poniedziałek, 11 kwietnia 2022

Chocznianie w rejestrze mieszkańców Frydrychowic 1956-1964

 Osoby urodzone w Choczni, które zostały ujęte w rejestrze mieszkańców Frydrychowic (domy nr 1-133) z lat 1956-1964:

  • Aleksander Burzej (ur. 1902), syn Antoniego i Anny, rolnik, od 1928 roku mieszkaniec F. (w rejestrze wraz z żoną Wiktorią i rodziną córki),
  • Józefa Szatan (ur. 1935), później Żak, córka Józefa i Anny, pomoc domowa, od 1945 roku mieszkanka F. (w rejestrze wraz z rodzicami i rodzeństwem),
  • Franciszek Góra (ur. 1910), syn Jana i Honoraty, rolnik, od 1928 roku mieszkaniec F. (w rejestrze wraz z żoną Janiną i dwójką dzieci),
  • Antoni Guzdek (ur. 1903), syn Józefa i Franciszki, rolnik, od 1929 roku mieszkaniec F. (w rejestrze wraz z żoną Pauliną i czwórką dzieci),
  • Elżbieta Rusinek (ur. 1894), córka Jana i Rozalii, pomoc domowa, mieszkanka F. od 1955 roku,
  • Józef Rusin (ur. 1939), syn Jakuba i Anny, pomocnik na gospodarstwie, mieszkaniec F. od 1951 roku,
  • Maria Ramza z domu Cibor (ur. 1895), córka Antoniego i Rozalii, rolniczka, od 1922 mieszkanka F. (w rejestrze wraz z synem),
  • Maria Ramza z domu Zając (ur. 1917), córka Marii, gospodyni domowa, od 1939 roku mieszkanka F. (w rejestrze wraz z mężem Władysławem i pięcioma synami),
  • Karol Guzdek (ur. 1880), syn Józefa i Franciszki, rolnik, od 1938 roku mieszkaniec F.,
  • Tekla Dębska z domu Bańdo (ur. 1913), córka Szczepana i Marii, gospodyni domowa, od 1938 roku mieszkanka F. (w rejestrze wraz z mężem Władysławem i trzema synami),
  • Maria Książek z domu Jagoda lub Jagódka (ur. 1909), córka Stanisława i Katarzyny, gospodyni domowa, od 1916 roku mieszkanka F. (w rejstrze wraz z mężem Franciszkiem i pięciorgiem dzieci),
  • Jan Biel (ur. 1900), syn Feliksa i Marii, robotnik, od 1930 roku mieszkaniec F. (w rejestrze wraz z żoną Marią i dwiema córkami),
  • Helena Sabuda z domu Kręcioch (ur. 1909), córka Jana i Anieli, gospodyni domowa, od 1930 roku mieszkanka F. (w rejestrze wraz z mężem Franciszkiem i trójką dzieci),
  • Jan Jędrzejowski (ur. 1910), syn Jana (?) i Rozalii, rolnik, od 1955 roku mieszkaniec F. (w rejestrze wraz z żoną Zofią i dwojgiem dzieci wymienionych poniżej),
  • Władysław Jędrzejowski (ur. 1937), syn Jana i Zofii.
  • Jadwiga Jędrzejowska (ur. 1948), córka Jana i Zofii,
  • Józef Bednarz (ur. 1926), syn Szymona i Heleny, pomocnik na gospodarstwie, od 1928 roku mieszkaniec F. (w rejestrze wraz z ojcem, matką i czwórką rodzeństwa).

czwartek, 7 kwietnia 2022

Rudziccy i Rudzcy

 Nazwiska Rudzicki i Rudzki pojawiły się w Choczni w XVIII wieku. Łatwo zauważyć, że są do siebie bardzo podobne i dlatego noszący je chocznianie byli niekiedy myleni między sobą. Prawdopodobnie podobne jest również pochodzenie obydwóch nazwisk- od nazw miejscowości Rudze pod Zatorem (Rudzki) i Rudzicy na Śląsku Cieszyńskim (Rudzicki). Nic nie wskazuje jednak na to, by Rudziccy i Rudzcy stanowili jedną rodzinę. O ile Rudziccy przetrwali w Choczni prawie do XXI wieku, to nazwisko Rudzki zanikło po około 100 latach obecności we wsi,  w pierwszej połowie XIX wieku.

