Na blogu MyHeritage, jednej z największych na świecie platform do badania historii rodziny i testów DNA, ukazał się wczoraj artykuł Debry DeZarn o odkryciu nieznanych korzeni jej ojca.
Tytuł tej notatki to:
Na blogu MyHeritage, jednej z największych na świecie platform do badania historii rodziny i testów DNA, ukazał się wczoraj artykuł Debry DeZarn o odkryciu nieznanych korzeni jej ojca.
Tytuł tej notatki to:
W ponad 670-letniej historii Choczni zbrojne starcia na jej terenie należały do rzadkości. Mieszkańcy mieli szczęście unikać bezpośrednich działań wojennych zarówno podczas I i II wojny światowej, jak i w czasach wcześniejszych konfliktów toczonych przez monarchię Habsburgów czy Rzeczpospolitą. Ostatni taki epizod wydarzył się w połowie lat 60. XVII wieku, gdy doszło do lokalnego, lecz gwałtownego konfliktu o majątek sołtysi w górnej części wsi.
Właścicielami tego folwarku była w tym okresie rodzina Szczurów, potomków Grzegorza Scurzyka, który otrzymał królewskie nadanie na te dobra w 1582 roku za zasługi wojenne poniesione przez niego podczas oblężenia Pskowa, w trakcie wojny Rzeczpospolitej z Moskwą. Król Stefan Batory nie podniósł wprawdzie Scurzyka do stanu szlacheckiego, ale przyznał mu oprócz własności ziemskiej część praw przynależnych wtedy jedynie szlachcie.
W 1633 roku przywilej na Sołtystwo potwierdził Adamowi Szczurowi, synowi Grzegorza, król Władysław IV Waza. Tenże Adam nadal "trzymał Sołtystwo" w czasie lustracji dóbr królewskich, przeprowadzonych po najeździe szwedzkim (Potopie).
Ale niewiele później, w 1665 roku, król Jan Kazimierz doceniając odwagę, dawne zasługi wojenne i wierność monarsze szlachcica Wojciecha Jezierskiego herbu Prus zdecydował, że odtąd dożywotnim właścicielem Sołtystwa w Choczni będzie właśnie on, a nie Szczurowie. Jezierski otrzymał pełnię praw do pól, lasów, sadów, łąk, ogrodów, stawów, młynów, sadzawek, strumieni, karczm i zabudowań wchodzących w skład tego folwarku, stawał się nowym panem dla poddanych sołtysich i mógł pobierać od nich przynależne czynsze. Zwolniono go również z obowiązku wystawiania hajduka do pieszych wojsk królewskich, który nałożony był wcześniej na Szczurów. W zamian za to w razie wojny i zwołania pospolitego ruszenia szlachty musiał się stawić osobiście pod komendę lokalnej chorągwi lub przysłać w swoim zastępstwie pachołka na dobrym koniu i dobrze uzbrojonego (z rynsztunkiem kozackim, czyli wyposażonego w kolczugę, misiurkę lub szyszak na głowę, tarczę, szablę, broń palną i łuk, ewentualnie krótką włócznię). Jan Kazimierz wydał ten przywilej 13 sierpnia 1665 w Grabowie, a 19 października tego samego roku wpisano go urzędowo do Akt Grodzkich Krakowskich.
Co działo się później, można wywnioskować z ugody zawartej przed Urzędem Grodzkim Krakowskim 22 lipca 1666, którą w Aktach Grodzkich Krakowskich odnalazł p. Ryszard Góralczyk z Lgoty.
Jezierski powołując się na wymieniony wyżej przywilej królewski próbował przejąć Sołtystwo siłą. Szczurowie nie zamierzali oddać mu dobrowolnie posiadanego przez nich dotąd majątku i stawili opór. Doszło do walk, w których ranny został sam Jezierski. Co ciekawe, po stronie Szczurów obrażenia odniósł wspierających ich szlachcic Mikołaj Obreycki. Ponieważ w chwili zawierania ugody Obreycki już nie żył, to prawdopodobnie jego rany okazały się być śmiertelne. W tekście ugody podano, że był on sługą możnego Stanisława Pisarskiego.
Ostatecznie Jezierski zrezygnował z pretensji do Sołectwa, zrzekł się przywileju królewskiego i dochodzenia ewentualnych odszkodowań z tytułu odniesionej rany oraz zgodził się, by Szczurowie (jako dawni posiadacze) odzyskali swoje włości. Ugoda została zawarta ze sławetnym Stanisławem Szczurowiczem, mieszczaninem krakowskim, który działał również w imieniu swojego stryja Adama Szczura i spadkobierców zmarłego Obreyckiego. Szczurowicz w zamian za odzyskanie praw do ziemi puścił w niepamięć "opresje", "szkody", "rany" i "zajęcie stawów". Zobowiązał się też doprowadzić przed sąd stryja i spadkobierców Obreyskiego w ciągu 6 tygodni, by i oni podpisali zgodę. Wykonanie zobowiązań ze strony Szczurowicza zabezpieczone było wysokim wadium w kwocie 100 grzywien, licząc każdą grzywnę po 48 groszy. Dla zwykłego chłopa była to równowartość wieloletnich dochodów, ale spore obszarowo choczeńskie Sołtystwo mogło zapewne przynieść taki dochód w ciągu kilku lat.
Choć ugoda o tym wprost nie wspomina, to niewykluczone, że wpływ na postawę Jezierskiego mogła mieć jakaś gratyfikacja pieniężna obiecana mu przez Szczurowicza.
12 czerwca 1915 22-letni Władysław Bąk, żołnierz armii austro-węgierskiej walczący na froncie I wojny światowej, przysłał wiadomość zaadresowaną na jego ojca Wojciecha Bąka spod nr 265 w Choczni, którą napisał na odwrocie fotografii, przedstawiającej jego samego i dwóch kolegów podczas służby wartowniczej przy torach kolejowych.
