wtorek, 26 maja 2026

Groźba rozruchów głodowych w Choczni w 1917 roku

 Wiosną 1917 roku, w czwartym roku wyniszczającej I wojny światowej, w galicyjskiej Choczni brakowało wszystkiego – chleba, mąki i ziemniaków, ale przede wszystkim nadziei. Zrozpaczeni mieszkańcy grozili rozruchami, uczciwi ludzie zapowiadali kradzieże, a lokalne władze, w obawie o własne życie, stawiały biurokracji dramatyczne ultimatum.

O tym wszystkim dowiedzieć się można z pisma, które naczelnik Gminy Chocznia Maksymilian Malata 27 kwietnia 1917 wysłał do Starostwa Powiatowego w Wadowicach. Dokument ten jest świadectwem nędzy i upadku, w jaki wojna wpędziła galicyjskich chłopów. Odsłania nie tylko braki żywności, ale i niesprawiedliwość społeczną oraz biurokratyczny paraliż państwa austriackiego.

Jak wynika z wymienionego wyżej pisma, w kwietniu 1917 roku sytuacja w Choczni wymknęła się spod kontroli. Do urzędu każdego dnia pukały liczne deputacje zdesperowanych mieszkańców, żądających jedzenia i wstrzymania bezlitosnych rekwizycji wojennych. Owe wizyty szybko przeradzały się w groźne demonstracje. Zdesperowane kobiety wprost zapowiedziały urzędnikom, że jeśli gmina nie dostarczy jedzenia, wezmą sprawy w swoje ręce – dokonają włamania do magazynów okręgowego stowarzyszenia rolniczego i rozgrabią zarekwirowane tam zboże. Wójt Malata w swoim raporcie podkreślał, że gróźb tych absolutnie nie można lekceważyć. Głód zniszczył podstawowe zasady moralne: ludzie uchodzący dotąd za uczciwych bez skrępowania przyznawali, że nocami będą kraść, by nie umrzeć z głodu. Prawo przestało odstraszać. Jak zauważył naczelnik: „areszt dla głodujących jawi się wręcz jako wybawienie i dobrodziejstwo”, bo gwarantuje jakikolwiek posiłek.

Chocznia znalazła się wówczas na skraju przepaści, ponieważ na 550 gospodarstw w gminie, aż trzy czwarte stanowiły majątki karłowate, o powierzchni zaledwie od ćwierci do trzech morgów. Nawet w czasach pokoju miejscowi chłopi nie byli w stanie wyżywić z nich swoich rodzin. Brakowało im własnej mąki – przed wojną każdego dnia z sąsiedniego miasta przyjeżdżały do Choczni trzy wozy z chlebem kupowanym przez mieszkańców z zarobków najemnych.

W 1917 roku chleb przestał docierać, a to, co udało się wyhodować, zostało brutalnie zarekwirowane przez żandarmerię i urzędników na polecenie Starostwa Powiatowego. Zabierano ostatnie zapasy. Jak pisał z niedowierzaniem naczelnik Malata: „obecnie są już gospodarstwa, w których nie ma ani kęsa chleba (...). Trzeba się więc dziwić, jak te warstwy ludności w ogóle mogą jeszcze żyć”.

Dokument pokazuje fasadowość i niesprawiedliwość państwowego systemu aprowizacji. Gminie przydzielono miesięczny kontyngent 63 cetnarów mąki, jednak były to tylko liczby na papierze. W marcu dostarczono zaledwie 15 cetnarów, a w kwietniu – ani jednego kilograma. Podobnie wyglądała sprawa z ziemniakami. Gmina wyliczyła niezbędne minimum na 10 wagonów. Sprawa była tak paląca, że na zebraniu Kasy Raiffeisena zdesperowani chłopi wysłali telegraficzny memoriał wprost do Ministerstwa Rolnictwa. Jaka była reakcja władz? Depesza informująca, że sprawę przekazano do Urzędu Żywnościowego w Wiedniu, gdzie dokument przeleżał miesiąc bez żadnej decyzji, podczas gdy w Choczni ponad 1000 osób nie miało w ustach ani jednego ziemniaka.

Wójt Malata ostro punktował również skład powiatowych komitetów aprowizacyjnych. Zamiast reprezentantów głodujących chłopów, zasiadali w nich wielcy posiadacze ziemscy, adwokaci, rzeźnicy i hurtownicy – ludzie, których naczelnik wprost określił mianem tych, którzy „zamiast zasiadać w tych komitetach, powinni tam siedzieć jako oskarżeni o lichwę”. Interesy wsi reprezentowali ewentualnie proboszczowie i organiści, którzy nie potrafili przeciwstawić się staroście.

Widząc bierność wyższych instancji i czując na plecach oddech zdesperowanego tłumu, zarząd gminy z wójtem Malatą na czele postawił wadowickiemu starostwu ostre ultimatum: jeśli władze nie dostarczą żywności, zarząd solidarnie złoży urząd. Urzędnicy otwarcie przyznali, że nie zamierzają ryzykować zdrowia, życia i własnych majątków w starciu z nadciągającymi rozruchami głodowymi.

Aby zapobiec tragedii, gmina sformułowała pięć żądań „ostatniej szansy”:

  • natychmiastowe dostarczenie 10 wagonów ziemniaków,
  • bezwzględne wstrzymanie rekwizycji żywności,
  • pozwolenie na rozdanie najbiedniejszym resztek zarekwirowanego już zboża (żyta, owsa i jęczmienia),
  • uregulowanie zaległego kontyngentu mąki (110 cetnarów),
  • powołanie do powiatowej komisji aprowizacyjnej prawdziwego reprezentanta małorolnych chłopów, wskazanego przez gminę.

Co ciekawe, treść pisma wójta Malaty dotarła nie tylko do adresata, czyli starostwa, ale także do ogółu ówczesnych posłów, ponieważ zostało ono zacytowane w interpelacji sejmowej z 25 września 1917, będącej przedmiotem obrad na 34. posiedzeniu Izby Poselskiej w Wiedniu. 

piątek, 22 maja 2026

Nieplanowane wydatki w budżetach gminnych 1867-1906

 

W latach 1867-1906 budżet Gminy Chocznia był narzędziem jednocześnie sztywnym i elastycznym. Choć musiał być formalnie uchwalany i ściśle przestrzegany, to w praktyce jednak wiele rzeczywistych potrzeb społecznych, religijnych i inwestycyjnych realizowano poza ramami przyjętego budżetu, pokrywając ich koszty z rezerwy budżetowej, funduszy celowych, specjalnych składek i ze zwiększonych realnych dochodów.

Najłatwiej było znaleźć pieniądze na sprawy związane z Kościołem. W 1867 roku Rada przeznaczyła 30 złotych reńskich na nowe organy. W 1872 upoważniła przełożonego gminy do zakupu oliwy, aby przed Najświętszym Sakramentem przez cały rok paliło się światło. W 1896 roku na instalację nowego proboszcza i połączony z nią odpust uchwalono 20 złr – głównie na proch do salwy honorowej i bramę triumfalną.

W tym samym roku zakupiono w Wadowicach zegar na wieżę kościelną (82,8 złr + 50 złr za naprawę i zawieszenie). W 1897 roku gmina zapłaciła 2,5 złr za krzyż misyjny, na który drewno dębowe podarował Jakub Sikora z żoną.

Zdarzało się też wykorzystanie funduszu budowy kościoła do finansowania inwestycji o charakterze pośrednio kościelnym. Ten największy wydatek pozabudżetowy (700 złr) dotyczył budowy murowanego mostu koło kościoła, który był niezbędny do dowozu materiałów na budowę świątyni.

Drugim największym wydatkiem, nie ujętym w budżecie, był zakup w 1885 roku pola od Szymona Guzdka w celu powiększenia miejscowego cmentarza. Środki znów wzięto z funduszu budowy kościoła, a później zwrócono je przez powszechną zbiórkę po 10 krajcarów od mieszkańca parafii.

Dużym polem wydatków pozabudżetowych były próby ujarzmienia Choczenki. Rzeka regularnie niszczyła pola i drogi, przynosząc jednocześnie żwir przydatny do ich naprawy.

  • W 1891 roku nowo wybrana rada postanowiła zbudować kilka jazów na rzece, by zatrzymać spływ żwiru i wykorzystać go na drogi gminne oraz budowę mostków,
  • W 1903 roku przeznaczono 199 koron na umocnienie brzegów Choczenki i jej regulację w rejonie szkoły (Zagroda Wróblówka),
  • W 1889 roku uchwalono budowę mostku i szkarpki na Dąbrowszczyźnie (15 metrów długości, 2 metry szerokości),
  • W latach 1897–1898 wielokrotnie budowano i naprawiano drewniane ławy (kładki) przez Choczenkę – m.in. przy Zadorze, przy szkole, przy Bylicy i koło Wojciecha Styły.

Konsekwentnie poza budżetem rozwijano ochronę przeciwpożarową - już w listopadzie 1876 roku Rada przeznaczyła 81,41 złr jako zaliczkę na sikawkę, którą ostatecznie zakupiono rok później. W czerwcu 1896 roku uchwalono zakup 14 nowych osęk, a 1900 roku drugą sikawkę.

Gmina wspierała również działalność oświatową i kulturalno-rolniczą. W 1892 roku Rada Gminna przeznaczyła 2 złr na bursę dla ubogich uczniów wadowickiego gimnazjum, od 1900 roku regularnie płaciła 4 korony rocznie na Towarzystwo Ogrodnicze w Wadowicach, a w 1904 roku przekazała 2 korony na Towarzystwo Oświaty Ludowej w Krakowie.

W ten sposób w Choczni realizowano prawdziwy budżet, który tylko częściowo pokrywał się z tym, co formalnie uchwalano w urzędzie. Był to typowy kompromis między biurokratycznym porządkiem a chłopskim rozsądkiem.




środa, 13 maja 2026

Kim był twórca ołtarza w Choczni?

Na stronie parafii choczeńskiej w zakładce historia można przeczytać: 

Kronika parafialna wzmiankuje, że w r.1787 na uroczystość odpustową św. Jana Chrzciciela wystawił -Jan Lewicki, stolarz polański, ołtarz nowy za cenę 500 złp.

Z innych źródeł wiadomo, że wymieniony wyżej barokowy ołtarz znajduje się obecnie w kaplicy pw. św. Małgorzaty w Kaczynie.

W świetle zapisu, na który powołuje się autor historii parafii, sprawa autorstwa ołtarza wydaje się jednoznacznie wyjaśniona. Właściwie należałoby ustalić tylko, z jaką Polanką powiązany był ów Jan Lewicki - czy chodziło o okoliczną Polankę Wielką, Polankę Haller, Polankę koło Myślenic, czy inną miejscowość noszącą tę popularną nazwę.

Tymczasem uważna lektura zapisu w Kronice Parafialnej nasuwa pewne wątpliwości. 

Zastanawia na przykład, dlaczego wzmianka z 1787 roku o wykonaniu ołtarza znalazła się między wcześniejszymi informacjami z 1805 roku i późniejszymi z 1808 roku, czyli nie została zachowana kolejność chronologiczna zapisów. W archiwalnych materiałach z Choczni takie niekonsekwencje jednak zdarzają się, na przykład w Księgach Sądowych pewnych notatek dokonywano po prostu w wolnym miejscu, nie przejmując się kolejnością.