Rudzicki

Pierwszy Rudzicki w Choczni miał na imię Jerzy. W 1774 roku został mężem Marianny Tuszyńskiej, a w 1783 roku jako wdowiec poślubił wdowę Dorotę Szczur. Mieszkał przy dzisiejszej Białej Drodze pod numerem 68, a jego roczny wymiar czynszu pańszczyźnianego wynosił niespełna 4 złote.  Obecnie na parcelach Jerzego Rudzickiego stoją domy nr 125 i 127. Z kolei w 1798 ślub w Choczni z Katarzyną z domu Twaróg brał 24-letni Kacper Rudzicki. Był spadkobiercą Jerzego, ale nie jest do końca jasne, w jaki sposób był  z nim powiązany, ponieważ w choczeńskich księgach metrykalnych brak adnotacji o jego chrzcie. W latach 1816-1818 Kacper Rudzicki podawany jest jako sprawujący funkcję wójta Choczni. Z dzieci Kacpra rodzinę założył tylko syn Paweł. W austriackim spisie własności z lata 1846-1852 nie są wymienione jego nieruchomości, ponieważ zmarł młodo, już w 1839 roku. Jedynym Rudzickim w tymże zestawieniu jest tajemniczy Karol- takiego imienia próżno szukać wśród dzieci i rodzeństwa Pawła. Karol Rudzicki, mieszkaniec domu nr 267b,  zaliczał się do uboższych mieszkańców  Choczni. W 1875 roku ofiarodawcą na zakup i przeróbkę dzwonów dla parafii w Choczni był Józef Rudzicki, syn Pawła i Marianny z domu Zając, czyli wnuk wójta Kacpra. Józef zamieszkiwał pod nr 71 (po renumeracji), który usytuowany był na Pagórku Ramendowskim. Ciągłość nazwiska Rudzicki w Choczni zapewniali w następnych pokoleniach Wawrzyniec (1871-1916), syn Józefa i Jan (1907-1981), syn Wawrzyńca. Ten ostatni występuje w zestawieniu szkód powstałych w wyniku II wojny światowej (jako wysiedlony) i choczeńskich wyborców z 1946 roku. Jego żona Wiktoria z domu Ruła (1914-1999) była radną Gminnej Rady Narodowej i pracownicą jej prezydium (1953). Działała w Związku Samopomocy Chłopskiej, Kole Gospodyń Wiejskich oraz gminnej Komisji Sanitarno- Porządkowej. W spisie wyborców z 1973 roku występują tylko Jan i Wiktoria Rudziccy, jako mieszkańcy domu nr 106. W Choczni urodziło się ich czworo dzieci- dwóch synów i dwie córki. Najbardziej znany z nich to Marian Rudzicki (ur. 1937), który po II wojnie światowej był między innymi przewodniczącym Rady Narodowej w Człuchowie- miasta w obecnym województwie pomorskim, prezesem Ochotniczej Straży Pożarnej. PCK i Ligi Obrony Kraju. Z racji pochodzenia w prostej linii od Katarzyny z domu Twaróg, żony Kacpra Rudzickiego, wszyscy choczeńscy przedstawiciele tego rodu są dalekimi krewnymi wszystkich choczeńskich Twarogów i Bandołów, a także Drapów i Widlarzów. Rudziccy w Choczni nigdy nie byli zbyt liczni, w każdym pokoleniu rodzinę zakładał tylko jeden syn i nieliczne córki, których mężowie nosili nazwiska: Kręcioch, Garżel, Pindel, Dąbrowski, Stuglik i Jachimczyk. Jedynymi Rudzickimi, których nagrobek znajduje się na choczeńskim cmentarzu parafialnym są wymienieni wcześniej Jan i Wiktoria.