Treść tej wiadomości była następująca:
Kochani Najdrożsi Rodzice !!!
Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus
Marya Matka Jego, bo jest godna słowa tego.
Witam się z Wami Kochani Rodzice !!
Witam się z Wami, choć nie rękami, ale Boskiemi słowami.
Kochani Rodzice !!!
Zasyłam Wam jak najserdeczniejsze Pozdrowienia i dobrego Powodzenia.
Ja dzięki Bogu jestem zdrowy, czego i Wam Kochani Rodzice życzę z całego serca,
a Powodzenie moje wesołe.
Wiadomo Wam, jak to bywa na wojnie.
Czy to wyjść na spacyr, czy to w służbie, zawsze przyjemnie.
Jakbym rad był w swojej Ojczyźnie, w domu, ale cóż z tego kie muszę być Cesarskiem Dzieckiem.
I macie Kochani Rodzice te moje fotografie Na Pamiątkę. Że jakbym nie powrócił do Ojczyzny, do domu, to jak spojrzycie na te fotografie, to będziecie Sobie myśleć, że ja w domu jest u Was.
Żegnam swoją Ojczyznę, żegnaj mi Ojczyzno moja !
Na łonie twojem spoczywa wszystko, com w życiu ukochał i co mi na ziemi drogiem tylko było !
Niech spocznie na Tobie opieka i błogosławieństwo Boże ! W Bożym Panie życie i śmierci mojej !
W Twojem ręku jest mój żywot.
Bywajcie zdrowi Kochani Rodzice !!!
Pozdrawiam Was wszystkich w domu jak najserdeczniej.
![]() |
| Władysław Bąk |
Ten cenny zabytek pamięci zachował się do dziś w archiwum domowym Andrzeja, wnuka Władysława Bąka.
Akta spraw spadkowych i opiekuńczych z archiwum Sądu Powiatowego w Wadowicach stanowią bezcenne źródło do poznania życia codziennego mieszkańców Choczni w XIX i na początku XX wieku. Wśród licznych informacji o stanie majątkowym zmarłych, strukturze gospodarstw i stosunkach rodzinnych, szczególnie interesujące są dane dotyczące kosztów pogrzebu. Analiza kilkudziesięciu spraw spadkowych z Choczni pozwala na rekonstrukcję zwyczajów pogrzebowych oraz oszacowanie, jak duże obciążenie finansowe stanowiła ostatnia posługa dla rodzin chłopskich.
Badając koszty pogrzebu w Choczni należy uwzględnić zmiany systemu monetarnego w monarchii habsburskiej. Do 1892 roku obowiązywał floren, zwany też złotym reńskim lub guldenem, który następnie został zastąpiony koroną austriacko-węgierską w relacji 1 floren = 2 korony.
Najwcześniejsze zachowane dane dotyczą połowy XIX wieku. W
1844 roku pogrzeb Antoniego Ścigalskiego kosztował 24 floreny. W 1860 roku za
pochówek Katarzyny Cibor wydano 17 florenów – była to stosunkowo skromna suma,
co może wynikać z jej statusu majątkowego. W 1874 roku na pogrzeb Apolonii
Leśniak przeznaczono 50 florenów, co stanowiło już poważny wydatek. Dla
porównania – połowa jej gospodarstwa (dom drewniany kryty słomą, stodoła i 15
morgów gruntu) wyceniona została na 900 florenów, zatem koszt pogrzebu stanowił
około 5,5% wartości tej części majątku.
W 1886 roku pogrzeb Franciszka Pindla kosztował 35 florenów,
przy czym cały stan czynny jego majątku wynosił zaledwie 481 florenów, a stan
bierny (długi) znacznie go przewyższał. Przypadek ten ilustruje sytuację, gdy
koszt pogrzebu dodatkowo obciążał i tak już zadłużoną schedę spadkową.
Po reformie walutowej z 1892 roku koszty pogrzebu zaczęto
wyrażać w koronach. W 1888 roku za pogrzeb Jana Kożucha zapłacono 30 koron, a
za pogrzeb szesnastoletniego Jana Romańczyka – jedynie 20 koron.
W pierwszej dekadzie XX wieku przeciętny koszt pogrzebu oscylował między 60 a 160 koronami. Pogrzeb Julii Leszczyńskiej, dwunastoletniej dziewczynki zmarłej w 1906 roku, kosztował 60 koron. Tyle samo wydano na pochówek dwudziestosześcioletniego Józefa Widlarza, wyrobnika, do czego doszły jeszcze koszty choroby w wysokości 70 koron. Pogrzeb Elżbiety Wcisło w 1905 roku pochłonął aż 160 koron przy majątku wartym 1704 korony.
Wyjątkowo cenny dokument stanowi szczegółowe rozliczenie
pogrzebu Jana Widlarza zmarłego w 1913 roku. Całkowity koszt wyniósł 185 koron,
choć sąd uznał za „odpowiednie stanowi i majątkowi zmarłego" jedynie 150
koron. Zestawienie wydatków przedstawia się następująco:
Koszty związane z przygotowaniem ciała i trumną:
- Trumna („trugła") – 7 złr (14 koron)
- Ubranie – 4 złr (8 koron)
- Koszula – 1 złr (2 korony)
- Trzewiki – 40 centów (80 halerzy)
- Świece – 2 złr (4 korony)
- Przybranie – 60 centów (1,20 korony)
- Księdzu – 24 złr (48 koron)
- Wikaremu – 5 złr (10 koron)
- Kościelnemu – 2 złr (4 korony)
- Śpiewakowi – 1 złr (2 korony)
- Na ofiarę – 7 centów (14 halerzy)
- Gróbarzowi – 5 złr (10 koron)
- Tym, co nieśli trumnę – 4 złr (8 koron)
- Tym, co nieśli chorągiew – 50 centów (1 korona)
- Chłopom – 50 centów (1 korona)
- Furmanom – po 30 centów
- Pogrzebiny (piwo, gorzałka, arak) – 7 złr (14 koron)
- Chleb – 60 centów (1,20 korony)
- Cukier i herbata – 60 centów (1,20 korony)
- Gorzałka rano – 1 złr (2 korony)
Inne wydatki:
- Telegrafy (powiadomienie rodziny) – 3 złr (6 koron)
Struktura ta pokazuje, że największą pozycję stanowiły
opłaty kościelne (łącznie około 64 koron, czyli ponad jedną trzecią
całości). Znaczący udział miały również koszty stypy oraz wynagrodzenia dla
osób pomagających przy ceremonii.