Sprzeczność można odkryć dopiero w kompletnym zapisie o obchodach święta patrona parafii w 1787 roku, który brzmi:

Na to święto wystawił ołtarz nowy Jan Lewicki ku chwale Pana stolarz Polański, który  z pobożności zapłacił Jaśnie Wielmożny Wincenty Bobrowski, kolator łaskawy, wyliczywszy reńskich 500.

I nie chodzi tu o to, że Lewicki otrzymał 500 złotych reńskich, a nie polskich, czyli 4 razy więcej. To po prostu błąd, czy nieuważność.

Sprzeczność tkwi natomiast w zestawieniu daty 1787 i osoby kolatora Wincentego Bobrowskiego.

W 1787 roku Bobrowski nie miał nic wspólnego z Chocznią, z wyjątkiem osoby swojego wuja Jana Biberstein Starowieyskiego, ówczesnego właściciela wsi i kolatora, czyli osoby mającej wpływ na obsadę probostwa.

Jeżeli więc Lewicki otrzymał 500 złotych reńskich od Bobrowskiego, to nie mogło stać się to w 1787 roku.

Powiększenie zeskanowanej strony z Kroniki Parafialnej pozwala zauważyć, że na pierwszych dwóch cyfrach z daty rocznej 1787 znajduje się jakby plama lub kleks z atramentu, trzecia cyfra (8) sprawia wrażenie przerabianej/poprawianej, a pewna jest tylko ostatnia cyfra (7). Wygląda to tak, jakby autor zapisu próbował przekreślić pierwsze dwie cyfry i zmienić trzecią z 8 na 0. To sugeruje, że prawdopodobnie chodzi tu o datę 1807, a nie 1787, która jest zgodna chronologicznie z wcześniejszymi i późniejszymi wzmiankami oraz nie budzi wątpliwości co do osoby kolatora - hrabia Wincenty Bobrowski w 1807 roku był następcą wuja jako właściciel wsi i kolator.

Oczywiście bardziej logiczne jest, że nowy ołtarz zamówiono po wybudowaniu nowego kościoła, czyli w 1807 roku, a nie w 1787 roku, gdy poprzedni kościół chwile świetności miał za sobą i należało myśleć o budowie nowej świątyni, a nie inwestycjach w ołtarz.

Dokładnego przyjrzenia się wymaga także nazwisko twórcy ołtarza. Dokonujący zapisów ks. proboszcz Majeranowski zapisywał tak samo L i Ł, więc mogło równie dobrze chodzić o Łewickiego. Kolejne litery po L lub Ł zapisane są niewyraźnie, ale moim zdaniem drugą literą z pewnością nie jest e. Gdyby przeanalizować charakter pisma ks. Majeranowskiego, to zamiast "e" zapisał on "a".

Mamy więc Jana Ławickiego, a nie Lewickiego, co wiele zmienia.

O ile w żadnym znanym mi zapisie metrykalnym nie występuje Jan Lewicki powiązany z jakąkolwiek Polanką, to przy Janie Ławickim mamy "trafienie".

Otóż w 1801 roku 41-letni stolarz i kawaler Jan Ławicki poślubił w Polance Wielkiej Agnieszkę z Dobrowolskich, a w 1803 roku ochrzcił tamże syna Walentego.

Istniał w takim razie Jan Ławicki, stolarz polański (mieszkaniec Polanki Wielkiej w 1803 roku), który w 1807 roku mógł zainkasować 500 złr. za wykonanie ołtarza dla nowego kościoła w Choczni.

Co ciekawe, istnieje także kolejny dowód na powiązanie z Chocznią Jana Ławickiego, a nie Jana Lewickiego. W pierwszej Księdze Zmarłych z lat 1784-1839 odnotowano, że 22 lipca 1830 zmarł w Choczni 75-letni arcularius (cieśla/stolarz) Jan Ławicki, mieszkaniec środkowej części wsi (przy obecnej ul. Głównej) i wdowiec.

To nie może być przypadek, autor ołtarza dla kościoła w Choczni najprawdopodobniej mieszkał pod koniec życia właśnie w tej miejscowości.

Oczywiście pozostają małe wątpliwości - nie zgadza się się data urodzenia obliczona według metryk z Polanki (1760) i z Choczni (1755), ale to w tamtych czasach niemal norma - w metrykach zgonów podawano wtedy bardzo przybliżony wiek, dlatego bardziej prawdopodobna wydaje się roczna data urodzenia około 1760 roku.

Niestety w metrykach z Polanki Wielkiej nie znalazłem żadnego Jana Ławickiego, ani osoby nazywającej się podobnie, która urodziłaby się około 1760 roku, ani w całym XVIII wieku.

Miejsce urodzenia polańskiego twórcy ołtarza w Choczni (obecnie w Kaczynie) pozostaje nieznane.

Ponieważ ołtarz Ławickiego wykazuje duże walory artystyczne, to biorąc pod uwagę jego późne miejsce zamieszkania, można go zaliczyć do grona twórców powiązanych z Chocznią.




wtorek, 5 maja 2026

Opowieści choczeńskie - Kozatrap cz. II

 Dziesięć lat temu na blogu pojawiła się humorystyczna opowieść o Kozatrapie z Choczni, wówczas żebraku przed klasztorem oo. karmelitów w Wadowicach - patrz tu.

Okazuje się, że historia Kozatrapa stała się sławna nie tylko w Galicji, ale dotarała nawet do Wielkopolski, a jej bohater był kimś w rodzaju ówczesnego celebryty.

Publikacje o Kozatrapie różniły się w szczegółach, ale zarys opowieści był ten sam - dziwaczny i wiekowy żebrak z Choczni zabiega o względy młodej dziewczyny, która pozornie zgadza się zostać jego żoną, po to tylko, by okraść niedoszłego małżonka i uciec z pieniędzmi do Ameryki.

W krakowskich "Nowinach" z lipca 1911 roku opowieść o Kozatrapie przedstawiono w dwóch częściach. Najpierw, w wydaniu z 27 lipca, zaprezentowano ją w wersji skróconej:

Niejaki Koza, 70-letni żebrak, zakochał się w 18-letniej Julci; dali na zapowiedzi, a szczęśliwy narzeczony, będąc pewny wzajemności, dał Julci do przechowania 700 kor. i książeczkę Kasy Oszczędnościowej na 2000 koron, z któremi Juleczka ulotniła się do Ameryki, nie czekając ślubu. Poszukiwania żan­darmeryi za Julcią bez skutku.

W kolejnym numerze, z 28 lipca dodano dalsze szczegóły:

Z Wadowic. 

W sprawie żałośliwo wesołej historyi o mądrej Julci i dziadku „Kozatrap“ zwanym, donosi nam nasz korespondent jeszcze: 

Ów dziad nazywał się właściwie Cibor, ale zowią go powszechnie „trap kozą“ lub dziadem z kozią brodą. Był on już dwa razy żonaty, ale obie żony mu zmarły. Cibor jako znajda chował się w Choczni u jednego gospodarza i został przezeń adoptowany. Po śmierci drugiej połowicy „Kozatrap“ mimo że miał 4000 koron „uszparowanych“, postanowił zostać „dziadem“ i jął siadywać na schodach klasztoru karmelickiego. Tam na tych to świątobliwych schodach zapoznał się z Julcią Śliwa, z Jaroszowic rodem służącą, która była pobożną, że nawet do klasztoru wstąpić zamierzała, czy też pono nawet już przez rok próbowała klasztornego chlebusia, ale straciła doń gust. Otóż ta pobożna Julcia zdobyła sobie serce dziada i miała zań wyjść, tylko że ks. proboszcz wadowicki długo wzdragał się ogłosić zapowiedzi takiej osobliwej pary. Wreszcie jednak proboszcz dał się uprosić; wyszły dwie zapowiedzi, ale tymczasem pobożna Julcia, otrzymawszy od dziada sporą sumkę pieniędzy do przechowania, czmychnęła do Ameryki. A dziad lamentuje na schodach świątobliwie:

Był se dziaduś z kozią brodom

Fciał se dziewke pojąć młodom!

Dziaduś krzepki, dziaduś zdrowy, 

U dziadusia chlib gotowy,

Ale dziewka, rety rety! 

Dobira sie do kalety! 

Oj, świsnęła mu korony, 

A bodajże jom pierony! 

Dziaduś brode se wydziera, 

A bodajże jom cholera! 

Kiej nie fciała mej miłości, 

A bodajże jom wciorności,

Oj, to babskie złe nasienie, 

Z niego tylko utrapienie! 

Cyli młoda cyli stara,

 Każda cygani psiawiara!

Tak sobie dziad wyśpiewuje, siedzący na schodach klasztornych, a ludzie z niego jeszcze się śmieją. Taki ten świat zepsuty!

Szczegóły życiorysu podane w historiach o Kozatrapie pozwalają zidentyfikować go jako Andrzeja Cibora, urodzonego w Choczni 29 października 1838, jako syn wdowy Tekli Woźniak z domu Cibor. Czyli w 1911 roku miał 73 lata. W rzeczywistości był trzykrotnie żonaty: z Anną z domu Zając, Marią z domu Adamaszek i Franciszką z domu Płonka. Zmarł 8 lat po tym, jak stał się powszchnie znany - 31 grudnia 1919. 2 stycznia 1920 spoczął na cmentarzu w Wadowicach.

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Esesmani i członkowie NSDAP z Choczni

 W archiwach niemieckich, które po II wojnie światowej przejęła armia amerykańska, udało się między innymi odnaleźć informacje o członkach NSDAP i esesmanach mieszkających w Choczni. Nie byli to przedstawiciele ludności polskiej, lecz osiadli we wsi Niemcy.

NSDAP, czyli Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników, była organizacją kierowaną przez Adolfa Hitlera, odpowiedzialną za ustanowienie w Nimeczech faszystowskiej dyktatury i wywołanie II wojny światowej. Po wojnie, we wrześniu 1945 roku, NSDAP została zdelegalizowana. Wcześniej cieszyła się dużym poparciem, w 1944 roku należało do niej około 8,5 miliona Niemców.

Jeżeli chodzi o niemieckich mieszkańców Choczni, to członkami NSDAP byli:

  • Herta Kaiser, urodzona w 1912 roku w Bremie, z zawodu urzędniczka, która została przyjęta do tej partii 1 października 1941,
  • Josef Rebsteck, urodzony w 1906 roku w miejscowości Swina (?), starszy wachmistrz na posterunku żandarmerii w Choczni, przyjęty do partii 1 marca 1940.
Kaiser była mieszkanką Choczni od grudnia 1942 roku, a Rebsteck został przeniesiony na miejscową placówkę w lipcu 1943 roku, wcześniej krótko służył w Mikoszowicach, przez 3 lata w Komorowicach i gdzie przybył z Seewisen w Bawarii.

Ich powojenne losy nie są mi znane.

----
O tym, że Josef Stadler był esesmanem, dowiedzieć się można z listu jego choczeńskiej narzeczonej.
Niejaka Pauline Buchinger, zamieszkała w Choczni pod nr 698, 10 kwietnia 1941 zwróciła się do 2. Pułku Kawalerii SS w Kielcach o udzielenie urlopu żołnierzowi tej jednostki - SS-Sturmannowi (czyli starszemu szeregowemu) Josefowi Stadlerowi. Swoją prośbę motywowała w sposób następujący:

Dnia 10.12.1940 moja matka, wdowa Katharina Buchinger, została osiedlona w gminie Chocznia na obszarze rolnym o powierzchni 10,77 ha. Jako jedyna córka jestem zmuszona przejąć gospodarstwo mojej 57-letniej matki. Poza jednym parobkiem nie mamy żadnej męskiej siły do wykonywania prac rolniczych. Już tegoroczne wiosenne siewy stoją pod znakiem zapytania.