Rudzki

Najdawniejszymi faktami świadczącymi o zamieszkiwaniu Rudzkich w Choczni jest metryka ślubu Mateusza Rudzkiego i Konstancji Homel z 29 września 1747 roku oraz metryka chrztu ich syna Ignacego Dominika z 28 lipca. Rok później ta sama para ochrzciła syna Tomasza, a pięć lat później kolejnego syna- Łukasza. W 1775 roku Tomasz, syn Mateusza, ożenił się w Choczni z szlachetnie urodzoną Teresą Szadkowską. Panna Młoda była w jakiś sposób powiązana z choczeńskim Sołtystwem, a świadkami na jej ślubie byli: Michał Dunin z Sołtystwa i Kazimierz Hebda. W tym samym 1775 roku sporządzono subrepartycję- wykaz własności do celów podatkowych (pańszczyźnianych), w którym widnieją  zarówno Mateusz Rudzki, jak i jego syn Tomasz. Bardziej majętny był ojciec, właściciel jednej krowy, którego roczny czynsz pańszczyźniany wynosił nieco ponad 7 złotych. Trzy lata później jako wdowiec poślubił Zofię z Kobiałków. Chałupnik Tomasz Rudzki miał także jedną krowę, a jego wymiar podatkowy to 2 złote. Z innych źródeł wiadomo jednak, że Tomasz Rudzki utrzymywał się głównie z krawiectwa, a nie z uprawy roli. W latach 1800-1811 wykazywany jest ponadto jako choczeński kościelny. Obaj wyżej wymienieni Rudzcy figurują także w subrepartycji z 1789 roku i w sporządzonej w tym samy czasie Metryce Józefińskiej, z tym że Tomasz występuje tam nie jako Rudzki, lecz Rudzicki, mieszkaniec domu nr 130, położonego powyżej Sołtystwa, w sąsiedztwie Burzejów (na Roli Twarogowskiej). Jego ojciec Mateusz gospodarował razem z Józefem Rudzkim, prawdopodobnie bratem lub przyrodnim bratem Tomasza, który nie został ochrzczony w Choczni. Mieszkali w domu nr 128 na parceli bezpośrednio przylegającej od zachodu do Sołtystwa. Józef Rudzki nazywał się także najmłodszy syn Tomasza, który tak jak i ojciec trudnił się krawiectwem. Nie mieszkał już jednak w górnej części wsi, ale jako poddany plebański w obrębie włości kościelnych. W 1819 roku przyszedł na świat jego syn Jan Rudzki, który pobierał nauki w gimnazjum w Podolińcu na Spiszu i w Bochni, by po ich zakończeniu pracować w charakterze urzędnika w starostwach: nowosądeckim, tarnowskim i pilzneńskim. Ostatnia osoba o nazwisku Rudzki przyszła na świat w Choczni w latach 20. XIX wieku. W spisie własności z lat 1846-52 to  nazwisko Rudzki już nie występuje, a ostatni z rodu (krawiec Józef) zmarł w latach 40. XIX wieku.

W Polsce mieszka znacznie więcej Rudzkich niż Rudzickich. Pod koniec stycznia tego roku w bazie PESEL było 6756 Rudzkich i tylko 93 Rudzickich. Najwięcej Rudzkich zamieszkuje Warszawę, Łódź i powiat bełchatowski, a najwięcej Rudzickich jest mieszkańcami powiatów cieszyńskiego i złotoryjskiego.

poniedziałek, 4 kwietnia 2022

Wspomnienia Kazimierza Ścigalskiego - część I

 W 2012 roku Anna Wolanin z Choczni napisała pracę magisterską pod tytułem "Opowieści z życia mieszkańców Choczni koło Wadowic". Znalazły się w niej wspomnienia pięciu osób, w tym emerytowanego stomatologa Kazimierza Ścigalskiego (1925-2019). Dzięki uprzejmości autorki mamy możliwość zapoznać się ze zredagowanymi fragmentami jego reminiscencji. 

Część pierwsza dotyczy wybuchu i początku II wojny światowej:

(…) Potem w miarę jak upływały lata, nadszedł czas (lata trzydzieste siódme, ósme i dziewiąte) gdzie już zaczęło mówić się o wojnie. Wszystkie objawy na to wskazywały, że wkrótce wybuchnie w Europie wojna. Już zajęte zostały na przykład Austria przez Niemcy, potem Czechosłowacja. I w końcu nadszedł rok trzydziesty dziewiąty — wrzesień, kiedy wybuchła wojna w Polsce między Niemcami i Polską. No i cóż ci tu więcej powiedzieć? Jeszcze wcześniej, na krótko przed wybuchem samej wojny, była taka czynność ze strony urzędów: miasta i gminy, wraz z jednostką wojskową, która wtedy stacjonowała w Wadowicach, żeby wszystkie konie, które były młode, i zdolne do jakichś większych, trudniejszych rzeczy, były po prostu zabrane, zarekwirowane ludziom. Nie było to zabranie bez pieniędzy, ale nie płacili, tylko wydawali za takiego konia kwit, za który ewentualnie po wojnie... no można było dostać ekwiwalent pieniądze. My akurat w domu mieliśmy pięknego konia młodego. I tego konia nam między innymi zabrano. Chociaż w okolicach najbliższych sąsiedztwie te konie wszystkie pozostawały, bo już były stare, nie nadawały się do wojska. Bardzo żałowaliśmy tego konia. No ale co było robić? Potem coraz więcej zaczęło stacjonować wojska, ponieważ już zbliżał się ten okres - pewnego wybuchu wojny. (…)

