poniedziałek, 13 lipca 2026

Własność pańska w Choczni i sąsiednich miejscowościach w 1858 roku

 W 1858 roku, a więc 10 lat po uwłaszczeniu chłopów, w Choczni większość gruntów ornych, łąk i pastwisk nie należała już do dworu (spadkobierców Bobrowskich, ostatnich właścicieli Choczni). Natomiast choczeńskie lasy pozostawały w niewielkiej większości (57% : 43%) przy dworze.

Biorąc pod uwagę ogół gruntów dwór posiadał nadal prawie 10% powierzchni Choczni, a pozostałe nieco ponad 90% należało do chłopów, plebana i Piotra Dunina (majątek sołtysi).

Struktura własnościowa w Choczni w 1858 roku była zupełnie inna, niż w 3 sąsiadujących z nią większych wsiach: Inwałdzie, Frydrychowicach i Ponikwi (liczonej łącznie z Kaczyną i Kozińcem), co pokazuje poniższy wykres:


W Choczni udział gruntów dworskich był najmniejszy, w Ponikwi i Inwałdzie także mniejszościowy, ale odpowiednio o 8 i 15% wyższy niż w Choczni. Zupełnie inaczej wyglądało to we Frydrychowicach, gdzie dominowały grunty należące do tamtejszych dworów.

Jeżeli chodzi o grunty orne, to w stosunku do powierzchni wsi najwięcej było ich w Choczni (78%), a niewiele mniej we Frydrychowicach (74%) i w Inwałdzie (73%). Zdecydowanie najmniej było ich w Ponikwi - zaledwie 33%, ale za to w 100% należały one do chłopów. W Choczni udział gruntów ornych dworskich też był niewielki (4,5%), w Inwałdzie wynosił 18,5%, a we Frydrychowicach większość gruntów ornych należała do dworów.


Podobnie struktura własnościowa istniała w przypadku łąk - w Choczni było ich najmniej, ponieważ zajmowały tylko 2,4% powierzchni wsi.


Pastwiska stanowiły aż 32% powierzchni Ponikwi, w Inwałdzie i w Choczni było ich znacznie mniej - odpowiednio 11% i 9,5%, a najmniej we Frydrychowicach (6,4%). Połowa pastwisk frydrychowskich należała do dworów, a w pozostałych wsiach było ich mniej niż 10%.


W Choczni lasy zajmowały najmniejszą część powierzchni (niecałe 10%), podczas gdy w Ponikwi prawie 30%. We wszystkich czterech analizowanych miejscowościach większość lasów posiadały dwory, najmniej w Ponikwi i w Choczni.



środa, 8 lipca 2026

Choczeńscy tkacze w okresie galicyjskim

 Choczeńskie tkactwo posiadało tradycje sięgające końca XVI wieku, jednak z czasem zupełnie podupadło, o czym świadczy opinia wyrażona w książce Bolesława Marczewskiego Powiat wadowicki pod względem geogr., statystycznym i historycznym z 1897 roku:

Dawnymi czasy trudniono się tkactwem, dzisiaj nie ma już tu ani jednego nawet tkacza. 

W drugiej połowie XVIII wieku, aż do lat 30. XIX wieku przeżywało jednak okres koniunktury, o czym świadczy duża liczba tkaczy odnotowywanych w miejscowych księgach metrykalnych. Było to typowe zajęcie chałupnicze, nierozerwalnie związane z rytmem życia na wsi i cyklem pór roku. W warunkach galicyjskich opierało się ono niemal wyłącznie na lokalnych surowcach – lnie i konopiach, które chłopi sami uprawiali na swoich polach. Proces obróbki był niezwykle żmudny i w całości ręczny: po zbiorach rośliny poddawano roszeniu, międleniu i czesaniu, by uzyskać włókno. Następnie kobiety na kołowrotkach przędły z niego nici, z których z kolei mężczyźni – zazwyczaj w okresie jesienno-zimowym, gdy ustawały prace polowe – tkali na drewnianych krosnach zgrzebne płótna. Ostatnim etapem było bielenie utkanych płócien. W Choczni znane bielidło - miejsce gdzie wystawiano płótna na słońce w celu ich wybielenia - znajdowało się na brzegach stawu przy młynie Szczurów w dolnej części wsi (dziś teren lądowiska helikopterów).

Wyroby te służyły początkowo zaspokajaniu własnych potrzeb na odzież czy worki, jednak z czasem zaczęły stanowić cenne źródło gotówki, a płótno sprzedawano na lokalnych targach i przez wędrownych handlarzy. Tkactwo rzadko było jedynym źródłem utrzymania - rzemiosło to powszechnie łączono z pracą na roli.  Słowa związane z tkactwem znalazły się w choczeńskiej gwarze – np. w  inwentarzu po zmarłym w 1829 roku Janie Ścigalskim wymieniono między innymi dzierglec, czyli grzebień służący do oddzielania główek z nasionami od łodyg lnu. 

Ogromny wpływ na okres rzemieślniczej koniunktury w Choczni miało sąsiedztwo prężnie działającego, dużego ośrodka tkackiego w Andrychowie.  To właśnie stamtąd promieniowała wiedza, a także napływali nowi osadnicy, którzy w poszukiwaniu rynków zbytu i miejsca do życia osiedlali się w okolicznych wsiach. Najlepszym tego przykładem jest historia rodziny Brandysów, która była obecna w Choczni przez 152 lata. Protoplastą rodu był tkacz Maciej Brandys, który przybył z Andrychowa i w 1748 roku wziął za żonę miejscową pannę, Katarzynę Dziadek. Maciej był rzemieślnikiem, ale i rolnikiem – z subrepartycji z 1775 roku dowiadujemy się, że posiadał krowę oraz grunt. Rzemieślnicze tradycje z powodzeniem kontynuował jego syn, Gabriel Józef Brandys (ur. 1753). Ten zamożny tkacz z Niwy Zakościelnej (dzisiejsza Biała Droga) wybił się na pozycję lokalnego lidera – posiadał duży majątek, a w latach 1792–1793 pełnił zaszczytną funkcję wójta choczeńskiego. 

Z kolei na początku XIX wieku do cechu tkackiego w Andrychowie wstąpił choczeński przekupień Franciszek Kręcioch (syn Kazimierza), który z żoną Franciszką z Kadłubickich doczekał się w Andrychowie co najmniej pięciu potomków, począwszy od syna Jakuba urodzonego w 1808 roku. 

Księgi metrykalne z przełomu XVIII i XIX wieku dowodzą, że tkactwo było we wsi zawodem niezwykle popularnym, a społeczność rzemieślników sukcesywnie się powiększała. Dołączali do niej zarówno miejscowi, jak i kolejni przybysze, tacy jak Franciszek Wawer, tkacz z Andrychowa, który osiadł w Choczni po ślubie w 1829 roku, Jan Syrek przybyły z Myślenic w 1828 roku, czy Wojciech Biel z Tomic, który zamieszkał we wsi w 1810 roku w domu nr 58 przy obecnej Białej Drodze.  Wśród choczeńskich tkaczy w omawianym okresie odnotowano przedstawicieli wielu rodzin. Znaczącą rolę odgrywali Ciborowie – m.in. zmarły w 1834 roku w wieku 86 lat Kacper Cibor, który podawany był jako tkacz już w 1783 roku,  Wojciech Cibor (ur. 1776), który cieszył się na tyle dużym zaufaniem społecznym, że w latach 1819–1824 pełnił funkcję przysięgłego  oraz Sebastian i Jakub Cibor.  W starych aktach można odnaleźć także tkaczy: Macieja Stankowicza,  Klemensa Piątka, przedstawicieli  rodu Pietruszków (Szczepana, Marcina oraz Antoniego), Jana Burego, Józefa Matlaka, Andrzeja Pysza, Jana Adamskiego, Józefa Szczura, Macieja Kolbera, czy Wojciecha Bąka. 

Jednakże to, co napędzało rozwój tkactwa Choczni jeszcze w pierwszych dekadach XIX wieku, z biegiem lat zaczęło tracić na znaczeniu. Rewolucja przemysłowa, powstanie w Galicji i na Śląsku wielkich, zmechanizowanych fabryk włókienniczych oraz produkcja masowa sprawiły, że żmudne, domowe tkactwo przestało być opłacalne. Ręcznie tkane płótna nie mogły konkurować z tańszymi i delikatniejszymi materiałami fabrycznymi. 

Umiejętność wytwarzania przędzy i płócien na własny użytek nie zanikła jednak zupełnie, o czym świadczy fakt, że w czasie I wojny światowej, Tekla Turała (ur. 1900) zajmowała się przędzeniem lnu na kołowrotku, a z wyprodukowanej przędzy tkano w Ponikwi płótno, które po prowizorycznym uszlachetnieniu służyło do szycia różnego rodzaju wyrobów, zaspokajając w ten sposób potrzeby rodziny w trudnych warunkach braku innych materiałów. 


poniedziałek, 29 czerwca 2026

Najwybitniejszy XIX-wieczny twórca z Choczni

 Pewne zamieszanie w identyfikacji najwybitniejszego XIX-wiecznego twórcy z Choczni powstało za sprawą dziennikarza Gazety Narodowej, który pisząc o nim w 1879 roku ... pomylił jego imię.

Po wizycie w Choczni ów dziennikarz w swojej korespondencji donosił, że widział u choczeńskiego proboszcza ks. Komorka rzeźbę miejscowego artysty, którego uznał za rzadki talent. Tym artystą miał być 16-letni syn wieśniaka Ignacy Balon, który z powodu ubóstwa ojca nie był w stanie kształcić swoich zdolności. Drewniana rzeźba, która zaimponowała dziennikarzowi, przedstawiała Wiarę, Nadzieję i Miłość  w postaci trzech aniołów, unoszących w chmurach chrzcielnicę. Anioły przedstawiające Wiarę i Nadzieję trzymały tę chrzcielnicę w dłoniach, a Anioł ilustrujący Miłość ją podpierał. Mimo pewnych zastrzeżeń, szczególnie do figury Miłości, dziennikarz dostrzegł w tej rzeźbie ciekawą kompozycję, zdradzającą talent twórcy. Tym bardziej należało go docenić, że był samoukiem, który całą swoją wiedzę o rzeźbie czerpał z grobowców cmentarnych. Korespondent z Choczni apelował, by znalazł się jakiś mecenas, który umożliwiłby Balonowi rozwój jego talentu.

Niestety na podstawie podanych przez dziennikarza personaliów, nie sposób było ustalić, o kogo właściwie chodzi, ponieważ w choczeńskich księgach metrykalnych nie odnotowano żadnego Ignacego Balona, który w 1879 roku miałby około 16  lat, a nawet żadnego Ignacego Balona młodszego lub starszego o dekadę.

