Ja dziecko, jak ten czas leci. Tyś już jest kawaler, a mnie te osiemdziesiąt lat tak przeleciało, jakbyś te drzwi otworzył i zamknął.
(...) Dziadek mimo swego sędziwego wieku trzymał się nad podziw dobrze. (...) A wypiwszy sobie "głębszego" opowiadał o dawnych palerskich czasach i powtarzał swoje ulubione powiedzenie: "hosa ! hosa!". Zawsze w takich przypadkach budziła się w nim energia, stawał się wtedy ożywiony, jakby powracał w tym momencie wigor i fantazja z minionej przeszłości.
Lecz przyszedł czas, że srebrna nić żywota głównego bohatera naszej opowieści zaplątała się w nożyce mściwej Mojry. Nastąpiło to w lipcu 1951 roku, ale całkiem niespodziewanie, bowiem dziadek nie chorował wcale. Wyszedł na pole, aby przynieść drewienek do pieca, a później usiadł na ławce i za parę minut już nie żył. Babka wołała go na obiad, ale wtedy już dusza jego pukała do niebieskiej bramy Bożego klucznika.
Tak skończył swoją ziemską wędrówkę nestor rodu Bandołowskiego- dziadek Piotr, który w chwili zgonu miał 85 lat.

Piotr Bandoła, dziadek Ryszarda Woźniaka, to jeden z trzech znanych majstrów murarskich z Choczni o tym samym imieniu i nazwisku. Został zapamiętany szczególnie jako budowniczy kościoła w Osieku w latach 1904-1907.
Był dwukrotnie żonaty:
  • z Anielą Katarzyną z domu Widlarz (1873-1915), z którą miał cztery córki (Balbinę, Katarzynę Anastazję, Marię i Heleną) oraz sześciu synów (Maksymiliana, Ferdynanda, Stanisława, Kazimierza, Jana i Władysława),
  • z Katarzyną z domu Sordyl z Kaczyny (1889-1970), z którą miał czworo dzieci: Józefa, Piotra (późniejszego choczeńskiego sołtysa), Franciszkę i Teresę.


piątek, 2 czerwca 2017

Niedoszły przemyt

"Niedoszły przemyt" to kolejny fragment wspomnień chocznianina Ryszarda Woźniaka, udostępniony dzięki życzliwości jego syna Krzysztofa.