Analiza stosunku wydatków pogrzebowych do całkowitej
wartości spadku pozwala ocenić, jak duże obciążenie stanowił pogrzeb dla
rodziny zmarłego:
| Zmarły | Rok | Pogrzeb | Majątek czynny | Udział % |
|---|---|---|---|---|
| Jan Guzdek | 1900 | 300 k | 6530 k | 4,6% |
| Józef Widlarz | 1902 | 200 k | 4607 k | 4,3% |
| Józef Góralczyk | 1900 | 100 k | 2267 k | 4,4% |
| Maria Kamińska | 1909 | 120 k | 1280 k | 9,4% |
| Elżbieta Wcisło | 1905 | 160 k | 1704 k | 9,4% |
| Anna Burzej | 1914 | 120 k | 1295 k | 9,3% |
| Ignacy Bryndza | 1900 | 70 k | 1203 k | 5,8% |
Dla zamożniejszych gospodarzy koszt pogrzebu stanowił 4–5%
wartości majątku, podczas gdy dla biedniejszych rodzin mógł sięgać niemal 10%.
W skrajnych przypadkach pogrzeb dodatkowo pogłębiał zadłużenie spadku – tak
było w przypadku Franciszka Pindla czy siedemnastoletniej wdowy Anny Garżel,
która nie mogła udźwignąć ciężaru długów po mężu Antonim (w tym kosztów
pogrzebu wynoszących jedynie 20 koron) i musiała sprzedać gospodarstwo
teściowi.
Nie wszystkie rodziny były w stanie pokryć koszty pogrzebu.
Gdy w 1911 roku zmarł Józef Pindel, jego gospodarstwo znajdowało się „w tak
marnym stanie, że nie było nawet na pogrzeb funduszu". Koszty w wysokości
79 koron pokrył sąsiad Franciszek Kręcioch. Dom Pindla był „drewniany kryty
słomą w lichym stanie", wyceniony zaledwie na 300 koron, a stodoła na 50
koron.
Marianna Łopata zmarła w 1906 roku „nie pozostawiła żadnego majątku" i „pozostawała na utrzymaniu córki Marianny Fajfer". W takich sytuacjach obowiązek pokrycia kosztów pogrzebu spadał na rodzinę, nawet jeśli sama żyła w ubóstwie.
Dokumenty pozwalają dostrzec wyraźne zróżnicowanie kosztów
pogrzebowych w zależności od statusu społecznego i majątkowego zmarłego.
Najdroższe pogrzeby (200–300 koron) urządzano zamożnym gospodarzom posiadającym
murowane domy i kilkanaście morgów ziemi. Pogrzeby za 100–150 koron odpowiadały
średniozamożnym rodzinom z domami drewnianymi i kilkoma morgami gruntu.
Najskromniejsze ceremonnie (20–60 koron) przypadały biedocie wiejskiej, dzieciom, wyrobnikom i osobom pozostającym na utrzymaniu rodziny.
Sąd w Wadowicach kontrolował, czy wydatki pogrzebowe były „odpowiednie stanowi i majątkowi zmarłego". W przypadku Jana Widlarza rodzina wydała 185 koron, ale sąd uznał jedynie 150 koron za uzasadnione. Ta praktyka miała chronić interesy spadkobierców, zwłaszcza małoletnich, przed nadmiernymi wydatkami.
Dla lepszego zrozumienia skali kosztów pogrzebowych warto zestawić je z innymi wydatkami z epoki. Koszt przeciętnego pogrzebu (100 koron) odpowiadał mniej więcej wartości jednej krowy lub konia, natomiast pogrzeb zamożnego gospodarza (300 koron) równał się cenie morgi średniej jakości ziemi.
W Choczni, wsi królewskiej położonej niedaleko Wadowic, w 1602 roku przeprowadzono szczegółową wizytację kościelną. Ówczesny kościół – drewniana, konsekrowana świątynia pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela prezentował się solidnie. Miał mocne ściany, nienaruszone okna, strop z desek (malowany jedynie w prezbiterium), solidne drzwi z porządnymi zamkami. Pośrodku nawy, na drewnianej belce, wisiał okazały krzyż z figurą Ukrzyżowanego, a ambona znajdowała się w wygodnym, dobrze widocznym miejscu.
Wnętrze zdobiły trzy murowane ołtarze: główny – najprawdopodobniej konsekrowany – oraz dwa boczne, które wizytator uznał za nieużywane do celów liturgicznych. Najświętszy Sakrament przechowywano w rzeźbionym, wieżowym cyborium (tabernakulum) po prawej stronie ołtarza, choć jedna z puszek była już pęknięta, a Hostie leżały w zwykłym, czystym woreczku. Brakowało naczynia na oleje święte, a chrzcielnica – drewniana, z miedzianym kociołkiem – stała pusta, bez wody.
Kościół posiadał jednak przyzwoite wyposażenie liturgiczne: srebrny, pozłacany kielich z pateną, pięć ornatów w różnych kolorach liturgicznych, dwa jedwabne antependia (zasłony dolnej części ołtarza), trzy alby oraz Mszał Rzymski. Wszystkie te przedmioty, wraz z korporałami, puryfikaterzami i obrusami ołtarzowymi, zostały dokładnie spisane i podpisane przez wizytatora w inwentarzu.