W wyjaśnieniu dalszych losów utalentowanego Balona pomógł wpis w parafialnym dzienniku pism wchodzących i wychodzących (Protocollum Gestorum), dokonany w 1872 roku przez proboszcza Komorka, w którym odnotował on, że niejaki Marcin Balon prosił o świadectwo ubóstwa, by zwolnić go z opłat przy oddawaniu swego syna do terminu rzemiosła snycerskiego w Krakowie. Ten syn miał jednak na imię nie Ignacy, a Wincenty i właśnie pod tym imieniem i nazwiskiem pojawia się on w późniejszych latach jako wykształcony w Krakowie rzeźbiarz warszawski.

Szczyt jego twórczości przypada na koniec lat 80. i pierwszą połowę lat 90. XIX wieku. Wykonał wówczas:

- kamienne figury 3 świętych (Jacka, Jana Kantego i Ładysława z Gieleniowa) oraz Apostołów Piotra i Pawła dla warszawskiego kościoła Wszystkich Świętych, 

- piaskowcową figurę św. Pawła dla kościoła św. Piotra i Pawła w Warszawie,

- epitafium ks. Szczygielskiego z marmurowym medalionem w kościele św. Aleksandra. 

Jako autor rzeźb w kościele Wszystkich Świętych podawał się sam na łamach Kurjera Warszawskiego z 21 sierpnia 1890, podkreślając, że projekty/modele tych rzeźb stworzył rzeźbiarz Kryński, a on zajmował się tylko ich technicznym wykonaniem. Wincenty Balon informował również czytelników Kurjera, że nie jest tylko odtwórcą, ale i artystą, czego przykładem jest wspomniana wyżej figura św. Pawła, stworzona przez niego od podstaw i wiele innych dzieł, których wyliczenie uważał za zbyteczne.

Wincenty Balon dekorował także kamienice przy zbiegu ul. Próżnej i Marszałkowskiej (grupa na attyce z 1894 roku) oraz przy ul. Złotej 23 (figury sfinksów z 1895 roku). W 1895 roku wystawiał w warszawskiej Zachęcie terakotową statuetkę „Gołębie”. 

Najbardziej znane rzeźby Balona były umieszczone w fasadach kościołów oraz elewacjach kamienic i dlatego nie dotrwały do współczesnych czasów -  zostały zniszczone w czasie Powstania Warszawskiego. 

Figury apostołów św. Piotra i Pawła
na skrajach tympanonu fasady
kościoła Wszystkich Świętych
po lewej i prawej stronie figury Matki Boskiej


Nieznane mi są niestety losy Wincentego Balona po 1897 roku, gdy odnotowano go w spisie mieszkańców Warszawy, jako artystę rzeźbiarza, prowadzącego własną pracownię przy ul. Wspólnej 30.

poniedziałek, 22 czerwca 2026

Spór między mieszkańcami Choczni, Jaroszowic i Barwałdu Dolnego a Janem Biberstein Starowieyskim w 1792 roku

 Na początku lat 90. XVIII wieku gminy Chocznia, Jaroszowice i Barwałd Dolny złożyły skargę na ich wspólnego właściciela Jana Biberstein Starowieyskiego. Sprawa rozgrywała się  w okresie intensywnych reform austriackiego cesarza Józefa II, którego patenty z lat 1781–1782 dotyczące zniesienia poddaństwa osobistego (Leibeigenschaft) i regulacji pańszczyzny stały się prawnym fundamentem dla włościańskich skarg.

Chłopi wymienionych wyżej wsi, zdesperowani nadużyciami i nieprawnymi ich zdaniem wymaganiami swojego dziedzica, postanowili złożyć skargę do urzędu cyrkularnego i Wysokiego Gubernium we Lwowie. W napisaniu skargi i sformułowaniu 15 zarzutów pomógł im odpłatnie niejaki Jan Szulc. Gdy wieść o tym dotarła do Starowieyskiego złożył on swoje odwołanie, żądając by:

- aresztować Szulca, określanego przez niego jako "budziciel poddanych", którego uważał winnym buntowania poddanych i wyłudzania od nich pieniędzy, 

- przeprowadzić śledztwo na jego koszt przez urzędników z Wiednia,

-  sądzić sprawy według jego „kupnego prawa" (umów prywatnych) zamiast cesarskich patentów,

- cofnąć niekorzystne dla niego rozporządzenia gubernialne.

Cesarz Józef II zlecił rozpatrzenie sprawy specjalnemu komisarzowi królewskiemu, określonemu w dokumentach sprawy jako Baron de Margelick, który z kolei powierzył śledztwo staroście cyrkularnemu Jakubowskiemu.

W dokumentach przechowywanych przez kolejnych wójtów choczeńskich zachowało się zarówno rozstrzygnięcie sporu, który stanowił dekret cesarski z 22 lipca 1792, jak i obwieszczenie cyrkularne z 20 maja 1795, dotyczące egzekwowania wyroku. 

Najpoważniejszym zarzutem wobec Starowieyskiego było zmuszenie chłopów barwałdzkich do kupowania gruntów, które od pokoleń uprawiali jako dziedziczni użytkownicy. Dziedzic twierdził, że po przejęciu majątku cała ziemia jest jego własnością, a chłopi mogą ją użytkować tylko po wykupieniu.

W praktyce wyglądało to tak:

  • 26 poddanych zmuszono do podpisania „kontraktów kupna",
  • nie określono w nich granic ani rzeczywistej wartości ziemi,
  • chłopi nie otrzymali nawet dokumentów tego „zakupu",

Wyrokiem cesarza nakazano gubernialnemu geometrze dokonać oficjalnego pomiaru gruntów w obecności komisarza cyrkularnego, a wszystkie bezprawnie ściągnięte opłaty nakazano zwrócić in duplo (podwójnie).

Bulwersujący przypadek dotyczył sześciu chłopów z Choczni, którym dziedzic odebrał kawałek gruntu, płacąc śmiesznie niskie „odszkodowanie" – 8 florenów. Na zabranej ziemi wybudował karczmę, a resztę zamienił w ogród karczemny. Na podstawie cesarskiego dekretu nakazano Starowieyskiemu zwrot ziemi, wydzielenie ekwiwalentu z gruntów pańskich lub wypłatę pełnego odszkodowania według wyceny urzędowej (słusznej Taxy).

Choczni dotyczyły też inne punkty skargi:

  • Wymuszanie dalekiej pieszej pańszczyzny. Gromada z Choczni skarżyła się na zmuszanie ich do odrabiania pieszej pańszczyzny (pracy fizycznej bez użycia zwierząt pociągowych) w dobrach Państwa Rudze, które były oddalone aż o "dwie mile" (ówczesna mila austriacka to ok. 7,5 km). Ustalono, że 2 dni pańszczyzny odbytej w Rudzach będzie się liczyło za 2,5 dnia pracy.
  • Pobieranie nienależnych podatków  Wymieniona jest sytuacja, kiedy to gromada Chocznia w 1790 roku zapłaciła 20 florenów (złotych reńskich) podatku. Wyszło na jaw, że pieniądze te były od chłopów "pod pozorem... nienależnie brane i zatrzymane". Nakazano zwrócić te kwoty do "podatkowej Kassy";
  • Chłopi z Choczni zmuszani byli do bezpłatnego pełnienia nocnej straży w folwarku Zaskawie po drugiej stronie rzeki Skawy, z dala od własnych gospodarstw. Po rozpatrzeniu zniesiono bezpłatną straż w odległych folwarkach i wprowadzono ekwiwalent - miał być to równoważnik 1 dnia pańszczyzny pieszej;
  • Dziedzic Starowieyski zamiast przepisanej pańszczyzny pieszej (pracy ludzkimi rękami) wymuszał pańszczyznę czworokonną (najcięższą formę robót zaprzęgowych), za którą płacił mniej, niż powinien oraz wysyłał furmanki z Choczni do Bielska, czy Rabki, nie płacąc wcale za te dalekie trasy lub płacąc niewiele. Nakazano mu nadgrodzenie in duplo wszystkich wymuszeń, a na przyszłość ścisłe stosowanie się do Patentu z 1781 r., który precyzyjnie określał rodzaj i wymiar pańszczyzny;
  • Odbywanie pańszczyzny za karę, za co Starowieyski miał złożyć 20 florenów do Kasy Podatkowej,
  • Zakaz wyrąbywania drzewa w lasach pańskich (dawnych gromadzkich) na potrzeby budowlane, który nakazano znieść.

Jeden z punktów skargi dotyczący zapłaty dla wójta choczeńskiego Michała Kręciocha został w trakcie dochodzenia komisyjnego przez niego wycofany, jak twierdził oficjalnie - po porozumieniu się ze Starowieyskim.

Wszystkie trzy skarżące gminy dotknięte były przez czynsze pobierane od gruntów oddanych przez nie w 1791 roku na drogę cesarską, których nie odliczono od wysokości obciążeń pańszczyźnianych. Starowieyski został zobowiązany, by odpisać te nadwyżki wraz z odsetkami od przyszłych czynszów.

Dramatyczne były losy poddanych Sebastyana Gołąba i Feliksa Gołąba:

  • zmuszono ich do wykupienia za znaczną kawałka gruntu zwanego Nawsie, który tradycyjnie należał do gromady,
  • nałożono na nich zawyżony czynsz: 4 floreny 30 krajcarów rocznie,
  • zobowiązano do odrabiania 6 dni pańszczyzny pieszej,
  • następnie dziedzic ponownie odebrał im część tego gruntu i przekazał innemu poddanemu.

Po rozpatrzeniu tego punktu nakazano zwrot wszystkich kosztów, oddanie ziemi Feliksowi Gołąbowi, a Sebastyanowi Gołąbowi nadgrodzenie za 10 lat (po 2 dni pańszczyzny rocznie = 20 dni × 3 floreny).

Poszkodowany był też Michał Banaś z Jaroszowic, który za odkupiony przez niego grunt zwany Bykowina miał otrzymać inną parcelę, ale przyobiecanego gruntu nie mógł się doczekać oraz grupa 16 poddanych, którym odebrano po kawałku gruntu, by oddać je Żydowi.

Ostatecznie dziedzic Starowieyski oprócz wymienionych wcześniej konsekwencji został skazany na grzywnę w wysokości 200 florenów, z której miały być pokryte koszty procesowe i wypłacone odszkodowania, a za pozostałą kwotę postanowiono wybudować spichlerz gromadzki - magazyn zbożowy na wypadek głodu.

"Buntujący" chłopów Szulc nie został aresztowany, natomiast na karę 3 dni aresztu skazano wójtów, którzy bez zezwolenia ogłosili składkę na jego opłacenie.