Na kartach mych wspomnień wielokrotnie przewija się postać Józefa Bandoły, mojego przyrodniego wujcia, nasze wspólne przeżycia oraz wzajemne relacje. Osoba jego wywarła bardzo duży wpływ na moje lata dzieciństwa i pierwszej młodości. Był dla mnie inspiratorem i towarzyszem zabaw dziecięcych, który – niczym starszy brat - wyrobił i ugruntował w mym umyśle „poważne” spojrzenie na świat i jego tajemnice. Pozostał w mej pamięci jako człowiek niezwykły – zapaleniec mocno wierzący w swe idee, czerpiący je z przeczytanych książek oraz z tradycji, w której głęboko zapuściły korzenie miłość do Ojczyzny i do swej ziemi rodzinnej. W późniejszych latach otworzył przede mną nowe horyzonty myślowe i ukształtował mój światopogląd w sferze politycznej, duchowej i intelektualnej.
Wkroczywszy w lata młodzieńcze stał się wujciu czynnym działaczem ONR1 i był żarliwym propagatorem idei tej organizacji. Na zebraniach odbrązawiał legendarną postać Komendanta - pryskał mit o wielkim Marszałku, a ukazywało się oblicze dyktatora, wprowadzającego rządy silnej ręki w Polsce. Wyznać muszę, że byliśmy tym rozczarowani i nie bardzo chcieliśmy w to wszystko wierzyć. Jak było naprawdę, przekonałem się wiele lat później.
Józek organizował także spotkania mych szkolnych kolegów. Nie mając odpowiedniego lokum zbieraliśmy się po prostu w stodole, gdzie ukazywał nam, jak w naszym kraju kształtuje się życie polityczne, jaką rolę odgrywała w nim postać Józefa Piłsudskiego, a jaką jego wielkiego antagonisty, Romana Dmowskiego2 .
Działalność tę przerwała brutalna wojna, która przyniosła tragiczne następstwa. Dziadków Bandołów wraz z całą rodziną - o czym wspominałem uprzednio - wysiedlono; Józkowi, który zawsze był ryzykantem, udało się zbiec i wrócić do Choczni. Pracował później u Albina Cibora (prawdopodobnie chodzi o Albina Kręciocha- uwaga moja) i szyciem zarabiał na swe utrzymanie. Przychodził jednak często do nas, by choć popatrzeć na dawne gniazdo rodzinne, gdzie spędził tyle chwil drogich i niezapomnianych.
A gdy okrutny los rzucił nas na tułaczkę i poniewierkę, odwiedzał nas i we Frydrychowicach - nieodmiennie wesoły i uśmiechnięty, przynosząc nowe wieści z wojny i związane z tym kawały. Szliśmy nieraz groblą między stawami, a wśród szuwarów i poszumu drzew ginęły nasze głosy, mówiące o tym, co niosą wiosenne wiatry. Z tego okresu zapamiętałem na poły śmieszne, na poły żałosne wydarzenie:
Pewnego razu, spacerując wspomnianą groblą, zobaczyliśmy przy brzegu „prawdziwą” łódź z wiosłami i, oczywiście, zachciało się nam popływać po stawie. Wskoczyliśmy więc do środka i wypłynęliśmy na „szerokie wody”, rozkoszując się przyjemną przejażdżką. Aliści niebawem dziurawa jak rzeszoto łódź zaczęła nabierać wody i zanurzała się coraz głębiej, aż w końcu zaczęliśmy tonąć. Widząc, że to nie przelewki chlupnęliśmy w ciemnozieloną toń i wpław dobiliśmy do brzegu. Wygramoliwszy się na groblę spojrzeliśmy po sobie i wybuchnęliśmy śmiechem: wyglądaliśmy jak dwie zmokłe kury. Od razu też przypomniał się nam sławetny rejs w balii sprzed lat, który równie niefortunnie się zakończył. Dobrze, że choć umieliśmy pływać.
Gdy powróciliśmy już do Choczni i przeżywaliśmy boleśnie śmierć Ojca, Józek był razem z nami, podnosił nas na duchu i dodawał otuchy. Później, gdy znaleźliśmy się w starej chacie opodal Dąbrowskiego, wpadał niespodzianie, wnosząc jak zwykle wiele radości życia i przekornego śmiechu, po czym znikał równie nagle, jak się pojawił. Tylko Mama po jakimś czasie spostrzegała mały zwitek pieniędzy ukryty za obrazem lub tajniacko podrzucony w półstolu.3  To był Józio w całej swej istocie - niby otwarty i wesoły, a jednak tajemniczy i zadumany. Lecz serce pozostało takie samo: wielkie i dobre, czułe na smutek i cierpienie, skore do poświęceń i pomocy. Nie można się zatem dziwić, że człowiek ten odcisnął na mej psychice niezatarte piętno.