Niestety, mimo tych względnych bogactw, parafia borykała się z poważnymi problemami. Nie miała własnego, rezydującego proboszcza – opiekę nad nią sprawował ks. Mikołaj Wrzaskowicz, pleban wadowicki, mieszkający w odległości 15 stajań (około 2,5–3 km). To właśnie brak stałego duszpasterza na miejscu przyczynił się do tragicznego wydarzenia: tuż przed Zielonymi Świątkami kościół został obrabowany. Złodzieje włamali się do cyborium, rozsypali po posadzce Najświętszy Sakrament, zabrali oleje święte i inne rzeczy. Świątynia pozostawała bez należytej opieki.
Plebania była w opłakanym stanie – w dużej części już zrujnowana. Jedynie rektor tutejszej szkoły (nauczyciel) mieszkał godnie, mając własny domek i ogródek przy kościele. Mieszkańcy płacili meszne (podatek kościelny) plebanowi w Wadowicach.
Wizytator, widząc zaniedbania i skutki poprzednich, niewykonanych zaleceń, wydał konkretne nakazy naprawcze:
Dla wielu
chocznian Austria nie była jedynie „zaborem”, lecz realną przestrzenią życiową,
w której żyli, kształcili się, zakładali rodziny i umierali.
Pierwszym
znanym Chocznianinem, który na dłużej przebywał w Austrii był Ignacy Wróblowski
(ur. ok. 1793 w Dankowicach), syn choczeńskiego młynarza, który w latach
1820-22 studiował w Wiedniu w Augustineum - Wyższym Instytucie Kształcenia
Księży Diecezjalnych. Niestety zmarł na gruźlicę przed święceniami.
Około 1852 roku
Chocznianin Piotr Żak (ur. 1818), po zwolnieniu ze służby w 5. Pułku
Szwoleżerów, zamieszkał w austriackiej miejscowości Fürstenfeld (w Styrii przy
granicy z Burgenlandem), gdzie przez 35 lat pracował jako portier w lokalnej
fabryce tytoniu. Działał aktywnie w miejscowym stowarzyszeniu weteranów,
któremu zapisał w spadku 60 florenów. Ponieważ był powszechnie znany w Fürstenfeld
i bardzo popularny, to na jego pogrzeb w dniu 9 czerwca 1887 przybyły tłumy
osób, w tym także koledzy z pracy i weterani z muzyką i flagami.
W 1866 roku w
wiedeńskim Szpitalu Wojskowym nr 11 zmarł Tomasz Styła (ur. 1841), żołnierz 13.
Kompanii 56. Pułku Piechoty, ranny w bitwie pod Nachodem na froncie wojny
austriacko-pruskiej. W tym samym roku w Bruck an der Leitha w Dolnej Austrii
spoczął inny żołnierz 56. Pułku Piechoty – Jan Balon (ur. 1839), który zmarł na
tyfus.
Kolejnym po
Wróblowskim studentem teologii z Choczni na austriackiej uczelni był w 1881
roku Jan Guzdek (ur. 1857), edukujący się w Klagenfurcie.
Wieloletnią
służącą w Austrii, według niepotwierdzonych wspomnień także w domu rodziców
Adolfa Hitlera, była Wiktoria Spytkowska (ur. 1865).
Pod koniec XIX
wieku, w 1898 roku, Benjamin Silberschütz (ur. 1874) ukończył czteroletni kurs w
Teologicznym Seminarium Nauczycielskim dla Izraelitów w Wiedniu i zdał egzamin
na nauczyciela religii w szkołach ludowych i powszechnych.
W 1905 roku kursów
wieczorowy dla jednorocznych ochotników do armii c.k. w wiedeńskim Instytucie
Friesza ukończył Szymon Rosenberg, syn choczeńskiej szynkarki.
Dwa lata
później związek małżeński w Wiedniu zawarł stolarz Józef Widlarz (ur. 1869), który
poślubił Annę z domu Krkoska.
W 1912 roku
przed Sądem Rejonowym w Ried (Górna Austria) stanął wyrobnik Jan Gazda z
Choczni (ur. 1890) pod zarzutem uchylania się od służby wojskowej. Gazda dotarł
do Neuhofen koło Krems z Niemiec w sierpniu 1911 roku w poszukiwaniu pracy. Po
ukończeniu 21 lat otrzymał wezwanie do poboru do armii c.k., lecz uchylał się
od służby. Sąd skazał go na 14 dni aresztu w zawieszeniu.
W 1913 roku
dzierżawcą kawiarni w Wiedniu był Georg Silbiger, wcześniej choczeński
sklepikarz i producent mydła. Został ukarany grzywną 100 koron za tolerowanie w
lokalu niedozwolonych gier hazardowych. Prawdopodobnie mieszkał z nim wtedy jego syn Zygmunt Silbiger (ur. 1894 w
Choczni), wiedeński urzędnik bankowy w okresie międzywojennym.
Po wybuchu I
wojny światowej w Wiedniu znaleźli schronienie wywodzący się z Choczni przedstawiciele
żydowskiej rodziny Münz: Elvira Irena (ur. 1900), Dora (ur. 1895), Erich Aron
(ur. 1894), Stefania (ur. ok. 1894) i Henryka (ur. 1888).
23 stycznia 1915 na wiedeńskim Cmentarzu Centralnym spoczął Karol Gawęda (ur. 1891), szeregowy 56. Pułku Piechoty, który po postrzale w miednicę przebywał w szpitalu w Wiedniu, gdzie zmarł na zapalenie opon mózgowych 20 stycznia
----
Bliskość Wadowic sprawiała, że austriaccy wojskowi, urzędnicy, handlarze i rzemieślnicy chrzcili w Choczni swoje dzieci i zawierali małżeństwa. Niekiedy również osiedlali się w niej na dłużej. Nie było to zjawisko masowe, ale wystarczająco zauważalne, by zostawić ślad w lokalnej pamięci, czy w aktach parafialnych.
W spisie choczeńskiej własności gruntowej z lat 1844-1852 widnieje znaczny majątek Tekli Letscher (16 morgów gruntu) i osobny Johana (Jana) Letschera o powierzchni nieco ponad 8 morgów, czyli łączna własność Letscherów w Choczni wynosiła wówczas 14 hektarów. Był to czwarty co do wielkości majątek ziemski w Choczni, po majątku sołtysim (Duninów), dworskim (Bobrowskich) i plebańskim. Niewiele przewyższał jednak największe majątki chłopskie (o 1-2 morgi). Posiadłość Letscherów była nazwana potocznie Lecierówka lub Leczerówka i obejmowała także dwa niesąsiadujące ze sobą domy o numerach 203 (Tekla) i 191 (Jan) w górnej części obecnej ulicy Zawale. Obcobrzmiące nazwisko Letscher przywędrowało w te okolice z austriackiego Voralbergu za sprawą Jana (Johana), męża Tekli, z zawodu cukiernika i piekarza. Mimo własności posiadanej w Choczni Letscherowie aż do 1858 roku chrzcili swoje dzieci w Wadowicach. Dopiero w 1859 roku odnotowano w Choczni zgon ich córki Ernestyny Letscher, a dwa lata później śmierć Jana.
W 1844 roku przyszedł na świat w Choczni Jan Jakub Hauer, nieślubny syn Jana Hauera i Wilhelminy z Pisarzewskich, a rok później jego siostra Adelina Wilhelmina Stefania. Jan Hauer senior, kapitan i wojskowy inspektor budowlany, miał austriackie pochodzenie po swoim ojcu Maksymilianie, drogomistrzu w Wadowicach.
Poprzez żonę i dzieci powiązany z Chocznią był inny oficer armii austriackiej - Georg Nicolaus Helm, który urodził się w niemieckiej rodzinie w Czechach. Helm poślubił w 1858 roku Emilię Kalikstę Dunin, córkę właściciela choczeńskiego Sołtystwa i miał z nią w Choczni troje dzieci: syna i dwie córki. Po śmierci Emilii w 1866 roku Georg Helm służył jako audytor sądów polowych w różnych garnizonach w obrębie monarchii austro-węgierskiej.
Austriakiem był również Leopold Schwarzmann (ur. około 1816 r.), choczeński sklepikarz i ojciec urodzonego w Choczni syna, który otrzymał po nim imię (1855). Leopold senior zmarł rok później, a pozostała w Choczni wdowa Johanna w 1858 roku wyszła drugi raz za mąż za Józefa "Brodę rectae Szczygiel", byłego żołnierza, nieślubnego syna Marianny Szczygiel z Olchowiec koło Sanoka.
Prawdopodobnie za Austriaka uważał się Andreas Zink z Prerova na Morawach, sklepikarz, podobnie jak Schwarzmann, który w 1836 roku ochrzcił w Choczni córki-bliźniaczki. Rok wcześniej mieszkał z żoną Teresą z domu Habermann w Bulowicach, gdzie urodziła się ich córka Matylda. Z tym rejonem (Bulowice, Kobiernice, Kęty) związane były też późniejsze losy Zinków (lata 50. XIX wieku).
Ostatnim faktem, o którym można tu wspomnieć (ale pierwszym chronologicznie) był chrzest w Choczni w 1821 roku Heinricha, syna Johannesa Kirschingera, medyka wojskowego z Wadowic.
Emigracja z Choczni do USA, tak samo zresztą jak sezonowe wyjazdy na "saksy", spowodowana była głównie względami ekonomicznymi. Przeludnienie wsi, skarłowacenie gospodarstw, słabo rozwinięty okoliczny przemysł, a więc brak możliwości godziwego zarobku na miejscu - wszystkie te czynniki skłaniały do wychodźctwa za lepszym chlebem. W 1898 roku ponad 500 osób z Choczni przebywało na robotach sezonowych wspierając swoje rodziny kwotami od 300 do 500 złotych reńskich tygodniowo. W tym samym czasie zarobki na miejscu – przy pracach rolnych lub budowlanych wynosiło 35 centów dziennie, a w fabryce papieru w Wadowicach do 1 zł.
Dodatkowo na decyzję o wyjeździe mogły wpłynąć na przykład: chęć swobody i usunięcia się spod oka rodziców, czy proboszcza, przykład innych, którym powiodło się za granicą, a nawet nadzieja na łatwiejsze i lepsze wstąpienie w związki małżeńskie, czy też ucieczka przed wyrokiem sądowym, jak było w przypadku Chocznianina Władysława Komana. Werbunkiem emigrantów zainteresowani byli także pracodawcy za oceanem. Stąd wziął się rozwój biur pośrednictwa pracy i agencji emigracyjnych, których pracownicy dopuszczali się różnych nadużyć. W proces ułatwiania wyjazdów za granicę były zaangażowane także dwie osoby związane z Chocznią: agent emigracyjny Tomasz Płonka i Adolf Bichterle, były właściciel majątku sołtysiego w Choczni, który w 1907 roku był właścicielem agencji „Kancelaria podróży i pracy” w Dziedzicach.
Skala emigracji
W 1913 roku łączna liczba stałych wychodźców z Choczni wynosiła 800 (czyli o 100 więcej niż 6 lat wcześniej), a corocznie do pracy za granicę wyjeżdżało 700 Chocznian. Z okolicznych miejscowości więcej emigrantów zarobkowych odnotowano jedynie w Zawoi (2800), Krzeszowie (1500), Bulowicach i Mucharzu (po 1000), a mniej w ludniejszych od Choczni Wadowicach (500) i Andrychowie (400). Znaczna część z 800 wyżej wymienionych wychodźców przebywała w Stanach Zjednoczonych Ameryki, które były głównym celem emigracji zamorskiej (wyjazdy z Choczni do Kanady zaczęły się w okresie międzywojennym, a do Brazylii docierały tylko jednostki).
Jeżeli wziąć
pod uwagę jedynie dane pasażerów przypływających z Europy do Nowego Jorku,
Bostonu, czy Baltimore i dane o emigracji ze spisów powszechnych, to udało mi
się w nich odnaleźć 459 rekordów dotyczących osób związanych wcześniej z
Chocznią, które wyemigrowały w okresie od 1887 do 1916 roku. Obejmują one 413
osób przyjeżdżających do USA tylko raz i 21 osób docierających tam dwa lub
więcej razy (czyli łącznie 434 osoby).
Gdy zaś brać
pod uwagę osoby, co do których udało się określić np. miejsce zamieszkania,
zawód, obecność w spisach powszechnych, fakt urodzenia dzieci, zawarcia
małżeństwa lub zgonu, czy pochówku to ich liczba wynosi 310. Tę drugą grupę
można uznać za bardziej zakorzenionych emigrantów. Emigranci z drugiej grupy
nie w każdym przypadku mają określony rok przyjazdu – występuje w niej też 26
osób, których brak w grupie pierwszej.
Istnieją także
emigranci, nie figurujący w żadnej z tych dwóch grup, o których wyjazdach za
ocean wiadomo na przykład z rodzinnych wspomnień, czy relacji.
Na określenie
liczby emigrantów z Choczni mają również wpływ przyjęte założenia – czy należy
do nich zaliczać wyłącznie osoby urodzone w Choczni, emigrujące z Choczni bez
względu na pochodzenie, czy również byłych mieszkańców tej miejscowości, którzy
w momencie decyzji o emigracji mieszkali gdzie indziej. Podane przeze mnie liczby dotyczą szerokiego rozumienia emigracji z Choczni, w oparciu o
wszystkie wymienione kryteria, więc należy je rozumieć jako informacje o
emigracji związanej z Chocznią, a nie o emigracji z Choczni.
Przebieg emigracji w czasie
Najwcześniejszym
emigrantem z Choczni do USA według udokumentowanych źródeł był Franciszek
Kręcioch, który dotarł tam w 1887 roku. Przed 1895 rokiem w Stanach
Zjednoczonych pojawili się ponadto: Marianna Bryndza (w 1892 r.), Karol Wider (prawdopodobnie
w 1892 r.), Aleksander Kobiałka (w 1892 r.), Wojciech Rokowski (w 1892 r.),
Wojciech Kręcioch (w 1893 r.) oraz
Szymon Dąbrowski (w 1894 r.).
Z powodu wybuchu I wojny
światowej począwszy od drugiej połowy 1914 roku emigracja ustała niemal
całkowicie.
Analizując trend dekadowy
widać aż 14-krotny wzrost intensywności wyjazdów między ostatnią dekadą XIX wieku, a drugą
dekadą XX wieku.
Miejsca zamieszkania
Na podstawie zebranych przeze mnie danych dotyczących 310 emigrantów można prześledzić główne kierunki i miejsca osiedlania się Chocznian w Stanach Zjednoczonych.
Rozmieszczenie według stanów:
|
Stan |
Liczba emigrantów |
Udział procentowy |
|
Massachusetts |
78 |
25,2% |
|
Illinois |
65 |
21,0% |
|
Michigan |
57 |
18,4% |
|
Nowy Jork |
47 |
15,2% |
|
Pensylwania |
28 |
9,0% |
|
Minnesota |
13 |
4,2% |
|
Indiana |
12 |
3,9% |
Pierwszych pięć stanów w tabeli skupiało 86,3% wszystkich choczeńskich emigrantów. Widoczna jest dominacja Środkowego Zachodu (47,5% emigrantów) – region ten przyciągnął prawie połowę emigrantów, z Illinois i Michigan jako głównymi celami. Drugim biegunem osadnictwa była Nowa Anglia, a szczególnie stan Massachusetts, który mimo przynależności do mniejszego regionu, pojedynczo wyprzedził wszystkie inne stany. Praktycznie brak jest wychodźców związanych z Chocznią w stanach południowych (wyjątkiem był Aleksander Kobiałka w Zachodniej Wirginii) i zachodnich (najdalej na zachód dotarł Józef Wider, osiadły w Dakocie Północnej).
Rozmieszczenie
emigrantów w ważniejszych ośrodkach miejskich
|
Miasto |
Liczba emigrantów |
Udział procentowy |
|
Chicago |
48 |
15,5% |
|
Detroit |
46 |
14,8% |
|
Holyoke
w Mass. |
41 |
13,2% |
|
Nowy
Jork |
17 |
5,5% |
|
Chicopee
w Mass. |
10 |
3,2% |
|
South
Bend w Indianie |
9 |
2,9% |
|
Streator
w Illinois |
8 |
2,6% |
|
Buffalo |
7 |
2,3% |
|
Rochester
w NY |
7 |
2,3% |
Chicago, Detroit i Holyoke to główne miejscowości, w których osiadali przybysze z Choczni. Prawie połowa całej choczeńskiej emigracji skupiła się w tych trzech ośrodkach i w Nowym Jorku (49%). Szczególnym fenomenem było niewielkie Holyoke w stanie Massachusetts, znane z przemysłu papierniczego i tekstylnego, które wraz z sąsiednim Chicopee przyjęło więcej chocznian, niż olbrzymie Chicago, czy Detroit
Struktura wiekowa
Wzmiankowany
wcześniej Franciszek Kręcioch, Magdalena Ściera z Dąbrowskich i Elżbieta Cibor
z domu Kręcioch byli najwcześniej
urodzonymi emigrantami – wszyscy troje przyszli na świat w Choczni w 1852 roku.
W latach 50. XIX wieku urodzili się ponadto: Marianna Panek z domu Gancarz
(1854), Franciszek Kręcioch (1957), Józef Guzdek (1858), Szymon Dąbrowski
(1859), Wojciech Kręcioch (1859) i Wincenty Szklarski (1859 – w Zalasie).
Z ich grona
pochodzą również najstarsi wiekiem emigranci. Magdalena Ściera w chwili
dotarcia do amerykańskich brzegów miała rocznikowo 61 lat, Wincenty Szklarski
55 lat, a Elżbieta Cibor 50 lat. Natomiast najmłodsi emigranci nie ukończyli
jeszcze 3 roku – byli to: Wiktoria Zając (ur. 1907), Emilia Widera (ur. 1911) i Stanisław Guzdek
(ur. 1911).
Średni wiek emigranta z Choczni wynosił 22,5 roku. Dominowali 20-latkowie (43,7%) przed nastolatkami (28,5%) i 30-latkami (15,1%). Ogółem w tych trzech przedziałach wiekowych mieściło się nieco ponad 87% wszystkich wyjeżdżających.
Płeć i stan cywilny
Spośród 310
emigrantów z grupy „zakorzeniowych” 171 osób było płci męskiej (55,2%) i 139
żeńskiej (44,8%). Natomiast w ówczesnym społeczeństwie choczeńskim te proporcje
były inne – mężczyźni stanowili 46,8% mieszkańców, a kobiety 53,2%. To
pokazuje, że emigracja chocznian do USA była zdominowana przez mężczyzn, którzy
wyjeżdżali tam w poszukiwaniu pracy. Kobiety rzadziej emigrowały ze względu na
tradycyjne role płciowe (opieka nad gospodarstwem, dziećmi i starszymi),
większe trudności w podjęciu ciężkiej pracy fizycznej za oceanem, czy wyższe
ryzyko samotnej podróży.
W gronie wyjeżdżających znajdowały się zarówno osoby stanu wolnego, jak i pozostające w związkach małżeńskich, posiadające już dzieci lub bezdzietne. W losowo wybranej 100-osobowej grupie emigrantów z Choczni przeważały osoby stanu wolnego (64) nad żonatymi/zamężnymi (36).
Działalność zawodowa
Głównym źródłem poznania zawodów przebywających w USA Chocznian płci męskiej są dane zawarte w ich kartach rejestracyjnych do poboru w armii amerykańskiej. Analiza zawodów wykonywanych przez emigrantów związanych z Chocznią daje jasny obraz charakteru tej emigracji. Była to przede wszystkim emigracja ludzi prostych, niewykształconych, podejmujących ciężką pracę fizyczną w fabrykach, kopalniach i warsztatach. Niemal jedna trzecia emigrantów (31,9%) wykonywała niskopłatne prace jako robotnicy niewykwalifikowani. Wraz z operatorami maszyn i pracownikami przemysłu przetwórczego, sektor przemysłowy zatrudniał ponad połowę emigrantów z Choczni. Wśród nich byli także pracownicy fabryk samochodów, czyli nowoczesnej gałęzi przemysłu: Walenty Garżel, Antoni Gzela i Antoni Łopata w zakładach Forda, Wojciech Rokowski – Buicka, a Józef Stuglik – Studebakera.
Mimo że
Chocznia była wsią rolniczą, jedynie 5,2% emigrantów kontynuowało pracę na roli
w Ameryce. Większość wybrała zatrudnienie w przemyśle wielkich miast
przemysłowych Wschodniego Wybrzeża i Wielkich Jezior. Tradycyjne rzemiosło
stanowiło istotny segment zatrudnienia (12,1%). Na liście poborowych
znajdujemy: stolarzy (4), piekarzy (3), rzeźników (3), krawców (2) i murarza
(1). Konkretnych umiejętności technicznych wymagały zawody wykonywane przez
mechaników (5) i ślusarzy (4) i elektryka (1). Pięciu chocznian znalazło
zatrudnienie w służbach miejskich i porządkowych (strażacy, strażnik
przemysłowy i porządkowy). Również 5 emigrantów z Choczni pracowało w usługach
(sklepikarze/sprzedawcy, kelner i szofer). Trzej ujęci w zestawieniu górnicy
wydobywali surowce w Pensylwanii (Gallitzin) i Wirginii Zachodniej.
Jednocześnie widzimy wyraźną ścieżkę awansu u części osób: z prostego
„robotnika” na operatora maszyn, mechanika, brygadzistę (Piotr Góralczyk), a
nawet asystenta inżyniera czy kierownika sprzedaży (Arnold Schmeidler). To
pokazuje, że chocznianie nie tylko „harowali”, ale też dość szybko się
kwalifikowali. Potwierdza to obecność na liście dwóch studentów - Maurycego
Dunaja z New York College i Józefa Wcisły z jezuickiego Kolegium Ignacego Loyoli w Chicago – Wydziału
Sztuk i Nauk. Absolutną elitę wśród zatrudnionych stanowili: ksiądz Jan Guzdek, proboszcz
parafii Browerville w Minnesocie, który wcześniej studiował teologię na St.
John’s University w Collegeville i w Seminarium św. Pawła w Minnesocie oraz nowojorski dentysta Izydor
Schmeidler, który w 1914 r. uzyskał tytuł doktora na Nowojorskim Uniwersytecie
Stanowym.
Spośród
stających do poboru zaledwie ośmiu (7%) pracowało na własny rachunek, jako
rolnicy (Franciszek Romańczyk, Józef Skoczylas, Józef Wider, Wojciech Bryndza)
i rzemieślnicy lub drobni przedsiębiorcy (krawcy Stanisław Bandoła i Wacław
Szczur, rzeźnik Stanisław Sikora, sklepikarz Piotr Ciejek), a jeden poborowych
był bezrobotny (Jan Burzej).
Na liście
poborowych nie ujęto dwóch pozostałych księży związanych z Chocznią – Szymona
Dąbrowskiego i
Franciszka Taborskiego, Wojciecha Kręciocha, prowadzącego sklep detaliczny w Fall River i jego bratanka Józefa Kręciocha, który podczas krótkiego pobytu w Detroit
studiował w katolickim Seminarium Klasycznym św. Cyryla i Metodego i pracował jako sekretarz notariusza.
Rubryki
formularza karty rejestracyjnej amerykańskich poborowych zawierały również
pytania o ich status obywatelski: czy dana osoba była obywatelem USA (native
born), naturalizowanym (naturalized), czy cudzoziemcem (alien). Jeśli
cudzoziemcem – czy złożyła deklarację chęci bycia obywatelem (first papers)
oraz jakiego państwa obywatelem jest aktualnie. W przypadku chocznian co piąty poborowy
(dokładnie 21%) podawał, że uzyskał już obywatelstwo amerykańskie, a 79%
uważało się za cudzoziemców, choć część z nich złożyło już deklarację chęci
bycia obywatelem. Z kolei na pytanie o kraj aktualnego obywatelstwo padały
następujące odpowiedzi: Polska (10,5%), Austria/Polska (16,7%), Austro-Węgry/Polska
(1%), Niemcy/Polska (1%), Rosja/Polska (3,5%), Austria (45,6%), Austro-Węgry
(3,5%), Rosja (1%), USA (1%).
Zwraca uwagę
fakt, że prawie co trzeci poborowy z Choczni (32,5%) podawał jako jedyne lub
łączone obywatelstwo państwa, które nie istniało od ponad 100 lat (czyli
Polski).
Wśród
poborowych znalazło się sześć osób (Henryk i Maurycy Dunajowie, Józef
Goldberger, Edward Rosenberg, Arnold i Izydor Schmeidlerowie) z choczeńskiej
społeczności żydowskiej, a według Ellis Island Fundation należeli do niej także: pozostali członkowie rodziny Dunaj (Emmanuel, Fanny,
Róża i Regina).
W kontekście
etniczności interesujące były losy Ferdynanda Brandstättera, murarza z Moraw, który
założył rodzinę w Choczni, a w 1913 roku wyemigrował z Wadowic do stanu
Pensylwania. W
amerykańskim federalnym spisie ludności
z 1930 roku podawał, że przed przyjazdem do Ameryki posługiwał się w domu
językiem polskim.
W XIX wieku żaden chocznianin nie doczekał się tak obszernego pośmiertnego wspomnienia na łamach prasy, jak mało komu w Choczni znany Piotr Żak.
Ten weteran armii austriackiej został pochowany 9 czerwca 1887 w austriackiej miejscowości Fürstenfeld (w Styrii przy granicy z Burgenlandem), o czym donosiło pismo "Der Veteran" z 20 czerwca 1887.
Autor artykułu podaje, że Żak urodził się w Chocni w Galicji w 1817 roku. W rzeczywistości przyszedł on jednak na świat 18 maja 1818 roku, jako syn Jana Żaka i Heleny Żak z Gaczołów.
W wieku 20 lat, czyli w 1837 roku, Piotr Żak rozpoczął służbę wojskową w 5. Pułku Szwoleżerów. W przeciwieństwie do ówczesnych rekrutów z Choczni nie służył więc w piechocie, lecz w lekkiej formacji konnej, której zadaniem było rozpoznanie, patrole, pościgi, czy osłona flank.
Służba wojskowa Żaka nie przypadła wyłącznie na czas pokoju - brał on udział w kilku bitwach i potyczkach. W 1848 roku, podczas walk z węgierskimi powstańcami pod Komarnem, jego oddział bronił zajętej placówki ostrzeliwanej przez 7 baterii artyleryjskich. Nie zważając na własne życie utrzymywał się na placu boju, mimo że krwawił z 16 lekkich ran. Po dotarciu odsieczy przewieziono go nieprzytomnego do szpitala polowego. Za ten odważny czyn został odznaczony Srebrnym Medalem za Odwagę Pierwszej Klasy.
Po zwolnieniu ze służby przez 35 lat pracował jako portier w lokalnej fabryce tytoniu w Fürstenfeld, ku pełnemu zadowoleniu przełożonych. Jak napisano we wspomnieniu tego starego żołnierza charakteryzowały uczciwa postawa, niezwykłe poczucie obowiązku, surowość i szczerość.
Udzielał się w lokalnym stowarzyszeniu weteranów, które było jego rodziną, a wszyscy jego członkowie jego braćmi, zawsze pozdrawiał przyjaciół słowami: „Niech Bóg was błogosławi, wszyscy moi drodzy towarzysze”.
Z innych źródeł wiadomo, że Żak poślubił Austriaczkę Elisabeth Maurer, ale być może to małżeństwo nie trwało długo, skoro za rodzinę uważał stowarzyszenie weteranów. Tym bardziej, że postanowił je także uczynić swoim spadkobiercą. Nie został nim nikt z jego rodziny w Choczni - według artykułu nie widział brata od około 40 lat i od tego czasu nie miał żadnych wieści z rodzinnej Choczni. Nie wiedział więc, że w 1887 roku żyły jeszcze dwie jego siostry - Zofia Łopata i Magdalena Bandoła.
Po opuszczeniu trumny, przykrytej wieloma wspaniałymi wieńcami, w głąb grobu, przewodniczący stowarzyszenia weteranów, pan Florian Wiefler, wygłosił mowę pogrzebową, podkreślając zasługi tego dzielnego żołnierza, wiernego sługi i godnego weterana, i oddając mu hołd pamięci tych, którzy pozostali. Niejeden stary żołnierz, który w chaosie bitwy często był otoczony setkami ciał i myślał, że zapomniał, jak płakać, miał w tym momencie łzy w oczach; płynęły z powodu człowieka, który w pełni zasłużył na to zaszczytne wyróżnienie. Spoczywaj w pokoju.