Urząd Cyrkularny podał dekret do wiadomości ogólnej 28 lipca, a Komisję Egzekucyjną wyznaczono na 28 sierpnia 1792. Starowieyski uchylał się jednak od dokonania wyznaczonych płatności, o czym świadczy dekret z 20 maja 1795, w którym określono ostateczny termin jednego miesiąca, po upływie którego, w przypadku braku zapłaty, miała zostać wszczęta egzekucja i sekwestr (zajęcie majątku).


piątek, 12 czerwca 2026

Afera mięsna w 1800 roku

 Gdy na początku 1800* roku przystąpiono do rozpatrzenia rachunków wójta Wojciecha Piątka za poprzedni rok, to okazało się, że zakończył się on na plusie - przychody w wysokości ponad 2403 złotych przewyższyły wydatki o ponad 437 złotych reńskich.

Wśród przedstawionych rachunków wykryto jednakże znaczną stratę związaną z mięsem, które było przeznaczone dla ciągle przemieszczających się przez Chocznię i kwaterujących na jej terenie oddziałów armii cesarskiej. W jednym przypadku chodziło o 24 sztuki,  w drugim o 69 reńskich i 20 groszy.

Rozpatrujący rachunki Sąd Justycjonarny (sąd I instacji dla dominium - grupy wsi należących do tego samego właściciela) nie mógł tak dużej straty zlekceważyć, by nie dopuścić do pokrzywdzenia społeczności gromady choczeńskiej. Wobec tego, w celu dojścia do prawdy i zrekompensowania strat gromadzie, Sąd postanowił odebrać od ustanowionych przez gromadę specjalnych rzeźników przysięgę następującej treści (pisownia współczesna):

"Ja, [Imię i Nazwisko], przysięgam itd., że wykazana przeze mnie strata w wysokości 24 sztuk i 69 złotych 20 groszy, poniesiona podczas przemarszu obcych wojsk posiłkowych, jest prawdziwa. Przysięgam, że nic z tego nie obróciłem na własną korzyść, nie przywłaszczyłem sobie ani grosza i że rzetelnie tę stratę zgłosiłem. Tak mi dopomóż Panie Boże."

Jednakże zanim Sąd odebrał przysięgę od rzeźników:

Jędrzeja Szczura, Tomasza Gaczoła, Wojciecha Kręciocha, Walentego Ramendy, Grzegorza Cibora, Kacpra Cibora, Jana Guzdka, Klemensa Kowalczyka, Adama Cibora, Marka Widlarza, Jana Cibora, Leona Kwiatkowskiego, Rocha Ryczko i Szymona Sikory,

pouczył ich surowo, aby dobrze się zastanowili i nie dopuścili się grzechu krzywoprzysięstwa. Nakazano im, aby wyznali prawdę - ile mięsa, skór, nóg i łbów zwierzęcych zachowali dla siebie, czy prowadzili potajemny ubój na boku i ile wódki przy tym wypili na koszt gromady.

Wtedy rzeźnicy poczuli wyrzuty sumienia. Przyznali się, że część mięsa i innych podrobów rzeczywiście zużyli dla siebie, a przy każdym uboju bydła faktycznie pili wódkę na koszt gromady. 

W związku z tym Sąd wstrzymał procedurę przysięgi. Zamiast tego nakazał rzeźnikom przedstawienie szczegółowego i prawdziwego rozliczenia, które byliby w stanie zgodnie z prawdą zaprzysiąc. Mieli to zrobić najpóźniej za 8 dni, pod rygorem surowej egzekucji komorniczej na całą brakującą kwotę - równowartości 24 sztuk oraz 69 złotych i 26 groszy. 

Pewne wątpliwości budzi data roczna tego wydarzenia - według zapisu można ją zinterpretować zarówno jako 1800, jak i 1806. Wójt Piątek pełnił swój urząd i w 1800  i w 1806 roku, więc w ten sposób nie można wykluczyć żadnej z tych dwóch dat. Istnieją dowody, że w 1806 roku rzeczywiście przemieszczały się przez Chocznię oddziały wojskowe, natomiast za 1800 rokiem przemawia inny fakt - otóż wymieniony w sprawie rzeźnik Tomasz Gaczoł zmarł 18 września 1802, więc nie mógłby trzy lata później uczestniczyć w "aferze mięsnej".


wtorek, 9 czerwca 2026

Stefania Pękala - wieloletnia kierowniczka poczty w Choczni

 Zmarła niedawno Stefania Pękala była przez 27 lat kierowniczką Urzędu Pocztowego w Choczni.


Urodziła się 10 września 1932 roku w Choczni jako córka Franciszka Rzyckiego i Marii z domu Woźniak. 

Po ukończeniu SP w Choczni (1945) kontynuowała naukę w Gimnazjum w Wadowicach (zakończoną w 1948), a później kształciła się w Liceum Pocztowo-Telekomunikacyjnym w Krakowie. 

Od września 1950 była zatrudniona w  Urzędzie Pocztowym w Białej Krakowskiej (w latach 1950-1961 mieszkała w Bielsku). 

W 1958 zawarła związek małżeński ze Zdzisławem Pękalą, z którym miała dwoje dzieci - syna i córkę.

W 1961 objęła pracę w Urzędzie Pocztowym w Choczni (jako kierowniczka), gdzie pracowała aż do emerytury w 1988. 

Przeżyła ponad 93 lata, z czego ostatnie ponad 56 lat jako wdowa.

----

W 1971 roku Stefania Pękala złożyła następujące sprawozdanie o  podległej sobie placówce pocztowej w Choczni:

Zgodnie z poleceniem sporządzenia sprawozdania o działalności urzędu pocztowego na terenie gromady, pragnę przedstawić dane obrazujące naszą pracę. Już na wstępie należy jednak zaznaczyć, że pełne ujęcie całokształtu działalności jest niemal niemożliwe ze względu na jej różnorodność i stale rosnący zakres obowiązków.

W ostatnich latach wyraźnie zwiększyła się liczba świadczonych usług. Wzrosła ilość korespondencji, prasy oraz różnego rodzaju zawiadomień i rachunków kierowanych do mieszkańców. Przykładem mogą być przesyłki z Kółka Rolniczego, Spółki Wodnej, Prezydium Gromadzkiej Rady Narodowej, Ośrodka Zdrowia, a także ze spółdzielni: mleczarskiej, ogrodniczej, Gminnej Spółdzielni czy Banku Rolnego. Instytucje te organizują liczne zebrania i wysyłają zaproszenia całymi setkami, które należy doręczyć w krótkim czasie.

Cały teren gromady obsługiwany jest przez dwóch doręczycieli: Stefana Świętka i Józefa Wróbla. Przydzielone im rejony są bardzo rozległe, dlatego nie są oni w stanie obejść ich w ciągu ośmiogodzinnego dnia pracy. Mimo rosnącej liczby usług nie udało się uzyskać dodatkowego etatu, który byłby niezwykle potrzebny. Obecna służba doręczycielska, mimo dużego wysiłku i poświęcenia, z trudem nadąża z bieżącym rozprowadzaniem korespondencji i prasy. W przypadku listów zwykłych oraz gazet zdarza się korzystać z pomocy młodzieży szkolnej, natomiast przesyłki polecone oraz te za zwrotnym potwierdzeniem odbioru muszą być doręczane osobiście.

Wynagrodzenie doręczycieli nie należy do wysokich i wynosi około 1100–1200 zł miesięcznie. Na naszym terenie nie przyznaje się premii nadzwyczajnych, które mogłyby choć w niewielkim stopniu podnieść uposażenie. Zakres obowiązków stale się jednak rozszerza. O ile dawniej wypłacano miesięcznie 10–15 rent, obecnie jest ich około 150, a ich wypłatą również zajmują się doręczyciele.

Na jednego doręczyciela przypada dziennie około 60 egzemplarzy czasopism, około 150 listów zwykłych spoza terenu gromady oraz około 20 listów poleconych. Dane te dotyczą dni zwykłych, bez uwzględnienia okresów świątecznych, kiedy liczba przesyłek wzrasta pięcio- lub siedmiokrotnie. Nie uwzględnia się tu także paczek, które stanowią dodatkowe utrudnienie, zwłaszcza w zakresie ich dowozu i przywozu na stację. Doręczyciele opróżniają ponadto sześć skrzynek pocztowych rozmieszczonych na terenie gromady.

Biuro urzędu pocztowego czynne jest codziennie w godzinach od 8.00 do 15.00, a w niedziele i święta od 9.00 do 11.00. Podejmowano starania o zniesienie pracy w dni świąteczne, jednak na terenie naszej miejscowości nie uzyskano na to zgody, mimo że w innych placówkach takie rozwiązanie zostało wprowadzone.

Na terenie gromady zarejestrowanych jest 392 telewizorów, 384 radioodbiorniki lampowe oraz 353 głośniki. Opłaty abonamentowe wnoszone są głównie w placówce, gdyż tu znajduje się pełna dokumentacja i kartoteki, jednak wielu mieszkańców przekazuje książeczki abonamentowe wraz z gotówką doręczycielom, prosząc o dokonanie opłaty. Doręczyciele przyjmują również prenumeratę czasopism oraz pomagają mieszkańcom w wypełnianiu przekazów, wpłat i wypłat na książeczki PKO. Często adresują listy, zwłaszcza zagraniczne, dla osób starszych, które nie posiadają umiejętności pisania.

Przedstawione dane obrazują skalę i charakter naszej pracy. Jest to działalność trudna, odpowiedzialna i wymagająca dużej cierpliwości w kontaktach z mieszkańcami. Mimo licznych trudności staramy się wykonywać powierzone obowiązki sumiennie, mając na względzie dobro społeczności gromady.


środa, 3 czerwca 2026

Budowa Domu Ludowego w Choczni

 Pierwsza wzmianka o potrzebie wybudowania osobnego domu dla działalności społecznej pojawiła się już w 1891 roku. Antoni Styła młodszy, członek miejscowego kółka rolniczego, postawił przed zarządem wniosek o wystawienie obszernego budynku, w którym mieściłby się sklep z towarami oraz przestronna sala pełniąca funkcję czytelni. Pomieszczenie to miało służyć również posiedzeniom rady gminnej oraz, w razie potrzeby, zabawom weselnym dla członków. Choć propozycja spotkała się z zainteresowaniem, obecni postanowili odłożyć sprawę do czasu, gdy wszyscy członkowie będą mogli wziąć udział w obradach.

 Minęło siedemnaście lat, zanim idea powróciła z nową siłą. Potrzeba wybudowania Domu Ludowego stawała się coraz bardziej paląca. Brak miejsca do zebrań dawał się bardzo odczuwać w gminie, która rozwijała liczne inicjatywy społeczne i gospodarcze. W planowanym budynku miały znaleźć pomieszczenie czytelnia, teatr, kasa Raiffeisena, sklepik kółkowy, a być może także wiejski Sokół.

W 1908 roku zarząd Kółka Rolniczego w Choczni rozpoczął oficjalne starania o budowę domu. Co ciekawe, pierwsze wsparcie finansowe przyszło od wychodźców zarobkowych przebywających w Ameryce. Mimo trudnych warunków, w jakich się znaleźli wskutek zastoju w fabrykach i braku zarobku, za pośrednictwem Franciszka Wcisły przesłali kwotę 46 koron. Wśród ofiarodawców znaleźli się Jakób i Wojciech Budzowie, Jan Marek z Gronia, Walenty Mąka z Leśnicy, Jan Maciaszek z Jordanowa, Józef Pawelak z Nowej Wsi, Stanisław Bandoła oraz sam Franciszek Wcisło z Choczni.

Lokalny komitet organizacyjny nie poprzestał na zbiórkach pieniężnych. Odbyły się dwa festyny, które przyniosły razem przeszło 400 koron dochodu. Drugi z nich, zorganizowany 6 września, miał program bardzo urozmaicony i odbył się na polu, które darmo oddał na ten cel Teodor Zając. Zabawa miała służyć nie tylko zebraniu funduszy na budowę domu dla zawiązać się mającego Sokoła, czytelni i kółka rolniczego, ale też odegrać ważną rolę kulturową. Oprócz zwykłych rozrywek, takich jak muzyka, kosze szczęścia czy ognie sztuczne, komitet przygotował prawdziwą atrakcję – odtworzenie staropolskich tańców wspominanych przez Jana Kochanowskiego i Wincentego Pola, takich jak cenar, drabant i stryjanka. Organizatorzy postanowili ze ścisłością historyczną odtworzyć te zapomniane formy taneczne, licząc na ich ponowne wprowadzenie do ludowych zabaw.

Istotnym momentem w historii budowy był 24 maja 1910 roku, kiedy podczas "Grunwaldzkiego wiecu oświatowego" ideę domów ludowych omawiał Stanisław Stączek z Krakowa. Jego wystąpienie spotkało się z dużym zainteresowaniem, gdyż Chocznianie mieli już zgromadzone pewne środki na budowę. We wrześniu tego roku zarząd Kółka Rolniczego zorganizował kolejny festyn na pomnożenie funduszu, który zakończyły śpiewy dziewcząt i tańce przy obecności licznych gości z pobliskich Wadowic.

Rok 1911 przyniósł znaczące przyspieszenie działań. Gmina Chocznia wyróżniała się jako jedna z najbardziej postępowych w powiecie wadowickim. Składały się na to oświata chłopów, energia miejscowej inteligencji, dostatek, a przede wszystkim rozgałęzione na wielką skalę czytelnictwo pism i książek. W takich warunkach każda dobra myśl padała na podatny grunt. Powstało wiele instytucji oświatowych i gospodarczych: czytelnia ludowa, teatr i chór włościański, kółko rolnicze, kasa Raiffeisena, spółka drenarska, straż ogniowa oraz koło Ligi pomocy przemysłowej. Specjalny komitet pod przewodnictwem Adama Rulińskiego krzątał się około zbierania funduszów, które do tego czasu przekroczyły już cyfrę 3500 koron.

W niedzielę 30 lipca 1911 roku komitet zwołał wiec oświatowy, którego celem było lepsze poinformowanie ogółu o wartości i znaczeniu Domu Ludowego oraz ufundowanie włościańskiego Sokoła. Zebrał się spory tłum. Zebranie zagaił Ruliński, po czym wybrano prezydium, do którego weszli poseł Styła, kierownik szkoły Ryłko i Putek. Referat wypowiedział profesor Białkowski, podnosząc przede wszystkim konieczność stworzenia ogniska dla lepszego rozwoju istniejących w gminie stowarzyszeń. O Sokole mówił Ruliński, poseł Styła poparł wywody referentów, zwracając uwagę na znaczenie oświaty jako czynnika podtrzymującego egzystencję narodową i ekonomiczną. Malata zachęcił do ofiarności, a Putek podkreślił znaczenie domu w walce z karczmą i ciemnotą. Natychmiast wpisało się do Sokoła około 40 osób, wielu dopisało się na członków komitetu budowy, kilku zadeklarowało znaczniejsze kwoty, a za przykładem Rokowskiego i Turały kilku zaoferowało bezpłatną robociznę.

Zaledwie tydzień później, 6 sierpnia 1911 roku, Komitet Budowy urządził kolejny festyn, podczas którego miejscowy teatr ludowy wystawił sztukę "Chłopi Arystokraci". Komitet zwracał się do mieszkańców Choczni, by przy każdej okoliczności pamiętali o składkach, a rodaków w Ameryce prosił o dalszą pamięć o wiosce rodzinnej, zachęcając do przesyłania datków pod adresem Adama Rulińskiego.

Luty 1912 roku przyniósł przełomową wiadomość – oprócz zebranych środków komitet posiadał już parcelę pod budowę, którą podarował Franciszek Malata. Nie wszyscy jednak patrzyli przychylnie na tę inicjatywę. Budowę Domu Ludowego z powodów politycznych zwalczał ksiądz wikariusz Franciszek Miśkowiec. Pomimo tego wsparcie napływało nadal, także zza oceanu. W 1912 roku w Ameryce złożyli datki: Józef Pawelak, Bronisława Ruła, Helena Ramenda, Klemens Sablik, Jan Fluder i Jan Matyjasik po jednym dolarze, Jan Łapka, Michał Graca, Józef Smukiewicz i Jan Naglik po dwa dolary, Franciszek Wcisło siedem dolarów, a Stanisław Moll pięćdziesiąt centów – razem 21 dolarów i 50 centów, czyli 106 koron austriackich. Skarbnik komitetu Maksymilian Malata i prezes Sokoła Adam Ruliński podziękowali za nie na łamach "Przyjaciela Ludu". Łapka, Graca, Fluder, Matyjasik, Naglik i Wcisło zostali przyjęci jako zagraniczni członkowie choczeńskiego Sokoła.

W styczniu 1913 roku Wydział Sokoła i Komitet Budowy złożyły specjalne podziękowania druhnowi Franciszkowi Wciśle, który aktywnie organizował zbiórki w Ameryce. Na gwiazdkę przesłał 16 koron: 6 od Karola Książka i po 5 od siebie oraz Jana Naglika jako członków zagranicznych Sokoła. W tym czasie trzy sale domu były już wybudowane.

Wybuch pierwszej wojny światowej spowolnił prace budowlane, ale nie zatrzymał ich całkowicie. W 1915 roku Kasa Raiffeisena podjęła uchwałę, że część czystego zysku zgodnie ze statutem przeznaczono na fundusz rezerwowy, resztę zaś, czyli dywidendę, w trzech czwartych przeznaczono na wykończenie Domu Ludowego w Choczni, a w jednej czwartej na poratowanie nieszczęśliwych ofiar wojny.

Rok 1917 przyniósł doniosłe wydarzenia. Zarząd miejscowego Kółka Rolniczego zwołał zebranie członków w celu uczczenia rocznicy zgonu Tadeusza Kościuszki. Obszerna sala Domu Ludowego zapełniła się ludem. Obrady zagaił Józef Putek okolicznościowym przemówieniem o znaczeniu Tadeusza Kościuszki, po czym zarząd Kółka złożył sprawozdanie z działalności Towarzystwa, które w tym roku kończyło 25-letni okres swojej pracy. Nad sprawozdaniem wywiązała się długa dyskusja, której głównym tematem była sprawa upamiętnienia rocznicy zgonu Tadeusza Kościuszki. Zabierali głos poseł Styła, wójt Malata, Ścigalski, Sordyl, Rokowski, Wójcik, Siwiec, Jurecki, Widlarz, Ruła i Mirowicz. Jednomyślnie uchwalono przystąpić do wykończenia przerwanej wojną budowy, a po jej zakończeniu nazwać dom "Domem Ludowym imienia Tadeusza Kościuszki". Wszyscy członkowie Kółka Rolniczego pobierający zasiłki za powołanych do służby wojskowej zobowiązali się składać co miesiąc pewien procent z kwoty zasiłkowej na fundusz budowy. Dom stał już wtedy pod dachem, składał się z ośmiu pomieszczeń, w tym jednej obszernej sali na zebrania ludowe. Planowano, że po wykończeniu budowy i zasadzeniu obok niej ogrodu, gmina, która posiadała wspaniały kościół i dwa okazałe budynki szkolne, zyska jeszcze czwarty stylowy budynek – żywy pomnik poświęcony Tadeuszowi Kościuszce, a zarazem pierwszy w okolicy Wadowic okazały Dom Ludowy.

wtorek, 26 maja 2026

Groźba rozruchów głodowych w Choczni w 1917 roku

 Wiosną 1917 roku, w czwartym roku wyniszczającej I wojny światowej, w galicyjskiej Choczni brakowało wszystkiego – chleba, mąki i ziemniaków, ale przede wszystkim nadziei. Zrozpaczeni mieszkańcy grozili rozruchami, uczciwi ludzie zapowiadali kradzieże, a lokalne władze, w obawie o własne życie, stawiały biurokracji dramatyczne ultimatum.

O tym wszystkim dowiedzieć się można z pisma, które naczelnik Gminy Chocznia Maksymilian Malata 27 kwietnia 1917 wysłał do Starostwa Powiatowego w Wadowicach. Dokument ten jest świadectwem nędzy i upadku, w jaki wojna wpędziła galicyjskich chłopów. Odsłania nie tylko braki żywności, ale i niesprawiedliwość społeczną oraz biurokratyczny paraliż państwa austriackiego.

Jak wynika z wymienionego wyżej pisma, w kwietniu 1917 roku sytuacja w Choczni wymknęła się spod kontroli. Do urzędu każdego dnia pukały liczne deputacje zdesperowanych mieszkańców, żądających jedzenia i wstrzymania bezlitosnych rekwizycji wojennych. Owe wizyty szybko przeradzały się w groźne demonstracje. Zdesperowane kobiety wprost zapowiedziały urzędnikom, że jeśli gmina nie dostarczy jedzenia, wezmą sprawy w swoje ręce – dokonają włamania do magazynów okręgowego stowarzyszenia rolniczego i rozgrabią zarekwirowane tam zboże. Wójt Malata w swoim raporcie podkreślał, że gróźb tych absolutnie nie można lekceważyć. Głód zniszczył podstawowe zasady moralne: ludzie uchodzący dotąd za uczciwych bez skrępowania przyznawali, że nocami będą kraść, by nie umrzeć z głodu. Prawo przestało odstraszać. Jak zauważył naczelnik: „areszt dla głodujących jawi się wręcz jako wybawienie i dobrodziejstwo”, bo gwarantuje jakikolwiek posiłek.

Chocznia znalazła się wówczas na skraju przepaści, ponieważ na 550 gospodarstw w gminie, aż trzy czwarte stanowiły majątki karłowate, o powierzchni zaledwie od ćwierci do trzech morgów. Nawet w czasach pokoju miejscowi chłopi nie byli w stanie wyżywić z nich swoich rodzin. Brakowało im własnej mąki – przed wojną każdego dnia z sąsiedniego miasta przyjeżdżały do Choczni trzy wozy z chlebem kupowanym przez mieszkańców z zarobków najemnych.

W 1917 roku chleb przestał docierać, a to, co udało się wyhodować, zostało brutalnie zarekwirowane przez żandarmerię i urzędników na polecenie Starostwa Powiatowego. Zabierano ostatnie zapasy. Jak pisał z niedowierzaniem naczelnik Malata: „obecnie są już gospodarstwa, w których nie ma ani kęsa chleba (...). Trzeba się więc dziwić, jak te warstwy ludności w ogóle mogą jeszcze żyć”.

Dokument pokazuje fasadowość i niesprawiedliwość państwowego systemu aprowizacji. Gminie przydzielono miesięczny kontyngent 63 cetnarów mąki, jednak były to tylko liczby na papierze. W marcu dostarczono zaledwie 15 cetnarów, a w kwietniu – ani jednego kilograma. Podobnie wyglądała sprawa z ziemniakami. Gmina wyliczyła niezbędne minimum na 10 wagonów. Sprawa była tak paląca, że na zebraniu Kasy Raiffeisena zdesperowani chłopi wysłali telegraficzny memoriał wprost do Ministerstwa Rolnictwa. Jaka była reakcja władz? Depesza informująca, że sprawę przekazano do Urzędu Żywnościowego w Wiedniu, gdzie dokument przeleżał miesiąc bez żadnej decyzji, podczas gdy w Choczni ponad 1000 osób nie miało w ustach ani jednego ziemniaka.

Wójt Malata ostro punktował również skład powiatowych komitetów aprowizacyjnych. Zamiast reprezentantów głodujących chłopów, zasiadali w nich wielcy posiadacze ziemscy, adwokaci, rzeźnicy i hurtownicy – ludzie, których naczelnik wprost określił mianem tych, którzy „zamiast zasiadać w tych komitetach, powinni tam siedzieć jako oskarżeni o lichwę”. Interesy wsi reprezentowali ewentualnie proboszczowie i organiści, którzy nie potrafili przeciwstawić się staroście.

Widząc bierność wyższych instancji i czując na plecach oddech zdesperowanego tłumu, zarząd gminy z wójtem Malatą na czele postawił wadowickiemu starostwu ostre ultimatum: jeśli władze nie dostarczą żywności, zarząd solidarnie złoży urząd. Urzędnicy otwarcie przyznali, że nie zamierzają ryzykować zdrowia, życia i własnych majątków w starciu z nadciągającymi rozruchami głodowymi.

Aby zapobiec tragedii, gmina sformułowała pięć żądań „ostatniej szansy”:

  • natychmiastowe dostarczenie 10 wagonów ziemniaków,
  • bezwzględne wstrzymanie rekwizycji żywności,
  • pozwolenie na rozdanie najbiedniejszym resztek zarekwirowanego już zboża (żyta, owsa i jęczmienia),
  • uregulowanie zaległego kontyngentu mąki (110 cetnarów),
  • powołanie do powiatowej komisji aprowizacyjnej prawdziwego reprezentanta małorolnych chłopów, wskazanego przez gminę.

Co ciekawe, treść pisma wójta Malaty dotarła nie tylko do adresata, czyli starostwa, ale także do ogółu ówczesnych posłów, ponieważ zostało ono zacytowane w interpelacji sejmowej z 25 września 1917, będącej przedmiotem obrad na 34. posiedzeniu Izby Poselskiej w Wiedniu. 

piątek, 22 maja 2026

Nieplanowane wydatki w budżetach gminnych 1867-1906

 

W latach 1867-1906 budżet Gminy Chocznia był narzędziem jednocześnie sztywnym i elastycznym. Choć musiał być formalnie uchwalany i ściśle przestrzegany, to w praktyce jednak wiele rzeczywistych potrzeb społecznych, religijnych i inwestycyjnych realizowano poza ramami przyjętego budżetu, pokrywając ich koszty z rezerwy budżetowej, funduszy celowych, specjalnych składek i ze zwiększonych realnych dochodów.

Najłatwiej było znaleźć pieniądze na sprawy związane z Kościołem. W 1867 roku Rada przeznaczyła 30 złotych reńskich na nowe organy. W 1872 upoważniła przełożonego gminy do zakupu oliwy, aby przed Najświętszym Sakramentem przez cały rok paliło się światło. W 1896 roku na instalację nowego proboszcza i połączony z nią odpust uchwalono 20 złr – głównie na proch do salwy honorowej i bramę triumfalną.

W tym samym roku zakupiono w Wadowicach zegar na wieżę kościelną (82,8 złr + 50 złr za naprawę i zawieszenie). W 1897 roku gmina zapłaciła 2,5 złr za krzyż misyjny, na który drewno dębowe podarował Jakub Sikora z żoną.

Zdarzało się też wykorzystanie funduszu budowy kościoła do finansowania inwestycji o charakterze pośrednio kościelnym. Ten największy wydatek pozabudżetowy (700 złr) dotyczył budowy murowanego mostu koło kościoła, który był niezbędny do dowozu materiałów na budowę świątyni.

Drugim największym wydatkiem, nie ujętym w budżecie, był zakup w 1885 roku pola od Szymona Guzdka w celu powiększenia miejscowego cmentarza. Środki znów wzięto z funduszu budowy kościoła, a później zwrócono je przez powszechną zbiórkę po 10 krajcarów od mieszkańca parafii.

Dużym polem wydatków pozabudżetowych były próby ujarzmienia Choczenki. Rzeka regularnie niszczyła pola i drogi, przynosząc jednocześnie żwir przydatny do ich naprawy.

  • W 1891 roku nowo wybrana rada postanowiła zbudować kilka jazów na rzece, by zatrzymać spływ żwiru i wykorzystać go na drogi gminne oraz budowę mostków,
  • W 1903 roku przeznaczono 199 koron na umocnienie brzegów Choczenki i jej regulację w rejonie szkoły (Zagroda Wróblówka),
  • W 1889 roku uchwalono budowę mostku i szkarpki na Dąbrowszczyźnie (15 metrów długości, 2 metry szerokości),
  • W latach 1897–1898 wielokrotnie budowano i naprawiano drewniane ławy (kładki) przez Choczenkę – m.in. przy Zadorze, przy szkole, przy Bylicy i koło Wojciecha Styły.

Konsekwentnie poza budżetem rozwijano ochronę przeciwpożarową - już w listopadzie 1876 roku Rada przeznaczyła 81,41 złr jako zaliczkę na sikawkę, którą ostatecznie zakupiono rok później. W czerwcu 1896 roku uchwalono zakup 14 nowych osęk, a 1900 roku drugą sikawkę.

Gmina wspierała również działalność oświatową i kulturalno-rolniczą. W 1892 roku Rada Gminna przeznaczyła 2 złr na bursę dla ubogich uczniów wadowickiego gimnazjum, od 1900 roku regularnie płaciła 4 korony rocznie na Towarzystwo Ogrodnicze w Wadowicach, a w 1904 roku przekazała 2 korony na Towarzystwo Oświaty Ludowej w Krakowie.

W ten sposób w Choczni realizowano prawdziwy budżet, który tylko częściowo pokrywał się z tym, co formalnie uchwalano w urzędzie. Był to typowy kompromis między biurokratycznym porządkiem a chłopskim rozsądkiem.




środa, 13 maja 2026

Kim był twórca ołtarza w Choczni?

Na stronie parafii choczeńskiej w zakładce historia można przeczytać: 

Kronika parafialna wzmiankuje, że w r.1787 na uroczystość odpustową św. Jana Chrzciciela wystawił -Jan Lewicki, stolarz polański, ołtarz nowy za cenę 500 złp.

Z innych źródeł wiadomo, że wymieniony wyżej barokowy ołtarz znajduje się obecnie w kaplicy pw. św. Małgorzaty w Kaczynie.

W świetle zapisu, na który powołuje się autor historii parafii, sprawa autorstwa ołtarza wydaje się jednoznacznie wyjaśniona. Właściwie należałoby ustalić tylko, z jaką Polanką powiązany był ów Jan Lewicki - czy chodziło o okoliczną Polankę Wielką, Polankę Haller, Polankę koło Myślenic, czy inną miejscowość noszącą tę popularną nazwę.

Tymczasem uważna lektura zapisu w Kronice Parafialnej nasuwa pewne wątpliwości. 

Zastanawia na przykład, dlaczego wzmianka z 1787 roku o wykonaniu ołtarza znalazła się między wcześniejszymi informacjami z 1805 roku i późniejszymi z 1808 roku, czyli nie została zachowana kolejność chronologiczna zapisów. W archiwalnych materiałach z Choczni takie niekonsekwencje jednak zdarzają się, na przykład w Księgach Sądowych pewnych notatek dokonywano po prostu w wolnym miejscu, nie przejmując się kolejnością.

Sprzeczność można odkryć dopiero w kompletnym zapisie o obchodach święta patrona parafii w 1787 roku, który brzmi:

Na to święto wystawił ołtarz nowy Jan Lewicki ku chwale Pana stolarz Polański, który  z pobożności zapłacił Jaśnie Wielmożny Wincenty Bobrowski, kolator łaskawy, wyliczywszy reńskich 500.

I nie chodzi tu o to, że Lewicki otrzymał 500 złotych reńskich, a nie polskich, czyli 4 razy więcej. To po prostu błąd, czy nieuważność.

Sprzeczność tkwi natomiast w zestawieniu daty 1787 i osoby kolatora Wincentego Bobrowskiego.

W 1787 roku Bobrowski nie miał nic wspólnego z Chocznią, z wyjątkiem osoby swojego wuja Jana Biberstein Starowieyskiego, ówczesnego właściciela wsi i kolatora, czyli osoby mającej wpływ na obsadę probostwa.

Jeżeli więc Lewicki otrzymał 500 złotych reńskich od Bobrowskiego, to nie mogło stać się to w 1787 roku.

Powiększenie zeskanowanej strony z Kroniki Parafialnej pozwala zauważyć, że na pierwszych dwóch cyfrach z daty rocznej 1787 znajduje się jakby plama lub kleks z atramentu, trzecia cyfra (8) sprawia wrażenie przerabianej/poprawianej, a pewna jest tylko ostatnia cyfra (7). Wygląda to tak, jakby autor zapisu próbował przekreślić pierwsze dwie cyfry i zmienić trzecią z 8 na 0. To sugeruje, że prawdopodobnie chodzi tu o datę 1807, a nie 1787, która jest zgodna chronologicznie z wcześniejszymi i późniejszymi wzmiankami oraz nie budzi wątpliwości co do osoby kolatora - hrabia Wincenty Bobrowski w 1807 roku był następcą wuja jako właściciel wsi i kolator.

Oczywiście bardziej logiczne jest, że nowy ołtarz zamówiono po wybudowaniu nowego kościoła, czyli w 1807 roku, a nie w 1787 roku, gdy poprzedni kościół chwile świetności miał za sobą i należało myśleć o budowie nowej świątyni, a nie inwestycjach w ołtarz.

Dokładnego przyjrzenia się wymaga także nazwisko twórcy ołtarza. Dokonujący zapisów ks. proboszcz Majeranowski zapisywał tak samo L i Ł, więc mogło równie dobrze chodzić o Łewickiego. Kolejne litery po L lub Ł zapisane są niewyraźnie, ale moim zdaniem drugą literą z pewnością nie jest e. Gdyby przeanalizować charakter pisma ks. Majeranowskiego, to zamiast "e" zapisał on "a".

Mamy więc Jana Ławickiego, a nie Lewickiego, co wiele zmienia.

O ile w żadnym znanym mi zapisie metrykalnym nie występuje Jan Lewicki powiązany z jakąkolwiek Polanką, to przy Janie Ławickim mamy "trafienie".

Otóż w 1801 roku 41-letni stolarz i kawaler Jan Ławicki poślubił w Polance Wielkiej Agnieszkę z Dobrowolskich, a w 1803 roku ochrzcił tamże syna Walentego.

Istniał w takim razie Jan Ławicki, stolarz polański (mieszkaniec Polanki Wielkiej w 1803 roku), który w 1807 roku mógł zainkasować 500 złr. za wykonanie ołtarza dla nowego kościoła w Choczni.

Co ciekawe, istnieje także kolejny dowód na powiązanie z Chocznią Jana Ławickiego, a nie Jana Lewickiego. W pierwszej Księdze Zmarłych z lat 1784-1839 odnotowano, że 22 lipca 1830 zmarł w Choczni 75-letni arcularius (cieśla/stolarz) Jan Ławicki, mieszkaniec środkowej części wsi (przy obecnej ul. Głównej) i wdowiec.

To nie może być przypadek, autor ołtarza dla kościoła w Choczni najprawdopodobniej mieszkał pod koniec życia właśnie w tej miejscowości.

Oczywiście pozostają małe wątpliwości - nie zgadza się się data urodzenia obliczona według metryk z Polanki (1760) i z Choczni (1755), ale to w tamtych czasach niemal norma - w metrykach zgonów podawano wtedy bardzo przybliżony wiek, dlatego bardziej prawdopodobna wydaje się roczna data urodzenia około 1760 roku.

Niestety w metrykach z Polanki Wielkiej nie znalazłem żadnego Jana Ławickiego, ani osoby nazywającej się podobnie, która urodziłaby się około 1760 roku, ani w całym XVIII wieku.

Miejsce urodzenia polańskiego twórcy ołtarza w Choczni (obecnie w Kaczynie) pozostaje nieznane.

Ponieważ ołtarz Ławickiego wykazuje duże walory artystyczne, to biorąc pod uwagę jego późne miejsce zamieszkania, można go zaliczyć do grona twórców powiązanych z Chocznią.




wtorek, 5 maja 2026

Opowieści choczeńskie - Kozatrap cz. II

 Dziesięć lat temu na blogu pojawiła się humorystyczna opowieść o Kozatrapie z Choczni, wówczas żebraku przed klasztorem oo. karmelitów w Wadowicach - patrz tu.

Okazuje się, że historia Kozatrapa stała się sławna nie tylko w Galicji, ale dotarała nawet do Wielkopolski, a jej bohater był kimś w rodzaju ówczesnego celebryty.

Publikacje o Kozatrapie różniły się w szczegółach, ale zarys opowieści był ten sam - dziwaczny i wiekowy żebrak z Choczni zabiega o względy młodej dziewczyny, która pozornie zgadza się zostać jego żoną, po to tylko, by okraść niedoszłego małżonka i uciec z pieniędzmi do Ameryki.

W krakowskich "Nowinach" z lipca 1911 roku opowieść o Kozatrapie przedstawiono w dwóch częściach. Najpierw, w wydaniu z 27 lipca, zaprezentowano ją w wersji skróconej:

Niejaki Koza, 70-letni żebrak, zakochał się w 18-letniej Julci; dali na zapowiedzi, a szczęśliwy narzeczony, będąc pewny wzajemności, dał Julci do przechowania 700 kor. i książeczkę Kasy Oszczędnościowej na 2000 koron, z któremi Juleczka ulotniła się do Ameryki, nie czekając ślubu. Poszukiwania żan­darmeryi za Julcią bez skutku.

W kolejnym numerze, z 28 lipca dodano dalsze szczegóły:

Z Wadowic. 

W sprawie żałośliwo wesołej historyi o mądrej Julci i dziadku „Kozatrap“ zwanym, donosi nam nasz korespondent jeszcze: 

Ów dziad nazywał się właściwie Cibor, ale zowią go powszechnie „trap kozą“ lub dziadem z kozią brodą. Był on już dwa razy żonaty, ale obie żony mu zmarły. Cibor jako znajda chował się w Choczni u jednego gospodarza i został przezeń adoptowany. Po śmierci drugiej połowicy „Kozatrap“ mimo że miał 4000 koron „uszparowanych“, postanowił zostać „dziadem“ i jął siadywać na schodach klasztoru karmelickiego. Tam na tych to świątobliwych schodach zapoznał się z Julcią Śliwa, z Jaroszowic rodem służącą, która była pobożną, że nawet do klasztoru wstąpić zamierzała, czy też pono nawet już przez rok próbowała klasztornego chlebusia, ale straciła doń gust. Otóż ta pobożna Julcia zdobyła sobie serce dziada i miała zań wyjść, tylko że ks. proboszcz wadowicki długo wzdragał się ogłosić zapowiedzi takiej osobliwej pary. Wreszcie jednak proboszcz dał się uprosić; wyszły dwie zapowiedzi, ale tymczasem pobożna Julcia, otrzymawszy od dziada sporą sumkę pieniędzy do przechowania, czmychnęła do Ameryki. A dziad lamentuje na schodach świątobliwie:

Był se dziaduś z kozią brodom

Fciał se dziewke pojąć młodom!

Dziaduś krzepki, dziaduś zdrowy, 

U dziadusia chlib gotowy,

Ale dziewka, rety rety! 

Dobira sie do kalety! 

Oj, świsnęła mu korony, 

A bodajże jom pierony! 

Dziaduś brode se wydziera, 

A bodajże jom cholera! 

Kiej nie fciała mej miłości, 

A bodajże jom wciorności,

Oj, to babskie złe nasienie, 

Z niego tylko utrapienie! 

Cyli młoda cyli stara,

 Każda cygani psiawiara!

Tak sobie dziad wyśpiewuje, siedzący na schodach klasztornych, a ludzie z niego jeszcze się śmieją. Taki ten świat zepsuty!

Szczegóły życiorysu podane w historiach o Kozatrapie pozwalają zidentyfikować go jako Andrzeja Cibora, urodzonego w Choczni 29 października 1838, jako syn wdowy Tekli Woźniak z domu Cibor. Czyli w 1911 roku miał 73 lata. W rzeczywistości był trzykrotnie żonaty: z Anną z domu Zając, Marią z domu Adamaszek i Franciszką z domu Płonka. Zmarł 8 lat po tym, jak stał się powszchnie znany - 31 grudnia 1919. 2 stycznia 1920 spoczął na cmentarzu w Wadowicach.

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Esesmani i członkowie NSDAP z Choczni

 W archiwach niemieckich, które po II wojnie światowej przejęła armia amerykańska, udało się między innymi odnaleźć informacje o członkach NSDAP i esesmanach mieszkających w Choczni. Nie byli to przedstawiciele ludności polskiej, lecz osiadli we wsi Niemcy.

NSDAP, czyli Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników, była organizacją kierowaną przez Adolfa Hitlera, odpowiedzialną za ustanowienie w Nimeczech faszystowskiej dyktatury i wywołanie II wojny światowej. Po wojnie, we wrześniu 1945 roku, NSDAP została zdelegalizowana. Wcześniej cieszyła się dużym poparciem, w 1944 roku należało do niej około 8,5 miliona Niemców.

Jeżeli chodzi o niemieckich mieszkańców Choczni, to członkami NSDAP byli:

  • Herta Kaiser, urodzona w 1912 roku w Bremie, z zawodu urzędniczka, która została przyjęta do tej partii 1 października 1941,
  • Josef Rebsteck, urodzony w 1906 roku w miejscowości Swina (?), starszy wachmistrz na posterunku żandarmerii w Choczni, przyjęty do partii 1 marca 1940.
Kaiser była mieszkanką Choczni od grudnia 1942 roku, a Rebsteck został przeniesiony na miejscową placówkę w lipcu 1943 roku, wcześniej krótko służył w Mikoszowicach, przez 3 lata w Komorowicach i gdzie przybył z Seewisen w Bawarii.

Ich powojenne losy nie są mi znane.

----
O tym, że Josef Stadler był esesmanem, dowiedzieć się można z listu jego choczeńskiej narzeczonej.
Niejaka Pauline Buchinger, zamieszkała w Choczni pod nr 698, 10 kwietnia 1941 zwróciła się do 2. Pułku Kawalerii SS w Kielcach o udzielenie urlopu żołnierzowi tej jednostki - SS-Sturmannowi (czyli starszemu szeregowemu) Josefowi Stadlerowi. Swoją prośbę motywowała w sposób następujący:

Dnia 10.12.1940 moja matka, wdowa Katharina Buchinger, została osiedlona w gminie Chocznia na obszarze rolnym o powierzchni 10,77 ha. Jako jedyna córka jestem zmuszona przejąć gospodarstwo mojej 57-letniej matki. Poza jednym parobkiem nie mamy żadnej męskiej siły do wykonywania prac rolniczych. Już tegoroczne wiosenne siewy stoją pod znakiem zapytania.

Mój narzeczony Josef Stadler jest również przesiedleńcem i rolnikiem. Jeśli otrzyma urlop, chcemy natychmiast wziąć ślub, a przejęcie przez niego gospodarstwa zapewniłoby jego należytą uprawę. Ponadto dałoby to mojemu narzeczonemu i mnie możliwość zbudowania bezpiecznej egzystencji już teraz.

6 dni później panna Buchinger otrzymała odpowiedź:

W nawiązaniu do Pani pisma z dnia 10.4.41, 2. Szwadron 2. Pułku Kawalerii SS informuje, że urlopowanie SS-Stm. Stadlera jest w chwili obecnej niemożliwe.

Pauline Buchinger nie dała jednak za wygraną i niemal rok później - 3 lutego 1942 - z inaczej umotywowaną prośbą zwróciła się do Pełnomocnika Komisarza Rzeszy ds. Umacniania Niemczyzny w Katowicach.
Tym razem zwróciła sie o 2-3 miesięczny urlop dla walczącego na froncie wschodnim Stadlera i przedstawiła jego wojenne losy.
Jej narzeczony w styczniu 1940 roku opuścił swoją dotychczasową miejscowość Neu Misun koło Doliny (powiat Stanisławów) – to dzisiejsza Dolina na Ukrainie. Wraz z wieloma innymi przesiedleńcami przybył do „Starej Rzeszy” (Altreich). Obiecano mu tam gospodarstwo, jednak musiał długo czekać na przydział w obozie przejściowym. Z tego powodu – aby „przeczekać” ten czas – zgłosił się na ochotnika do służby w formacjach SS (Sturmabteilung), w której służy już od 2 lat. W końcu przyznano mu upragnione gospodarstwo w Choczni koło Wadowic, ale jak zaznacza Pauline, musi on odebrać je osobiście. Pauline i Josef chcą wziąć ślub podczas tego urlopu. Po jego zakończeniu Josef wróciłby do służby, a Pauline prowadziłaby gospodarstwo wraz z jego matką (swoją teściową), która również nie otrzymała dotąd własnego przydziału.
Niestety odpowiedź na drugie pismo nie zachowała się.
----
Kolejnym esesmanem powiązanym z Chocznią był Anton Erl, urodzony w 1915 roku w Augustendorf na Bukowinie (dziś Банилів-Підгірний pod Czerniowcami, Ukraina). 9 kwietnia 1942 pojawia się on w meldunku dowódcy 1. Szwadronu 1. Pułku Kawalerii SS w Kielcach, jako nowo przyjęty członek oddziału, przesunięty z 2. Szwadronu Zapasowego Kawalerii SS w Chełmie. Podano, że jest rolnikiem z Chotschni Kreis Bielitz,  a jego ojciec Lorenz Erl mieszka tam pod nr 2057.

czwartek, 23 kwietnia 2026

Spichlerz gromadzki w Choczni

 Pierwsze spichlerze gromadzkie w Galicji powstawały pod koniec XVIII wieku. Ich celem było gromadzenie w każdej gminie zapasów zboża na wypadek nieurodzaju i głodu. Wszyscy gospodarze z gminy byli zobowiązani dostarczyć do nich pewną ilość zboża z własnych zbiorów, a zebrany zapas po przechowaniu przez zimę był wypożyczany wiosną pod zasiew, z obowiązkiem oddania jesienią z pewnym procentowym dodatkiem. Początkowo spichlerze gminne usiłowano wprowadzić przymusowo przez Dekrety Kancelarii Nadwornej z 22 lipca 1788 i 26 września 1806, ale rozporządzeniem z 23 lipca 1821 zakazano takich posunięć. 

Nie jest znana data utworzenia spichlerza gromadzkiego w Choczni, a pierwsza wzmianka na temat jego istnienia pochodzi dopiero z 1867 roku, gdy na jego prowizorów (nadzorców) wybrano radnych Franciszka Cibora i Jana Woźniaka. Odpowiadali oni za właściwe gospodarowanie zbożem i prowadzenie rachunków. 

Spichlerz odgrywał wtedy ważną rolę w finansach gminy, czyli jego funkcja odbiegała od pierwotnie założonej. Gdy w projekcie gminnego budżetu na 1868 rok wydatki (nieco ponad 1461 złr.) znacznie przewyższały dochody gminy (zaledwie nieco ponad 313 złr.), to niedobór planowano pokryć m.in. sprzedażą 20 korcy żyta ze spichlerza (po 9 złr. za korzec). W praktyce sprzedaż części zapasów mogła więc całkowicie zrównoważyć budżet bez dodatkowego obciążania mieszkańców. Podana wyżej suma wydatków była tak wysoka głównie dlatego, że wójt Józef Czapik zamierzał wybudować drewniany budynek gminny, w którym mieściłby się dwuizbowy areszt, dwuizbowa kancelaria, dwuizbowy szpital i spichlerz gromadzki.  Ostatecznie do tej inwestycji nie doszło, ale nadwyżki zapasów ziarna ze spichrza gromadzkiego użyto rzeczywiście w 1868 roku, by pokryć deficyt budżetu z poprzedniego roku. Radni postanowili sprzedać wówczas ze spichlerza gminnego 25 korcy żyta i 12 korcy owsa , co nie uszczupliło zbytnio jego stanu, obejmującego 100 korcy żyta i 162 korce owsa. 

Z kolei budżet na 1871 rok przewidywał dochód ze sprzedaży żyta ze spichrza w kwocie 80 złr. (16 korcy po 5 złr.) oraz owsa 48 złr. (16 korcy po 3 złr.). 

Przełomowym momentem w historii spichrza był rok 1876, kiedy to zrezygnowano z pobierania zboża do spichrza gromadzkiego i wprowadzono zamiast tego opłaty pieniężne. Ustalono, że odpowiednikiem korca żyta miało być 5 złr., a korca owsa 2 złr. 50 centów. 

Ta modernizacja zarządzania miała daleko idące konsekwencje – spichlerz przekształcił się z magazynu zbożowego w fundusz pieniężny, pełniący funkcję kasy zapomogowo-pożyczkowej gminy.

Począwszy od 1876 roku fundusz spichlerza stał się źródłem pożyczek dla mieszkańców. Początkowo ich oprocentowanie wynosiło 12%, w 1879 roku obniżono je do 8% , a w 1897 do 5% , co świadczy o coraz bardziej społecznej funkcji funduszu.

Nie brakowało jednak problemów z niespłaconymi zobowiązaniami. W 1877 roku rada postanowiła wytoczyć proces byłemu wójtowi Franciszkowi Guzdkowi, który nie był w stanie 

rozliczyć się z pieniędzy złożonych w spichrzu gminnym – chodziło o kwotę 245 florenów 99 centów, którą zobowiązał się zwrócić do końca roku. Ponieważ jednak tego nie uczynił oraz nie  przedstawił dostatecznych rachunków ze spichrza za okres 1873-75, to radni uznali, że Guzdek sprzeniewierzył się w zarządzaniu funduszem spichrza gminnego i użył brakujących środków na własny cel. 

Oprócz indywidualnych pożyczek fundusz spichrza nadal finansował ważne inwestycje we wsi. 17 marca 1878 roku naczelnik gminy Józef Cap został uprawniony do wydania 200 złotych reńskich z funduszu spichrza gminnego na budowę szkoły w części górnej wsi , a w 1902 roku, gdy Rada Szkolna Okręgowa w Wadowicach wydała rozporządzenie w sprawie kupna gruntu pod budowę szkoły, Rada Gminna postanowiła zwrócić probostwu kwotę 420 koron za zakupiony teren właśnie ze środków funduszu spichlerza gminnego, zgromadzonych na książeczce oszczędnościowej w Kasie Oszczędności w Wadowicach. 

Fundusz spichlerza pełnił również funkcję socjalną. Na przykład w 1878 roku gmina nie ściągała pożyczki ze spichrza gminnego od popadłej w biedę rodziny po zmarłym Józefie Romańczyku Czulu. 

Lokalizacja spichlerza nie jest niestety znana. Pod koniec 1873 roku radny Józef Cap wnioskował o zamianę wykorzystywanego w tym celu budynku na areszt i schronienie dla biednych oraz chorych, a nowy budynek spichrza postulował postawić gdzieś bliżej szkoły i rzeki.  25 marca 1876 radni postanowili rozebrać spichlerz gminny, a uzyskane z niego materiały budowlane użyć na powiększenie szkoły. Wystąpiono do Rady Powiatowej o wykreślenie spichrza z rejestru majątku gminy (inwentarza). 

Decyzja ta była logiczną konsekwencją przekształcenia spichrza zbożowego w fundusz pieniężny – skoro nie przechowywano już ziarna, osobny budynek magazynowy stał się zbędny.

Stan funduszu na koniec 1888 roku wynosił 626 złr. 97 ct., co świadczy o jego stabilności i znaczeniu dla gospodarki gminy. 

Pod koniec XIX i na początku XX wieku narosły znaczne zaległości wobec funduszu spichrza. Rada Gminna była zmuszona podejmować trudne decyzje dotyczące egzekucji długów lub ich umorzenia. W 1902 roku radni uchwalili politykę zachęt dla dłużników: obniżenie zobowiązań wobec spichlerza gminnego o połowę, gdy spłacą je od razu, lub o 1/4, gdy będą spłacać je w ratach.  Był to kompromis między potrzebą odzyskania środków a realną oceną możliwości płatniczych mieszkańców. W grudniu 1904 roku częściowo lub całkowicie darowano długi kilku mieszkańcom, biorąc pod uwagę ich trudną sytuację majątkową:

Michałowi Woźniakowi: 66,68 koron (całość) 

Franciszkowi Dąbrowskiemu: umorzono 82,3 k, zobowiązał się zapłacić 80 k,

Janowi Bandole: umorzono połowę z 56 k,

Walentemu Frysiowi: umorzono 21,09 k, zadeklarował zapłatę 20 k,

Janowi Bryndzy: umorzono 54,95 k, miał zapłacić tylko 16 k,

Janowi Stuglikowi: umorzono 54,84 k, miał zapłacić 25 k,

Janowi i Alojzemu Bąkom: umorzono 31,24 k, mieli zapłacić 18,6 k,

Janowi Wojtale: umorzono 80,64 k, zobowiązał się zapłacić 40 k,

Wojciechowi Rokowskiemu: umorzono 13,84 k, spłacił 20 k i miał jeszcze spłacić 30 koron.

Bartłomiej Wronka i Piotr Michalik, którzy zalegali z kwotą 135,51 k i oświadczyli, że nic nie będą spłacać. Radny Czapik zaproponował, by oddać ich pod sąd, ale radni odłożyli decyzję. 

19 marca 1905 radni darowali kolejne zaległości w składkach do spichlerza:

Spadkobiercom Wojciecha Kobiałki: 69,04 k,

Józefowi Bylicy i Cholewie: 244,21 k,

Annie Targosz, Teresie Szczur i Józefowi Szczurowi: 165,98 koron.

Wstrzymano się z decyzją wobec Jana Mirowicza (20,16 k), natomiast Piotrowi Michalikowi, Bartłomiejowi Wronce i Franciszkowi Dąbrowskiemu postanowiono wytoczyć sprawę sądową. 

Spichlerz gromadzki w Choczni przestał istnieć prawdopodobnie w pierwszych dekadach XX wieku, wraz z przekształceniami ustrojowymi i rozwojem nowoczesnych instytucji finansowych. Pozostawił jednak trwały ślad w dokumentach, jako ważny element lokalnego systemu wzajemnej pomocy i samorządności.


piątek, 17 kwietnia 2026

Gmina kontra Kościół. Spór o własność w latach 1882-1885

 Do sporu o to, czyją własnością jest budynek kościoła w Choczni, kaplica św. Jana Nepomucena, czy też cmentarz, doszło na długo przed tym, nim władzę w choczeńskiej gminie objął znany z antykleryklanych poglądów Józef Putek.

W Księdze Protokołów Posiedzeń Gromadzkich zachował się zapis konfliktu, który pokazuje, jak skomplikowane były relacje między miejscową gminą, a Kościołem pod koniec XIX wieku. Sprawa dotyczyła kilku parcel – w tym tych, na których stał kościół i cmentarz – i przez dwa lata budziła ogromne emocje wśród radnych.

2 listopada 1883 roku gmina Chocznia otrzymała pismo z c.k. Starostwa w Wadowicach. Urzędnicy domagali się, by Rada Gminna wypowiedziała się w sprawie wykreślenia z księgi hipotecznej kilku parcel zapisanych jako własność gminy i uznania ich za własność kościelną.

Chodziło o:

  • parcelę budowlaną nr 445 – kościół,
  • parcelę nr 447 – trupiarnię (magazyn kościelny),
  • parcelę nr 458 – kaplicę św. Jana Nepomucena,
  • parcelę nr 5885 – cmentarz pogrzebowy,
  • parcelę nr 5886 – fosę przy cmentarzu,
  • parcelę nr 5894 – plac wokół kościoła (dawny cmentarz),

Dla ówczesnego wójta, Józefa Czapika, sprawa była delikatna. Z jednej strony uważał za powód do chluby, że „święte miejsca” są wpisane jako własność gminy. Z drugiej – jako katolik nie chciał występować przeciwko Kościołowi. Skłaniał się więc ku wykreśleniu tych gruntów z majątku gminnego i przekazaniu ich Kościołowi.

Jednak nie wszyscy radni podzielali to stanowisko. Głos sprzeciwu zabrał radny Józef Guzdek. Na jego wniosek Rada Gminna jednogłośnie przyjęła uchwałę, w której odmówiła zrzeczenia się praw do spornej własności. Argumentacja była ciekawa, ponieważ radni twierdzili, że:

  • kościół, kaplice i cmentarz od zawsze były utrzymywane przez gminę,
  • to mieszkańcy – jako „zgromadzenie wszystkich prawowiernych chrześcijan w Choczni” - tworzą „żywy Kościół”,
  • wymienione parcele nigdy nie należały do majątku plebańskiego ani go nie powiększały.

W praktyce oznaczało to, że gmina utożsamiała wspólnotę religijną z samą sobą. Skoro to mieszkańcy budowali, remontowali i utrzymywali świątynię oraz cmentarz, to – w ich ocenie – mieli pełne prawo pozostawać właścicielem gruntów.

Równolegle toczył się drugi konflikt – o zespół drobnych parcel koło szkoły, tworzących tzw. „Zagrodę Wróblowską”.

Poprzednia Rada Gminna, reprezentowana przez wójta Szymona Pietruszkę, asesora Walentego Szczura i radnego Wojciecha Czapika w grudniu 1882 roku zadeklarowała w starostwie, że grunty te zostały darowane przez Annę Wróblowską na budowę szkoły i powinny zostać zaintabulowane na rzecz funduszu szkolnego.

 Nowa Rada w 1883 roku zakwestionowała tę wersję wydarzeń. Twierdzono, że:

  • pierwotnie Antoni Wróblowski zapisał majątek ustnie na rzecz kościoła,
  • następnie kościół odstąpił go gminie kontraktem,
  • gmina zobowiązała się jedynie wydzielić pół morga pod budynki szkolne,
  • nigdy nie oddała całej zagrody ani nie zrzekła się praw do pozostałych parcel.

Aby unieważnić deklarację z 1882 roku, radni użyli mocnych argumentów:

  • zarzucili poprzednikom nieznajomość ustawy gminnej z 1866 roku,
  • nazwali ich „młodymi ludźmi”, którzy nie znali prawdziwego stanu rzeczy,
  • zasugerowali nawet, że część podpisów mogła być sfałszowana.

Była to wyraźna próba całkowitego podważenia mocy prawnej wcześniejszych zobowiązań podjętych przez Pietruszkę, Szczura i Czapika.

Dwa lata później sytuacja uległa zasadniczej zmianie - 18 stycznia 1885 roku Rada Gminna Choczni zrzekła się praw własności do parcel, na których stały: kościół, trupiarnia (magazyn kościelny), kaplica św. Jana Nepomucena, cmentarz przy kaplicy św. Anny, plac i fosa wokół kościoła.

Uczyniono to „dla uczczenia miejsc świętych”, przekazując je na rzecz rzymskokatolickiego kościoła parafialnego.

Jednocześnie Rada stwierdziła, że wcześniejsze wpisanie tych gruntów jako własności gminnej nie było skutkiem deklaracji wójta Pietruszki i pozostałych dwóch delegatów gminy, lacz omyłką geometry (mierniczego) przy sporządzaniu ksiąg hipotecznych.

To eleganckie rozwiązanie pozwoliło wycofać się z wcześniejszego, konfrontacyjnego stanowiska bez utraty twarzy. Zamiast przyznać się do zmiany decyzji, wskazano na błąd techniczny.

Natomiast własnością gminną pozostała Zagroda Wróblowska, którą dzierżawił od 1880 roku Piotr Kolber za czynsz w wysokości 32,5 złotego reńskiego rocznie.


piątek, 10 kwietnia 2026

Śp. Henryk Ramęda

 Dziś o 11.00 w kościele pod wezwaniem św. Jana Bosko w Szczecinie zostanie odprawiona msza pogrzebowa śp. Henryka Ramędy, po której Zmarły zostanie odprowadzony do miejsca spoczynku na Cmentarzu Centralnym.


Henryk Andrzej Ramęda (18.01.1942 - 03.04.2026) był człowiekiem wielu talentów - marynarzem przemierzającym oceany, fachowcem w dziedzinie bezpieczeństwa morskiego, działaczem społecznym i politycznym, a także poetą z duszą romantyka. Pozostanie w pamięci jako Chocznianin, który przemierzał świat, nie zapominając o swoich korzeniach.

Urodził się w okupowanej przez Niemców Choczni jako syn Jana Ramendy i jego żony Marii z Guzdków. W latach 1949-56 uczęszczał do choczeńskiej szkoły podstawowej, a swoje wspomnienia z tego czasu przedstawił czytelnikom bloga Chocznia kiedyś w 2016 roku - link.

Po uzyskaniu podstaw edukacji kontynuował naukę w wadowickim Liceum Ogólnokształcącym, które ukończył maturą w 1960 roku. Czuł się z tą szkołą związany przez całe życie, o czym świadczy jego aktywność w stowarzyszeniu absolwentów.

W roku akademickim 1960/61 podjął studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Ciekawość świata skierowała go jednak na morze - w 1962 roku wstąpił do Państwowej Szkoły Rybołówstwa Morskiego w Gdyni.

Jego kariera morska była imponująca: pracował jako oficer mechanik w Przedsiębiorstwie Połowów Dalekomorskich i Usług Rybackich „Odra" w Świnoujściu, następnie w latach 1973-78 był pracownikiem naukowo-technicznym oraz oficerem dydaktycznym na statku szkolnym szczecińskiej Wyższej Szkoły Morskiej. Jednocześnie studiował zaocznie, uzyskując w 1979 roku na Wyższej Szkole Morskiej w Szczecinie dyplomy inżyniera mechanika okrętowego i starszego oficera mechanika.

Od 1978 do 1986 pracował w Polskiej Żegludze Bałtyckiej w Kołobrzegu, później przez kilka lat pływał u obcych armatorów.

W 1992 roku osiadł na stałe na lądzie, nie tracąc jednak kontaktu z żeglugą. Został kierownikiem Zespołu ds. Współpracy z Międzynarodowymi Organizacjami Morskimi w Urzędzie Morskim w Szczecinie (1993-96 jako główny specjalista ds. IMO). Później przeszedł do firmy armatorskiej Euroafrica, gdzie został pełnomocnikiem zarządu ds. systemów zarządzania bezpieczeństwem i jakością.

W 2000 roku został wpisany na listę ekspertów IMO (Międzynarodowej Organizacji Morskiej). W latach 2001-04 był inspektorem państwa bandery Malty, St. Vincent i Belize. W 2005 otrzymał rekomendację Związku Armatorów Polskich na stanowisko podsekretarza stanu ds. gospodarki morskiej. Od czerwca 2006 do marca 2007 pełnił funkcję dyrektora ds. Inspekcji Morskiej w Urzędzie Morskim w Szczecinie, gdzie zorganizował sympozjum uzasadniające lokalizację gazoportu LNG w Świnoujściu. Od 2008 roku był zastępcą dyrektora ds. inspekcji morskich w UM.

W okresie PRL angażował się w kolportaż wydawnictw emigracyjnych, które ze Szczecina przywoził w rejon Wadowic. Po 1989 roku aktywnie uczestniczył w transformacji politycznej - kandydował w wyborach sejmowych w 1997 roku z listy Unii Wolności oraz do rady miasta w Szczecinie w 2002 roku. W 2010 roku był członkiem Szczecińskiego Społecznego Komitetu Poparcia Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich.

Jeżeli chodzi o jego działalność związkową, to należy wspomnieć o jego aktywnym członkostwie w Stowarzyszeniu Starszych Mechaników Morskich, Towarzystwie Okrętowców Polskich Korab oraz o roli jaką odegrał w powołaniu Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Okrętowych Służb Technicznych. Był także współredaktorem dwumiesięcznika dla marynarzy "Stella Maris", a później "Naszego Morza".

Henryk Ramęda był nie tylko wybitnym fachowcem od spraw morskich, ale także utalentowanym literatem. Jego prace fachowe obejmują:

- książkę "System zarządzania bezpieczeństwem" (1998)

- książkę "Zarządzanie bezpieczeństwem statku" (2009)

- liczne artykuły w czasopismach "Budwonctwo Okrętowe", "Nasze Morze" i "Safety at Sea International".

Jako poeta i prozaik opublikował:

- "Zapiski marynarza" (opowiadania, 2001)

- "Przebudzenie serca" (wybór wierszy, 2006; wyd. 2 poprawione i uzupełnione, 2018)

- wiersze i opowiadania w czasopismach: "Stella Maris", "Niedziela", "Peryskop" i "Przebudzenie" (Wadowice). B

Był także autorem "Słowa na pięćdziesięciolecie kapłaństwa Księdza Edwarda Stańka" w III części książki "Być jak Chrystus".

Choć życie zawodowe związało go ze Szczecinem, Henryk Ramęda nie zapomniał o swoich korzeniach. W 1999 roku zamieścił na łamach "Wadovian" wspomnienie o Gustawie Studnickim, później na stronie stowarzyszenia absolwentów artykuł o ks. Zacherze i Janie Pawle II, a w 2017 roku w żywieckich "Groniach" - "Balladę o Józku Wróblu z Choczni, poecie i muzyku".

Ze związku małżeńskiego z Marią z Dąbrowskich (nauczycielką, również pochodzącą z Choczni, zmarłą w 2011 roku) miał dwoje dzieci: syna Arkadiusza Ramędę (dr ekonomii, radcę w Ministerstwie Finansów RP) i córkę Joannę Ramęda-Pilip (notariusza).

O zmarłym Henryku Ramędzie przeczytać można również w książce Marii Biel-Pająk i Agnieszki Jusińskiej "Dotknięci iskrą Bożą".