Przy całym swym altruizmie trzeba przyznać, że czasami Józio miewał pomysły wielce oryginalne, czego przykładem niech będzie następujący epizod:
Późną jesienią 1944 roku wykoncypował mianowicie, aby w Krakowie kupić i przewieźć przez granicę 15 kg tytoniu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż w roli łącznika, który miałby pojechać do wujcia Kazka i wykonać ową misję, miał wystąpić 12-letni wówczas mój brat, Tadzio.
Plan ten wydawał się Józiowi wspaniały, uważał bowiem, że nie ma nic prostszego jak pojechać, kupić tytoń, przywieźć z powrotem go Choczni i po sprawie. Nie wszyscy jednak podzielali tę jego opinię, o czym za chwilę.
W myśl wcześniejszych ustaleń, późnym wieczorem wujciu z Tadkiem poszli razem do Wadowic i tam przeczekali noc. Wcześnie rano Józek wsadził chłopca do pociągu zmierzającego do Krakowa. Oczywiście zaopatrzył go w grubszą gotówkę i mimo, że był trochę beztroski, nie omieszkał udzielić mu instrukcji, aby pieniądze ukrył w pończosze, co miało go zabezpieczyć przed kradzieżą i ewentualną rewizją. Wybór Tadka jako kuriera wynikał z prostego założenia, że mały chłopak łatwo przemknie się w tłumie i nie zwróci na siebie uwagi.
I tak też się stało – brat, choć miał niezłego pietra, bo prócz rutynowej kontroli biletów przeszedł przez lustrację przedziału przez patrol żandarmerii polowej, dotarł bez większych problemów do Krakowa. Na dworcu już czekała na niego Janka Fajfrówna, siostra wujenki Józki, która zaprowadziła go do mieszkania wujostwa, na dobrze mi znaną ulicę św. Tomasza.
Wujciu Kazek, dowiedziawszy się z czym Tadek przybywa, najpierw zdumiał się niepomiernie, a po zapoznaniu się z planem Józka wpadł w gniew. Oświadczył wprost, iż jest to największa głupota, jaką można wymyślić i że to wszystko nie ma najmniejszego sensu, bo ryzyko jest niewspółmierne do wątpliwych korzyści jakie z tego można by osiągnąć. Rzecz jasna, nie zgodził się na żadne kombinacje tego typu. Tak więc Józiowe zamysły (prawdopodobnie mające na celu podreperowanie naszej marnej sytuacji finansowej) spaliły na panewce.
Tadziowi natomiast było w to graj – nie tylko omijał go stres związany z przemytem, ale mógł sobie posiedzieć w Krakowie przez całe dwa tygodnie. Chadzał na spacery z dokonującą zakupów Janką i pełen zachwytu podziwiał krakowskie zabytki.
W międzyczasie trwała burzliwa korespondencja między obydwoma wujciami, w wyniku której Tadzia odprowadzono na dworzec kolejowy i wysłano w drogę powrotną.
 Choć sama podróż przebiegła bez przeszkód, emocje zaczęły się na stacji w Kalwarii Zebrzydowskiej, gdzie brat nie zastał wujcia, który miał tam na niego oczekiwać. Po dłuższym czasie Józio wreszcie się pojawił i uspokoił nieźle już spanikowanego Tadeuszka. Bez dalszej zwłoki wyruszyli do Wadowic.
Długa, trzynastokilometrowa droga stawała się jeszcze dłuższa, za przyczyną listopadowej pogody. Dokuczliwy kapuśniaczek i przenikliwy wiatr przeszywał zimnymi podmuchami całe ciało aż do kości. Po prawie trzygodzinnej peregrynacji doszli do granicy na Skawie i posterunku Zollamtu4 . We mgle zamajaczyła przed nimi budka strażnicza i opuszczony szlaban. Szmer padającego monotonnie deszczu przerwało gromkie:

- Halt! Wer ist da?5  – po czym z mroku wynurzyła się masywna sylwetka wartownika z wymierzoną w nich lufą karabinu.

- Ausweis bitte!6  - szczeknął urzędowo Szwab w mundurze feldgrau.

W tym momencie zaczęły się poważne kłopoty, które mogły się zakończyć dramatycznym epilogiem. Otóż Józio, gdy poszedł po Tadka do Kalwarii, umówił się ze strażnikiem, iż tylko „na chwilę” chce pójść na drugą stronę, aby odebrać dziecko, na co tamten wyraził zgodę. Tymczasem zanim doszedł na piechotę z Wadowic do Kalwarii i powrócił z Tadkiem na granicę, nastąpiła zmiana wartownika. Zmiennik nie był, oczywiście, wtajemniczony w zamiary wujcia, który prawdopodobnie nie przewidział takiej ewentualności. Nie dziwota zatem, że nowy wartownik zmierzył ich wrogim spojrzeniem i po dłuższej chwili, która wydawała się wiecznością zakonkludował złowieszczo:

- Sie sind festgenommen!7 

Na takie dictum serce Tadkowi uciekło w pięty ze strachu i spocił się jak mysz, mimo odczuwanego jeszcze przed chwilą chłodu. Uznał, że koniec z nimi i że wujciu na pewno zostanie aresztowany. Narastający strach podsuwał mu koszmarne wizje, które wywołały głośne burczenie w brzuchu i konieczność natychmiastowego udania się na stronę.
Tymczasem Józek bynajmniej nie stracił kontenansu; ze strażnikiem rozmawiał tak spokojnie, jakby nic się nie stało, a na twarzy nie drgnął mu nawet jeden muskuł. Ze stoickim spokojem udał się na kontrolę, podczas której zachowywał się całkiem naturalnie, a nawet z pewną dezynwolturą.8 
Po długiej chwili, ku bezgranicznemu zdumieniu i radości brata, pojawił się przed nim uśmiechnięty i wyluzowany wujciu, który najspokojniej oznajmił, że wszystko jest w porządku i wkrótce będą wolni.
Na potwierdzenie jego słów cerber w hełmie oddał w końcu dokumenty i burknąwszy:

- Kann man weg gehen - Sie sind frei!9 – podniósł wreszcie szlaban.

Wszystko zatem zakończyło się dobrze, czyli jak powiadają Niemcy: Ende gut - alles gut10 . 
Pod biednym Tadeuszkiem, który najadł się strachu po uszy, aż nogi ugięły się z wrażenia, co było całkiem zrozumiałe – jak na jeden dzień stanowiło to dość przeżyć dla 12-letniego dziecka.
Nie wiadomo, jakich wujciu użył argumentów i w jaki sposób potrafił przekonać strażnika, iż ten mu uwierzył i puścił ich wolno. Jak jednak później opowiadał Tadzio, w dalszej drodze wujciu stwierdził, że tylko zimna krew konspiratora, dobrze wykonane „lewe” dokumenty, znajomość języka, wiarygodność wymyślonej przez siebie legendy, no i dużo szczęścia przyczyniło się w sumie do tego, iż nie wpadł w łapy gestapo.






[1] ONR, Obóz Narodowo-Radykalny – radykalne ugrupowanie polityczne utworzone w maju 1934 r. w wyniku kryzysu w obozie Narodowej Demokracji. Program ONR, biorąc pod uwagę nastroje młodzieży, posługiwał się demagogią społeczną i radykalną frazeologią. Głosił solidaryzm klasowy, antysemityzm, upaństwowienie kapitału zagranicznego i żydowskiego oraz przedsiębiorstw użyteczności publicznej. ONR, popularny głównie wśród części młodzieży akademickiej i drobnomieszczańskiej organizował m.in. bojkot ekonomiczny Żydów, napady na wiece i lokale robotnicze. Rozwiązany w lipcu 1934 przez władze państwowe, kontynuował działalność nielegalnie. W 1935 ONR rozpadło się na Ruch Narodowo-Radykalny „Falanga” i Obóz Narodowo-Radykalny ABC. Podczas okupacji „Falanga” utworzyła konspiracyjną Konfederację Narodu, zaś „ABC” – Związek Jaszczurczy. Członkami ONR byli m.in.: Jan Mosdorf, Henryk Rossman, Bolesław Piasecki, Stanisław Piasecki, Wojciech Wasiutyński.
[2] Roman Dmowski (1864-1939), polityk, publicysta historyczny, współtwórca i przywódca Narodowej Demokracji, pisarz polityczny, czołowy ideolog polskiego nacjonalizmu; od 1889 członek Ligi Polskiej, od 1893 Ligi Narodowej; od 1905 postulował w pierwszym etapie zjednoczenie wszystkich ziem polskich i uzyskanie autonomii w ramach Imperium Rosyjskiego, a później odzyskanie niepodległości w oparciu o sojusz z Rosją, w opozycji do państw centralnych; propagował walkę z ruchem rewolucyjnym i antysemityzm; redaktor „Przeglądu Wszechpolskiego”; w czasie I wojny światowej m.in. 1917-19 współtwórca i prezes Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu; 1919 delegat Polski na paryską konferencję pokojową, podpisał traktat wersalski; 1923 minister spraw zagranicznych RP; zagorzały przeciwnik J. Piłsudskiego; po przewrocie majowym 1926 w stałej opozycji wobec sanacji; 1926 założyciel Obozu Wielkiej Polski; po 1933 wywierał silny wpływ na SN; „Niemcy, Rosja i kwestia polska” (1908), „Polityka polska i odbudowanie państwa polskiego” (1925), „Kościół, naród, państwo” (1927).
[3] półstole (region.) – szuflada stołowa.
[4] Zollamt (niem.) – urząd celny.
[5] Halt! Wer ist da? (niem.) – Stój! Kto idzie?
[6] Ausweis bitte! (niem.) – Dokumenty proszę!
[7] Sie sind festgenommen! (niem.) – Jesteście aresztowani!
[8] dezynwoltura (fr.) - zbyt swobodne, nonszalanckie zachowanie się.
[9] Kann man weg gehen – Sie sind frei! (niem.) – Można iść – jesteście wolni!
[10] Ende gut – alles gut (niem.) – wszystko dobre, co się dobrze kończy.