Mój narzeczony Josef Stadler jest również przesiedleńcem i rolnikiem. Jeśli otrzyma urlop, chcemy natychmiast wziąć ślub, a przejęcie przez niego gospodarstwa zapewniłoby jego należytą uprawę. Ponadto dałoby to mojemu narzeczonemu i mnie możliwość zbudowania bezpiecznej egzystencji już teraz.

6 dni później panna Buchinger otrzymała odpowiedź:

W nawiązaniu do Pani pisma z dnia 10.4.41, 2. Szwadron 2. Pułku Kawalerii SS informuje, że urlopowanie SS-Stm. Stadlera jest w chwili obecnej niemożliwe.

Pauline Buchinger nie dała jednak za wygraną i niemal rok później - 3 lutego 1942 - z inaczej umotywowaną prośbą zwróciła się do Pełnomocnika Komisarza Rzeszy ds. Umacniania Niemczyzny w Katowicach.
Tym razem zwróciła sie o 2-3 miesięczny urlop dla walczącego na froncie wschodnim Stadlera i przedstawiła jego wojenne losy.
Jej narzeczony w styczniu 1940 roku opuścił swoją dotychczasową miejscowość Neu Misun koło Doliny (powiat Stanisławów) – to dzisiejsza Dolina na Ukrainie. Wraz z wieloma innymi przesiedleńcami przybył do „Starej Rzeszy” (Altreich). Obiecano mu tam gospodarstwo, jednak musiał długo czekać na przydział w obozie przejściowym. Z tego powodu – aby „przeczekać” ten czas – zgłosił się na ochotnika do służby w formacjach SS (Sturmabteilung), w której służy już od 2 lat. W końcu przyznano mu upragnione gospodarstwo w Choczni koło Wadowic, ale jak zaznacza Pauline, musi on odebrać je osobiście. Pauline i Josef chcą wziąć ślub podczas tego urlopu. Po jego zakończeniu Josef wróciłby do służby, a Pauline prowadziłaby gospodarstwo wraz z jego matką (swoją teściową), która również nie otrzymała dotąd własnego przydziału.
Niestety odpowiedź na drugie pismo nie zachowała się.
----
Kolejnym esesmanem powiązanym z Chocznią był Anton Erl, urodzony w 1915 roku w Augustendorf na Bukowinie (dziś Банилів-Підгірний pod Czerniowcami, Ukraina). 9 kwietnia 1942 pojawia się on w meldunku dowódcy 1. Szwadronu 1. Pułku Kawalerii SS w Kielcach, jako nowo przyjęty członek oddziału, przesunięty z 2. Szwadronu Zapasowego Kawalerii SS w Chełmie. Podano, że jest rolnikiem z Chotschni Kreis Bielitz,  a jego ojciec Lorenz Erl mieszka tam pod nr 2057.

czwartek, 23 kwietnia 2026

Spichlerz gromadzki w Choczni

 Pierwsze spichlerze gromadzkie w Galicji powstawały pod koniec XVIII wieku. Ich celem było gromadzenie w każdej gminie zapasów zboża na wypadek nieurodzaju i głodu. Wszyscy gospodarze z gminy byli zobowiązani dostarczyć do nich pewną ilość zboża z własnych zbiorów, a zebrany zapas po przechowaniu przez zimę był wypożyczany wiosną pod zasiew, z obowiązkiem oddania jesienią z pewnym procentowym dodatkiem. Początkowo spichlerze gminne usiłowano wprowadzić przymusowo przez Dekrety Kancelarii Nadwornej z 22 lipca 1788 i 26 września 1806, ale rozporządzeniem z 23 lipca 1821 zakazano takich posunięć. 

Nie jest znana data utworzenia spichlerza gromadzkiego w Choczni, a pierwsza wzmianka na temat jego istnienia pochodzi dopiero z 1867 roku, gdy na jego prowizorów (nadzorców) wybrano radnych Franciszka Cibora i Jana Woźniaka. Odpowiadali oni za właściwe gospodarowanie zbożem i prowadzenie rachunków. 

Spichlerz odgrywał wtedy ważną rolę w finansach gminy, czyli jego funkcja odbiegała od pierwotnie założonej. Gdy w projekcie gminnego budżetu na 1868 rok wydatki (nieco ponad 1461 złr.) znacznie przewyższały dochody gminy (zaledwie nieco ponad 313 złr.), to niedobór planowano pokryć m.in. sprzedażą 20 korcy żyta ze spichlerza (po 9 złr. za korzec). W praktyce sprzedaż części zapasów mogła więc całkowicie zrównoważyć budżet bez dodatkowego obciążania mieszkańców. Podana wyżej suma wydatków była tak wysoka głównie dlatego, że wójt Józef Czapik zamierzał wybudować drewniany budynek gminny, w którym mieściłby się dwuizbowy areszt, dwuizbowa kancelaria, dwuizbowy szpital i spichlerz gromadzki.  Ostatecznie do tej inwestycji nie doszło, ale nadwyżki zapasów ziarna ze spichrza gromadzkiego użyto rzeczywiście w 1868 roku, by pokryć deficyt budżetu z poprzedniego roku. Radni postanowili sprzedać wówczas ze spichlerza gminnego 25 korcy żyta i 12 korcy owsa , co nie uszczupliło zbytnio jego stanu, obejmującego 100 korcy żyta i 162 korce owsa. 

Z kolei budżet na 1871 rok przewidywał dochód ze sprzedaży żyta ze spichrza w kwocie 80 złr. (16 korcy po 5 złr.) oraz owsa 48 złr. (16 korcy po 3 złr.). 

Przełomowym momentem w historii spichrza był rok 1876, kiedy to zrezygnowano z pobierania zboża do spichrza gromadzkiego i wprowadzono zamiast tego opłaty pieniężne. Ustalono, że odpowiednikiem korca żyta miało być 5 złr., a korca owsa 2 złr. 50 centów. 

Ta modernizacja zarządzania miała daleko idące konsekwencje – spichlerz przekształcił się z magazynu zbożowego w fundusz pieniężny, pełniący funkcję kasy zapomogowo-pożyczkowej gminy.

Począwszy od 1876 roku fundusz spichlerza stał się źródłem pożyczek dla mieszkańców. Początkowo ich oprocentowanie wynosiło 12%, w 1879 roku obniżono je do 8% , a w 1897 do 5% , co świadczy o coraz bardziej społecznej funkcji funduszu.

Nie brakowało jednak problemów z niespłaconymi zobowiązaniami. W 1877 roku rada postanowiła wytoczyć proces byłemu wójtowi Franciszkowi Guzdkowi, który nie był w stanie 

rozliczyć się z pieniędzy złożonych w spichrzu gminnym – chodziło o kwotę 245 florenów 99 centów, którą zobowiązał się zwrócić do końca roku. Ponieważ jednak tego nie uczynił oraz nie  przedstawił dostatecznych rachunków ze spichrza za okres 1873-75, to radni uznali, że Guzdek sprzeniewierzył się w zarządzaniu funduszem spichrza gminnego i użył brakujących środków na własny cel. 

Oprócz indywidualnych pożyczek fundusz spichrza nadal finansował ważne inwestycje we wsi. 17 marca 1878 roku naczelnik gminy Józef Cap został uprawniony do wydania 200 złotych reńskich z funduszu spichrza gminnego na budowę szkoły w części górnej wsi , a w 1902 roku, gdy Rada Szkolna Okręgowa w Wadowicach wydała rozporządzenie w sprawie kupna gruntu pod budowę szkoły, Rada Gminna postanowiła zwrócić probostwu kwotę 420 koron za zakupiony teren właśnie ze środków funduszu spichlerza gminnego, zgromadzonych na książeczce oszczędnościowej w Kasie Oszczędności w Wadowicach. 

Fundusz spichlerza pełnił również funkcję socjalną. Na przykład w 1878 roku gmina nie ściągała pożyczki ze spichrza gminnego od popadłej w biedę rodziny po zmarłym Józefie Romańczyku Czulu. 

Lokalizacja spichlerza nie jest niestety znana. Pod koniec 1873 roku radny Józef Cap wnioskował o zamianę wykorzystywanego w tym celu budynku na areszt i schronienie dla biednych oraz chorych, a nowy budynek spichrza postulował postawić gdzieś bliżej szkoły i rzeki.  25 marca 1876 radni postanowili rozebrać spichlerz gminny, a uzyskane z niego materiały budowlane użyć na powiększenie szkoły. Wystąpiono do Rady Powiatowej o wykreślenie spichrza z rejestru majątku gminy (inwentarza). 

Decyzja ta była logiczną konsekwencją przekształcenia spichrza zbożowego w fundusz pieniężny – skoro nie przechowywano już ziarna, osobny budynek magazynowy stał się zbędny.

Stan funduszu na koniec 1888 roku wynosił 626 złr. 97 ct., co świadczy o jego stabilności i znaczeniu dla gospodarki gminy. 

Pod koniec XIX i na początku XX wieku narosły znaczne zaległości wobec funduszu spichrza. Rada Gminna była zmuszona podejmować trudne decyzje dotyczące egzekucji długów lub ich umorzenia. W 1902 roku radni uchwalili politykę zachęt dla dłużników: obniżenie zobowiązań wobec spichlerza gminnego o połowę, gdy spłacą je od razu, lub o 1/4, gdy będą spłacać je w ratach.  Był to kompromis między potrzebą odzyskania środków a realną oceną możliwości płatniczych mieszkańców. W grudniu 1904 roku częściowo lub całkowicie darowano długi kilku mieszkańcom, biorąc pod uwagę ich trudną sytuację majątkową:

Michałowi Woźniakowi: 66,68 koron (całość) 

Franciszkowi Dąbrowskiemu: umorzono 82,3 k, zobowiązał się zapłacić 80 k,

Janowi Bandole: umorzono połowę z 56 k,

Walentemu Frysiowi: umorzono 21,09 k, zadeklarował zapłatę 20 k,

Janowi Bryndzy: umorzono 54,95 k, miał zapłacić tylko 16 k,

Janowi Stuglikowi: umorzono 54,84 k, miał zapłacić 25 k,

Janowi i Alojzemu Bąkom: umorzono 31,24 k, mieli zapłacić 18,6 k,

Janowi Wojtale: umorzono 80,64 k, zobowiązał się zapłacić 40 k,

Wojciechowi Rokowskiemu: umorzono 13,84 k, spłacił 20 k i miał jeszcze spłacić 30 koron.

Bartłomiej Wronka i Piotr Michalik, którzy zalegali z kwotą 135,51 k i oświadczyli, że nic nie będą spłacać. Radny Czapik zaproponował, by oddać ich pod sąd, ale radni odłożyli decyzję. 

19 marca 1905 radni darowali kolejne zaległości w składkach do spichlerza:

Spadkobiercom Wojciecha Kobiałki: 69,04 k,

Józefowi Bylicy i Cholewie: 244,21 k,

Annie Targosz, Teresie Szczur i Józefowi Szczurowi: 165,98 koron.

Wstrzymano się z decyzją wobec Jana Mirowicza (20,16 k), natomiast Piotrowi Michalikowi, Bartłomiejowi Wronce i Franciszkowi Dąbrowskiemu postanowiono wytoczyć sprawę sądową. 

Spichlerz gromadzki w Choczni przestał istnieć prawdopodobnie w pierwszych dekadach XX wieku, wraz z przekształceniami ustrojowymi i rozwojem nowoczesnych instytucji finansowych. Pozostawił jednak trwały ślad w dokumentach, jako ważny element lokalnego systemu wzajemnej pomocy i samorządności.


piątek, 17 kwietnia 2026

Gmina kontra Kościół. Spór o własność w latach 1882-1885

 Do sporu o to, czyją własnością jest budynek kościoła w Choczni, kaplica św. Jana Nepomucena, czy też cmentarz, doszło na długo przed tym, nim władzę w choczeńskiej gminie objął znany z antykleryklanych poglądów Józef Putek.

W Księdze Protokołów Posiedzeń Gromadzkich zachował się zapis konfliktu, który pokazuje, jak skomplikowane były relacje między miejscową gminą, a Kościołem pod koniec XIX wieku. Sprawa dotyczyła kilku parcel – w tym tych, na których stał kościół i cmentarz – i przez dwa lata budziła ogromne emocje wśród radnych.

2 listopada 1883 roku gmina Chocznia otrzymała pismo z c.k. Starostwa w Wadowicach. Urzędnicy domagali się, by Rada Gminna wypowiedziała się w sprawie wykreślenia z księgi hipotecznej kilku parcel zapisanych jako własność gminy i uznania ich za własność kościelną.

Chodziło o:

  • parcelę budowlaną nr 445 – kościół,
  • parcelę nr 447 – trupiarnię (magazyn kościelny),
  • parcelę nr 458 – kaplicę św. Jana Nepomucena,
  • parcelę nr 5885 – cmentarz pogrzebowy,
  • parcelę nr 5886 – fosę przy cmentarzu,
  • parcelę nr 5894 – plac wokół kościoła (dawny cmentarz),

Dla ówczesnego wójta, Józefa Czapika, sprawa była delikatna. Z jednej strony uważał za powód do chluby, że „święte miejsca” są wpisane jako własność gminy. Z drugiej – jako katolik nie chciał występować przeciwko Kościołowi. Skłaniał się więc ku wykreśleniu tych gruntów z majątku gminnego i przekazaniu ich Kościołowi.

Jednak nie wszyscy radni podzielali to stanowisko. Głos sprzeciwu zabrał radny Józef Guzdek. Na jego wniosek Rada Gminna jednogłośnie przyjęła uchwałę, w której odmówiła zrzeczenia się praw do spornej własności. Argumentacja była ciekawa, ponieważ radni twierdzili, że:

  • kościół, kaplice i cmentarz od zawsze były utrzymywane przez gminę,
  • to mieszkańcy – jako „zgromadzenie wszystkich prawowiernych chrześcijan w Choczni” - tworzą „żywy Kościół”,
  • wymienione parcele nigdy nie należały do majątku plebańskiego ani go nie powiększały.

W praktyce oznaczało to, że gmina utożsamiała wspólnotę religijną z samą sobą. Skoro to mieszkańcy budowali, remontowali i utrzymywali świątynię oraz cmentarz, to – w ich ocenie – mieli pełne prawo pozostawać właścicielem gruntów.

Równolegle toczył się drugi konflikt – o zespół drobnych parcel koło szkoły, tworzących tzw. „Zagrodę Wróblowską”.

Poprzednia Rada Gminna, reprezentowana przez wójta Szymona Pietruszkę, asesora Walentego Szczura i radnego Wojciecha Czapika w grudniu 1882 roku zadeklarowała w starostwie, że grunty te zostały darowane przez Annę Wróblowską na budowę szkoły i powinny zostać zaintabulowane na rzecz funduszu szkolnego.

 Nowa Rada w 1883 roku zakwestionowała tę wersję wydarzeń. Twierdzono, że:

  • pierwotnie Antoni Wróblowski zapisał majątek ustnie na rzecz kościoła,
  • następnie kościół odstąpił go gminie kontraktem,
  • gmina zobowiązała się jedynie wydzielić pół morga pod budynki szkolne,
  • nigdy nie oddała całej zagrody ani nie zrzekła się praw do pozostałych parcel.

Aby unieważnić deklarację z 1882 roku, radni użyli mocnych argumentów:

  • zarzucili poprzednikom nieznajomość ustawy gminnej z 1866 roku,
  • nazwali ich „młodymi ludźmi”, którzy nie znali prawdziwego stanu rzeczy,
  • zasugerowali nawet, że część podpisów mogła być sfałszowana.

Była to wyraźna próba całkowitego podważenia mocy prawnej wcześniejszych zobowiązań podjętych przez Pietruszkę, Szczura i Czapika.

Dwa lata później sytuacja uległa zasadniczej zmianie - 18 stycznia 1885 roku Rada Gminna Choczni zrzekła się praw własności do parcel, na których stały: kościół, trupiarnia (magazyn kościelny), kaplica św. Jana Nepomucena, cmentarz przy kaplicy św. Anny, plac i fosa wokół kościoła.

Uczyniono to „dla uczczenia miejsc świętych”, przekazując je na rzecz rzymskokatolickiego kościoła parafialnego.

Jednocześnie Rada stwierdziła, że wcześniejsze wpisanie tych gruntów jako własności gminnej nie było skutkiem deklaracji wójta Pietruszki i pozostałych dwóch delegatów gminy, lacz omyłką geometry (mierniczego) przy sporządzaniu ksiąg hipotecznych.

To eleganckie rozwiązanie pozwoliło wycofać się z wcześniejszego, konfrontacyjnego stanowiska bez utraty twarzy. Zamiast przyznać się do zmiany decyzji, wskazano na błąd techniczny.

Natomiast własnością gminną pozostała Zagroda Wróblowska, którą dzierżawił od 1880 roku Piotr Kolber za czynsz w wysokości 32,5 złotego reńskiego rocznie.


piątek, 10 kwietnia 2026

Śp. Henryk Ramęda

 Dziś o 11.00 w kościele pod wezwaniem św. Jana Bosko w Szczecinie zostanie odprawiona msza pogrzebowa śp. Henryka Ramędy, po której Zmarły zostanie odprowadzony do miejsca spoczynku na Cmentarzu Centralnym.


Henryk Andrzej Ramęda (18.01.1942 - 03.04.2026) był człowiekiem wielu talentów - marynarzem przemierzającym oceany, fachowcem w dziedzinie bezpieczeństwa morskiego, działaczem społecznym i politycznym, a także poetą z duszą romantyka. Pozostanie w pamięci jako Chocznianin, który przemierzał świat, nie zapominając o swoich korzeniach.

Urodził się w okupowanej przez Niemców Choczni jako syn Jana Ramendy i jego żony Marii z Guzdków. W latach 1949-56 uczęszczał do choczeńskiej szkoły podstawowej, a swoje wspomnienia z tego czasu przedstawił czytelnikom bloga Chocznia kiedyś w 2016 roku - link.

Po uzyskaniu podstaw edukacji kontynuował naukę w wadowickim Liceum Ogólnokształcącym, które ukończył maturą w 1960 roku. Czuł się z tą szkołą związany przez całe życie, o czym świadczy jego aktywność w stowarzyszeniu absolwentów.

W roku akademickim 1960/61 podjął studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Ciekawość świata skierowała go jednak na morze - w 1962 roku wstąpił do Państwowej Szkoły Rybołówstwa Morskiego w Gdyni.

Jego kariera morska była imponująca: pracował jako oficer mechanik w Przedsiębiorstwie Połowów Dalekomorskich i Usług Rybackich „Odra" w Świnoujściu, następnie w latach 1973-78 był pracownikiem naukowo-technicznym oraz oficerem dydaktycznym na statku szkolnym szczecińskiej Wyższej Szkoły Morskiej. Jednocześnie studiował zaocznie, uzyskując w 1979 roku na Wyższej Szkole Morskiej w Szczecinie dyplomy inżyniera mechanika okrętowego i starszego oficera mechanika.

Od 1978 do 1986 pracował w Polskiej Żegludze Bałtyckiej w Kołobrzegu, później przez kilka lat pływał u obcych armatorów.

W 1992 roku osiadł na stałe na lądzie, nie tracąc jednak kontaktu z żeglugą. Został kierownikiem Zespołu ds. Współpracy z Międzynarodowymi Organizacjami Morskimi w Urzędzie Morskim w Szczecinie (1993-96 jako główny specjalista ds. IMO). Później przeszedł do firmy armatorskiej Euroafrica, gdzie został pełnomocnikiem zarządu ds. systemów zarządzania bezpieczeństwem i jakością.

W 2000 roku został wpisany na listę ekspertów IMO (Międzynarodowej Organizacji Morskiej). W latach 2001-04 był inspektorem państwa bandery Malty, St. Vincent i Belize. W 2005 otrzymał rekomendację Związku Armatorów Polskich na stanowisko podsekretarza stanu ds. gospodarki morskiej. Od czerwca 2006 do marca 2007 pełnił funkcję dyrektora ds. Inspekcji Morskiej w Urzędzie Morskim w Szczecinie, gdzie zorganizował sympozjum uzasadniające lokalizację gazoportu LNG w Świnoujściu. Od 2008 roku był zastępcą dyrektora ds. inspekcji morskich w UM.

W okresie PRL angażował się w kolportaż wydawnictw emigracyjnych, które ze Szczecina przywoził w rejon Wadowic. Po 1989 roku aktywnie uczestniczył w transformacji politycznej - kandydował w wyborach sejmowych w 1997 roku z listy Unii Wolności oraz do rady miasta w Szczecinie w 2002 roku. W 2010 roku był członkiem Szczecińskiego Społecznego Komitetu Poparcia Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich.

Jeżeli chodzi o jego działalność związkową, to należy wspomnieć o jego aktywnym członkostwie w Stowarzyszeniu Starszych Mechaników Morskich, Towarzystwie Okrętowców Polskich Korab oraz o roli jaką odegrał w powołaniu Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Okrętowych Służb Technicznych. Był także współredaktorem dwumiesięcznika dla marynarzy "Stella Maris", a później "Naszego Morza".

Henryk Ramęda był nie tylko wybitnym fachowcem od spraw morskich, ale także utalentowanym literatem. Jego prace fachowe obejmują:

- książkę "System zarządzania bezpieczeństwem" (1998)

- książkę "Zarządzanie bezpieczeństwem statku" (2009)

- liczne artykuły w czasopismach "Budwonctwo Okrętowe", "Nasze Morze" i "Safety at Sea International".

Jako poeta i prozaik opublikował:

- "Zapiski marynarza" (opowiadania, 2001)

- "Przebudzenie serca" (wybór wierszy, 2006; wyd. 2 poprawione i uzupełnione, 2018)

- wiersze i opowiadania w czasopismach: "Stella Maris", "Niedziela", "Peryskop" i "Przebudzenie" (Wadowice). B

Był także autorem "Słowa na pięćdziesięciolecie kapłaństwa Księdza Edwarda Stańka" w III części książki "Być jak Chrystus".

Choć życie zawodowe związało go ze Szczecinem, Henryk Ramęda nie zapomniał o swoich korzeniach. W 1999 roku zamieścił na łamach "Wadovian" wspomnienie o Gustawie Studnickim, później na stronie stowarzyszenia absolwentów artykuł o ks. Zacherze i Janie Pawle II, a w 2017 roku w żywieckich "Groniach" - "Balladę o Józku Wróblu z Choczni, poecie i muzyku".

Ze związku małżeńskiego z Marią z Dąbrowskich (nauczycielką, również pochodzącą z Choczni, zmarłą w 2011 roku) miał dwoje dzieci: syna Arkadiusza Ramędę (dr ekonomii, radcę w Ministerstwie Finansów RP) i córkę Joannę Ramęda-Pilip (notariusza).

O zmarłym Henryku Ramędzie przeczytać można również w książce Marii Biel-Pająk i Agnieszki Jusińskiej "Dotknięci iskrą Bożą".




piątek, 3 kwietnia 2026

Spór sądowy o młyn między hrabią Bobrowskim a Szczurami (1815)

Gdy chłop wygrał z hrabią – wyrok sprzed dwustu lat,

który ocalił chłopską własność młyna w Choczni

 Wyrok Cesarsko-Królewskiego Sądu Szlacheckiego w Tarnowie z 22 sierpnia 1815 roku, zintabulowany (czyli wpisany do ksiąg wieczystych) we Lwowie 27 marca 1817 roku – opowiada historię, w której chłopska rodzina młynarska stanęła naprzeciw hrabiego i… wygrała.

Strony konfliktu: hrabia kontra wdowa i sieroty

Powód: Wincenty Hrabia Bobrowski

Wincenty Seweryn Ferrariusz Kazimierz Antoni Bobrowski herbu Jastrzębiec (1765–1835) nie był postacią marginalną. Urodzony w Nidku, był jednym z zamożniejszych posiadaczy ziemskich zachodniej Galicji. Właściciel Choczni (od 1803 roku, po wuju Janie Chrzcicielu Biberstein Starowieyskim), a w różnych okresach życia także Wieprza, Łęk, Grojca, Babic, Poręby Wielkiej, Rudz, Zaborza i Rajska – był człowiekiem rozległych wpływów i ambicji majątkowych. Nie był przy tym pozbawiony pobożności: w 1810 roku ofiarował 300 złotych reńskich na malowanie ołtarza w kościele choczeńskim, a dwa lata później współfundował monstrancję zakupioną aż w Wiedniu. Spoczął w kościele św. Bartłomieja w Porębie Wielkiej.

Taki człowiek – arystokrata, dziedzic, fundator kościelny – w 1815 roku pozwał przed sąd rodzinę zmarłego młynarza.

Pozwani: spadkobiercy Jakuba Szczura

Po drugiej stronie sali sądowej (a raczej: po drugiej stronie łacińskiego pozwu) stanęła familia zmarłego szesnaście lat wcześniej Jakuba Szczura – wójta i młynarza choczeńskiego. Jakub Szczur (1719–1799) był postacią niezwykłą, jedną z tych, które w historii chłopskiej Galicji pojawiają się rzadko, bo chłopi rzadko zostawiali po sobie ślad w dokumentach, a jeśli już – to zwykle jako przedmiot cudzych decyzji, nie jako podmiot.

Szczur był inny. W 1750 roku, za kwotę 500 złotych górskich, kupił od Franciszka Piaskowicza młyn, staw i półrolek – a więc przeprowadził transakcję handlową, udokumentowaną i prawnie wiążącą. Był przysiężnym choczeńskim (ławnikiem), notowanym w Księdze Sądowej od 1749 roku, a od 1770 roku pełnił funkcję wójta. Jego gospodarstwo w 1789 roku przynosiło trzeci co do wielkości dochód roczny w całej Choczni. W 1798 roku – a więc rok przed śmiercią, w wieku 79 lat – uzyskał jeszcze zgodę na budowę jazu na potoku Capówka.

Ale życie Jakuba Szczura nie było sielanką. Ówczesny właściciel Choczni, Jan Biberstein Starowieyski (ten sam, po którym schedę przejął później hrabia Bobrowski), skazał go na 25 plag i 5 dni aresztu o chlebie i wodzie – za odmowę odrabiania dniówek pańszczyźnianych. Szczur, jako właściciel młyna nabytego za gotówkę, najwyraźniej uważał, że pańszczyzna go nie dotyczy, albo przynajmniej nie w takim wymiarze. Dwór myślał inaczej.

Jakub Szczur zmarł 7 października 1799 roku w Choczni, w wieku 80 lat, jako żonaty po raz trzeci – jego ostatnia żona, Franciszka z domu Żak, była od niego młodsza o 49 lat (poślubił ją w 1787 roku, mając lat 68). Był też najstarszym znanym ojcem dziecka w Choczni – doczekał się potomka w wieku 80 lat i 5 miesięcy. Rekordzista demograficzny XVIII-wiecznej wsi.

Po jego śmierci pozostali:

- Franciszka Szczurowa – wdowa (ta sama, młodsza o pół wieku),

- córki: Katarzyna Dąbrowska, Zofia Pindelowa, Regina Odrobinowa i Franciszka,

- oraz małoletni synowie: Franciszek, Józef, Mateusz, Wojciech i kolejna córka Katarzyna – reprezentowani przez opiekunów prawnych.

To właśnie ta gromadka – wdowa, zamężne córki i niepełnoletnie dzieci – musiała w 1815 roku bronić się przed roszczeniami hrabiego.

O co walczył hrabia?

Przedmiot sporu był jasny i materialny: młyn we wsi Chocznia wraz z gruntami – w tym polem zwanym „Pytlikowskim" – budynkami, urządzeniami młynarskimi i wszelkimi przynależnościami. Bobrowski domagał się nie tylko zwrotu samego młyna (a więc wywłaszczenia rodziny Szczurów), ale również rozliczenia dochodów, jakie młyn przyniósł spadkobiercom od czasu śmierci Jakuba.

Mówiąc wprost: hrabia chciał zabrać rodzinie to, co ich ojciec i dziadek kupił za własne pieniądze 65 lat wcześniej, a na dokładkę zażądać rekompensaty za to, że przez te lata z młyna korzystali.

Na jakiej podstawie? Dokument tego wprost nie precyzuje, ale kontekst epoki pozwala domyślać się kilku możliwych argumentów:

1. Prawo dominialne – w systemie feudalnym właściciel dóbr ziemskich (dominium) mógł twierdzić, że młyn, jako element infrastruktury wsi, jest częścią jego majątku dominialnego, niezależnie od tego, kto go fizycznie użytkuje. Chłop mógł „kupić" młyn, ale w oczach pana był to co najwyżej czynsz dzierżawny, nie przeniesienie własności.

2. Zmiana właściciela dóbr – Bobrowski przejął Chocznie po wuju Starowieyskim około 1803 roku. Mógł nie uznawać ustaleń poprzednika lub interpretować je inaczej.

3. Spory o pańszczyznę – skoro Jakub Szczur jeszcze za życia był karany za odmowę pańszczyzny, nowy dziedzic mógł kontynuować politykę „dyscyplinowania" chłopskiej niezależności – tym razem metodą prawną, nie batem.

Dlaczego sąd był akurat w Tarnowie?

Dla współczesnego czytelnika może być zaskakujące, że sprawa dotycząca młyna w okolicach Wadowic trafiła do sądu w odległym o ponad 100 kilometrów Tarnowie. Wyjaśnienie tkwi w strukturze sądownictwa galicyjskiego pod panowaniem austriackim.

Mieścił się tu C.K. Sąd Szlachecki (Forum Nobilium) – instytucja właściwa dla spraw, w których przynajmniej jedną ze stron był szlachcic.

W austriackim systemie prawnym szlachta podlegała odrębnej jurysdykcji. Forum Nobilium (Sąd Szlachecki) rozpatrywał sprawy cywilne i niektóre karne z udziałem osób stanu szlacheckiego. Ponieważ powodem był hrabia Bobrowski – a więc osoba o statusie szlacheckim – sprawa automatycznie trafiała przed ten sąd, niezależnie od tego, że pozwani byli chłopami.

Sąd Szlachecki w Tarnowie obejmował swoją jurysdykcją rozległy obszar zachodniej i środkowej Galicji. Stąd rodzina Szczurów z okolic Wadowic musiała bronić swoich praw w oddalonym Tarnowie – co samo w sobie stanowiło niemałe obciążenie dla chłopskiej rodziny, zarówno finansowe, jak i logistyczne.

---

 Wyrok: zwycięstwo chłopów

Sąd pod przewodnictwem Kazimierza Michałowskiego, radcy C.K. Sądu Szlacheckiego, wydał 22 sierpnia 1815 roku wyrok, który – biorąc pod uwagę realia epoki – można uznać za sensacyjny.

Orzeczono, że spadkobiercy Jakuba Szczura: „nie są zobowiązani do zwrotu młyna położonego we wsi Chocznia, wraz z gruntem zwanym Pytlikowskim, ani innych gruntów należących do tego młyna, wszystkich budynków, struktur i narzędzi."

Co więcej: „Ani też nie są zobowiązani do rozliczenia się z dochodów uzyskanych z tego młyna, gruntów i budynków na rzecz powoda."

Koszty procesowe zniesiono wzajemnie – co oznacza, że każda strona ponosiła własne wydatki. To standardowa formuła, ale warto zauważyć, że sąd nie obciążył chłopskiej rodziny kosztami procesu wytoczonego przez hrabiego.

Innymi słowy: hrabia przegrał na całej linii. Młyn pozostał własnością Szczurów. Dochody z niego były ich dochodami. A Bobrowski nie dostał ani młyna, ani grosza.

Dlaczego chłopi mogli wygrać? Kontekst prawny epoki

Wyrok ten nie był przypadkiem ani kaprysem sędziego. Był konsekwencją głębokich przemian prawnych, jakie w Galicji zapoczątkowały reformy oświeceniowe monarchii habsburskiej.

Cesarz Józef II (panujący 1780–1790) przeprowadził serię radykalnych reform, które – choć w wielu aspektach cofnięte przez jego następców – trwale zmieniły pozycję prawną chłopów w monarchii austriackiej:

- Patent o zniesieniu poddaństwa osobistego (1781/1782) – chłopi galicyjscy przestali być „przywiązani do ziemi", zyskali prawo do opuszczania wsi, zawierania małżeństw bez zgody pana i kształcenia dzieci.

- Regulacje dotyczące pańszczyzny – ograniczono wymiar pańszczyzny i wprowadzono zasadę, że chłop nie może być karany arbitralnie przez pana (choć w praktyce, jak widać na przykładzie Jakuba Szczura i jego 25 plag, zasada ta bywała łamana).

- Prawo do własności – chłopi uzyskali prawo do nabywania i posiadania nieruchomości na własność, a transakcje takie, odpowiednio udokumentowane, były chronione przez prawo.

W 1812 roku weszedł w życie na terenie całej monarchii habsburskiej Powszechny Kodeks Cywilny (ABGB) – jeden z najnowocześniejszych aktów prawnych ówczesnej Europy. Kodeks ten:

- gwarantował ochronę własności prywatnej, niezależnie od stanu społecznego właściciela,

- uznawał ważność umów kupna-sprzedaży zawartych zgodnie z prawem,

- wprowadzał zasadę równości stron przed sądem cywilnym.

Jakub Szczur kupił młyn w 1750 roku – 65 lat przed procesem. Transakcja była udokumentowana (znamy kwotę: 500 złotych górskich, nazwisko sprzedawcy: Franciszek Piaskowicz). W świetle ABGB, obowiązującego w momencie wydawania wyroku, prawo własności Szczurów do młyna było nie do podważenia.