(…) Oczywiście, że nie było telewizji, ani prasy, tam nikt na wsi specjalnie nie prenumerował. Jedynie radio było w niektórych domach. Myśmy to radio mieli (na szczęście) i z niego można się było dość dużo dowiedzieć. No ale głównie o naszych dużych siłach zbrojnych, o niezwyciężoności armii. Także było więcej propagandowe. Aż nadszedł dzień pierwszy września kiedy wybuchła ta wojna. (…)  Ja wtedy miałem...to był 39 rok, ja byłem z dwudziestego piątego, to miałem czternaście lat. (…)

(…) Ale wracając jeszcze do samego wybuchu wojny... nastąpiło to w piątek, pamiętam dokładnie. I w niedzielę na trzeci dzień już po wybuchu wojny (każdy żył tak niespokojnie co to będzie?) gromadziły się takie liczne grupy ludzi które szły szosą. I jak dowiedzieliśmy się byli to tak zwani uciekinierzy którzy uciekali przed Niemcami, ponieważ taka pogłoska wtedy szła, że Niemcy mordują wszystkich ludzi zdolnych do noszenia broni. No i wtedy dużo ludzi uciekało na Wschód. Między innymi z Choczni tyż dużo ludzi się podłączyło do tych uciekinierów, całe tłumy. Rozumisz? Z wozami z tobołkami, z dobytkiem, z mieniem, które udało się zabrać, uciekało na Wschód. I była to niedziela późnym popołudniem. Nastąpił pierwszy nalot niemieckich Luftwafe na Chocznie. Akurat szła wtedy kawaleria polska -żołnierzy na koniach no i bombardowanie rozpoczęło się. Ja byłem wtedy poza domem, bo byłem ciekaw, co tam się dzieje na tej ulicy, na tej szosie. Ale wracałem już do domu kiedy rozpoczęło się to bombardowanie (i co tu zrobić?) wtedy huk ogromny, wybuchy bomb. Ja wpadłem do pobliskiego domu. (…) Kiedy zaczął się tam było parę osób już w tym domu. Ale tak ziemia zaczęła drgać, że zaczął się sypać z sufitu tynk, to wapno na nas. Ja wtedy bałem się że ten dom zawali się mi na głowę. Uciekłem z tego domu. I wpadłem w pobliskie krzewy (…) Olszyna taka rosła. No i położyłem się na ziemi i ze strachu zacząłem się żarliwie modlić. No i po upływie kilku minut, przeszła ta fala nadlatujących i bombardujących samolotów. Wtedy wstałem i szybko pobiegłem do domu. Po przyjściu do domu, zauważyłem że jeszcze moi domownicy wszyscy byli w piwnicy schowani przed tym bombardowaniem. (…) W tej piwnicy byli zgromadzeni, nawet sąsiedzi przyszli, między innym znalazły się tam dwie Żydówki, które też uciekały przed Niemcami. No i dziwne było, że one zwracały się do tych dzieci naszych: módlcie się do waszej Matki Boskiej, żeby się nic nie stało. No tak mi przynajmniej oni mówili, bo mnie tam nie było wtedy. I tak się dziwili, dlaczego to Żydówki w ten sposób się modlą, przecież mają swojego Boga, więc mogły się do niego tak samo modlić. No więc po przejściu tej fali się już trochę uspokoiło. Jeszcze wcześniej (jeszcze wtedy, kiedy leżałem w tych krzakach) to słyszałem tylko tętent tych koni, rozszalałych ze strachu, bo wtedy szła kawaleria ułanów. Część ułanów na tych koniach jeszcze siedziała i biegała razem z nimi, ale większość koni to było samych, pozostawionych i one tak biegały po całej wsi. Po przejściu całej fali, kiedy się uspokoiło, po tym nalocie, po ochłonięciu z tego pierwszego wrażenia, poszliśmy z kolegami w stronę szosy zobaczyć, jak to tam wygląda. To mniej więcej miejsce, gdzie padały tę pociski te bomby. No więc zobaczyliśmy straszny widok, bo było pięćdziesiąt jeden koni zabitych. A wyżej, tam na tych choczeńskich dziołach, jak się to mówiło, widzieliśmy trupów ludzi. Zginęło tam trzynastu żołnierzy - ułanów i czternastu cywili z tych uciekinierów. Przecież oni nie wybierali. Były widoki makabryczne. Widzieliśmy tam żołnierza, który leżał obok leja po bombie z urwaną całą nogą. Drugi był oparty o drzewo... trzymał kurczowo w rękach karabin, bo strzelał do Niemców, ale był bez głowy. To było rzeczywiście straszne. No i po tym wszystkim poszliśmy do domu. Przeżywałem to bardzo, nie