czwartek, 14 kwietnia 2016

Choczeńskie rody- Bandołowie

Nazwisko Bandoła, a właściwie Banduła zapisano po raz pierwszy w choczeńskich kościelnych księgach metrykalnych w 1733 roku. Tak nazywał się chrzestny Kazimierza Widlarza, syna Kazimierza i Agnieszki. Pięć lat później (1738) swoją córkę o imieniu Salomea ochrzcili Tomasz i Anna Bandułowie, którzy kolejne czworo dzieci mieli do 1751 roku.
Co ciekawe, ci sami Tomasz i Anna Bandułowie zapisywani byli wcześniej jako Tomasz i Anna Twaróg, począwszy od ślubu 16 listopada 1723 roku, kiedy to zanotowano, że Tomasz Twaróg, syn Grzegorza,  poślubił Annę z domu Woźniak. Tomasz i Anna Twarogowie mieli pierwsze troje dzieci w latach 1730-1734.
W XVII i XVIII wieku takie określanie tych samych osób dwoma lub więcej nazwiskami nie było niczym nadzwyczajnym w Choczni, czego przykładami mogą być opisywane tu wcześniej historie Balonów/Dąbrowskich, czy Wawrzyńczaków/Mateyczyków/Widlarzy. W tym okresie nazwiska chocznian nie były jeszcze do końca ukształtowane i stabilne, a na ich ostateczną formę duży wpływ miały osoby zapisujące dane w księgach kościelnych, jedynych wtedy oprócz ksiąg gromadzkich dokumentach pisanych.
Dzieci wymienionej wyżej pary Tomasza i Anny Bandułów/Twarogów zapisywano później niekonsekwentnie jako Twaróg, Banduła, Bandoła, lub Twaróg vulgo Bandoła. Ostatecznie przyjęła się forma Bandoła.
Ponieważ nazwisko Twaróg pojawia się w zapisach metrykalnych znacznie wcześniej niż Banduła/Bandoła, to nie jest wykluczone, że Bandułami/Bandołami nazwano lub przezwano jedną z linii rodziny Twaróg (Tomasza i Anny), a pochodzenie tego nazwiska/przezwiska można próbować wywieść na przykład od słowa „bandola”- nazwy instrumentu muzycznego zbliżonego do mandoliny.
Inną ciekawą koncepcją etymologii nazwiska Bandoła/Banduła jest wywodzenie go od niemieckiego słowa "band" w znaczeniu grupa ludzi, związek, co po dodaniu końcówki -ula/-ola miało oznaczać członka grupy wędrownych pracowników najemnych, zatrudniających się zespołowo przy pracach sezonowych (sianokosy, żniwa, itp.), a rekrutujących się często z górali karpackich (wschodnia Słowacja, Rumunia, Węgry, zachodnia Ukraina).
Również Putek przypisywał Bandołom (i Bańdom) pochodzenie wołoskie/walaskie. W  świetle podanych wyżej faktów, to trudne do udowodnienia twierdzenie, choć rzeczywiście dwoistość nazwisk w siedemnastowiecznej i osiemnastowiecznej Choczni dotyczy szczególnie tych rodzin, które według Putka miały mieć obce (walaskie) pochodzenie. W tych właśnie rodzinach jedno z zapisywanych na ich określenie nazwisk miało polskie brzmienie i pochodzenie (jak tu Twaróg), a drugie obce, mniej zrozumiałe dla zapisującego, czy sąsiadów. A o tym które ostatecznie się przyjęło, decydował często przypadek lub zapisujący w metrykach.
Wszyscy obecnie żyjący Bandołowie o choczeńskich korzeniach są potomkami Jana Twaroga vulgo Bandoły (syna wymienionych wyżej Tomasza i Anny) oraz Szczęsnego (Feliksa) Bandoły. Najprawdopodobniej Szczęsny Bandoła był również synem Tomasza i Anny, a bratem Jana, ale w księgach metrykalnych z Choczni brak jest zapisu jego chrztu, który być może miał miejsce w Wadowicach. Jego potomkowie zamieszkiwali nie tylko w Choczni, ale i w Jaroszowicach.