Znaczenie wyroku

Nie należy idealizować austriackiego wymiaru sprawiedliwości w Galicji – system ten miał mnóstwo wad, a chłopi w praktyce często pozostawali bezsilni wobec szlachty. Ale ten konkretny przypadek pokazuje, że mechanizmy prawne ochrony własności chłopskiej istniały i czasem działały. Sąd Szlachecki – sąd obsadzony przez szlachtę, powołany dla szlachty – wydał wyrok na korzyść chłopskiej rodziny przeciwko hrabiemu. To świadectwo tego, że praworządność nie była w Galicji pustym słowem – przynajmniej nie zawsze.

Intabulacja: pieczęć ostateczna

Wyrok z 1815 roku zyskał dodatkową moc prawną 27 marca 1817 roku, kiedy został zintabulowany – czyli wpisany do ksiąg wieczystych (Tabula Krajowa) we Lwowie, ówczesnej stolicy Galicji.

Intabulacja oznaczała wpis do tzw. stanu biernego (obciążeń) dóbr Chorzowa w Księdze Dóbr prowadzonej dla prowincji galicyjskiej. W praktyce znaczyło to, że:

1. Wyrok stał się faktem prawnym wiążącym wobec osób trzecich.

2. Nikt – ani Bobrowski, ani żaden przyszły nabywca dóbr choczeńskich – nie mógł już kwestionować prawa Szczurów do młyna.

3. Akt ten stanowił trwałe zabezpieczenie hipoteczne praw rodziny młynarskiej.

Dwuletnia zwłoka między wyrokiem (1815) a intabulacją (1817) nie była niczym nadzwyczajnym – procedury biurokratyczne w galicyjskiej administracji austriackiej były notorycznie powolne, a droga z Tarnowa do Lwowa – zarówno fizyczna, jak i urzędowa – wymagała czasu i cierpliwości.

Co mówi nam ten dokument?

Historia wyroku z 1815 roku to pozornie drobny epizod – lokalny spór o młyn w małej galicyjskiej wsi. Ale w istocie jest to mikrohistoria, która odsłania makroprocesy:

1. Napięcie między starym a nowym porządkiem. Hrabia Bobrowski reprezentował feudalną logikę, w której pan jest właścicielem wszystkiego na terenie swoich dóbr. Rodzina Szczurów – chłopską logikę kupionej i zapracowanej własności. Sąd austriacki stanął po stronie tej drugiej.

2. Realność reform józefińskich. Reformy Józefa II bywają opisywane jako odgórne, niepełne, cofnięte przez następców. Ten dokument pokazuje, że ich skutki prawne przetrwały dekady i miały realne przełożenie na życie konkretnych ludzi.

3. Chłopska sprawczość. Jakub Szczur nie był bierną ofiarą systemu. Kupował nieruchomości, pełnił funkcje publiczne, odmawiał pańszczyzny, budował jazy. Jego spadkobiercy – wdowa i dzieci – potrafili obronić swoje prawa przed sądem, zapewne przy pomocy wynajętego adwokata (bo o prowadzeniu sprawy sądowej w języku łacińskim przed Forum Nobilium bez profesjonalnej pomocy prawnej nie mogło być mowy).

4. Ciągłość konfliktów. Spór Bobrowskiego ze Szczurami miał korzenie sięgające co najmniej czasów Jana Biberstein Starowieyskiego i jego 25 plag wymierzonych Jakubowi. To był konflikt pokoleniowy – dziedzic kontra młynarz, pan kontra chłop – toczony różnymi metodami przez dziesięciolecia.

poniedziałek, 30 marca 2026

Budowa plebanii pod koniec XIX wieku

Decyzja o budowie nowej, murowanej plebanii w Choczni zapadła 8 grudnia 1887 roku. Rada Gminna postanowiła wówczas nie tylko przystąpić do realizacji tej inwestycji, ale także corocznie wspierać ją środkami gminnymi oraz dostarczać niezbędne materiały budowlane. Na początku planowano wykorzystać między innymi fundusze pozostałe po zbiórce na ukończenie wieży kościelnej, przeznaczając je na sprowadzenie kamienia.

Kolejnym krokiem była uchwała z 2 grudnia 1888 roku, na mocy której wprowadzono dodatek w wysokości 40% do wszystkich podatków opłacanych w gminie. Uzyskane w ten sposób środki miały zostać przeznaczone na zgromadzenie materiałów potrzebnych do remontu starej plebanii lub budowy nowej.

3 lutego 1889 roku Rada Gminna ponownie potwierdziła zamiar wzniesienia nowej plebanii. Proboszcz ks. Józef Komorek nie nalegał na rozpoczęcie budowy, pozostawiając decyzję radnym. Z kolei wójt Czapik uważał, że w pierwszej kolejności należałoby przeznaczyć środki na przyozdobienie wnętrza nowo wybudowanego kościoła. Wskazywał on jednak, że pozostałe po budowie kościoła wapno, cegły i piasek można wykorzystać przy budowie plebanii, pod warunkiem zwrotu ich wartości Funduszowi Budowy Kościoła. Fundusz ten bowiem wcześniej wykorzystał legaty Stanisława Żaka i rodziny Balonów, zapisane pierwotnie na inne cele, takie jak poprawa organów i rozszerzenie ołtarza, i był zobowiązany do ich zwrotu w wysokości około 600 złotych reńskich.

17 grudnia 1889 roku radni uchwalili kolejny dodatek do wszystkich podatków w wysokości 40%, tym razem już wyraźnie z przeznaczeniem na trwającą budowę plebanii. Szacowano, że przyniesie on 989 złr. Wkrótce inwestycja zaczęła nabierać tempa. Podczas posiedzenia 9 lutego 1890 roku wójt Czapik przedłożył sprawozdanie, z którego wynikało, że z Funduszu Kościelnego wydano na budowę nowej plebanii 744 złr i 74 centy. Radni przyjęli je z uznaniem, podkreślając, że dzięki rozsądnemu kierowaniu pracami budowa posunęła się znacznie naprzód przy stosunkowo niewielkich kosztach.

W 1891 roku budowa była kontynuowana. Gmina przeznaczyła na ten cel 994 złr, uzyskane z podwyższenia podatku gruntowego i domowego o 40%. Dodatkowo postanowiono, że nadwyżki z wydatków gminnych za ten rok będą kierowane na budowę w formie zwrotnych pożyczek.

Również w 1892 roku prace budowlane trwały nadal. Na budowę nowej, murowanej plebanii przeznaczono 1030 złr, pochodzące z tego samego, 40-procentowego dodatku do podatku gruntowego i domowego. Inwestycji nie można było odkładać, ponieważ stara plebania znajdowała się w bardzo złym stanie technicznym — jej dach był dziurawy i woda lała się do wnętrza budynku. Z powodu rosnących kosztów uchwalono zaciągnięcie dodatkowych prywatnych pożyczek: najpierw 200 złr obok wcześniej zaciągniętych 500 złr, a w połowie 1892 roku kolejnych 300 złr, oprocentowanych rocznie na 5%, gdy dotychczasowe środki okazały się niewystarczające.

Pod koniec 1892 roku budowa plebanii, prowadzona od 1889 roku, była już na ukończeniu. Całkowity koszt inwestycji oszacowano na 8100 złr. W tej sumie mieściły się koszty projektu (10 złr), kamienia z Gorzenia na fundamenty i wapna, zakup 125 tysięcy cegieł, drewna — w tym desek, drewna dębowego na futryny i materiału na więźbę dachową — o łącznej wartości 1447 złr, elementów żelaznych za 815 złr, szkła i szklenia za 130 złr, robót murarskich za 1312 złr oraz pomocy murarskiej za 235 złr. Ponadto uwzględniono koszty robót ciesielskich (297 złr), stolarskich (237 złr), kowalskich (335 złr), trzciny, piasku i naczyń budowlanych (95 złr), blach, rur i robót malarskich (76 złr), a także robót konnych mieszkańców gminy, oszacowanych na 695 złr, oraz robót pieszych o wartości 420 złr. Koszty ubezpieczenia wyniosły 169 złr i 95 centów.

Znaczący wkład w budowę wnieśli także darczyńcy. Ksiądz proboszcz ofiarował na ten cel 1000 złr, Albina Dunin przekazała drewno warte 300 złr, Adolf Bichterle z Sołtystwa drewno o wartości 40 złr, a Foltyn z Wadowic wykonał prace warte 50 złr. Wykorzystano również materiały pozostałe po budowie kościoła, których wartość oszacowano na 450 złr. Pozostałe koszty pokrywała Gmina Chocznia.

Przez cztery lata budowy gmina przeznaczyła na ten cel niemal 3845 złr. Po uwzględnieniu istniejącego zadłużenia oraz przewidywanych dochodów ze sprzedaży starej plebanii i wikariówki, do spłaty pozostawało jeszcze około 750 złr. Kwotę tę zamierzano pokryć w 1893 roku z dodatku do podatków gminnych, ustalonego na poziomie 30% od każdej wpłacanej złotówki podatku.

Budowa nowej plebanii w Choczni była więc przedsięwzięciem rozłożonym na kilka lat, wymagającym znacznego wysiłku finansowego i organizacyjnego całej gminy. Dzięki wspólnemu zaangażowaniu władz lokalnych, mieszkańców, proboszcza i ofiarodawców udało się doprowadzić tę ważną inwestycję niemal do końca pod koniec 1892 roku. 

Budynek  ten po licznych remontach pełni swoją funkcję do dziś.


sobota, 21 marca 2026

Kariery wojskowe dwóch Chocznian z XIX wieku

 W 1863 roku Kuria Biskupia z Tarnowa poszukiwała na terenie swojej diecezji niejakiego Antoniego Gazdy, rozsyłając zapytanie do wszystkich podległych sobie parafii. Okazało się, że pozytywnie odpowiedział na nie proboszcz z Choczni ks. Józef Komorek, który potwierdził, że Gazda mieszka na terenie miejscowej parafii w domu nr 17 (dolna część obecnej ul. Kościuszki). Powodem tych poszukiwań była chęć wręczenia Gaździe Medalu Papieskiego i dyplomu za zasługi dla Kościoła i Papiestwa.

Czym zasłużył się ten dziewiętnastowieczny Chocznianin?

Otóż Antoni Gazda był żołnierzem wojsk papieskich, ale oczywiście niekojarzonej ze współczesnym Watykanem Gwardii Szwajcarskiej (w której mogli służyć tylko Szwajcarzy), lecz ochotniczej formacji tak zwanych żuawów. Członkami tej elitarnej jednostki nie byli najemnicy - ich służba była uważana za obowiązek religijny i rodzaj krucjaty w obronie papieża.

W 1860 roku Państwo Papieskie było znacznie większe niż dzisiaj i obejmowało ponad 40.000 kilometrów kwadratowych pośrodku Półwyspu Apenińskiego. Ponieważ w tym czasie nabrał tempa proces zjednoczenia Włoch, to ziemie pod władzą papieża zostały zaatakowane z dwóch stron: z północy przez powstańców Garibaldiego i z południa przez wojska Królestwa Sardynii, którzy dążyli do połączenia kontrolowanych przez siebie terytoriów. W obliczu zagrożenia papiestwo postanowiło stworzyć armię opartą o ochotników z całego katolickiego świata - głównie Francuzów i Belgów, ale także Holendrów, Irlandczyków, Niemców, Austriaków, czy nielicznych wtedy Polaków. 

Charakterystycznie umundurowani żuawi (w stylu orientalnym) wyróżnili się szczególnie w walkach pod Castelfidardo, gdzie przeprowadzili brawurowy atak na bagnety przeciwko znacznie liczniejszym i lepiej wyposażonym oddziałom włoskim. Mimo ich męstwa, wojska papieskie zostały rozbite. Porażka ta doprowadziła do utraty większości terytoriów Państwa Kościelnego (z wyjątkiem Rzymu i Lacjum). 


To właśnie za zasługi w tych walkach wyróżniono Gazdę medalem i dyplomem. Nie był to oczywiście prosty rolnik, który wyruszył z Choczni bić się w obronie papieża. Gazda w 1860 roku miał za sobą 8 lat służby w austriackim 56. Pułku Piechoty (1849-1857). W 1859 roku ponownie wcielono go na krótko do armii austriackiej, po czym zdemobilizowano. Wtedy właśnie musiał dowiedzieć się o sytuacji we Włoszech i udać się zaciągnąć do armii papieskiej.

Po wręczeniu medalu i dyplomu w 1863 roku dalsze losy Gazdy nie są znane. W choczeńskich księgach metrykalnych nie odnotowano jego zgonu, a w spisie domów z 1873 roku nie wymieniono właścicieli posesji nr 17. Dwa lata później, w akcie fundacji choczeńskich dzwonów, pod nr 17 figuruje osoba o nazwisku Gazda, ale chodziło o Ewę Gazda, której ewentualne związki z Antonim nie są znane.

----

O ile rekruci z Choczni służyli głównie w austriackiej piechocie lub lekkich oddziałach konnych, to rzadkością byli żołnierze formacji elitarnych, takich jak strzelcy (jegrzy). Zupełnym zaś wyjątkiem był członek ciężkiej kawalerii – kirasjer. I to w dodatku żołnierz nie zwykłego pułku kirasjerów, a 2. Regimentu Arcyksięcia Franciszka (Erzherzog Franz), który to pułk po wstąpieniu Franciszka na tron stał się regimentem cesarskim.

Właśnie w tym pułku miał zaszczyt służyć Chocznianin Jakub Garżel, urodzony w 1767 roku. 

Garżel, jako poborowy z Galicji chłopskiego pochodzenia teoretycznie nie powinien zostać wcielony do 2. Pułku Kirasjerów, gdyż obszarem jego rekrutacji nie była Galicja. By się jednak w nim znaleźć, musiał wyróżniać się umiejętnością jazdy konnej i szczególnymi warunkami fizycznymi. Kirasjerzy byli formacją ciężką, przeznaczoną do przełamywania linii przeciwnika masą koni i siłą mięśni, więc szukano mężczyzn wysokich, barczystych i silnych. Rekrut musiał być w stanie udźwignąć ciężki pancerz (kiras) oraz władać masywnym pałaszem. Co ciekawe, kirasjerzy nosili pancerz tylko z przodu - plecy nie były chronione, co miało zapobiegać ucieczkom z pola walki. Uzbrojenie kirasjerów dopełniały pistolety i karabinek.

Jako doświadczony, ponad trzydziestoletni żołnierz, Jakub Garżel brał udział we wczesnej fazie wojen napoleońskich, które zakończyły się dla Austrii bolesnymi porażkami militarnymi. W latach 1779-1800 walczył przeciwko Francuzom na terenie Niemiec, prawdopodobnie brał udział w znanej bitwie pod Hohenlinden koło Monachium.

W 1804 roku Garżel wrócił do Choczni jako tak zwany urlopnik - żołnierz, który nie otrzymywał żołdu i wyżywienia, ale który nadal mógł być w razie potrzeby powoływany do służby czynnej. By się utrzymać, zawarł ugodę ze swoimi braćmi Krzysztofem i Stanisławem, na mocy której podzielili pole po rodzicach (1/4 roli, czyli około 18 morgów) na trzy równe części. Bracia dostarczyli mu również nawozu na pole oraz ziarna owsa i żyta do zasiewu. Po przejęciu ziemi Jakub Garżel ożenił się jeszcze tego samego roku z Marianną Rudzką, córką miejscowego krawca. Miał z nią kilkoro dzieci i wszyscy współcześni choczeńscy Garżelowie są jego potomkami. Był także pradziadkiem Józefa Putka, znanego działacza politycznego i adwokata.

Zmarł 27 lat później (1831) podczas epidemii cholery.

Wraz z rozwojem artylerii i broni strzeleckiej kirasjerzy stawali się coraz większym stopniu formacją paradną, a nie realną siłą zdolną przełamywać linię frontu.


Kirasjer austriacki z nieco
późniejszego okresu (1809)


niedziela, 15 marca 2026

Drastyczne przypadki zgonów w I połowie XIX wieku

18 sierpnia 1838

Józef Szczur (ur. 19.03.1809), syn Leona i Katarzyny,  urlopowany żołnierz - kapral 56. pułku piechoty, pobił swoją żonę Magdalenę (córkę Jana Kowalczyka). Uderzył ją pięściami 2 lub 3 razy oraz kilka razy kijem, na skutek czego w ciągu kwadransa zmarła.  Ze względu na gwałtowny i podejrzany charakter śmierci, władze cyrkularne nakazały przeprowadzenie sekcji zwłok ("obdukcji") i zezwoliły na jej pogrzeb w dniu 21 sierpnia. Wydaje się, że zabójcę żony nie spotkały jakieś poważne konsekwencje. Co więcej, 2 lata później znalazła się ryzykantka - 22 letnia Marianna Bryndza, która zgodziła się go poślubić. 

9 maja 1837

W lasku choczeńskim, po prawej stronie Traktu Królewskiego (Starego gościńca) prowadzącego w stronę Inwałdu pasterze choczeńscy znaleźli w lesie prowizoryczną trumienkę zbitą z gontów (drewnianych deseczek dachowych), która była płytko zakopana, a w niej zwłoki około 13-dniowej dziewczynki nieznanych personaliów. Na podstawie rozporządzenia Urzędu Cyrkularnego z dnia 10 maja 1837 r., nr 6500, została urzędowo poddana obdukcji (sekcji zwłok) i pochowana.

1834

Zmarła z wyziębienia nowonarodzona córka Reginy i Wojciecha Szczurów, porzucona przez matkę. Odbyła się procedura sądowo-lekarska (sekcja zwłok), która potwierdziła przyczynę zgonu (zamarznięcie/wyziębienie).

22 maja 1846

Na miejscowym cmentarzu cholerycznym (Bożej Męce) znaleziono poroniony płód dziecka płci męskiej. Poddano go oględzinom lekarskim dokonanym przez dr Stopę w obecności sołtysa Dunina.

19 maja 1810

W wezbranej przez ulewy i grad rzeczce Opusta (Konówka) utonął 9-letni Łukasz Turała.

20 sierpnia 1805

42-letni miejscowy gospodarz Kazimierz Twaróg, bardzo pobożny człowiek, został poturbowany we własnym obejściu przez konia, w wyniku czego zmarł. Taki sam los spotkał w 1845 roku 34-letniego Wojciecha Płonkę.

5 lipca 1822

6-tygodniowa Magdalena, córka Michała Stankiewicza, zmarła we śnie wskutek przypadkowego przygniecenia i przyduszenia przez śpiących w tym samym łóżku rodziców.

5 października 1825

Józef Kocyan ze wsi Lhotka, należącej do Dóbr Hukvaldy na Morawach, stracił życie na drodze publicznej w Choczni. Zmarły powoził obciążonym wozem konnym, siedząc na dyszlu. W pewnym momencie ześlizgnął się wprost pod koła i zginął przygnieciony ciężarem wozu.

16.10.1839

W jednym ze stawów w górnej części wsi utopił się półtoraroczny Antoni Gazda, syn Adama i jego siostra – 8-letnia Marianna.

5 lipca 1845

W miejscowym stawie w górnej części wsi utopiło się dwóch chłopców: 8-letni Wojciech, syn Błażeja Romańczyka i o pół roku starszy Józef, syn Wojciecha Hanusiaka.

23.12.1847

23 grudnia 1847 zmarł z głodu i zimna 10-letni Szymon, syn żebraka Macieja Marcaka z Kukowa.

24.02.1848

Śmierć w płomieniach w pożarze własnego domu (nr 187) poniosło rodzeństwo Jakub Cibor (lat 24) i Marianna Cibor (lat 20).


Co te zapiski mówią o Choczni?

1. Bieda i przeludnienie – wiele tragedii wynika wprost z ubóstwa: wspólnego spania rodziców z dziećmi, braku opieki nad dziećmi, porzucania noworodków, żebractwa, głodu.
2.  Bezkarność przemocy – przypadek Szczura pokazuje, że nawet oczywiste zabójstwo mogło pozostać bez konsekwencji karnych.
3. Sprawność biurokracji austriackiej – mimo że sprawiedliwość była ułomna, to sam mechanizm dokumentowania, sekcji zwłok i procedur urzędowych działał sprawnie.


wtorek, 10 marca 2026

Inwalidzi wojskowi z Choczni w XIX wieku

Służba wojskowa mieszkańców Choczni w armii habsburskiej niosła ze sobą poważne ryzyko. Kontuzje i rany odniesione na polu walki lub podczas ćwiczeń wojskowych nie należały do rzadkości, a ich skutkiem bywało trwałe inwalidztwo. Już w 1805 roku odnotowano w Choczni zgon 50-letniego Łukasza Leśniaka, miejscowego żołnierza-inwalidy – jednego z pierwszych udokumentowanych przypadków tego rodzaju.

Monarchia habsburska starała się zapewnić pewną formę wsparcia niepełnosprawnym i wysłużonym żołnierzom, choć zakres tej pomocy pozostawiał wiele do życzenia. W 1817 roku wprowadzono systematyczny podział inwalidów wojskowych na trzy kategorie.

Pierwszą stanowili inwalidzi domowi – żołnierze, którzy z powodu starości, obrażeń lub urazów nie byli w stanie samodzielnie się utrzymać, a jednocześnie nie mogli liczyć na wsparcie ze strony krewnych. Osoby te umieszczano w specjalnych domach inwalidów (Invalidenhaus), które zapewniały im pełne utrzymanie.

Drugą kategorię tworzyli inwalidzi patentowi, którym na podstawie patentu (przywileju) cesarskiego przyznawano niewielką rentę inwalidzką w wysokości od 3 do 24 krajcarów dziennie. Warunkiem otrzymywania renty było zamieszkanie w miejscu przynależności gminnej. Oczekiwano przy tym, że inwalidzi patentowi będą uzupełniać skromne świadczenie własną pracą zarobkową oraz wsparciem ze strony rodziny.

Trzecią grupę stanowili inwalidzi warunkowi – osoby, które mimo niepełnosprawności były w stanie utrzymać się samodzielnie lub polegać na pomocy krewnych. W razie pogorszenia stanu zdrowia lub sytuacji materialnej mogli oni ubiegać się o zmianę statusu na inwalidę patentowego bądź o przyjęcie do domu inwalidów.

System ten ewoluował w kolejnych dekadach. Dnia 6 września 1864 roku Wysoka Komisja Namiestnictwa w Krakowie wydała szczegółową instrukcję dotyczącą należności inwalidów patentowych. Ostatecznie kwestia stałych emerytur dla niepełnosprawnych żołnierzy została kompleksowo uregulowana dopiero w 1875 roku.

Niepełnosprawni żołnierze z Choczni znaleźli się we wszystkich trzech kategoriach inwalidzkich. Analiza zachowanych akt ewidencyjnych 171 choczeńskich żołnierzy 56. Pułku Piechoty z lat 1820–1868 wykazała, że do domów dla inwalidów skierowano łącznie dziesięciu z nich. Siedmiu miało trafić do domu inwalidów w Tyrnau (obecna Trnava na Słowacji): Jan Cap, Jan Dąbrowski, Piotr Hanusiak, Antoni Leśniak, Jan Łopata, Mikołaj Wątroba i Józef Wider. Józef Dąbrowski otrzymał skierowanie do domu inwalidów w Peszcie (obecnie Budapeszt), natomiast Antoni Glondys i Jakub Turała zostali przydzieleni do bliżej nieokreślonych placówek.

W praktyce jednak tylko część skierowanych faktycznie zamieszkała w domach inwalidów. Kilku z nich zrezygnowało z przysługującego im miejsca i pozostało w Choczni na statusie inwalidów patentowych. Tak uczynili Jan Cap, kapral Józef Dąbrowski, Piotr Hanusiak, Jakub Turała oraz Jan Łopata. Zdarzał się też ruch w przeciwnym kierunku – zamieszkały w Choczni inwalida patentowy Maciej Stawowy otrzymał z czasem skierowanie do domu inwalidów, a Jan Ryczko starał się o przyjęcie do takiej placówki.

Podopiecznymi domów dla inwalidów bywali również choczeńscy żołnierze służący w innych formacjach. W 1853 roku zmarł w Trnavie Franciszek Wcisło, urodzony w 1831 roku były ułan 1. Pułku Ułanów.

Najliczniejszą i najlepiej udokumentowaną grupę stanowili inwalidzi patentowi zamieszkali w Choczni. Wzmianki na ich temat zachowały się głównie dzięki staranności choczeńskiego proboszcza ks. Józefa Komorka, który odnotowywał w księgach parafialnych przypadki, gdy inwalidzi lub ich rodziny zwracali się o wydanie różnego rodzaju zaświadczeń.

Życie inwalidów patentowych bywało krótkie i trudne. Już w 1835 roku zmarł 47-letni inwalida patentowy Walenty Balon. W 1842 roku odszedł kolejny – Ignacy Skoczylas, urodzony w 1806 roku. Rok 1850 przyniósł śmierć Jana Ryczki, który padł ofiarą epidemii cholery. W 1856 roku w Choczni zmarł inwalida patentowy Wojciech Semik, pochodzący z Zatora, a sześć lat później – Piotr Glondys recte Dąbrowski. Szczególnie tragiczny był przypadek Franciszka Hanusiaka, inwalidy patentowego, który zmarł w 1885 roku, mając zaledwie 25 lat. Dłużej przeżyli kapral Józef Dąbrowski, urodzony w 1807 roku, choczeński kowal i inwalida patentowy, który zmarł w 1874 roku, oraz Jakub Turała, który odszedł rok później, w 1875 roku.

Zachowane dokumenty ukazują też codzienne troski inwalidów patentowych. W 1842 roku Piotr Dąbrowski recte Balon prosił proboszcza o świadectwo chrztu, gdyż zamierzał się ożenić. Podobne prośby wystosowali w 1851 roku Józef Strzeżoń, a w 1852 roku Wojciech Romańczyk, urodzony w 1814 roku. W 1863 roku o świadectwo chrztu w związku z planowanym ożenkiem zwrócił się Piotr Hanusiak. Z kolei 5 marca 1852 roku Jan Cap poprosił proboszcza o wydanie mu świadectwa ubóstwa – dokument ten zapewne miał służyć jako dowód trudnej sytuacji materialnej przy ubieganiu się o dodatkowe wsparcie.

Ślady po inwalidach patentowych odnajdujemy również w korespondencji urzędowej. W 1860 roku Urząd Powiatowy zwrócił się do proboszcza z zapytaniem o akty zgonu trzech inwalidów: Jana Capa, Józefa Szczura i Melchiora Zarawnego. Na początku 1868 roku w Choczni mieszkał jeszcze inwalida patentowy Józef Dąbrowski (ur. 1807) oraz wdowa po inwalidzie patentowym Janie Łopacie – ta ostatnia wzmianka przypomina, że skutki wojennego inwalidztwa dotykały nie tylko samych żołnierzy, ale i ich rodziny.

Najmniej wiadomo o inwalidach warunkowych z Choczni, co paradoksalnie wynikało z ich lepszej sytuacji życiowej – będąc w stanie samodzielnie się utrzymać, rzadziej potrzebowali zaświadczeń i rzadziej pojawiają się w dokumentach parafialnych czy urzędowych. Wśród zidentyfikowanych przypadków na uwagę zasługuje Melchior Zarawny, urlopowany żołnierz 2. Kompanii Obrony Krajowej 56. Pułku Piechoty, który w 1850 roku starał się o zmianę statusu na inwalidę patentowego – zapewne z powodu pogorszenia stanu zdrowia lub sytuacji materialnej. Dwaj pozostali znani z imienia inwalidzi warunkowi radzili sobie na tyle dobrze, że opuścili rodzinną wieś w poszukiwaniu pracy: Michał Kumorek, urodzony w 1802 roku, mieszkał i pracował w Krakowie, natomiast Stanisław Mortek, urodzony w 1807 roku, pełnił funkcję woźnego sądowego w odległym Cieszynie.

Zgromadzone informacje ukazują, jak widocznym i długotrwałym zjawiskiem było inwalidztwo wojskowe wśród chocznian służących w armii habsburskiej. Przewijają się tu zarówno losy ludzi próbujących funkcjonować w ramach skromnej renty patentowej, jak i historie tych, którym formalnie przysługiwało miejsce w domu inwalidów, lecz ostatecznie pozostawali w lokalnej społeczności. Parafialne zapiski i urzędowe korespondencje pokazują przy tym codzienny wymiar systemu: metryki, świadectwa ubóstwa, potwierdzenia chrztu potrzebne do ślubu – drobne dokumenty, które dziś składają się na czytelny obraz społecznych konsekwencji wojny i służby wojskowej w XIX wieku.



wtorek, 3 marca 2026

Choczeński emigrant projektantem ciężkiego czołgu

 Franciszek Aleksander Kręcioch, syn Wojciecha i Marianny, był w I połowie XX wieku jednym z najbardziej kreatywnych ludzi wywodzących się z Choczni. Swoje pomyły, projekty techniczne i wizje realizował jednak nie w kraju, lecz na emigracji w Stanach Zjednoczonych Ameryki, gdzie zamieszkał z rodzicami jako 4-letnie dziecko.

We wcześniejszych notatkach podawałem informacje o jego patencie na nowy typ bezpiecznika do rewolwerów i eksperymentach z elektrycznością pod kątem jej wpływu na ludzkie zdrowie.

Okazuje się, że Franciszek A. Kręcioch był także autorem projektu ciężkiego, wielofunkcyjnego czołgu i to w czasach, gdy taka broń nie była jeszcze używana przez armię amerykańską, a pierwsze ciężkie brytyjskie czołgi Mark dopiero przechodziły testy bojowe na frontach I wojny światowej.

W 1915 roku Krecioch, wówczas mieszkaniec Fall River w stanie Massachusetts, wstąpił do armii i został przydzielony do kompanii artyleryjskiej w Teksasie. Jako mechanik studiował działanie dużych dział i dostrzegł potrzebę szybszej metody transportu ciężkiej broni wojskowej.

Natychmiast przystąpił do pracy nad swoim planem i nakreślił w formie projektu ogromny, opływowy czołg, który według niego byłby wielkim dobrodziejstwem dla armii.

Czołg, którego plany przedstawiono rządowi w 1917 roku, miał poruszać się z prędkością 60 mil na godzinę (ok. 96 km/h), pokonywać okopy, unosić się na wodzie, a nawet wspinać się na góry. Jednostki miały być napędzane specjalnymi silnikami, których projekt był trzymany w tajemnicy przez pomysłodawcę.

Każdy czołg miał być wyposażony w działa trzy- i sześciocalowe. Odrzut tych wyjątkowo dużych broni, jak na mobilną jednostkę ofensywną, miał zostać wyeliminowany dzięki specjalnemu procesowi, będącemu również tajemnicą Kręciocha.

Czołg Kręciocha miał być skonstruowany z ciężkiej stali i całkowicie zaokrąglony, aby pociski artyleryjskie i kule karabinowe ześlizgiwały się po pancerzu. Zamiast gąsienic, ta mobilna forteca miała poruszać się na kołach. Ostry, tnący dziób miał usuwać przeszkody z drutu kolczastego, a cięższe zapory przeciwpancerne mogłyby być wysadzane za pomocą działa. 

Rząd USA uznał jednak ten pomysł za niepraktyczny i nie wdrożył go do dalszych badań. Do projektu Kręciocha wrócili dziennikarze w czasie II wojny światowej, ale ponownie nie zyskał on uznania u decydentów.

Projekt Kreciocha był jak na lata 1915–1917 bardzo śmiały i wyprzedzający wyobraźnię, ale w wielu punktach technicznie nierealny przy ówczesnym stanie technologii.

Trafne były przewidywania autora projektu, że wojny przyszłości będą wymagały opancerzonych pojazdów szturmowych - w 1917 roku nieznanych, a w czasie kolejnego konfliktu ogólnoświatowego będących podstawą działań ofensywnych.

Największym plusem była koncepcja zaokrąglonego kształtu pancerza, zdolnego do odbijania pocisków. Ówczesne czołgi były pudełkowate w kształcie i łatwe do trafienia, a ich pancerz nie miał zdolności rykoszetowania pocisków. Wieże czołgów o obłych kształtach stały się rzeczywiście standardem w czasie II wojny światowej. 

Postulat wyposażenia czołgów w cięższe, trzycalowe działa, także zrealizowano w pojazdach używanych w czasie II wojny.  Natomiast działa dwukrotnie większego kalibru trafiły wprawdzie na podwozia czołgowe, ale były to pojazdy wolne, ciężkie i z potężnym odrzutem. Twierdzenie Kręciocha o wyeliminowaniu odrzutu tajnym sposobem było czystą fantazją – tego nie dało się osiągnąć bez nieznanych wtedy zaawansowanych rozwiązań hydraulicznych.

Najsłabszym punktem projektu Kręciocha i decydującym o jego niepraktyczności było zastosowanie kół zamiast gąsienic. Czołg na kołach zapewne ugrzązłby w błocie i niebyły w stanie pokonywać okopów. Prędkość zakładaną przez Kręciocha są w stanie osiągnąć z trudem dopiero współczesne czołgi ciężkie, ale kosztem ogromnego zużycia paliwa i awaryjności. Dlatego współczesne kołowe wozy wsparcia są szybkie, ale słabiej opancerzone i uzbrojone niż to, co postulował Kręcioch.

Ponadto tak ciężki czołg, jak w projekcie Chocznianina, nie byłby w stanie unosić się na wodzie.

Superczołg Kręciocha, łączący cechy czołgu ciężkiego, pojazdu niemal wyścigowego i amfibii byłby niewykonalny także i dziś. Gdyby jednak autor ograniczył ambicje (gąsienice, mniejsza prędkość, lżejsze uzbrojenie), jego projekt mógłby być bliższy realnym konstrukcjom, które rzeczywiście zmieniły oblicze wojny.