mogłem nawet w nocy spać. No ale cóż miałem robić? Nie wiem, czy ja ci nie mówię zbyt chaotycznie. I tak pomyślałem sobie wtedy o micie naszej niezwyciężonej armii, którą wpajano nam. I w szkole, i w radiu, i w ogóle w rozmowach potocznych. Jak mogła nasza kawaleria przeciwstawić się takiej potędze, (na przykład sile powietrznej i na froncie armii niemieckiej zmotoryzowanej), gdzie czołgi jechały przeciwko koniom? (…) Z karabinów nie ma żadnej siły rażenia przeciwko czołgom. To muszą być działa przeciwpancerne, a nie zwykły karabin. To jest walka z wiatrakami. Wtedy sobie uzmysłowił człowiek, że politycznie byliśmy okłamywani. No po prostu! No i po wkroczeniu wojsk niemieckich... wojska niemieckie wkroczyły tu na drugi dzień. To już było w poniedziałek. W piątek wojna zaczęła się, w niedzielę był nalot, i te wszystkie wypadki, a w poniedziałek wkroczyła armia niemiecka. I myśmy z początku bali się, bo były te słuchy różne, co oni tam robią z Polakami, z młodymi ludźmi. A to wszystko jednak była plotka. Zresztą puszczana przez samych Niemców, żeby zrobić chaos na tych drogach, żeby oni mieli po prostu mniej kłopotów z tym wszystkim. To wojsko rozlokowane było mniej więcej w szkole podstawowej, do której chodziłem w Choczni i w większych budynkach publicznych, takich jak Sokół, dom katolicki, to tam oni (rozumisz?) nocowali. Z czasem my jako młodzi chłopcy zbliżaliśmy się, z ciekawości, ku tym żołnierzom niemieckim, widząc że przecież nie dzieje się nam z ich strony żadna krzywda. Wręcz przeciwnie, dawali im cukierki, rozumisz? Takie jakieś łakocie, żeby ich tak po prostu przyjacielsko nastawić. (…) W stosunku do ludności cywilnej nie było żadnej agresji. Przeciwnie nawet bardzo dobrze się obchodzili, a zwłaszcza lubili dzieci. Nawet mówili wtedy (jak później się dowiedziałem), że bardzo im się podobają polskie dzieci. A to słyszałem (wtedy jeszcze człowiek nie umiał po niemiecku) od ludzi starszych. Mówili: podobacie się Niemcom. No więc, po tych dramatycznych dniach nastąpiło pewne uspokojenie. Jak gdyby sytuacja została w pewnym stopniu opanowana. Szkoła rozpoczęła swój (proszę ja ciebie) program nauczania, kiedy Niemcy się już wyprowadzili, bo to front szedł. Szkoła podstawowa rozpoczęła naukę. Natomiast szkoła średnia, w której ukończyłem pierwszą klasę, została nieotwarta. Już z chwilą wojny była zamknięta i po wyjściu wojska niemieckiego nie została otwarta, bo już była zabroniona nauka w szkole średniej. W szkole podstawowej tak, ale nie na długo, bo potem kiedy wysiedlono gospodarzy z Choczni i przyszli na ich miejsce osadnicy niemieccy, to ich dzieci zajęły tą szkołę podstawową dla swoich potrzeb, a dzieci mieszkańców uczyły się w Sokole. (…)Tam była taka sala i na górze takie dwie salki, bo tej mleczarni obok nie było, jeszcze nie była wystawiona. Potem zmieniali kilkakrotnie naukę dzieci w innych budynkach, ale tego to już nie pamiętam, bo ja byłem wywieziony do Niemiec. W czterdziestym pierwszym roku (zaraz w czterdziestym to było wysiedlenie Choczni) przyszli osadnicy niemieccy. Część mieszkańców Choczni było wysiedlona do kieleckiego a część do lubelskiego. Ja z rodziną zostałem na miejscu, z tym że z domu rodzinnego nas również wysiedlono. Przenieśliśmy się do rudery takiej starej (starego domu), której Niemcy - ci osadnicy nie zajęli. Oni zajmowali domy lepsze murowane, a te gorsze mieli jako... powiedzmy takie domy gospodarcze, przeznaczali pod obory, szopy, stodoły. No więc myśmy mieszkali w tym domu niedaleko własnego domu, jakiś czas.(...)

cdn

O sprawach poruszonych w tym fragmencie wspomnień Kazimierza Ścigalskiego  można przeczytać również we wcześniejszych artykułach:

- Początek września 1939 roku w Choczni,

- Bombardowanie 3 września 1939 roku,

- Ofiary bombardowania we wrześniu 1939 roku,

- Exodus września.