W Metryce Józefińskiej z lat 1785-1789, czyli pierwszym spisie choczeńskich nieruchomości dla celów podatkowych nie ma mowy wprost o własności Bandołów, natomiast konfrontacja z innymi danymi pozwala stwierdzić, że jedna z wymienionych w niej ról Twarogowskich w Niwie „Od Wadowic” należała w rzeczywistości do Twarogów vulgo Bandołów.
Począwszy od XIX wieku informacje o rodzinie Bandołów z Choczni zaczynają pojawiać się już nie tylko w księgach kościelnych, ale i w innych dokumentach historycznych.
W 1833 roku jednym z choczeńskich kowali był Antoni Bandoła (urodzony w 1802 roku, syn Bartłomieja), a w  1852 roku prawidłowość sporządzenia drugiego austriackiego katastru gruntowego w Choczni potwierdzał Szczepan Bandoła, syn Izydora, urodzony w 1815 roku.
Właśnie wyniki tego spisu wnoszą wiele nowych informacji na temat choczeńskich Bandołów w połowie XIX wieku. Łączna własność sześciu wykazanych w nim osób o nazwisku Bandoła, zresztą blisko spokrewnionych, wynosiła nieco ponad 40 mórg. Aż pięciu z nich (Szczepan, Antoni, Wojciech, Kazimierz i Maciej) było sąsiadami, zamieszkującymi obecny Pagórek Komani. Dlatego w tej części Choczni można upatrywać pierwotnej siedziby Tomasza, pierwszego Bandoły w Choczni. Ale największym posiadaczem gruntów nie był wtedy żaden z Bandołów z Komaniego Pagorka, a Jan Bandoła, z centralnej części wsi (okolice austerii- numeru domu 206). Gospodarstwo owego Jana, o powierzchni niespełna 9 mórg, jako jedyne z należących do Bandołów przekraczało powierzchnią średnią choczeńską. Za to ich pola na Komanim Pagorku zyskały uznanie "ocenicieli" (klasyfikatorów), stąd szacowane z nich dochody były powyżej przeciętnych.

W latach 50-tych i 60-tych XIX wieku urodzili się natomiast:
  • Franciszek Bandoła (w 1859 syn Piotra) ksiądz, kapelan wojskowy, absolwent gimnazjum w Wadowicach w 1879 roku i studiów teologicznych na Uniwersytecie Jagiellońskim (1883)
  • Józef Bandoła (w 1860 syn Macieja) nauczyciel w Choczni Górnej, a potem wieloletni kierownik szkoły w Ryczowie, założyciel tamtejszego kółka rolniczego i biblioteki, ojciec podpułkownika Tadeusza Bandoły
  • Józef Bandoła (w 1866 syn Antoniego) kancelista sądowy, urzędnik prowadzący księgi gruntowe w Jordanowie, Bochni, Rzeszowie i Wadowicach.
Wielu dziewiętnastowiecznych Bandołów uprawiało zawód murarza, wśród nich odznaczył się szczególnie Piotr Bandoła, budowniczy kościoła w Osieku.
Choczeńskich Bandołów można doszukać się także w rzeszy emigrantów zarobkowych do Ameryki na przełomie XIX i XX wieku. Przykładem może być tu Stanisław Bandoła (ur. 1877) wzięty krawiec w Chicago, darczyńca na budowę Domu Ludowego w Choczni i szkoły, ojciec amerykańskiego karmelity o. Alojzego (Kazimierza) Bandoły. Inni Bandołowie szukali szans na lepsze życie na terenie Francji oraz północnych Czech (Franciszek, Melchior, Ignacy, Stanisław Bandołowie), gdzie ich potomków zapisywano z nazwiskiem Bandula, co ciekawe nawiązującym do wczesnej wersji nazwiska Bandoła notowanej w Choczni. Ignacy Bandoła był pierwszym znanym z nazwiska i imienia chocznianinem zatrudnionym w zawodzie górnika (1869).
W czasie I wojny światowej do niewoli rosyjskiej dostał się Stanisław Bandoła (1894-1963), a krótko po wojnie Szymon Bandoła (ur. 1899) zmarł w Przemyślu jako żołnierz Wojska Polskiego uczestniczący w walkach o utrzymanie niepodległości.
W okresie międzywojennym do najbardziej znanych Bandołów z Choczni należeli:
  • Jan Bandoła (1874-1941) członek zarządu choczeńskiej kasy zapomogowo-pożyczkowej
  • Jan Bandoła (1909-1989) absolwent wadowickiego gimnazjum w 1930 roku, urzędnik pocztowy, zmarł w Świdnicy
  • Kornelia Bandoła (1904-1976) nauczycielka, absolwentka seminarium nauczycielskiego w Kętach
  • Piotr Bandoła (1886-1963) murarz, budowniczy, kierownik wielu budów na Śląsku.

W czasie II wojny światowej w obozie Auschwitz zginął Józef Bandoła (1885-1943), a wkrótce po zakończeniu działań wojennych w szpitalu w Wadowicach zmarła Anna Bandoła „z ran odniesionych w wypadkach wojennych”.

Po wojnie wyróżniającymi się przedstawicielami rodziny Bandołów z Choczni byli:
  • Daniel Bandoła (1882-1958) przedwojenny podoficer, po wojnie urzędnik stanu cywilnego w Wadowicach
  • Gabriel Bandoła (1928-1996) wieloletni dyrektor Domu Rencistów w Wadowicach i radny miejski
  • Józef Bandoła (1920-1987) absolwent UJ, magister ekonomii, brat sołtysa Piotra
  • Katarzyna Bandoła (ur. 1912) członkini Gminnej Rady Narodowej w Choczni i Koła Gospodyń Wiejskich
  • Marian Bandoła (1925-2005) pułkownik Ludowego Wojska Polskiego, szef kadr w Wojewódzkim Zarządzie Ligii Obrony Kraju w Bielsku-Białej
  • Piotr Bandoła (1921-2015) sołtys Choczni, drogomistrz, w czasie wojny partyzant Batalionów Chłopskich na Lubelszczyźnie i żołnierz armii gen. Berlinga.

W tym samym cyklu: